piątek, 27 lutego 2009

Wicherek

Mój poprzedni wpis dostąpił łaski mądrego i prostego komentarza, co zachęciło mnie do przypomnienia sobie o kolejnej telewizyjnej urban legend sprzed lat, a dotyczącej (wspomnianego wcześniej) Wicherka czyli Czesława Nowickiego. Wicherek ze skądinąd nudnej pracy telewizyjnego zapowiadacza pogody krzesał etiudy aktorskie. Środki techniczne były mizerne - ot, drewniana tablica z mapą Europy, na której przed programem należało narysować kredą fronty atmosferyczne i wszystkie wyże oraz niże. Przynosił więc do studia jakieś okazałe grzyby, przerośnięte, czy zrośnięte warzywa - wprowadzał element dynamicznego zaskoczenia w skądinąd koturnową rzeczywistość telewizorni. Poprzez te przeróżne eksponaty był kimś w rodzaju alchemika i czarodzieja, a nie kolejną nudną gadającą głową. Widownia intuicyjne czuła, że jest w tym, co mówi Wicherek znacznie więcej prawdy niż we wszystkich poprzedzających prognozę wiadomościach razem wziętych. I tak w zasadzie było - jedynym dorocznym serwitutem ideologicznym była konieczność nieodstraszania ludu pracującego miast i wsi od masowego wzięcia udziału w pochodach pierwszomajowych. Czasami też informacje z posiedzeń Biura Politycznego, konferencji sprawozdawczo - wyborczych i ważnych wizyt partyjno - rządowych w zaprzyjaźnionych krajach zabierały tyle czasu, że Nowickiemu zostawało na prognozę piętnaście sekund.

Urban legend, która żyje i ma się wyjątkowo dobrze, związana z jego zniknięciem z ekranu. Wiadomo: był chłop i go nie ma. W popularniejszym wariancie zniknięcie miało związek z jakimś lapsus linguae, czymś w rodzaju "Wiatry ze wschodu nie przynoszą nigdy nic dobrego", bądź innym równie obrazoburczym tekstem. Po czymś takim Wicherek musiał zniknąć z anteny, albowiem ugodził boleśnie w sojusze. Breżniew pół nocy nie spał ze zmartwienia.

W wersji bardziej dramatycznej (którą uwiarygodniały czarne okulary, w których , wskutek kłopotów ze wzrokiem, zaczął występować Nowicki), Wicherek, będąc agentem CIA lub czegoś równie złowieszczego, w ramach działalności swojej siatki agenturalnej pokazywał na mapie Polski lokalizacje baz radzieckich względnie wyrzutni rakietowych. Pod pretekstem pokazywania frontów czy kierunków wiatru, czy też miejsca wyrastania szczególnie dorodnych borowików. Inni agenci to skrupulatnie obserwowali i notowali przekazując następnie wrogim ośrodkom - rzecz całą wykryły o czasie odpowiednie służby, Wicherka wysłano na Sybir lub do piachu, zastępując go nie do końca czystą rasowo Elżbietą Sommer czyli Chmurką. A wystrychnięte na dudka i pozbawione źródeł informacji CIA musiało szukać kontaktu z Kuklińskim, z wiadomym skutkiem.

Tymczasem po prostu Nowicki się zestarzał, utył i nie przystawał wyglądem do obrazu, jaki chciała przekazywać widzom telewizja epoki gierkowskiej. Nadto nie zamierzał rezygnować z kariery dziennikarza prasowego na rzecz telewizyjnej - stąd jeszcze, za ekranowego żywota "Wicherka" pojawiła się zmienniczka, "Chmurka".

Większa krzywda się zresztą Nowickiemu nie przydarzyła - w tych czasach kilkanaście lat "życia w telewizorze" było sporym kapitałem, który spieniężało się przez następne kilkanaście lat - występami na turnusach FWP, w domach kultury, remizach, na koncertach, akademiach ku czci i ku zaśnięciu. Wszyscy chcieli zobaczyć i usłyszeć jak rzeczywiście wygląda Wicherek i czy faktycznie gruby. Wtedy zapewne, ku uciesze gawiedzi, powstała historyjka o całowaniu misia. Po połowie lat 80, gdy Wicherek przestał być powszechnie rozpoznawaną ikoną, zaczął konsumować swoje doświadczenie estradowe, zakładając efemeryczny kabaret "Barometr". Zdążył zagrać (samego siebie) w kilku filmach. Między innymi w "Nie lubię poniedziałku", ukazując się zaspany i w piżamie włączającej telewizor wcześnie rano kobiecie i tłumacząc, że o tej porze żadnego programu nie ma. Zmarł w 1992. Został, jako ten Miś, mimowolnym kontestatorem i obalaczem reżymu.

czwartek, 26 lutego 2009

Jak to z Misiem było?

Polska Wikipedia w zeszłym roku była areną małej a uporczywej wojny edycyjnej. Wojenka wybuchła na tle Misia z okienka. Był to legendarny program typu dobranocka dla dziatwy, realizowany bardzo dynamicznym montażem, szybkimi ujęciami, z oszałamiającymi jak na owe czasy efektami technicznymi. Głównie jednym, zamykaniem owego tytułowego okienka, naprzeciw którego stała całe dziesięć minut jedna kamera. Przed kamerą zaś, pacynka misia rozmawiała sobie z aktorem, na różne, najczęściej wokółksiążkowe tematy. Scenarzystką programu była Wanda Szerewicz (której talent rozkwitł później "Porą na Telesfora"). Miś mówił głosem Danuty Przesmyckiej (Lolka z czasów, gdy Bolek i Lolek się udźwiękowili), w roli dorosłego najpierw występował Bronisław Pawlik, a po nim Stanisław Wyszyński.

Program pamiętam (jak przez mgłę, ale pamiętam), co nie bardzo się zgadza z datami emisji podawanymi przez Wikipedię, ale być może były to jakieś odcinki wznawiane z telerecordingu. Od niepamiętnych czasów z "Misiem z okienka" wiązana jest historia o mocy urban legend, historia o całowaniu misia.

Redaktorzy Wikipedii nie mogli przez dłuższy czas uzgodnić, kto kazał drogim dzieciom całować misia (bo gdzie, to było od początku jednoznacznie ustalone). Czy to był Bronisław Pawlik, zastąpiony wskutek tego ekscesu Stanisławem Wyszyńskim, czy wręcz przeciwnie, dziatwie nabluzgał na żywo pijany Stanisław Wyszyński, który dostał z tego powodu telewizyjny wilczy bilet i program wznowiono po jakimś czasie z Bronisławem Pawlikiem. Według obecnej wersji Wikipedii milusińskich namawiał do pieszczot Stanisław Wyszyński.

Tadeusz Zakrzewski w książce "Dziennik telewizyjny - grzechy i grzeszki" przypisuje jednak ten bon-mot Pawlikowi, może dlatego, że ów zmarł siedem lat temu i replikować nie będzie. Stanisław Wyszyński żyje spokojnym życiem aktorskiego emeryta, od czasu do czasu gra jakieś epizody w serialu "Plebania" - może warto zaczerpnąć wiedzy u źródła? Dwa tygodnie temu spytał Wyszyńskiego dziennikarz "Przekroju" - "Żaden z nas nic takiego nie powiedział. To wszystko robota Wicherka" – zapewnił Wyszyński. Według niego słynny wówczas prezenter pogody zwany Wicherkiem wymyślił tę anegdotę dla potrzeb licznych w tym czasie spotkań z widzami, na które jeździł po całym kraju. Sam Bronisław Pawlik stwierdził kiedyś w wywiadzie, że obserwując karierę tej legendy niezmiernie żałuje, że nigdy nie wypowiedział tych słów.

Mimo dementi - anegdota żyje swoim życiem. Powtarza ją Jerzy Gruza w "Telewizyjnym alfabecie wspomnień". Są ci, którzy zaklinali się, że widzieli i słyszeli - a przynajmniej znają kogoś, kto widział i słyszał. Czytając różne internetowe fora można dowiedzieć się, że do całowania misia namawiał Jan Suzin względnie Mieczysław Czechowicz (to akurat łatwe do wytłumaczenia i to na dwa niezależne sposoby - Czechowicz był głosem innego misia, Misia Uszatka, poza tym młody Wyszyński był dość podobny - z wyglądu i barwy głosu - do młodego Czechowicza). Redaktor Warzecha z 'Faktu' (w dyskusji na s24) również jest zwolennikiem "teoryj Czechowiczowskich", o tyle mylnych, że z tym akurat misiem Czechowicz nie miał naprawdę nic wspólnego.

Inne, oboczne wersje przypisują tekst Tadeuszowi Bartosikowi względnie Wojciechowi Duryaszowi (pewno dlatego, że obaj misiowaci i puszyści). Niektórzy wierzą święcie, że to Pawlik "zaklęty był w misia" i jako miś to powiedział. Inni jeszcze robią z Pawlika bohatera walki z reżymową cenzurą ("ale im przywalił!"). Pewna zaś 42-latka żali się na swoim blogu: "Czasami osoby na których nam zależy też zachowują się jak ten miś. Najpierw nas mamią zasłonkami, piosenkami, podrygiwaniem, miłymi słówkami a kiedy oddamy im już całe swoje serce mówią nam to samo... A teraz kochane dzieci pocałujcie misia... ". Czas wyrosnąć ze świata nieudanych metafor?

Twierdzi się też, że słynna kwestia padła jednak z ust Czechowicza. Ale innego, kapitana. I przed mikrofonem "Wolnej Europy". I na tym właśnie polegało owo zadanie do wykonania.

środa, 25 lutego 2009

Prosto z mostu

Tekst powstawał w zamiarze komentarza do wpisu na blogu AndSola, jednak urodził się za długi, więc aby nie zabierać miejsca umieszczam go tutaj.
----------------------------------------------------------------------

Problem, jaki mam z "Prosto z mostu" jest dokładnie tej samej natury o której wspomniał Telemach. Antysemityzm współczesny gdzieś się tam kryje po kruchtach, w których wyłożone są pisemka Bubla, wśród Farfałów i innych Wierzejskich (którzy wstydliwie się odcinają od własnych korzeni, gdy tylko na jakiś świecznik, nawet improwizowany trafią), na falach radiomaryjnych, wśród elukubracji profesorów Nowaka i Bendera, na stronkach internetowych Wiechowskiego, wśród list nieprawdziwych Polaków. Gdzieś z boku, gdzieś wstydliwie schowany, zamieciony pod dywan.

"Prosto z mostu" natomiast było... mainstreamem. W podtytule "Tygodnik literacko - społeczny". Wśród publikujących Miciński, Parnicki, Iłłakowiczówna. O muzyce pisał Konstanty Regamey. Jeśli szukać przedwojennych wierszy Gałczyńskiego - znajdzie się je w "Prosto z mostu" właśnie.

Toutes proportions gardees to mniej więcej tak, jakby Szymborska, Barańczak i Tokarczuk weszli w skład redakcji jakiegoś pisemka, które zajmowało by się egzegezą "Protokołów mędrców Syjonu" a w części 'Porady Kulinarne' skupiało na demaskowaniu składników macy.

Przesadzam? Niekoniecznie. Popatrzmy na jeden jedyny numer, ten który zawiera tekst przytoczony przez AndSola. Jakie inne smaczki tam się kryją, jakie aromaty i dekokty?

Strona pierwsza. Redaktor naczelny omawia książkę Nowaczyńskiego o Chopinie. Dwie szpalty wytrzymał, ale w trzeciej już nie mógł: "w kraju, którego miasta opanowali ruchliwi Żydzi (...) jakże zachować własną linię, jakże się nie dać zbić z tropu (...) jakże nie cierpiąc instynktownie Żydów wybrnąć z sytuacji, że jednak oni właśnie zapełniają sale koncertowe, popierają i narzucają się na mecenasów?"

Dalej strona pierwsza. Dział "W kraju i na świecie", rubryka "Budżet w Sejmie": "Przy dyskusji nad budżetem Ministerstwa Przemysłu i Handlu niemałą sensację wywołał okazały komplet garbatonosych urzędników towarzyszących ministrowi. Wiadomo powszechnie, że jest to jedno z najbardziej zażydzonych ministerstw. Nie sądzono jednak, aby było już tak źle, że nawet do wystąpień zewnętrznych nie można dobrać grona o wyglądzie aryjskim".

Strona druga. Duży tekst Kazimierza Wyrzykowskiego o "Faraonie" Prusa. Oczywiście o Żydach też jest, w kontekście "emigracji z Egiptu", ale bez nawiązań współczesnych. Punkt dla redakcji.

Strona trzecia. Wspomnienie o pobycie Romana Dmowskiego w Mitawie. Znowu nic, nawet wzmianka, że autorce "Hirszfeld wydał się bliski". Kolejny punkt. Ale za to niżej Gałczyński, martyrologicznie:
"Miała matka trzech synów
dwóch mądrych nie frajerów
a trzeci, co był głupi,
wszedł do Oeneru.
I zaraz siedział tydzień,
z niedzieli do niedzieli,
a bracia znakomicie
w 'Zodiaku' siedzieli.
Poprawia matka wałek,
on wraca w poniedziałek,
przewraca się na stolik,
całość go boboli -
Spłakało się matczysko,
oj, starą głową kiwa
- Poco to, Leoś, wszystko,
Straszny z ciebie dziwak
- Potrzebne toto komu,
Ta Polska, niech ją gryzą,
ty spróbuj, może homo
się zseksualizuj
- Na żydów podaj składkę,
Bormana nie obrażaj
ty swoją starą matkę
na wstyd nie narażaj"
.
Bardzo stylowe, w konwencji "żydy - pedały". Zdecydowanie ocalić od zapomnienia.

Strona czwarta. Dział "Tydzień kulturalny". Przygoda Karola Irzykowskiego w Poznaniu, który w Pałacu Działyńskich wygłosił prelekcję o współczesnej dramaturgii w Polsce. W dyskusji, która się wywiązała, niejaki Antoni Chocieszyński, podpułkownik w stanie spoczynku, sekretarz generalny Związku Polskiego zauważył "iż przyczyną zła jest zatracenie przez dramaturgię naszą ideologii polskiej i zejście na manowce żydowskiego szmoncesu. Jako zaś ilustrację rozdroża, na którym znajduje się twórczość literacka w Polsce, przytoczył p. Chocieszyński fakt złożenia przez prelegenta (...) ofiary na uchodźców żydowskich, gdy równocześnie polskie dzieci na Polesiu puchną z głodu". Pan Chocieszyński rozesłał również do gazet ("przypominając w końcu opinii polskiej") pełną listę renegatów, którzy, jak pisał Gałczyński "na żydów podali składkę" pomimo opuchnięć narodowych tu i ówdzie (między innymi Jerzy Andrzejewski, Józef i Maria Czapscy, Józef Czechowicz, Maria Kuncewiczowa, Zofia Nałkowska, Adolf Rudnicki).

Dalej strona czwarta - lista widocznie jest niekompletna, bo redakcja podaje drugą, dodatkową, z komentarzem, że zawiera nazwiska drugorzędne (wśród nich znalazłem St. I. Witkiewicza), pochylając się nad jednym, Aleksandra Zelwerowicza, dyrektora Teatru Narodowego, opatrując je następującym komentarzem: "Teraz rozumiemy już dlaczego tak a nie inaczej wygląda repertuar tych teatrów (...) który miał służyć polskiej twórczości literackiej, a służy żydowskiej farsie".

Wciąż "Tydzień kulturalny". Redakcja omawia memoriał muzyków orkiestry Filharmonii Warszawskiej takimi pełnymi ciepła i empatii słowami "pomoc orkiestrze Filharmonii niewątpliwie się należy - ale chyba dopiero wtedy, gdy składać się ona będzie z muzyków umiejących pisać po polsku, bo ten nalewkowy styl, jakim zredagowany jest memoriał, nikogo nie może wprowadzić w błąd".

Dalej czwarta strona, w kontekście budżetu Ministerstwa Oświaty mowa o powołaniu uniwersyteckich katedr antropologii. I nawet wiadomo, czym owe katedry miałyby się zajmować: "Jednym przeto z postulatów od dawna głoszonych przez polską antropologię jest zniesienie koedukacji, zarówno w odniesieniu do mieszanych szkół męsko - żeńskich jak również - polsko żydowskich". W skrócie chodzi o to, że żydowska młodzież jest jakoby "zdolniejsza" od nieżydowskiej. Jak nie będzie miała od kogo, to nie będzie.

Strona piąta. "Pogromowe drobiazgi" Louisa Ferdinanda Coline w tłumaczeniu Michała Małka. Tutaj już wprost, tak jak tytuł obiecuje, bez niedomówień, o "żydowskim guanie", o "żydowskiej fetornej tandecie" i o tym, że "Żyd tak chroni się od prawdy, jak wąż od mangusty". O "chochołach kokaino - literackich kręcących się w żydowskich pissuarach", i o tym, że "obrzezane żydy kastrują Aria z jego naturalnego uczuciowego rytmu". Mimo, że nie ma jeszcze katedr antropologii autor dzieli się z czytelnikiem przepotwornym odkryciem: "Żyd to murzyn, rasy semickiej nie ma, rasa semicka to wymysł masona. Żyd to produkt skrzyżowania negrów z barbaro - azjatami", którego "niższość biologiczna w naszym klimacie jest oczywista". Autor śmiało zmaga się również z wszechświatowym żydostwem na polu krytyki literackiej - i Chesterton i Faulkner i Dos Passos to oczywiście wszystko Żydzi.

I na tejże stronie piątej, pod tym rynsztokiem, wetknięta reklama "Zakładu Krawiectwa Dziecinnego" i recenzja z koncertu filharmonicznego pióra Regameya. Grali, jak należy domniemywać i jak czytelnika uświadomiono na poprzedniej stronie, ci co po polsku nie potrafią pisać bez akcentu z Nalewek.

Na stronie szóstej opisany przez AndSola artykuł, obok inny, o szkolnictwie na Podhalu - tam o Żydach nic a nic (racje mieli Niemcy z tym Goralenvolkiem, może czytali "Prosto z mostu"). Strona siódma - recenzje filmowe, teatralne, omówienia wystaw. Znów nic o Żydach - czyżby jednak nie było aż tak źle w tej kulturze?

Strona ósma. Cytowany kilka dni temu przez AndSola Karol Zbyszewski omawia postać margrabiego Wielopolskiego. Z wszystkich rzeczy złych, najgorsze to, że "lubił Żydów, zrównał ich zupełnie w prawach z resztą obywateli; jedyne to z jego działalności, co przetrwało". Oprócz tego rysunek satyryczny (!?) o "sejmowych interpelacjach w kwestii żydowskiej". Omówienie premier w teatrach krakowskich i wileńskich, znów całkiem bez Żydów.

Po co ja to wszystko? Otóż niech sobie współczesny czytelnik wyobrazi jakiś współczesny tygodnik głównego nurtu ("Polityka", "Wprost", "Przekrój", cokolwiek z tej półki), który by poświęcał tyle energii, miejsca, czasu i zachodu jednej obsesji (nie musi być żydowska). Współczesny czytelnik, mimo sporej imaginacji, będzie miał spory kłopot. I to mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy.

niedziela, 1 lutego 2009

Historia jednej znajomości (archiwalia)

Czas jakiś temu zmuszony byłem odstać trochę w kolejce do okienka pocztowego. "Ogonkując" oddałem się lekturze wywieszonych na tablicy ogłoszeń 'Wzorów poprawnego adresowania'.

Uwielbiam zresztą lekturę rozlicznych informacji wywieszanych k'woli uświadomienia gawiedzi w różnych instytucjach państwowych. Poezją czystą był, na przykład wzór telegramu, wypełniony treścią (jeszcze w latach wczesnych siedemdziesiątych) "Przyjeżdżam we wtorek, wyślijcie konie na dworzec". Jeśli już kto trafił na dworzec to oczekując na przybycie koni mógł przeczytać np. "Tabelę stawek posługaczy bagażowych", gdzie w dwudziestu kilku pozycjach wyszczególniono wszelkie możliwe usługi jakie podróżnych mogły ze strony posługaczy bagażowych spotkać wraz z podaniem ich ceny. Najbardziej podobało mi się "Wyniesienie osoby niepełnosprawnej z budynku stacyjnego na peron przez dwóch posługaczy bagażowych" - 5.50 zł, dodatkowo za wniesienie niepełnosprawnego do pociągu 1.50 zł - chodzi o złotówki przeddenominacyjne, bo rzecz działa się w czasach kiedy nawet pół bagażowego trudno było uświadczyć, nie mówiąc już o dwóch (tak na oko początek lat osiemdziesiątych), a nawet jeśli jakiś się znalazł, to za nazwanie go "posługaczem" można było - zgaduję - zarobić w mazak.

No, ale kończąc dygresję - stałem sobie w kolejce i popatrywałem na te wzory. Rzecz dzieje się kameralnie, pomiędzy dwoma tylko osobami, Anną Nowak z ulicy Szarotkowej 25, 61-270 Poznań, a Janem Kowalskim z ulicy Sterniczej 12, 81-517 Gdynia. Na początku Anna Nowak wysłała do Jana Kowalskiego list zwykły, adresując go poprawnie, ba, pismem kaligraficznym, nalepiając znaczek o stosownym nominale w miejscu na to przewidzianym, podając zapobiegliwie adres zwrotny w górnym prawym rogu. Jan Kowalski bądź to (co dziwne) listu nie otrzymał, bądź nie raczył odpowiedzieć, dość, że Anna Nowak z ulicy Szarotkowej w Poznaniu zdecydowała się wysłać doń list polecony.

I tutaj wydarzenia nabierają impetu. Jan Kowalski z Gdyni nadal nie reaguje, Anna Nowak z Poznania wysyła mu przekazem zwykłym kwotę stu złotych. Nie dość tego, wkrótce wysyła mu przekazem, tym razem telegraficznym, następne sto złotych. I tu liczne pytania cisną się do gardła - odpowiedzi jednak brak. Anna Nowak z ulicy Szarotkowej 25 w Poznaniu jest osobą najwyraźniej dobrze sytuowaną materialnie - ślad tego widać w kolejnym przelewie dokonanym przez nią na konto Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, tym razem na kwotę 50 złotych jedynie. Czyżby Jan Kowalski był jej droższy niż wykształcenie? Nie wiadomo dokładnie, co Anna Nowak uzyskała za owe 50 złotych, wiadomo tylko, że ważyło to równo dwa kilogramy, bowiem o takiej wadze paczkę zwykłą Anna Nowak wysyła wkrótce Janowi Kowalskiemu. Jeszcze coś niewielkiego (500 gramów) dosyła Anna z Szarotkowej Janowi ze Sterniczej przesyłką ekspresową 'Pocztex'.

Wówczas Jan Kowalski najwyraźniej poczuł się molestowany przez Annę Nowak do tego stopnia, że zdecydował się na emigrację. Wybrał Francję, miejscowosc Le Loupe (kod pocztowy 24 280). Wzgardzona i odrzucona Anna Nowak, nadal z ulicy Szrotkowej 25 w Poznaniu, odnalazła jednak Jana Kowalskiego i do tegoż Le Loupe wysłała mu paczkę zagraniczną (zawartość: szal), dodając sarkastycznie dopisek: "upominek (cadeau), bez wartości celnej". Na tym historia się urywa. Jan Kowalski - jak zwykle - nie zareagował.

niedziela, 18 stycznia 2009

Respect your elders - or be eaten by bears



Prorok Elizeusz nie jest pierwszoplanową postacią Starego Testamentu. Być może z powodu poniżej (2 Król. 2:23-24) opisanej przygody:

Stamtąd poszedł do Betel. Kiedy zaś postępował drogą, mali chłopcy wybiegli z miasta i naśmiewali się z niego wzgardliwie, mówiąc do niego: «Przyjdź no, łysku! Przyjdź no, łysku!» On zaś odwrócił się, spojrzał na nich i przeklął ich w imię Pańskie. Wówczas wypadły z lasu dwa niedźwiedzie i rozszarpały spośród nich czterdzieści dwoje dzieci.

A Lenin uśmiechnąłby się tylko i poszedł dalej.

Zabawną ekwilibrystykę uprawiają różne internetowe serwisy religijne. Najpocieszniej jest tutaj: żadne tam dzieci, tylko gang wyrostków. "Bóg musiał ich ukarać, gdyż inaczej postawa lekceważenia wobec Słowa Bożego i Jego proroków rozszerzyłaby się jeszcze bardziej." No po prostu trudna decyzja Starszego Pana, wybór mniejszego zła w trosce o reputację. Zresztą, jak piszą owiani duchem chrześcijańskiego miłosierdzia autorzy strony "możemy być pewni, że postawa ta nie wzięła im się z nikąd, ale zapewne wynieśli ją ze swoich domów". Dziadkowie w KPP, rodzice czytają Wyborczą, niedaleko rośnie jabłoń od ulęgałek. Inaczej do zagadnienia podchodzi niejaki o. Jacek Salij - Wszechmocny chciał przypieprzyć w bałwochwalcze sanktuarium w Betel, drogą akurat szły dzieci... na drodze prorok, przy drodze las... łatwo o tragedię. Dziecięce trupki zawsze przemawiają do wyobraźni. I ta precyzja w obliczeniach - akurat 42. Po oczku na misia.

Ksiądz Tadeusz Hanelt (z serwisu katolik.pl), najwyraźniej naoczny świadek wydarzeń, pisze: "dzieci zaczęły go wyśmiewać i rzucać w niego kamieniami". Jasne, obrona konieczna, każdy sąd by uniewinnił. Mały Gość Niedzielny odnotowuje również to wydarzenie, ale w ślad za Księgą Hioba (12:7) radzi: "Zapytaj zwierząt – pouczą". Nauczki brane bezpośrednio od niedźwiedzi nie wychodzą jednak na zdrowie.

Ks. Henryk Witczyk w Tygodniku Powszechnym wynajduje natomiast okoliczności łagodzące. Znaczy Elizeusz tylko przeklął w Imię Pańskie, nie nasłał osobiście niedźwiedzi. Niedźwiedzie sobie akurat przechodziły. A przeklęci smakują lepiej (to rodzaj marynaty). Zresztą Elizeusz kiedy indziej wskrzeszał (nie tych samych, ale wskrzeszał), więc to nie tak, że jest 42:0. Jest dokładnie 44:1 (w drugiej połowie wskrzesił dziecko Szunemitki, ale zabił ogniem z nieba dwóch pięćdziesiątników).

W każdym bądź razie, jak mawiają zazwyczaj na koniec takich opowieści... and God lived happily ever after.



PS. Wykorzystane ilustracje pochodzą z internetu (stąd i stamtąd)

czwartek, 8 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część ósma - Sycylia mitologiczna)

Enceladus był synem Gai i Uranosa. Podczas walki bogów olimpijskich z gigantami trafiła go dzidą Atena. Na rannego, uciekającego z pola walki, rzuciła Sycylię, która pogrzebała najpotężniejszego wśród gigantów. Stąd wybuchy Etny są po prostu oddechami Enceladusa, a dość częste na Sycylii trzęsienia ziemi powodowane są przewracaniem się giganta z boku na bok. Zdjęcie ilustrujące Enceladusa pochodzi z parku w Wersalu (Ludwik XIV lubił tematykę mitologiczną).

Inni uważali, że wewnątrz Etny mieści się kuźnia Hefajstosa, w której – w ramach prac zleconych (jeśli wierzyć Eurypidesowi) – cyklopi wykuwali pioruny dla Zeusa. Inni jeszcze wierzyli, że Aetna była lokalną nimfą, którą bogowie powołali jako arbitra w sporze Demeter z Hefajstosem o władanie Sycylią. Zresztą Aetna miała jakieś dzieci z Hefajstosem, więc jako taka nie mogła być obiektywna.

U Homera, w Odysei, na Sycylii mieszkał, pośród innych cyklopów, Polifem. Polifem kochał się w nimfie (to taka smutna rola nimf w mitologii – kochają się w nich) Galatei. Która z kolei kochała się w Acisie (Owidiusz – w księdze XII Metamorfoz - uważa, że był on synem Dionizosa). Rozeźlony Polifem zabił Acisa kamieniem, jego krew Galatea zmieniła w rzekę. Stąd miasteczko Acireale, na północ od Catani. I stąd opery Lully'ego i Haendla. I obrazy Poussina i Lorraina. I rzeźba w paryskim Ogrodzie Luksemburskim.

No ale dobrze, stało się. "A kto umarł, ten nie żyje". Polifem na starość zgorzkniał, zdziwaczał, przeszedł na emeryturę i zajął się hodowlą owiec. I w ogóle nie pojawiłby się już nigdzie „w pierwszym obiegu”, gdyby nie pewna grecka banda pod przywództwem Odyseusza, której wyczyny opisał Homer. Polifem, oślepiony, miotał skały za odpływającym herosem – tak powstały Wyspy Liparyjskie. Polifem przeklął Odyseusza, a realizacji klątwy miał dopilnować jego ojciec, Posejdon. Zanim wrócił do Itaki, Odyseusz musiał przepłynąć Cieśninę Messyńską, gdzie starożytni lokalizowali Scyllę i Charybdę. Dorota w latach studenckich parkowała prom w porcie Messynie (kapitan był pod wrażeniem bella bionda pollaca) i zaświadcza, że przynajmniej historie o Scylli są mocno przesadzone.

Przed Odyseuszem na Sycylię trafił Argonauta, Butes. Argonauci podróżowali, niczym Lech Kaczyński, do (obecnej) Gruzji, zresztą towarzystwo tam było jak na teraźniejszych paradach równości: same zboczeńce (Edyp), transwestyci (Atalanta), dziady (Nestor) i pedały (Jolaus). Wśród nich Butes był w miarę najnormalniejszy, zajmował się hodowlą pszczół, był heteroseksualny i wyrwał niezłą laskę (Afrodytę), z którą miał syna, Eryxa. Eryx założył opisywane wcześniej Erice. Później znokautował go znany starożytny łobuz, Herakles.

Po Odyseuszu na Sycylię trafił Eneasz. Głównie dlatego, że Wirgiliusz chciał spleść Eneidę z Odyseą, więc Eneasz podróżował śladami Odyseusza. Eneasz nie dokonał nic wielkiego na Sycylii: jak donosi księga V Eneidy bohater dotarł na wyspę tuż po zerwaniu z Dydoną. Na Sycylii Trojanie rozdzielili się: młodzi i silni mężczyźni popłynęli dalej z Eneaszem, natomiast pozostali zostali na wyspie. Rzuca to dość nieciekawe światło na pulę genetyczną Sycylijczyków.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część siódma - Sapori di Sicilia)

W Erice (znanym przez wiele stuleci pod normańską nazwą Monte San Guiliano), do którego jedzie się przez kilkanaście kilometrów pod górę, gęsto wykręcając serpentyny, znajduje się, jak ktoś policzył, sześćdziesiąt kościołów. Tutejszy zamek zbudowany jest na ruinach świątyni Wenus erycyńskiej, założonej, jak legenda głosi, przez Eneasza. Trochę to nam przypomniało Korynt, gdzie świątynia Afrodyty, w której obowiązki pełniły damy, zwane później córami Koryntu, znajdowała się na szczycie dość sporej góry: w ten sposób doszli tam albo młodzi, sprawni i silni, albo tacy, których było stać na wniesienie do świątyni. Tak czy tak - selekcja była, jak to się dziś mówi, na wejściu.

W Erice trzeba spróbować cuscus con pesce, który jest jednym z arabskich śladów w kulinarnej kulturze Sycylii. Innym śladem jest bottarga, czyli suszona, sprasowana ikra, najczęściej tuńczyka, niekiedy cefala [red mullet] lub miecznika. Dają to tutaj najczęściej wkruszone do makaronu, niekiedy w cieniutkich plasterkch, skropione sokiem z cytryny, jako starter. Bottarga jest znana w różnych miejscach basenu Morza Śródziemnego, ale pochodzi jego wschodniej części (arabskie: batarekh). Pierwszy raz zaprzyjaźnilismy się z tym kawiorem dla ubogich (choć wcale nie tanim) na bazarze w Stambule. W Palermo spotyka się też niekiedy arabskie napisy na ulicach, ale to raczej nie dla tych, co zostali, tylko tych, co przyemigrowali nie aż tak dawno. Za czasów Rogera II Sycylia była tyglem, w którym koegzystowały kultury arabska, chrześcijańska zachodnia i wschodnia oraz żydowska. Historyczny Roger był - jak wszyscy władcy Średniowiecza - człowiekiem dość okrutnym, ale jednak na tyle rozsądnym aby nie podkopywać społecznych i ekonomicznych fundamentów swojego królestwa. Jego syn (William I Zły) i wnuk (William II Dobry) spoczywają w sarkofagach w zdobionej cudnymi mozaikami katedrze w Monreale pod Palermo. Po wygaśnięciu Hautevillów, władza nad Sycylią przeszła, przez małżeństwo, w ręce Hohenstaufów. Fryderyk II był prawdopodobnie jedynym Cesarzem Niemieckim (poprawnie: Cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego), który mówił płynnie po arabsku. Wpływy cywilizacji chrześcijańskiej były już wtedy na Sycylii na tyle silne, że Fryderyk rozpoczął w ramach eksperymentu demograficznego wysiedlenia wyznawców Islamu, na włoski stały ląd, do miasteczka Lucera (taka ichniejsza 'akcja Wisła'). W ogóle Fryderyk miał predylekcje do doświadczeń na dużą skalę - był pomysłodawcą pierwszego przeprowadzonego i opisanego eksperymentu deprywacyjnego. W XV wieku, gdy Sycylią zaczęli rządzić władcy hiszpańscy pozostało jeszcze wypędzić wszystkich Żydów, co nastąpiło w skadinąd istotnym w historii powszechnej roku 1492, dekretem Ferdynanda i Izabelli.

No, tyle dygresyjnie smaczków, teraz wracamy do smaków. Zupełnie lokalnym pomysłem jest tzw. chinotto, czyli napój (najczęściej gazowany) produkowany z soku pomarańczy pachnącej (Citrus myrtifolia) z dodatkiem ekstraktu z ziół. W smaku jest to zbliżone do campari (ten sam gorzkawy komponent), ale oczywiście bezalkoholowe i niestety słodsze. Dokładnie nie wiadomo, kto i kiedy zaczął produkować chinotto, nie jest to w każdym bądź razie napój starożytnych Sikulów, bo ślady i tropy urywają się w latach 50 ubiegłego wieku. Chinotto produkowane było przez szereg mniejszych lokalnych firm, później przez San Pellegrino (na bazie ichniejszej wody mineralnej), od pewnego czasu the evil corporation położyła na tym łapę i produkuje pod nazwą Fanta Chinotto. Jeszcze bardziej słodkie. Całkiem podobnym wynalazkiem jest maltańska Kinnie, którą zapijaliśmy się ładnych pare lat temu. I albo Kinnie jest o wiele lepsza, albo nam się smak zmienił.

Wspomniana wczesniej katedra w Monreale jest scenografią wspomnianego (jeszcze wcześniej) pierwszego aktu Króla Rogera Szymanowskiego. Drugi akt dzieje się - tak to widzę - na dziedzińcu palacu królewskiego w Palermo, a trzeci w teatrze greckim, najchętniej oczywiście w Taorminie. Nasze zdjęcie z Taorminy jest kulawe, bo nie widać zasłoniętej chmurą i mgłą Etny. Wychodząc od Króla Rogera zaczęlismy się zastanawiać nad operami, których akcja lokalizowana jest na Sycylii - oczywiste są Nieszpory sycylijskie Verdiego, dość oczywista Cavaleria Rusticana Mascagniego, po chwili zastanowienia dodaliśmy również Tankreda Rossiniego. Ponieważ nic już więcej nie mogliśmy dorzucić, rozpuściliśmy wici na podczytywanym blogu muzycznym. Nieoceniony passpartout uzupełnił listę o Bianca e Fernando Belliniego, a także o Gli Amici di Siracusa Saveiro Mercadantego i Eufemio di Messina autorstwa bliżej ani dalej nam nie znanego Michele Carafa di Colobrano. Brawa i podziękowania! Sam Bellini urodził się zresztą na Sycylii, w Catani. Zmarł pod Paryżem, pochowano go na Père Lachaise, ale po 40 latach przeniesiono szczątki do katedry w Catani.

Na grobowcu Belliniego (przy wejściu, po prawej stronie) płaskorzeźba ze sceną zbiorową z Purytan.

Całkiem spory pomnik kompozytora znajduje się przy via Etnea - na cokole postaci z oper (od przodu Norma, z tyłu Sonanbula, z boku - ktoś z Purytan i ktoś z Korsarza).

Polska wikipedia zawiera kuriozalne dość zdanie, kuriozalne nie tylko składnią, ale i sensem, czy raczej jego brakiem "Wydajna twórczość zwłaszcza operowa Belliniego poniekąd zawdzięcza się może bardzo udanej głębokiej przyjaźni z Feliksem Romanim, który napisał libretta do prawie wszystkich oper Belliniego; kryzys tej przyjaźni pod koniec krótkiego życia Belliniego zaważył ciężko na nim; zmarł na zapalenie otrzewnej." Konia z rzędem temu, kto wynajdzie związek pomiedzy Romanim a otrzewną Belliniego.

Na pograniczu opery i gastronomii znajduje się spaghetti a'la Norma, danie wymyślone ku czci premiery dzieła sycylijczyka. Magicznym składnikiem są bakłażany, zresztą król sycylijskich warzyw. Innym (oprócz Normy) pomysłem zagospodarowania bakłażanów jest caponata - danie warzywne na cieplo bądź na zimno. Z caponatą na Sycylii jest mniej więcej tak, jak z bigosem w Polsce; co dom, to przepis. Kanonicznym elementem są bakłażany i kapary, a reszta już dowolna (pomidory, cebula, rodzynki, pinie, seler naciowy, cukinia, papryka).


Z niejakim rozbawieniem czytamy literaturę podróżniczą sprzed dziesiecioleci, na której to pożółkłych kartach spotkać można uwagi o "małych, sennych miasteczkach". Dziś miasteczka te obudziły się, zaroiły swoje ulice setkami małych, trąbiących i poobtłukiwanych samochodzików, obrosły liszajami sklepików z tandetą w wersji artisanale, obstawiły kościoły i zabytki cieciami i dozorcami, którzy traktują turystę jak dwunożny portfel. I nawet nie chodzi o ten kilkueurowy datek, ale o tę dość przygnębiającą atmosferę (nic z klimatu do ut des). Dorota pamięta Kalabrię swoich lat studenckich - i dalibóg te jej wspomnienia nijak się mają do współczesnej pospolitości sycylijskiej. Tym bardziej cenimy coś, co dostaliśmy całkiem za darmo. Otóż pisaliśmy wcześniej o cannoli. Do reprodukowania cannoli w warunkach polskich wszystkie potrzebne ingrediencje są dostępne - ciasto jak na chruściki, do nadzienia ricotta, różne tam ekstrawagancje typu pistacje, czy gorzka czekolada też się znajdą. Trzeba natomiast mieć koniecznie formi per cannoli, czyli te cylinderki, na których owija się ciasto, aby powstała z niego rurka. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy w Palermo fabryczkę rurek, (takich prefabrykowanych, które potem cukiernie nadziewają sobie we własnym zakresie) gdzie dostaliśmy, całkiem za darmo, sporą garść drewnianych (bo myśleliśmy, że są metalowe) foremek do cannoli. Za wszystko inne zapłacilismy kartą mastercard.

sobota, 3 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część szósta)

Niższe partie stoków Etny obsypane są muszlami klozetowymi w całości i fragmentach, fotelami oraz fragmentami mebli, starego obuwia, oponami samochodowymi (stąd etymologia polskiego terminu "wulkanizacja") i wszelkiego rodzaju śmieciem. To jest duża różnica w porównaniu z tym, co zauważali na Sycylii chociażby Iwaszkiewicz i Banachowie kilkadziesiąt lat temu (nie mówiąc już o Goethem). Społeczeństwo było biedne i przedmioty się używało do zniszczenia, a potem i tak naprawiało się je i używało dalej, da capo al fine. Niezamożność Sycylijczyków mierzyła się też nieobecnością typowych pchlich targów - bo nie było czym na nich handlować. Dziś Sycylia jest wciąż biedniejsza od północnych Włoch, za to o wiele brudniejsza od Polski. To jest jednak dość krzepiąca konstatacja (i aby do niej dojść trzeba gdzieś na dłuższą chwilę wyjechać i potem wrócić), że nie jest u nas tak najgorzej. Nadal mamy z niektórymi sprawami boleśnie pod górkę, z klimatem chociażby, ale tego się nie zmieni, mimo wszelkich pogróżek.

Jest sobie dość przykre zwierzątko, mało lubiane przez kąpiacych się tego świata, zwane jeżowcem. W niektórych miejscach pozyskiwane i zjadane. Pierwszy kontakt z jeżowcem na talerzu mieliśmy ładnych kilka lat temu na zachodniej Krecie, są one tam zwane "achinos". W smaku porównywalne z kawiorem, bardzo "skoncentrowanie morskie", zdecydowanie uzależniające. Czytaliśmy w literaturze podróżniczej o egipskich chłopcach, nurkujących po jeżowce w porcie w Aleksandrii, ale relacje te miały już kilkadziesiąt lat, chłopcy zdążyli zapewne wyrosnąć i się zestarzeć, poza tym jakoś nigdy nie złożyło nam się być w Aleksandrii. Mówiono nam też, że w Kalabrii (konkretnie w Crotone) ktoś kiedyś słyszał, że ktoś widział, że ktoś jadł, ale jeżowce stały się dla nas gastronomicznym świetym Gralem. I oto spotkaliśmy się z nimi - twarzą w talerz. Ricci di mare, bo tak się zwą po włosku, uświetniają menu knajpek południowo - wschodniego wybrzeża Sycylii (Noto, Siracusa). Więc kolejne słowo stało się ciałem.

"Anyone but a fool would realize it's Sicily" (Winston Churchill)

czwartek, 1 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (odcinek specjalny, noworoczny - Sycylia pedałów i gruźlików)


Tom wierszy Jarosława Iwaszkiewicza Dionizje 1921 ilustrowany jest pewną szczególną fotografią. Tomasz Cyz, autor książki "Powroty Dionizosa" opisuje ją tymi słowy: "Oto nagi mężczyzna leży wśród wody, ziemi i twardych kamieni. Z twarzą przywartą do podłoża. Jego ciało jest wygięte, jakby czuwał i wił się jednocześnie, jakby był wężem i kotem", co jest dowodem na to, że humanisty nie należy zostawiać zbyt długo samego z dziełem, bo znajdzie tam to, czego nie ma, nie zauważając oczywistości, które są. Model na zdjęciu (Iwaszkiewicz) pije wodę z potoku, co jest być może banalniejsze od grandilokwencji Tomasza Cyza, ale wiele bliższe prawdy.

Dość łatwo jest znaleźć źródło inspiracji zdjęcia. W 1878 na Sycylię przybywa młody niemiecki arystokrata, baron Wilhelm von Gloeden. Osiedla się w Taorminie, gdzie mieszka, z kilkuletnią przerwą podczas wojny światowej, do śmierci w 1931 roku. Baron cierpiał na gruźlicę, suchy ciepły i słoneczny klimat Sycylii powstrzymywał rozwoj choroby. Von Gloeden był jednym z pionierów fotografii. Początkowo zajmował się nią amatorsko, później, gdy stracił inne źródła utrzymania (około 1895), zawodowo. Baron fotografował scenki rodzajowe, krajobrazy i pejzaże sycylijskie, ale sławę zdobył jako fotograf nasyconych homoerotyzmem aktów męskich.

Von Gloeden nie czynił tajemnicy ze swoich upodobań seksualnych. Mieszkańcy Taorminy polubili ekscentrycznego barona, mimo, że ich synowie spędzali w otoczeniu Niemca i dnie i noce. Fotograf nie dość, że hojnie opłacał swoich modeli to również skrupulatnie rozliczał prowizje za sprzedane odbitki. Wielu młodym ludziom sfinansował start ku lepszemu życiu (wykształcenie, założenie własnych biznesów), fundował również posagi dziewczynom, które wychodziły za jego efebów. Dzięki von Gloedenowi i jego atelier fotograficznemu, Taormina zaczęła być sławna i odwiedzana. Barona i jego studio wizytowali możni ówczesnego świata: Kajzer Wilhelm II, król Edward VII, hiszpański monarcha Alfons XIII, król Syjamu, pisarze Anatol France, Rudyard Kipling, Oskar Wilde, Gabriele d'Annunzio, kompozytor Richard Strauss, naukowcy i przemysłowcy (Marconi, Rottschild, Krupp). Prace von Gloedena zdobyły popularność, sam baron został członkiem wielu towarzystw fotograficznych, ma również pewien wkład w teorię fotografii - był pionierem zastosowania filtrów i makijażu modeli w fotografii portretowej.

Jednym z modeli i kochanków von Gloedena był niejaki Pancrazio Buciuni, zwany (dla ciemnej karnacji) Il Moro. Był on również sekretarzem barona i spadkobiercą jego spuścizny. Gdy Mussolini uzdrawiał moralnie Włochy, wiele prac von Gloedena uległo zniszczeniu a sam Il Moro trafił przed trybunał. Grób zmarłego w 1963 Buciuniego ozdobiony jest zupełnie konwencjonalnym zdjęciem.

Von Gloeden nie jest jednak - bo nie mógł być - autorem zdjęcia Iwaszkiewicza. Iwaszkiewicz trafił po raz pierwszy na Sycylię w 1932, rok po śmierci von Gloedena. Brakującym ogniwem jest najpewniej Karol Szymanowski, kompozytor, kuzyn pisarza. Szymanowski, który także był chory na gruźlicę, odkrywał mroczne zakamarki swej seksualności również na Sycylii, którą odwiedził po raz pierwszy w 1911 (później ponownie w 1914). Jest raczej pewne, że Szymanowski odwiedził Taorminę i przywiózł do domu odbitki prac von Gloedena, które zainspirowały Iwaszkiewicza.

W wierszu "Włóczęga" Szymanowski pisze:


Miłości szukam - i niezmiennie
Przebiegam miejsca podejrzane (...)
Noc jest to wielka czarownica
Szeherezada, wróżka Maja...
Śmiało wiec zaczep ulicznika
Co się za długo prosić nie da
Noc go zamieni boska, dzika
W Bachusa albo Ganimeda
To młody bóg, co się nie spłoszy
I dozna z tobą upojenia (...)
Mniej piekny jest, gdy się rozwidni
Bo noc odmienia ci spojrzenie
Lecz ja nic nie chcę poza chwilką
Więc mnie i zawód nie dosięga
Nazajutrz gorzki uśmiech tylko...
Eros to zwodnik i włóczęga.

Oprócz młodzieńczych spełnień, sycylijskie podróże natchnęły Szymanowskiego pomysłem napisania opery o królu Rogerze. Pomysł dojrzewał długo - pierwszy szkic zamysłu dzieła datowany jest na rok 1918, kiedy to kompozytor zwraca się do Iwaszkiewicza z propozycją napisania libretta. Zamęt powojenny i porewolucyjny powoduje opóźnienie prac: libretto gotowe jest w 1920 a partytura w 1924. Premiera dzieła miała miejsce w Warszawie w 1926, główna partię sopranową śpiewała Stanisława Korwin - Szymanowska, siostra kompozytora.

Jest "Król Roger" dziełem mało typowym dla swojego gatunku, operą - można powiedzieć - psychologiczną, operą w której dramat oparty jest o kumulacje emocji postaci, a nie o zwroty akcji scenicznej. Już sam pomysł rozpoczęcia pierwszego aktu od sceny chóralnych śpiewów a capella zrywa z dotychczasowymi regułami gatunku. Z braku pomysłu inscenizacyjnego (choć didaskalia bardzo precyzyjnie opisują miejsca akcji poszczególnych aktów) dzieło wystawiane było najczęściej w postaci koncertowej. Dopiero w XXI wieku Mariusz Treliński zaproponował dwa różne zestawy kluczy interpretacyjnych do "Króla Rogera" (inscenizacje warszawska i wrocławska), które, jak napisała Dorota Szwarcman, zmieniają całkowicie perspektywę odbioru dzieła.

A historyczny król Roger II spoczywa spokojnie w porfirowym sarkofagu w katedrze w Palermo. W niemal osiemset lat po jego śmierci (1949), Teatro Massimo w Palermo wystawiło "Króla Rogera". Na premierze twórców opery reprezentował autor libretta, domniemany kochanek kompozytora, Jarosław Iwaszkiewicz.

Notatki z szoku chlorofilowego (część czwarta)

René Girard w książce "Początki kultury" (Wydawnictwo Znak) wprowadza termin "mord założycielski", dość nieszczęśliwie funkcjonujący w angielskim ("scapegoat mechanism"), w oryginale francuskim po prostu "le sacrifice". Mord założycielski Katanii to mord na świętej Agacie. Historia banalna, znana we wszelkich możliwych wariantach, te dziewice męczennice to zjawisko często spotykane - mamy więc połowe trzeciego wieku naszej ery, chrześcijaństwo szerzy się pokątnie po różnych kątach imperium. Agata urody wielkiej, ale ku chłopom się nie garnie, tylko ku temu haremikowi, co wokół Chrystusa już jest. Miejscowy starant wzgardzony, a że człowiek to wpływowy i mściwy, więc używa wpływów, aby się zemścić: Najpierw Agata trafia do burdelu, prowadzonego przez kuplerkę, niejaką Afrodizję, która sześcioma własnymi córkami frymarczy, zaczem do więzienia, na końcu na tortury. Piersi świętej szczypcami odejmowali, ogniem żywym smażyli, nic nie pomagało - święty Piotr nocami zjawiał się i uleczał. Aż w końcu mu się znudziło, bo ile razy można przyprawiać piersi (gębę to jeszcze), i Agata umarła. Przepraszam: oddała ducha (żeby w stylistyce księdza Skargi się utrzymać).

Różne Kościół wyczynia ekwilibrystyki, żeby świętych jakoś ze światem żywych powiązać. Wymyślono świętej Klarze patronat nad telewizją, bo się w różnych miejscach jednocześnie pokazywała, niczym Oprah Winfrey. Świętego Józefa ożeniono z pochodami pierwszomajowymi i ruchem robotniczym. Średnio natomiast jest smaczne czynienie ze świętej Agaty patronki kobiet po mastektomii, bo to sprawa poważna i wiązać jej z bajdurzeniem nie należy. To ja już wolę, aby pani Marianna Skiermont z Mlądza ugasiła kolejne dwa pożary za pomocą obrazu świętej w myśl ludowego "Święta Agata pożary zgniata". Welon świętej, wyciągnięty z trumny (katedra w Catanii), nie raz wstrzymał erupcje Etny, a także pogonił pohańców z Malty. Jakby ktoś miał obecnie problemy z wulkanami lub Turczynami - na allegro za jedyne 32 złote skuteczną pomoc znajdzie.

Święta przedstawiana jest najczęściej z obcęgami (na takiej samej zasadzie święty Wawrzyniec łazi z grilem), albo z piersiami na tacy. Piersi (w narzeczu miejscowym - i minni i virgini) można też kupić w cukierniach, oblane marcepanem, w trupio-seledynowym kolorze i z perwerersyjną wisienką w roli brodawki. Innym wynalazkiem miejscowej kuchni jeśli idzie o słodycze są cannoli - rurki z nadzieniem z sera ricotta. Ciekawe którego świętego to rurki?

Właśnie uzmysłowiłem sobie, że Dedal z Ikarem ("Dał ci Ikarus znać swym testamentem, byś się nie bawił cudzym elementem" - Klonowic) uciekali na skrzydłach na Sycylię. Gdyby lecieli gdzieś bliżej, może i Ikar doleciałby bez szwanku.


"Wciąż o Ikarach głoszą - choć dolecial Dedal
Jakby to nikłe pierze skrzydłem uronione
chuda chłopięca noga zadarta do nieba
- znaczyła wszystko. Jakby na obronę
dano nam tyle męstwa, co je ćmy gromadą
skwiercząc u lampy objawiają...
- Jeśli
poznawszy miękkość wosku umiemy dopadać
wybranych brzegów - mijają nas w pieśni.
Tak jak mijają chłopa albo mu się dziwią,
że nie patrzy w Ikary...

Breughel, co osiwiał
pojmując ludzi, oczy im odwracał
od podniebnych dramatów. Wiedział, że nie gapić
trzeba się nam w Ikary, nie upadkiem smucić
- choćby najwyższy...
- A swoje ucapić.
- Czy Dedal, by ratować Ikara, powrócił?
"

(Ernest Bryll)

Zaczyna się ciekawie, ale kończy bez sensu? Dlaczego wieszcz Ernest (Jak nie będzie wołowiny, nałapiemy kryla, jak nie będzie wieszczów innych, poczytamy Brylla - to już Ryszard Marek Groński) wbija Dedala w poczucie winy? A poniżej, w temacie, wiersz Stefana Sokołowskiego, który (zarówno Stefan, jak i wiersz) zasługuje na szersze rozpowszechnienie:


Przechodniu, podróż wstrzymaj i uroń łzę czystą,
wsłuchaj się w szept, co z ruin antycznych dobiega. . .

Oto grób. A w nim gnije Ikar, humanista,
który nie umiał pojąć zasad Bernoulliego.
Ojciec, inżynier Dedal, mówił: ,,-- Ruszaj głową.
Zadbaj o kąt natarcia, by malał z prędkością.
Każde skrzydło z osobna tworzy siłę nośną,
więc bacz, jak się układa siła wypadkowa.''

A Ikar po schematach wodził wzrokiem błędnym
i zazdrościł jastrzębiom, co w niebo się wzbiły. . .

Dedal nudził: ,,-- Leć równo i zachowuj siły,
ten model skrzydeł nie jest energooszczędny.
Jesteś większy od ptaka, więc gdy w górę wzlatasz,
nie trzepocz, tylko szybuj. Przy tym się zastanów,
że siła twoich mięśni wzrosła do kwadratu,
podczas gdy twoja masa wzrosła do sześcianu,
więc w porównaniu z ptakiem masz deficyt mocy.''

Ikar oczyma duszy już odwiedzał Olimp,
i jedną nogą duszy deptał gwiazdy nocy
a drugą nogą duszy z nimfami swawolił. . .

,,-- Słuchaj mnie!'' -- krzyczał Dedal. -- ,,Nie rwij się w niebiosa!
Nie próbuj akrobacji! Źle skończysz, idioto!
Mamy się tylko wymknąć z niewoli Minosa.''

Następnie mu do ramion przyczepił prototyp
i w drogę.

Ikar pognał na spotkanie zorzy
ku srebrzystym obłokom skrytym w mglistej dali,
tam, gdzie rydwan Heliosa zanurza się w morzu.
Potem sfrunął nad wodę nisko. Musiał przecież
swe ramiona omdlałe dać ochłodzić fali
i sól zaczerpnąć w płuca. . .
A Dedal doleciał.



Wczoraj w miasteczku Savoca spotkaliśmy się z panią, która grała świadka na filmowym ślubie Michaela Corleone (Ala Pacino) z Apollonią Vitelli. Siedzieliśmy w barze Vitelli, w którym Al Pacino prosił signora Vitelli o rękę córki.

Ślub kręcono w miejscowym kościele Santa Lucia. Inne, nieodległe miasteczko, Forza d'Agro użyczyło swych ulic i placów jako scenerii do innych ujęć podczas kręcenia trylogii Ojca Chrzestnego. Wcześniej w tym roku, w lombardzkiej Mantui, widzieliśmy Casa Rigoletto, będące domniemanym domem garbatego błazna z opery Verdiego. Dalej, za rzeką, znajduje się Casa Sparafucil, oberża mająca być widownią finałowych scen tejże opery. Sam Sparafucil, zawodowy morderca, który wrzucał trupy ofiar do wody, uzyczył swego imienia lokalnemu klubowi wioślarskiemu. Czymże gorszy jest Rigoletto jako patron Mantui, albo Michael Corleone jako najslynniejszy obywatel Savoki i Forza d'Agro od świętej Agaty patronującej Catanii? Jak napisał Oscar Wilde, to nie sztuka naśladuje życie, ale odwrotnie, życie naśladuje sztukę.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Notatki z szoku chlorofilowego (część trzecia)

Wyjeżdżamy z deszczowej Enny. Kierujemy się ku Acireale, ku termom siarkowym, gdzie moczył się Wagner. Utykamy w wąskich uliczkach Acireale, przez które przeciskamy się długie kwadranse w akompaniamencie klaksonów. Docieramy wreszcie do Terme Santa Venera, klasycystyczny budynek z 1873, Wagnera nawet pamiętają, o czym świadczy pamiątkowa tablica. Termy zabite deskami na głucho, rezydują tylko dwa głośne koty, obok piscina privata (non-termale), tamtejsi ciecie wysyłają nas do Term Santa Katherina. Termy św. Katarzyny wyglądają jak peerelowskie sanatorium, w recepcji czworo recepcjonistów, zmęczeni i źli domagamy się anglojęzycznego tłumaczenia. Po dziesięciu minutach pojawia się piaty recepcjonista. We are looking for thermal bath - zaczynamy bezpośrednio i roszczeniowo. There is no bus - oświadcza stanowczo zmartwony recepcjonista. Where do you live? - dodaje. Wychodzi na to, że ewentualnie mógłby nas podwieźć do domu, byle tylko się nas pozbyć. W koncu przechodzimy na włoski i wyjaśniamy, że chodzi nam o balneario thermale. Aha, powiada recepcjonista, i prowadzi nas na pokoje balnearyjne. Camere balnearie już zupełnie w klimatach Ciechocinka schyłku lat 60 ubiegłego wieku, obskurne, brudne, ciemne. Tutaj, powiada recepcjonista, operator obłoży nas gorącym błotem na tyle i tyle minut. A tam, powiada dalej, operator napuści nam kąpieli siarkowej na minut dokładnie siedem. Wanienka akrylowa, kozetka obita wytartym skajem, koce brudne, a przynajmniej mocno zmęczone. Quando costa? - pytamy, w nadziei, że cena będzie zaporowa. Venti euro - powiada recepcjonista, ale dodaje, że operator (znaczy ten, co to obkłada błotem i odkręca kurek) już sobie poszedł do domu, ale jutro będzie niezawodnie, od siódmej, i może nawet zostanie do dwunastej. Z pieśnią triumfu na ustach wracamy do samochodu. Ciekawe czy Wagner też musiał czekać na operatora.

Jarosław Iwaszkiewicz ("Ogrody"): "Sycylia była zawsze dla mnie ziemia urzeczywistnień. To, co było bajką, co było marzeniem, co było niemożliwością, tak jakoś zwyczajnie realizowało się tutaj, w tym ogrodzie, na tej ziemi [...] wszystko, o czym marzyło się, czego się lękało i czego potajemnie pożądało. Kiedy się było po części Penteuszem."

Jarosław Iwaszkiewicz ("Książka o Sycylii"): "Od pierwszej chwili polubiłem na Sycylii nie jej - imponujący zaiste - wielki aparat, ale jej codzienność: jej prostych mieszkańców, handlarzy, rybaków, hotelarzy, jej pejzaże, szare wzgórza, dymiące piece siarczane, osiołki na ulicach miast, muły i konie dzwigające kolorowe wozy"

niedziela, 28 grudnia 2008

Zapiski z szoku chlorofilowego (część druga)

Enna wita nas mgłą. Taką mgłą, którą znamy z San Marino, Urbino i Peruggi. Okno hotelowego pokoju wychodzi na placyk, na którym stoi pomnik. Pomnik stoi do nas tyłem, z powodu mgły czasami go widać lepiej, czasami gorzej, czasami wcale. Pomnik przedstawia Napoleona Colajanni - z uwagi na imię, styl przedstawienia i ubiór domniemywamy jakiegoś XIX wiecznego celebryta lokalnego. Włoska wikipedia szybko prostuje nasze wyobrażenia - ów Napoleon zmarł w 2005: szybciutko się sprawili z pomnikiem. Za pomnikiem sklepik z winem z kurka (vino sfuso e imbottigliato pomijamy drugi przymiotnik), dość szybko uczymy się topografii okolic. Nastepnego dnia wybieramy się do Piazza Armerina, aby zobaczyć mozaiki w Villa Romana w Casale. W Casale wita nas piekne słońce i niepiękny cieć - willa zamknięta z powodu renowacji, ponowne otwarcie w marcu. Wracamy jak niepyszni do Enny, do mgły i Napoleona Colajanni.

Na peryferiach Palermo znajduje się klasztor kapucynów, w którym za skromny, dwueurowy datek, zakonnik wpuszcza żądnych wrażeń do katakumb. W katakumbach kilkutysięczna kolekcja nieboszczyków z XIX wieku, wszelkiej profesji, płci, wieku, stopniu rozkładu. Wiszą na ścianach, leżą, stoją. Czasem w otwartych trumnach, przeważnie jednak "luzem". Zwyczaj zaczął się poniekąd przypadkowo - kapucyni, którzy sprowadzili się do Palermo w XVI wieku, chowali swoich zmarłych braci w krypcie pod klasztorem. Po kilkudziesięciu latach, przy konieczności przeniesienia zwłok do większego pomieszczenia, okazało się, że uległy rozkładowi tylko w niewielkim stopniu. Ówczesny przeor wpadł więc na pomysł ustawienia ich pionowo i udostępnienia katakumb żyjącym mnichom celem medytacji ("memento mori"). I tak się zaczęło. Wieść się rozniosła poza klasztor i w pewnym momencie trudno już było kolejnym przeorom odmawiać prośbom o pochówki osób świeckich, zwłaszcza, że byli wśród nich dobroczyńcy zakonu, osoby znane i zasłużone. Na początku zgody były półgębkiem, sporadyczne, ale od mniej więcej XVIII wieku obowiązywała zasada "kładź się, kto chcesz". Okazało się wkrótce, że cudowna ochrona przed rozkładem spowodowana była brakiem dostępu powietrza do trucheł i przy masowym dostępie (zarówno nieboszczyków do katakumb, jak i odwiedzających do nieboszczyków) należy wspomóc cudowność jakimiś zupełnie ziemskimi działaniami. W ten sposób Sycylijczycy odkryli na nowo mumifikację zwłok. Na początku dość prymitywną - podsuszanie, obsypywanie wapnem i kredą, obmywanie octem, później stosowano coraz bardziej zaawansowane techniki - kąpiele w arszeniku, nastrzykiwanie różnymi chemikaliami. Stąd też bardzo różny stan techniczny zwłok. Ostatnim wkładem, pochodzącym z 1920 roku, jest dwuletnia Rosalia Lombardo ("Śpiąca Królewna"), przygotowana przez słynnego balsamistę doktora Alfredo Salafię, który tajemnicę swojego warsztatu zabrał ze sobą do grobu.

Żywi odwiedzali umarłych, teraz - tak jak my - powodowani ciekawością, dawniej z innych, bardziej prozaicznych potrzeb. Niekiedy lokatorzy katakumb zastrzegali sobie w testamentach regularne przebieranie ("upiorny legat"); rodzice przyprowadzali potomstwo, aby zapoznało sie z dziadkami, do całkiem naturalnych obyczajów należało wnoszenie koszy z jedzeniem i urządzanie pikników w podziemiach. Moda na pochówki w katakumbach trwała przez dwa stulecia. Uważano wówczas, że taki sposób chowania zmarłych pomaga żywym utrzymać więź ze zmarłymi krewnymi. W polskiej obyczajowości trup jest rzeczą wstydliwą, należy go jak najszybciej ukryć, schować (etymologia słowa pochówek), usunąć z pola widzenia. A jednocześnie obowiązuje silny kulturowy nakaz "dbania o zmarłych" - dla cudzoziemca wizytującego Polskę największym szokiem jest widok ukwieconych i "uzniczonych" cmentarzy bez względu na porę roku. Czasami sobie myślę, że warto byłoby skonfrontować bezmyślnych niekiedy zwolenników lizania nagrobków, konkursu na ilość zniczy i odhaczania rodzinno-towarzyskiej listy obecności przy płytach w początkach listopada z perspektywą obyczajów sycylijskich. Chcecie? Lubicie? Proszę bardzo - ale idźcie na całość...

Zapiski z szoku chlorofilowego (część pierwsza)

Dobrze latać liniami lotniczymi o zszarganej reputacji. Pasażer nie ma wielkich oczekiwań, a w zasadzie oczekuje tylko najgorszego. Zbankrutowana (bądź wpółzbankrutowana) Alitalia wyleciała z Warszawy punktualnie a przyleciała do Rzymu pół godziny przed czasem. Owe pół godziny czekaliśmy za to w samolocie na podstawienie schodów. Przesiadka łatwa - wylot do Palermo o czasie, przylot również, bagaż nie zgubiony - podróż marzeń niemalże.

W hotelu pod Palermo otrzymaliśmy pokój o powyższonym standardzie - z kotem. Pierszego wieczoru kot czekał na nas na podwórzu i wyraźnie wiedział już, że idziemy do numeru 301. Kot zorientowany był co do rozkładu pokoju, a także pewien co do swojego miejsca w łóżku. W ramach układania sobie pożycia z kotem urządziłem mu poidełko w bidecie (standardowe wyposażenie włoskich łazienek). Jedzenia nie mamy, ale nasz związek z kotem nie ma charakteru pokarmowego.

Spanie z kotem dla nieprzywykniętego jest trudne. Kot nudzi się (jednak nie na tyle, żeby sobie pójść) i na każdy ruch ręką czy nogą reaguje zainteresowaniem. Zainteresowanie zaś manifestuje się wystawionymi pazurami. Łóżko jest duże, okiennice zamknięte - kot może być (i jest) z każdej strony. Trzeba więc spać nie ruszając się nadmiernie, snem katatonicznym. Nad ranem kot lituje się nad nami i wychodzi przez uchylone drzwi. Po południu, gdy wracamy z Palermo, kot czeka na nas na korytarzu. Po kolacji kot informuje nas (i cały hotel) głosem o przysługujących mu prawach. Zaczynamy zżywać się z kotem, kolejną noc przesypiamy już wszyscy bardziej spokojnie. Następnego dnia, w hotelu w Ennie, wita nas niewidzialny napis "W tym hotelu nie ma kota".

Palermo przypomina nam nieco Neapol - popadające w ruine palazzi i kościoły, śmieci, zapaszki i pranie suszące się na balkonach i sznurach pomiedzy nimi. Dość niesamowite - i niespotykane wcześniej - są normańskie świątynie, z ducha i kamienia ekumeniczne, łączące późnoromański idiom architektoniczny z arabskim ornamentem i bizantyjskimi mozaikami. Spośród różnych nacji władających Sycylią właśnie Normanowie konkurują z niemieckimi Hohenstaufami do miana najsympatyczniejszych okupantów - dla Greków Sycylia była kolonią na kresach znanego im świata, dla Rzymian spichlerzem imperium, dla Arabów i Bizncjum krótkotrwałym podbojem, dla Francuzów dojną krową, a dla władających wyspą najdłużej Hiszpanów, zapadłą prowincją, czymś w rodzaju wewnętrznej kolonii, mało atrakcyjnej wobec bogatego w skarby Nowego Świata.

Każdy zakątek Europy ma jakiś wątek polski, nie jest od niego wolna i Sycylia. Ludwik Mierosławski, XIX wieczny, nie bójmy się tego słowa, awanturnik i fantasta ma w swojej biografii epizod sycylijski. Historia nie poznała się na Mierosławskim wodzu czy dyplomacie, nie dane mu było - o co bardzo się starał - zostać wynalazcą nowych broni i stategii wojskowych, jedyne co mu wychodziło w miarę dobrze, to opisywanie wydarzeń, w których brał udział. W ten sposób Mierosławski już za życia wykreował się na postać historyczną i jednego z głównych bohaterów Wiosny Ludów.

Wynalazki wojskowe Mierosławskiego, jako sie rzekło, nie znalazły uznania u współczesnych, ani tym bardziej potomnych, zwłaszcza, że usiłował ponownie wprowadzić na pole walki kosę jako główną broń zaczepną piechoty. Lansował również noszenie plecaków, wbrew ich nazwie, z przodu, na piersi żołnierza, w charakterze puklerza, czy też, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, kamizelki kuloodpornej. Widział też świetlaną przyszłość dla "wozów wojennych" będących połączeniem uzbrojonego taboru, ruchomej warowni i rydwanu bojowego. Owe wozy, uzbrojone rzecz jasna w kosy i miotające na wszystkie strony fajerwerki miały stanowić czynnik rozstrzygający wojnę. Należy oddać sprawiedliwość Mierosławskiemu - osiemdziesiąt lat później Anglicy bezczelnie ukradli ten pomysł i wprowadzili na pocięte okopami pola Pikardii pod mylącą nazwą zbiornik, zmieniając napęd i rezygnując naszpikowania owych zbiorników kosami. Innym jeszcze projektem Mierosławskiego było wynalezienie hełmu, na razie w trybie połączenia łopaty z kaszkietem.

Dokonania dowódcze Mierosławskiego prezentują się równie mizernie. W powstaniu listopadowym służył w stopniu podporucznika "jako siedemnastoletni, ale żwawy chłopaczek". Po upadku powstania, przez Galicję dostaje się do Francji, gdzie konsumuje doświadczenia powstańcze publikując najpierw "Tableau de la premiere epoque de la revolution de Pologne" (1833), później trzytomową 'Historie de la revolution de la Pologne" (1836) a na koniec jeszcze "Rozbiór krytyczny kampanii 1831 roku i wywnioskowane z niej prawidła do prowadzenia wojny narodowej" (1845). W świecie nauki panują obecnie dobre obyczaje zakazujące pisania magisterki, doktoratu i habilitacji dokładnie z tego samego tematu. Tak więc Mierosławski, żądny czynu, przygotowuje powstanie w Wielkopolsce. Powstanie 1848 roku szybko upada, ale w międzyczasie podporucznik nadaje sobie tytuł szefa sztabu i "inspektora jeneralnego siły zbrojnej" (stąd już niedaleko do generała, nieprawdaż?). Mierosławski wywija się od pruskiego stryczka, jako obywatel francuski podlega wydaleniu do Francji.

Projektant nieudanych wypraw, dowódca przegranych kampanii i bitew, "general des causes perdues" otrzymuje oto wezwanie z Sycylii, która właśnie toczyła wojnę wyzwoleńczą przeciwko rezydującemu w Neapolu Ferdynandowi II z dynastii Burbonów. Nieszczęśliwe musiały być stosunki na wyspie i fatalne rozeznanie sytuacji, skoro ratunku spodziewano się od tak wybitnego stratega, opromienionego chwałą niezliczonych zwycięstw (do wyboru mieli Sycylijczycy prawdziwego generała francuskiego, z napoleońskim doświadczeniem, ale uznawszy go za niezbyt nasiąkniętego duchem narodowowyzwoleńczym i dość już leciwego, osadzili go w Palermo, nadając tytuł marszałka i dekorując wszystkimi możliwymi orderami). Mierosławski przybywa do Palermo, gdzie witany jak zbawca przejmuje dowództwo nad powstańcami. Geniusz strategiczny po raz kolejny dochodzi do głosu, Mierosławski mając do czynienia z przeciwnikiem o wiele liczniejszym, znacznie lepiej uzbrojonym i karnym, dzieli swe siły na cztery części i rzuca do nieskoordynowanego ataku. Ze skutkiem wiadomym. Sycylijski epizod Mierosławskiego trwał niecały miesiąc. Po powrocie do Paryża (bo talenta generała obejmowały również szybkie odwroty strategiczne; znany był także jako gadatliwy i skłonny do zwierzeń jeniec) Mierosławski zadbał o właściwe naświetlenie niedawnych wydarzeń. W "Relation de la campagne de Sicilie en 1849" Sycylijczycy przedstawieni są jako nieudolni tchórze, wyzbyci patriotyzmu i woli walki. Dla kompletności obrazu dodać jeszcze należy, że w tymże 1849 zdążył Mierosławski być jeszcze przywódca rewolucyjnych wojsk Badenii i Palatynatu. W lutym1863 powraca do Polski i zostaje dyktatorem powstania styczniowego. Po dwóch przegranych potyczkach składa urząd i wraca do Francji, gdzie wypisuje paszkwile na temat fatalnej organizacji powstania i jeszcze fatalniejszego jego przeprowadzenia. Zyje długo, umiera w Paryżu w roku 1878. Na współczesnej Sycylii raczej, na szczęście, nie znany.

sobota, 27 grudnia 2008

Święta Łucja, piórem księdza Piotra Skargi

"Gdy po wszystkiej Sycylii przebogosławionej Agaty, męczenniczki Chrystusowej, sława się ruszyła, a lud z Syracuzy do uczczenia jej grobu około pięćdziesięciu mil z ochotą czynił - między innymi szła tam Łucja, czci godna panienka, na święto jej, z matką swoją Eustachią, która już cztery lata płynienie krwi cierpiała. Padły przed grobem świętej dziewicy matka i córka, prosiły z płaczem przyczyny jej. Święta Łucja zasnęła i we śnie ujrzała świętą Agatę między Anioły, dziwnie drogo ubraną, stojącą i mówiącą: Siostro moja Łucjo, Dziewico Bogu poślubiona, czemu ode mnie prosisz tego, co sama zjednaćmożesz matce Twojej? Wiara twoja pomogła matce twej, a oto uzdrowiona już jest. A jako dla mnie Katania jako miasto od Chrystusa wsławione jest, tak dla Ciebie Syrakuza uczczona będzie, boś wdzięczne Chrystusowi mieszkanie dała w Twoim dziewictwie.

To słysząc Łucja ocknęła się i rzekła do matki: Matko moja, juz nigdy nie wspominaj męża, a nie czekaj śmiertelnego potomstwa i pociechy z ciała mego, wszystko to, coś w posagu dać miała człowiekowi dziewictwo moje psującemu i umierającemu, to daj Panu Jezusowi dziewictwo moje zachowującemu. A matka jej rzekła: Zamknij pierwej oczy moje, a czyn z tym potem, co chcesz. A Łucja święta odpowie: Nie tak ten jest Bogu miły, który to mu daje, czego z sobą wziąć a użyć nie może - chceszli Bogu być miłą, daj mu to, czego zażyć możesz. Pókiś tedy żywa jest a zdrowa, daj Chrystusowi, co trzymasz.

Gdy tedy co dzien o tym z matką mówiła, rozdawała swoje majętności i na potrzeby niedostatecznych obracała. Gdy już wsi i drogie perły przedała, doszło to do jej oblubieńca, który się pilnie od mamki jej począł pytać, co się dzieje. A ona ostrożnie zmyśliła: Oblubienica, pani twoja, kupuje lepsze mienie i kwoli temu te i inne rzeczy przedaje. Uwierzył temu głupiec i sam jeszcze do przedawania pobudzał. Lecz gdy widział, że wszystko ubogim wdowom, pielgrzymom, sługom bożym rozdano, pozwał ją do Parchazjusza, starosty, mówiąc: Moja oblubienica Łucja chrześcijanka jest, przeciw rozkazaniu cesarskiemu czyni. Karał ją słowy Parchazjusz i do ofiary diabelskiej przywodził. A święta Łucja rzekła: Ofiara żywa i niepokalana u Boga jest ta - wspomagać wdowy i sieroty w utrapieniu ich. Iż już nic nie mam, co bym jemu na ofiare dać miała, jemu się sama ofiarą żywą ofiaruję.

Parchazjusz rzekł: Te słowa mów takim, jakoś sama chrześcijanom. U mnie, który przestrzegam rozkazania cesarzów, próżne są te słowa. Łucja: Cesarskich ustaw strzeżesz, a ja bożych. Czyń co ci się zda, ja uczynię, co jest mi pożyteczne. Parchazjusz
: Ojczyznę twoją z gamraty, z którymiś dziewictwo utraciła, pożarła i rozproszyła; przetoż jako nierządnica mówisz. Łucja: Jam ojczyznę moją na dobrym miejscu zostawiła, a skazicielów duszy i ciała nigdym nie przyjęła. Parchazjusz: A kto kazi duszę i ciało? Łucja: Radzicie duszom ludzkim cudzołostwo
, aby męża swego opuszczały, to jest Stworzyciela swego, ażeby szły za diabłem i bałwanami. Parchazjusz: Ustaną słowa, gdy przyjdzie do kija. Łucja: Apostoł rzekł, iż ci, którzy w czystości żyją, są Kościołem Bożym i Duch Święty w nich mieszka. Parchazjusz: Każę cię do nierządnego domu prowadzić, gdzie czystości zbędziesz i uciecze od ciebie Duch Święty. A Łucja: Ciało się nigdy nie maże, chyba gdy serce przyzwoli. Jeśli mnie poniewolnie zniewolisz, czystość moja dwie korony mieć będzie. Parchazjusz: Każę cię na nierządzie umorzyć, jeżeli na ceremonie cesarzów nie zezwolisz. Łucja rzekła: Co z ciałem moim uczynisz, o to sługa Chrystusa dbać nie będzie.

Tedy starosta kazał przyjśc nierządnym gospodarzom i dał im Łucję świętą mówiąc: Weźmijcie, ludzie, czystość jej i tak długo urągać z niej każcie, aż umorzona będzie. A gdy ją ciągnąc nierządnicy poczęli, tak mocną dał jej wagę Duch Świety iż jej ruszyć z miejsca nie mogli. I gdy więcej żołnierzów przystapiło, trącając ja i ciągnąc, od potu ustawali, a Panna Boża niewzruszona zostawała. I nabrali powrozów, którymi ją za ręce i nogi uwiązali, i wszyscy ją ciągnęli, a ona jako góra, której ruszyć nikt nie może, stała. Trwozył się więc Parchazjusz i w smutku omdlewał, i przyzywał czarowników i swoich kapłanów. Kazał ją uryną lać, ale i to nie pomogło. Kazał wiele par wołów na pociągnienie jej zaprząc, lecz jej bynajmniej z miejsca ruszyć nie mogli. Rzekł tedy do niej Parchazjusz: Co to są za czary twoje? Co się dzieje, że jednej panny tysiąc mężów ruszyć nie może? I rzekła mu panna: Co się frasujesz, doznałeś, żem jest Kosciołem Bożym, uwierzże. Jeżeliś jeszcze nie doznał, przypatrzże się. A Parchazjusz tym więcej wzdychał, widząc, że się z niego pośmiewisko czyni. Tedy kazał około niej wielki ogien napalić i smoły żywicy i oleju nakłaść i na nią miotać. A panienka stała niewzruszona. Zatem przyjaciele Parchazjuszowi, patrząc na jego frasunek, przebić mieczem gardło panienskie kazali. Zraniona srodze, modliła się, póki chciała, rozmawiała z ludźmi, póki chciała, mówiąc: Jako kataneńskie miasto ma obronicielkę swoją Agatę, siostrę moją, także ja dana jestem miastu temu.

A gdy mówiła sługa boża Łucja, mając onę ranę przed oczyma, widziała związanego Parchazjasza, po którego cesarz przysłał. Bo w radzie rzymskiej na gardło skazany jest. A Łucja święta męczenniczka z miejsca się onego, na którym przebita jest, nie ruszyła ani umarła pierwej, aż przyszli kapłani i dali jej Najświętszy Sakrament, i rzekli wszyscy: Amen. Toż ona ducha wypuściła. Na tymże miejscu imieniem jej kosciół jest zbudowany, w którym kwitną modlitwy jej teraz i póki ten świat stać będzie. Amen."

Jednej informacji ksiądz Skarga oszczędził swoim polskim czytelnikom. Otóż Łucja wydłubała sobie oczy, aby owe Parchazjusza nie kusiły. Oczy symboliczne nosi się przed świetą na tacy na procesjach.

sobota, 20 grudnia 2008

Podróż na Sycylię czyli koniec świata

"Kandyd mówił o Kunegundzie, że była gwałcona wiele razy, ale że jej cnota hartowała się od tego. Można by to powiedzieć o Sycylii. Wyspa, którą nazywają uśmiechniętą, codziennie kąpana w morzu, ciepła, kształtna, pachnąca migdałami, pogodna, z ciałem koloru pomarańczy z połyskiem oliwek, zachęcała do zdobywania. Leżała przy samej drodze do Europy od południa. Była bramą do niej po prostu, skoro los Europy rozstrzygał się przez trzy tysiące lat tu, nad Morzem Śródziemnym. (...) Oto, gdy mówimy o Germanach jako budowniczych Germanii, albo o Polanach zamieszkujących dawną Polskę, to chcemy w tym znaleźć ciągłość i jedność narodu, jego charakter, wskazówkę na przyszłość. Germanie byli wojowniczy, odważni, okrutni, podczas gdy Polacy, mieszkańcy słonecznych polan, odżywiani kwietnym miodem, musieli zostać na zawsze łagodni, leniwi i dobroduszni. Świadomie, nieświadomie żyjemy w historiozofii Starej baśni. Dla mitologii Sycylii teoria taka nie przynosi pożytku. W historii wyspy nie ma konsekwencji rozwoju ludu czy narodu. Lud pierwotny tak zmieszał się z najeźdźcami, tak im uległ, że nic z niego nie zostało. Nawet ruiny. Sycylia była teatrem, na którego scenie wstępowały po kolei wszystkie wielkie europejskie narody, starając się godnie pokazać siebie i tylko siebie. Bez troski o jedność tragedii. W tym na pewno leży urok wyspy. (...) Podróż do obcych miast to codzienne sprawdzanie obiektywnych pojęć i subiektywnej wyobraźni. Przeczytaliśmy książkę o Sycylii, mamy o niej szereg informacji, jakiś sąd ogólny, i nasza wrażliwość oczekuje niespodzianki. Czy rzeczywistość będzie tylko zrealizowaniem znanego słowa, czy odkryciem, może nawet wynalazkiem? Z jednej strony tautologia, z drugiej kontrast z marzeniem. Oto granice podróży. Niepotrzebne jest podróżowanie z wynikiem, że jest tak, jak jest, tak jak być powinno. (...)"
(Andrzej Banach)
"Bez Sycylii Włochy nie pozostawiają żadnego obrazu w duszy. Sycylia jest kluczem do wszystkiego..." 

(Johann Wolfgang Goethe)

niedziela, 7 grudnia 2008

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Zapomniane operowe polonicum

Swego czasu pisałem o "wątkach polskich w operach niepolskich", wymieniąjąc "Lodoiskę" Cherubiniego, markizę Melibeę w "Il viaggio a Reims" Rossiniego oraz panopticum typów spod ciemnej gwiazdy w "Borysie Godunowie" Musorgskiego i "Śmierci za cara" Glinki (wystawianej w czasach stalinowskich pod tytułem "Iwan Susanin"). Jest jeszcze operetka Nedbala "Polenblut" no i "Der Bettelstudent" Milockera z wątkami polskimi.

Najnowszym moim odkryciem w tej kategorii jest "Pan Wojewoda" Rimskiego - Korsakowa. Dalekim źródłem inspiracji librecisty, niejakiego Tiumeniewa, są "Czaty" Mickiewicza. Na wyraźne życzenie kompozytora tekst libretta pozbawiony jest jakichkolwiek odniesień historycznych i pozbawiony politycznych podtekstów, w ten sposób, aby operę można było stawiać po obu stronach Bugu. Wyszła więc historyjka dość banalna - on kocha ją, ale ona innego; ten inny jest biedny, ale miłość wszystko pokona, nawet przemoc zbrojną - ale w sumie banalna wyjść miała: jak napisał Piotr Kamiński ("Mille et un operas") "Tiumieniew splądrował niedbale podręczną biblioteczkę librett operowych". Warstwę muzyczną opery określono niezbyt pochlebnym epitetem "powierzchowna".

Rzecz nie miała większego szczęścia, prapremiera odbyła się w St. Petersburgu w 1904, w 1905 opera trafiła na scenę Teatru Bolszoi (dyrygował Rachmaninow), w tym samym roku zaplanowano premierę polską w Warszawie, którą dyrygować miał sam kompozytor. Zamiast Rimskiego - Korsakowa przyszła jedynie do Warszawy depesza, w której życzył powodzenia artystom i orkiestrze. Życzenia się nie spełniły - wydarzenia wiosny 1905 roku rzuciły się cieniem na próbę artystycznego pojednania polsko - rosyjskiego, dzieło bardzo szybko zeszło z afisza. Opera nie miała też sukcesu w Rosji, przegrywającej właśnie wojnę z Japonią, a potem wstrząsanej paroksyzmem rewolucji 1905 roku. Nad operą Rimskiego - Korsakowa zaczął gromadzić się kurz. Sporadycznie trafiała do repertuaru koncertowego suita orkiestrowa z tego dzieła (wydana w latach 90 ubiegłego wieku przez Naxos). W czasach stalinowskich niekiedy stawiano "Pana Wojewodę" na scenach teatrów operowych ZSRR. Z tych czasów pochodzi też nagranie płytowe Melodii (1951).

Czy doczekamy się renesansu "Pana Wojewody" w Polsce? Trudno orzec, teraz Rosjanie, nawet puszczający perskie oko, są niemodni. Nie sposób jednak przy tej okazji powstrzymać się od refleksji nad dość umiarkowanym obiegiem polskich oper za granicą. Czasami gdzieś w Niemczech pokażą "Halkę", traktując jednak rzecz całą jako przedsięwzięcie wielce egzotyczne. Drugi, spróchniały filar sceny narodowej, "Straszny dwór" nie cieszy się nawet i tym powodzeniem (nagranie EMI Classics pod Kaspszykiem sprzed kilku lat niewiele pomogło). "Król Roger" Szymanowskiego jest tutaj chlubnym wyjątkiem, głównie za sprawą inscenizacji Trelińskiego (Edynburg) i Warlikowskiego (Paryż). Pewnym niszowym zainteresowaniem cieszą się również opery Pendereckiego.

Porównajmy teraz światowy status Janaczka, Smetany i Dworzaka z pozycją naszych koryfeuszy kompozycji operowej. Wnioski same się wyciągają...

środa, 19 listopada 2008

Non omnis moriar

Swego czasu popełniłem tekst, w którym zawarłem pewne machinalne i bezmyślne proroctwo, które to słowo, jak się dowiedziałem wczoraj, dawno już stało się ciałem. Nie wiem, czy nauczka z tego miałaby być taka, że cokolwiek wymyślimy, dawno już istnieje we wszystkich możliwych wariantach (urok i udręka postmodernizmu) - chyba jednak nie, bo udało nam się (na przykład) wymyślić kilka słów, które przedtem nie istniały. Natomiast zawsze warto jest zrobić trochę więcej riserczu przed publikacją, bo różne kwiatki w różnych niespodziewanych miejscach mogą kiełkować.

Ale po kolei. Najpierw ów archiwalny tekst. Fragment profetyczny wytłuszczony.

Piszę do Was z Dobrą Nowiną. Czechosłowacja istnieje. Co prawda ma tylko 3 hektary i to w Hamburgu, ale istnieje. I to mocą bardzo poważnego traktatu międzynarodowego. Myślę, że istnienie Czechosłowacji pozwala z optymizmem patrzeć na odtworzenie DDR, PRL, a niewykluczone również, że ZSRR. W każdym bądź razie precedens istnieje (non omnis moriar) i istnieć będzie jeszcze jedenaście lat. Coś by trzeba było z tym zrobić, póki nie jest za późno, i póki lokomotywa historii jest jeszcze pod parą. A pogłoski chodziły, ze w geografii nic odkryć już nie można.

Ale po kolei. Otóż bobrując po internecie dotarłem do tekstu traktatu wersalskiego z 1919 - i jakimś zupełnym przypadkiem oko moje spoczęło na punkcie 363 (na 440 możliwych), który stanowi, ze Niemcy wydzierżawią Czechosłowacji, na lat 99, niczym Chińczycy (*) Brytyjczykom HongKong, tereny w porcie w Hamburgu, na których Czechosłowacja urządzi sobie wolnocłową składnicę tranzytową towarów eksportowanych i importowanych drogą morską. Coś jak Westerplatte, tylko Czechosłowacja tego nigdy żadnymi Szwejkami nie obsadziła. Natomiast dość intensywnie korzystała, do roku
1938. Niemcy wywołały wojnę pod hasłami rewizji traktatu wersalskiego, natomiast traktat jako taki nigdy nie był przez sygnatariuszy odwołany. Wynika z tego, że punkt 363 nadal obowiązuje i to jeszcze do (1919+99=) 2018 roku.

Republika Federalna, z tego, co mi wiadomo, od momentu swojego powstania, nie bardzo wiedziała, co z tym fragmentem Czechosłowacji w porcie w Hamburgu zrobić, wiec pozwoliła mu zarastać zielskiem. Czechosłowacja zaś po drugiej wojnie wolała korzystać z bliższego ideologicznie i geograficznie portu w Szczecinie (**) i nie podniosła roszczeń wobec Hamburga. Nasi południowi sąsiedzi przy okazji aksamitnej rewolucji zaniedbali uporządkować status enklawy, w związku z powyższym, formalnie, podzielili sie na trzy państwa: Czechy, Słowację oraz Czechosłowację w Hamburgu (istniejącą jeszcze przez jedenaście lat).

Wiec, jak widzicie, nie wszystko stracone, o czym zapewnia,

Michał Babilas
-------------------------------------------------------
(*) I jeszcze jedna ciekawostka związana z traktatem wersalskim: Chiny, nie będąc usatysfakcjonowane przyznaniem niemieckiej kolonii Tsingtao w Chinach Japonii, odmówiły podpisania traktatu i formalnie znajdowały się w stanie wojny z Niemcami az do września 1919. Tacy ci Azjaci zawzięci.

(**) A co do Szczecina - jedną z rozważanych tuż po wojnie koncepcji "dyplomatycznych" było podzielenie Szczecina na trzy strefy okupacyjne - polską, radziecką i czechosłowacką (Czesi mieli nam za to oddać Zaolzie); stąd dziwne przepychanki wokół miasta w 1945. Doszło w końcu do utworzenia czegoś w rodzaju obszaru wolnocłowego pod zarządem czechosłowackim na tzw. półwyspie Ewa (cześć portu), ale dość krótkotrwałego (oddali nam to bodaj w latach 50tych). Pozostałością nomenklaturowa tej zaszłości jest tzw. Nabrzeże Czechosłowackie w porcie szczecińskim.


A teraz kilka słów współczesnego komentarza. Otóż DDR odtwarzać nie potrzeba, albowiem Niemiecka Republika Demokratyczna przetrwała. Jest, istnieje. W tropikach. W czerwcu 1972 odwieczny Fidel odwiedził swojego przyjaciela znad Szprewy, który w kręgach pierwszych sekretarzy może nie miał najlepszej opinii, ale za to jak całował... Fidel miał gest - ofiarował narodowi enerdowskiemu (składając ten dar na ręce ukochanego przywódcy) wysepkę przy południowym wybrzeżu Kuby (25 km na zachód od Zatoki Świń). Wysepkę zaraz przemianowano (z dotychczasowej Cayo Blanco del Sur) na Ernst-Thälmann-Insel, względnie Isla Ernesto Thaelmann. Wysepka ma 15km długości, w najszerszym miejscu osiąga pół kilometra szerokości. Zamieszkują ją liczni przedstawiciele fauny i flory, brak wśród nich człowieka (jeśli nie liczyć betonowego popiersia patrona wyspy, odsłoniętego na plaży staraniem ambasady NRD w Hawanie w sierpniu 1972). Innym śladem pobytu człowieka enerdowskiego na wyspie jest teledysk (dziś uznany za zaginiony) „Insel im Golf von Cazones“ nagrany na wyspie w 1975 przez Franka Schoebla, wschodnioniemieckiego Karela Gotta.

W traktacie zjednoczeniowym (Einigungsvertrag) nie ma wzmianki o wysepce. W ten sposób Isla Ernesto Thaelmann jest formalnie niezjednoczoną częścią NRD. Kuba dziś zresztą utrzymuje, że gest przekazania wysepki miał wymiar symboliczny i nie należy go obecnie traktować w innym niż rytualny wymiarze. W ubiegłym dwudziestoleciu niemieckie gazety sporadycznie wzmiankowały o jedynym od ukończenia I Wojny Światowej niemieckim terytorium zamorskim, odnotowały też przypadek odmowy udzielenia wizy pewnemu dziennikarzowi, który wpisał w kwestionariuszu w rubryce "cel wyjazdu" - "tranzyt na Ernst-Thälmann-Insel". Jeden z huraganów (1998) mocno uszkodził popiersie patrona wyspy, które od tamtego czasu pozostaje nieodbudowane. Zaznaczyć należy, że w owej wymianie prezentów w 1972 NRD przekazało Kubie całkiem realne udziały w firmie Nordsternzucker VEB Halle, które ułatwiały reeksport kubańskiego cukru na rynki zachodnio - europejskie. Inną ciekawostką jest istnienie (przynajmniej wirtualne) "ziomkostwa karaibskiego", które proponuje zbiórkę kasy na wykup wysepki ze stygnących rąk Fidela Castro ("Wir wollen unsere Insel zurück!")

Tak więc, mili moi, Czechosłowacja istnieje, NRD również, odbudową ZSRR straszą nas już prawie wszyscy a PRL wciąż istnieje w naszych głowach, co jest bytem o wiele bardziej realnym niż tropikalne fantasmagorie na Karaibach.

wtorek, 28 października 2008

Mój własny Faust (szkic inscenizacji)

Słyszeliśmy w niedzielę w warszawskim Teatrze Wielkim wykonanie Fausta Gounoda – słyszeliśmy, bowiem na tę „inscenizację” nie dało się patrzeć. Ja Fausta uwielbiam i naprawdę nie spodziewałam się, że taki "samograj" można zepsuć - a jednak można. "Tworzę teatr nie-interpretujący, to zadanie pozostawiam widzom" - puszył się reżyser w przedpremierowej rozmowie z jakąś gazetą. Ja w takim razie zdecydowanie wolę mieć do czynienia z interpretacją, z którą się nawet nie zgadzam, niż z kimś, kto by udowodnić swą wielkość od reżyserii się powstrzymuje (ale chyba już od brania kolosalnych honorariów nie, bo z tego co słyszałam, z uwagi na wysokość tantiemy spektakl pójdzie w Warszawie tylko 4 razy). Wizji jakiejkolwiek - dramaturgicznej czy plastycznej - jako rzekłam, nie było. Były groteskowe makijaże i miny takie jaką demonstruje sam twórca w tym wywiadzie . Była pusta przez większość przedstawienia scena niewypełniona kompletnie niczym, z zawieszoną w dalekim tle płaską dekoracją w stylu "pikseloza". Było "odkrywcze" spostrzeżenie kostiumografa (Wilson przecież nie-interpretuje!) że Faust i Mefisto to w istocie ta sama osoba (ja na to wpadłam jakieś 15 lat temu). Po jedynym ciekawym plastycznie fragmencie przedstawienia - pierwszym akcie w olbrzymiej bibliotece, gdy wszystko opustoszało, a na scenę wykuśtykał chór ubrany w identycznie skrojone szarobure kostiumy, wyłączyłam wizję i uznałam, że znalazłam się na wykonaniu koncertowym. I wtedy zaczął się zupełnie inny Faust - taki, jakiego nikt, nigdy i nigdzie zapewne mi nie zagra. Symboliczny, intertekstualny, zwielokrotniony i par excellence operowy. Ale ja nie nazywam się Wilson…

Faust - jak nie było w Warszawie

Akt I

Scena podzielona jest na trzy obszary: na dolnym poziomie po lewej stronie gabinet Fausta, po prawej inne pomieszczenie chwilowo zaciemnione - ponad oboma poziom górny.
W gabinecie Fausta panuje nieład. Na podłodze walają się książki, nuty, ubrania, rekwizyty teatralne, jakieś naukowe przybory. Pod ścianą stoją nieduże organy (to ważne i jeszcze się przyda), z drugiej strony, obok zaciemnionego pomieszczenia, na ścianie umocowane jest duże lustro.

Faust nie jest ani młody ani stary – a raczej dość dojrzały żeby czuć zgorzknienie, ale wciąż dość młody, by być w stanie wielkim wysiłkiem woli się z tego podnieść. Ubrany w czarny garnitur i białą koszulę (koniec XIX wieku). Nie wierzy w nic i chce umrzeć. Gdy śpiewa o wstającym nowym dniu, powoli rozświetla się górna część sceny i okazuje się, że jesteśmy w teatrze, na próbie – „rolnicy” są przebranymi w kostiumy chórzystami, „młode dziewczęta” to corps de ballet. Faust od niechcenia bawi się buteleczką trucizny; już niemal nalewa płyn do typowo teatralnego kielicha i przymierza się, by spełnić toast do swojego odbicia w lustrze, kiedy za lustrem zapala się światło (widać jakąś garderobę) i wchodzi Mefistofeles. Wygląda identycznie jak Faust. Grzebie w stercie rzeczy, wyciąga jakąś partyturę, wciska doktorowi w ręce. Wskazuje ręką w stronę sceny, gdzie właśnie próbuje solistka-Małgorzata. W chwili, gdy Faust odkłada truciznę na bok i wznosi toast do Małgorzaty pustym kielichem, Mefisto przebiera się w leżący gdzieś na podłodze długi szkarłatny płaszcz, kapelusz z piórami i zakłada maskę (jakąkolwiek, byle wyglądał dostatecznie teatralnie i diabelsko). Faust się nie przebiera, w ogóle się nie zmienia; zmieniło się jedynie to, że po raz pierwszy od dawna (i zapewne ostatni) poczuł nadzieję, że jego życie może się zmienić.

Akt II

Zmiana dekoracji. Scena teatralna. Właśnie dobiegła końca próba. Studenci, żołnierze, mieszczanie, kobiety to tylko aktorzy ćwiczący do przedstawienia. Teraz odpoczywają, piją, jedzą, flirtują. Walenty jest jednym z nich – śpiewając swoją arię wręcza Małgorzacie, swojej narzeczonej, pierścionek na łańcuszku. Ona reaguje na to bez namiętności, po bratersku, ale przyjmuje podarunek i wychodzi odprowadzana szarmancko przez Siebela. Ważne: Siebel i Walenty ubrani są w identyczne stroje; Siebel jednak zachowuje się bardziej wyraźnie jak wielbiciel, a nie jak kolega z zespołu.

Nadchodzi Mefisto w czerwonym płaszczu. Robi duże zamieszanie – przy arii o złotym cielcu (dla efektu dodałabym nad sceną kołyszący się żyrandol) rzuca Wagnerowi (reżyser? dyrygent?) partyturę (na okładce napisane: FAUST). Dokucza Walentemu i Siebelowi (zdążył wrócić). Musi być widać, że Walenty i Siebel to ta sama osoba: wykonują te same gesty itp. Gdy scena pustoszeje, przychodzi Faust – Mefisto każe mu stanąć z boku, z reżyserem. Zespół kontynuuje próbę, tańczą walca. Gdy przychodzi Małgorzata, Faust wręcza jej partyturę (zabrał Wagnerowi) oraz różę. Solistka jest spłoszona, ale wkłada kwiatek w dekolt, potem oddala się. Balet dalej tańczy walca.

Akt III

Na dolnym poziomie znajdują się drzwi do garderoby Małgorzaty i zaciemniona przestrzeń (już wiemy, że to gabinet Fausta). Powyżej opustoszała w tej chwili scena.

Mefisto niepostrzeżenie dostaje się do garderoby przez ruchome lustro i podkłada szkatułkę z klejnotami. Siebel zostawia swój bukiet pod drzwiami. Faust patrzy przez lustrzaną szybę na pokoik Małgorzaty (aria Salut demeure chaste et pure…) Małgorzata zabiera szkatułkę z garderoby i śpiewając pieśń o królu Thule idzie na scenę – jest bardzo zaskoczona, że w środku jest prawdziwa biżuteria. Podczas arii z klejnotami reszta sceny jest zaciemniona, w tle widać siedzącą publiczność, która na koniec bije brawo. Marta (garderobiana) rozmawia z Małgorzatą po udanym przedstawieniu. Już ma z nią iść do garderoby, gdy nadchodzą Mefisto z Faustem. Marta z Mefistem zostają na scenie, siadają z boku przy stoliku (ewentualnie w bocznej loży), Mefisto przynosi jej bombonierkę. Flirtują i rozrzucają złotka od czekoladek, podczas gdy druga para schodzi na dół.

Faust odprowadza Małgorzatę do jej garderoby, oboje są strasznie onieśmieleni, w końcu Małgorzata żegna się i odchodzi, niemal ucieka. Mefistofeles wychodzi na proscenium i odprawia swoje czary – scena zjeżdża na dół, widać teraz tylko ją. Jest całkiem pusta, po deskach snuje się dym. Małgorzata i Faust wspólnie próbują do przedstawienia - Faust stoi z nutami i patrzy w partyturę, Małgorzata śpiewa (duet Laissez-moi… aż do „eternelle”, wtedy książka wypada Faustowi z ręki). Do duetu „oh nuit d’amour” stoją obok siebie, Faust tuż za Małgorzatą, obejmując ją. Kiedy już mają się pocałować, na moment gaśnie światło, a kiedy się zapala, okazuje się, że Małgorzata obejmuje Mefistofelesa. Odpycha go przestraszona, scena podjeżdża do góry. Mefisto znika, a Faust nadbiega z kulisy i kontynuują duet (divine purete…). Ponieważ Małgorzata jest mocno zalękniona, Faust znów odprowadza ją do garderoby, z pełną rewerencją, umawiają się na jutro.

Faust ma ochotę przylać Mefistowi, gdy się spotykają, ale ten ciągnie go natychmiast do jego gabinetu, skąd we dwóch patrzą jak Małgorzata wspomina swoją schadzkę, wdzięcząc się przed lustrem. W kulminacyjnej scenie, za sprawą Mefista lustro otwiera się, a Faust i Małgorzata padają sobie w ramiona.

Akt IV

Garderoba Małgorzaty/ gabinet Fausta. Małgorzata rozpacza przed zamkniętym lustrem; siedząc przy toaletce, ze smutkiem rozpakowuje paczuszkę, gdzie znajdują się buciki niemowlęce. Tu może nastąpić – wycinana zazwyczaj – scena z Siebelem, który nieskutecznie próbuje ją pocieszyć, Małgorzata jednak wciąż czeka na Fausta. Na scenie powyżej trwa próba chóru. Fausta nigdzie nie ma, natomiast za ścianą jest Mefistofeles, który gra sobie na organach, a potem dręczy znękaną wyrzutami sumienia Małgorzatę, odzywając się do niej zza lustra. Rolę chóru demonów odgrywają artyści próbujący piętro wyżej, plotkujący o Małgorzacie.

Powrót żołnierzy odbywa się jako „teatr w teatrze”, Siebel-Walenty (czyli jednym słowem Rywal) bije się z myślami – oczywiście ktoś „życzliwy” już mu doniósł o zdradzie Małgorzaty. Jej samej nie ma, siedzi w garderobie i płacze. Gdy scena pustoszeje (zostaje tylko Walenty i Siebel) pojawiają się Faust i Mefisto. Mefisto machając nogami buja się na żyrandolu i śpiewa swoje złośliwe kuplety, Faust bezskutecznie stara się go uciszyć; Walenty nie słuchając błagań Siebela wciska Faustowi do ręki szablę (rekwizyt teatralny) i zmusza do pojedynku. To jest moment na stereotypowe powiewające koszule i porządną bijatykę. Gdy Walenty pada ciężko raniony, widz zauważa, że na piersi Siebela też jest krwawa plama. Faust ucieka, Mefisto znika (wraz z żyrandolem), na scenę wbiega chór, a za nimi Małgorzata. Walenty zrywa jej z szyi łańcuszek z zaręczynowym pierścionkiem, przeklina ją i umiera; w tej samej chwili Siebel również pada martwy.

Akt V

Pusta scena. Mefisto ustawia rekwizyt-tron i każe Faustowi siadać. Faust czyni to niechętnie i rozpoczyna się Noc Walpurgii. Corps de ballet występuje jako corps de ballet i wdzięczy się przed Faustem ile się da. Mefisto prezentuje solistki: bliskowschodnią piękność, potem jedną z baletnic, romantyczno-gotycką królewnę, uczennicę w mundurku (całkiem współczesnym). Faust patrzy na to wszystko coraz bardziej przerażony, z rosnącym niedowierzaniem. Piękne dziewczęta wpychają mu się na kolana, próbują go całować - Faust stara się je odgonić, Mefisto się śmieje. Tymczasem Małgorzata piętro niżej rozbija lustro w garderobie i przechodzi do gabinetu Fausta. Przerażona ogląda panujący tam nieład, widzi organy, w końcu znajduje buteleczkę trucizny, którą Faust chciał zażyć na początku pierwszego aktu. Nalewa do kielicha i pije.

We fragmencie instrumentalnym po tym, jak Faust rozkazał Mefistofelesowi prowadzić się natychmiast do Małgorzaty, ma miejsce scena zbiorowa w teatrze. W obecności chóru, na scenie, Małgorzata ma krwotok (duża, rozmazana plama na deskach plus pobrudzona cała dolna połowa białego kostiumu do „sceny więziennej”) i mdleje. Chór rozchodzi się, Faust i Mefisto znajdują Małgorzatę leżącą nieprzytomną na scenie. Mefisto oddala się i kochankowie zostają sami. Scena zmienia się podobnie jak w III akcie do sekwencji ogrodowej (gwiaździsta noc, dym na deskach, ogólnie bardzo romantycznie). Małgorzata rozpoznaje Fausta i padają sobie w ramiona; wtedy okazuje się, że ona nie rozumie co się z nią dzieje, majaczy w gorączce. Gdy próbuje wstać, ciągnie się za nią krwawa smuga; leci Faustowi przez ręce, kiedy ten stara się wyprowadzić ją na zewnątrz. Nadbiega Mefistofeles (bez swojej czerwonej peleryny, tylko w kapeluszu i masce), chce pomóc Faustowi uratować Małgorzatę. W czasie szamotaniny dziewczyna zrzuca mu kapelusz (więc coraz bardziej widać, że Mefisto to w istocie sam Faust). W finałowym tercecie Małgorzata praktycznie omdlewa, wiesza się na Fauście, który osuwa się na kolana i błaga ją o przebaczenie (ona wydaje się mu wybaczać, ale trudno ustalić, na ile jest świadoma). Mefisto krzyczy na Fausta i Małgorzatę, żeby się pospieszyli, ale bez efektu. Na dole, na poziomie garderób, zbiera się tłumek chórzystów. W ostatnim wysiłku Małgorzata wstaje, podchodzi do Mefista i ściąga jego maskę – teraz widać bez żadnej wątpliwości, że jest identyczny jak Faust. Swoją ostatnią kwestię „Va, tu me fais horreur!” Małgorzata wrzeszczy do obydwu, po czym pada nieżywa. Faust rozpacza łapiąc się za głowę, Mefistofeles odchodzi w kulisę. Ostre światło na dolny poziom sceny, gdzie gapiący się na nich od pewnego czasu chórzyści wykonują finałowy chór aniołów przekonani o własnej moralnej wyższości.

Kurtyna