Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanki kanikuła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanki kanikuła. Pokaż wszystkie posty
piątek, 7 sierpnia 2020
niedziela, 26 lutego 2012
Psy 2
Vittore Carpaccio, dla wielu będący tym, który udzielił swojego imienia przystawce z surowego mięsa (tak przynajmniej chce Arrigo Cipriani), malował w Wenecji na przełomie XV i XVI wieku (pisaliśmy już o nim przy okazji św. Urszuli). Jednym z jego dzieł jest obraz wiszący w Museo Correr, a znany obecnie jako “Two Venetian Ladies”. Tytuł jest dość dyskusyjny, wielu historyków sztuki dopatruje się na obrazie znudzonych kurtyzan - pionierem tej szkoły był (mający kłopoty z własną seksualnością) John Ruskin a ostatnim, późnym prorokiem jest Waldemar Łysiak (dla którego - zdaje się - każda kobieta jest kurwą; oprócz żony, ale i ta też kurwa). Apologeci na poparcie tej interpretacji dopatrują się agregacji różnych artefaktów, a to że paw, a to że papuga, że szopeny (buty na koturnowym obcasie), a to że piesek mordkę ma znudzoną, a to że jego pani też wiele mądrzej z oczu nie patrzy. Obecnie, a odkrycia pomogła dokonać gałązka z kwiatem lilii, rozdzielona pomiędzy dwa obrazy, uważa się, że jest to fragment większej całości. I teraz już wiadomo, o co chodzi: mężczyźni popłynęli na lagunę, polować na kormorany (czy z kormoranami, to nie jest jasne) a panie zostały na tarasie. I tylko piesek patrzy się z wyrzutem na Ruskina czy innego Łysiaka: “Kurtyzany? Weź się człowieku ogarnij!”.
Jest też francuski malarz, Louis Le Nain (i jego dwóch braci, precyzyjne atrybucje są trudne, bo podpisywali się tylko nazwiskiem), który znany jest z przedstawień francuskich wieśniaków. Obrazy Le Nainów są o tyle ciekawe, że kontrastują z widzeniem chłopów przez, na przykład, współczesnego im Breugla. Chłopi flamandzcy to rubaszni morlokowie, z karykaturalnymi nosami, brzuchami i mordami, podglądani przez malarza w trakcie jakichś mrówczych zajęć. U Le Nainów pozują ze spokojną zamyśloną godnością, niczym bohaterowie wierszy Tadeusza Nowaka. I zawsze ktoś na czymś gra i zawsze zamyślony piesek, wschłuchany w dźwięki fletu.
Jako się rzekło poprzednio, Landseera nie poważam, choć uznaję wielkość. Chodzi o przedmiotowe traktowanie piesków. Piesek ma być częścią jakiejś opowieści, bohaterem drugiego (albo i pierwszego planu), jakąś kotwicą, która pozwala mi zapamiętać obraz i przypomnieć go sobie po latach. Nie lubię piesków - durnych modeli, malowanych tylko dlatego, że (w myśl starej prawdy teatralnej) zwierzęta i dzieci zbierają największe brawa. Zrobię jednak mały wyjątek. Chodzi o dwóch akademickich animalistów - Charlesa Burtona Barbera i Britona Rivière.
Pierwszy z nich znany jest głownie jako malarz dokumentujący okrucieństwo małych dziewczynek, które zmuszają niewinne zwierzęta do uczestnictwa w obrządkach religijnych. Przy takich wyczynach blednie karmienie psa miodem, ubieranie psa w czepek czy też przymuszanie do słuchania rzępolenia. Piesek się potem zrewanżował na miarę swoich skromnych możliwości budząc dziewczynkę bladym świtem. Ale i tak nadaremnie, bo pada i nici ze spaceru (więc pozostają nam jakieś dziwne zabawy albo tańce). Gdy dziewczynki niegrzeczne, idą do kąta. Wtedy wiadomo, piesek jedyny towarzysz i pocieszyciel. Czasami kara trwa tak długo, że piesek zdąży nieźle wyrosnąć.
Briton Rivière pokazywał, oprócz znanych motywów z małymi dziewczynkami, również i to, że pieski przydają się większym nieco chłopcom, zwłaszcza gdy trafią do więzienia. Swoją drogą, obraz rzuca ciekawe światło na obyczaje w brytyjskich więzieniach u schyłku XIX wieku.
Później już psami zajęła się X Muza i stały się bohaterami masowej wyobraźni (Szarik, Reksio, Lassie, Scooby Doo, Pluto, pies Cywil - choć ze 101 dalmatyńczyków to najbardziej i tak pamiętamy Cruellę). A trzy najlepsze pieski Banksy’ego to Burek obszczymurek, kubistyczny Azor i otrzepujący się z wody / farby Rex.
środa, 15 lutego 2012
Salmagundi
Długie przeloty, oprócz licznych wad, mają też zalety. Otóż poniekąd zmuszają do oglądania filmów, czytania książek i spania. Śpi się po to, żeby nie jeść, ogląda się to, co Lufthansa wybrała pasażerowi do oglądania, za to w lekturach ma się całkowicie własny wybór. Ciągle jeszcze nie wiem, czy bardziej potrzebuję kundla czy srajpada (i dlatego nie mam ani jednego ani drugiego), tym bardziej istotna jest kwestia wyboru książek w podróż. Najczęściej bierzemy więc w drogę albo absolutne pewniaki, albo rzeczy już nadgryzione i smakujące zachęcająco (trzecią, dominującą kategorią są lektury zawodowe Doroty).
Zanim o książkach, będzie o filmach. Na początek męcząco steampunkowi "Muszkieterowie", cała historia gdzieś grzęźnie wśród tych latających żaglowców, a morał jedyny taki, że Orlando Bloom też potrafi się ładnie starzeć. Potem "Cowboys and Aliens", którego wystawiam do rywalizacji w kategorii najgłupszy film ever. Kiedyś widziałem jakieś dzieło z lat 70, w której zombiaki zawładnęły letnim obozem młodzieżowym gdzieś na amerykańskiej prowincji i mieszkańcy okolicznego miasteczka musieli w pocie czoła wymordować dziatwę, żeby cholerstwo się dalej nie plęgło, co pokazano niespiesznie, z dużym pietyzmem dla detalu, w stylu i za pomocą środków technicznych swoistych dla niskobudżetowych produkcji z lat 70. No, ale tym razem mamy budżet wysoki i trzydzieści lat później, Harissona Forda supportującego Daniela Craiga i ścigacze Obcych prujące niebo jak w "Gwiezdnych Wojnach". Tak, jak obiecuje już tytuł, rzecz jest o najeździe kosmitów na Dziki Zachód. Pokonanie najeźdźców możliwe jest dzięki solidarnej współpracy złych i dobrych rewolwerowców, archetypowych Indian oraz emisariuszki z jeszcze innej planety. Finałowa scena bitwy wciska w fotel: Indianie dzidami i tomahawkami, kowboje strzelbami, Obcy promieniami śmierci, zielona (jakżeby inaczej!) glutoplazma Obcych miesza się w powietrzu z fragmentami mózgów Ziemian, a na końcu jeszcze emisariuszka wysadza kolubrynę. Tadaaam! Potem już tylko możliwa była kreskówka ("Puss in boots"). A potem jeszcze próbowałem obejrzeć inny film: on wynajduje lekarstwo na raka, ona pisze książkę o jakichś Majach czy innych Inkach, ale - co za cholerny pech! - umiera na raka mózgu, więc on czuje się zobowiązany dokończyć ową książkę, co jednak wymaga stosowania jakichś neurostymulantów, rzecz robi się mocno oniryczna i w tym momencie porwał mnie w swe objęcia Morfeusz, więc nawet tytułu nie zapamiętałem. (Dorota oglądała i mówi, że nawet niezłe).
A teraz książki. "Saturn" Dehnela. Wszystko fajnie, z koncepcji książka przypomina mi "Picture this" Hellera, sprawnie zrealizowany pomysł z narracją równoległą, miłe też to, że autor potrafi przełamać konwencję i odejść od epatowania czytelnika zdaniami wielokrotnie złożonymi zawierającymi nadreprezentację wyrazów dłuższych niż trzysylabowe, ale jednak coś zgrzyta, niczym kreda o szybę. (Pomijam już fakt, że ekfrazy w "Saturnie" czyta się jak opisy przyrody u Orzeszkowej, po kilka kartek na raz). Zgrzyta mi wprowadzony metodą "zapisywania trupa do partii" wątek homoseksualnego romansu Goi, co do którego nie ma [albo i jest - informacja w komentarzu poniżej] nie tylko żadnego źródłowego (oprócz przeczuwanej przez Dehnela "oczywistej oczywistości"), ale i fabularnego uzasadnienia. (Dorota broni autora; mówi, że pewno chodziło o to, że syn Goi, który nie rozumiał i - z wzajemnością - gardził ojcem, odkrył po jego śmierci coś, co spowodowało, że spojrzał na jego postać w zupełnie inny sposób). Niektórzy nasi gejowaci znajomi z pasją godną lepszej sprawy zajmują się demaskowaniem współbraci w orientacji wśród różnej maści celebrytów ("ten nasz, i ten, i ten też!"). Nie wiem, może w ten sposób czują się mniej stygmatyzowani, skoro ta różowa orkiestra tak liczna, w każdym bądź razie - ku mojemu rozbawieniu - Dehnel się w ten nurt zupełnie naturalnie wpisuje. No i zabawna ta projekcja, co to z tej historii fabularnie wynika: furda żona i tabuny kochanek, jedyny prawdziwy afekt w życiu malarza to ten ciągnący się przez całe życie męski romans.
Druga lektura to “Ameryka nie istnieje” Orlińskiego. Też zgrzyta, ale zupełnie z innych względów. Książka (przy wszystkich swoich zaletach, o czym w następnym akapicie) jest nieszczęściem i tragedią redakcyjną. Każdemu, kto pisze cokolwiek dłuższego niż SMSy zdarza się, że po wielokrotnej edycji tekstu rozjadą się przypadki, przyimki, czasy, a niekiedy i sens jako taki. Po to jest w wydawnictwie korekta, żeby to wszystko wyłapać, po to jest redaktor, żeby usiąść z autorem i ogólniejsze kwestie omówić. W wydawnictwie “Pascal” ktoś za to wziął pieniądze (nawet wiadomo kto, bo w stopce redakcyjnej są nazwiska - litościwie przemilczę), ale roboty nie wykonał. Abnegacja na poziomie redakcyjnym skutkuje też niestety pewnymi supozycjami co do chlujności autora. Gdy czytam o "uprawie bydła" czy "płaceniu za pszenicę jak za zboże" albo o "dosłownych słowach", to w normalnych okolicznościach podejrzewałbym (mniej lub bardziej udane) zabawy językowe i puszczanie perskiego oka do czytelnika. Czytając o "wojnie cywilnej" rozumiem (choć przypłacam to bólem zębów), że chodzi o wojnę secesyjną, gdy napotykam stwierdzenie "chwalebna rewolucja" wolałbym zapis "Chwalebna Rewolucja", chociażby dlatego aby umieć rozróżnić usunięcie Stuartów z tronu angielskiego od manifestacji ogólnie lewicowych poglądów autora. Gdy czytam o "wyburzeniu parku", to trudno oprzeć się refleksji, że parki (te klasyczne, z drzewami i trawnikami, a taki jest właśnie Overton w Memphis) się raczej zabudowuje, a nie burzy. Ale co to jest za funkcja "kurator nadzorujący sprawowanie wyroków zwolnionych zawodowo", tego już raczej nie zrozumiem. I tak dalej, ad nauseam. Niestety, sporo baboli. Szkoda.
Tym bardziej szkoda, że widać naprawdę benedyktyńską pracę autora włożoną w napisanie książki, widać erudycję i umiejętność zgrabnej syntezy. Dużo ładnie opakowanej informacji. Mnóstwo odniesień popkulturowych, nie zawsze dla mnie dostępnych; żartem mógłbym napisać, że dla mnie jedyne kulturowe odniesienia do USA to La Fanciulla del West Pucciniego i symfonia Z Nowego Świata Dvořáka, ale nie jest tak źle - oglądałem przynajmniej część filmów o których pisze Orliński (wymiękam dopiero przy serialach, piosenkach i grach komputerowych), choć nigdy nie przyszłoby mi do głowy oglądanie realnego świata przez pryzmat tego ekranowego (tym większa zasługa Orlińskiego, że pokazał, że tak można). Dla mnie Stany to przede wszystkim kraina wakacyjna (jak dla innych Tajlandia czy Indonezja), w dalszej kolejności miejsce zamieszkania krewnych Doroty i przystanek przesiadkowy w dalszych podróżach, nie ciągnie mnie tam - w odróżnieniu od autora “Ameryka nie istnieje” - chęć konfrontacji amerykańskich mitów z amerykańską rzeczywistością. Ale mimo to, a może właśnie dlatego - ciekawa lektura.
A tytułowe Salmagundi to tytuł XIX wiecznego periodyku redagowanego w Nowym Yorku przez Washingtona Irvinga, o którym tak pisze Orliński: "nie wiadomo, co oznacza ten tytuł - w pierwszym numerze Irving zadeklarował, że to tak oczywiste, że nie zasługuje na tłumaczenie". Irving miał rację, czego można się dowiedzieć chociażby z wikipedii (jeśli nie ze słownika Webstera - zresztą o innych niż leksykalne pasjach Noaha Webstera też można przeczytać u Orlińskiego).
PS. A na dowód, że nie zapomniałem o pieskach (które spokojnie czekają na swoją kolej) - "Wnętrze kościoła św. Piotra w Leiden" pędzla van Vlieta i cicho szemrzący bohater pierwszego planu (Ringling Museum, Sarasota).
Etykiety:
czytanki kanikuła,
film,
homoseksualizm,
kultura masowa,
poczytajki,
podróże,
popkultura,
recenzja,
wakacje
sobota, 1 października 2011
Październik był jedną z tych niewielu rzeczy, które przychodziły na czas
Referral fun (wrzesień 2011):
starodawne ubrania niemców
nagi mężczyzna zdjęcie
DDR apulia
stanisław kania jeszcze żyje
goło w domu
cycki wisienka
Gdzieś w odległej galaktyce, czyli mało znane zakątki blogosfery:
1. Sprawa majorowej X - interwencja na najwyższym szczeblu
2. Fałszywa hrabina - garniturek dwurzędowy bardziej elegancki niż smoking; płacić po niemiecku; na ryby z nożem
3. Anioł śmierci (Evelyn de Morgan) - prerafaelici w kontekscie neurobiologicznym (usuń kosę, a uzyskasz zwiastowanie)
4. Nienapisany list do cioci Hani, czyli to samo, o tym samym, ale trochę inaczej
5. Jerofiejew u Krzemińskiego ("Historię Związku Radzieckiego najlepiej studiować pod kątem bielizny. Nie znalazł się jeszcze Dostojewski, który opisałby wieczny kobiecy strach, związany z bielizną: lada moment pęknie guma w majtkach, rozepnie się stanik, opadną pończochy. W rzeczy samej byliśmy kolosem w opadających pończochach")
Uprzejmie informujemy, że lada moment ("już za chwileczkę, już za momencik") wracamy do świata żywych, pracujących, bywających (23 października premiera Don Carlo w berlińskiej Deutsche Oper), a nawet, być może, blogujących.
PS. W tytule cytat z Marqueza ("Nie ma kto pisać do pułkownika").
starodawne ubrania niemców
nagi mężczyzna zdjęcie
DDR apulia
stanisław kania jeszcze żyje
goło w domu
cycki wisienka
Gdzieś w odległej galaktyce, czyli mało znane zakątki blogosfery:
1. Sprawa majorowej X - interwencja na najwyższym szczeblu
2. Fałszywa hrabina - garniturek dwurzędowy bardziej elegancki niż smoking; płacić po niemiecku; na ryby z nożem
3. Anioł śmierci (Evelyn de Morgan) - prerafaelici w kontekscie neurobiologicznym (usuń kosę, a uzyskasz zwiastowanie)
4. Nienapisany list do cioci Hani, czyli to samo, o tym samym, ale trochę inaczej
5. Jerofiejew u Krzemińskiego ("Historię Związku Radzieckiego najlepiej studiować pod kątem bielizny. Nie znalazł się jeszcze Dostojewski, który opisałby wieczny kobiecy strach, związany z bielizną: lada moment pęknie guma w majtkach, rozepnie się stanik, opadną pończochy. W rzeczy samej byliśmy kolosem w opadających pończochach")
Uprzejmie informujemy, że lada moment ("już za chwileczkę, już za momencik") wracamy do świata żywych, pracujących, bywających (23 października premiera Don Carlo w berlińskiej Deutsche Oper), a nawet, być może, blogujących.
PS. W tytule cytat z Marqueza ("Nie ma kto pisać do pułkownika").
sobota, 9 lipca 2011
James i Jan
A wszystko zaczęło się zwyczajnie, wręcz nudnawo – ot, kolejny dzień pracy nad czymś, co w pobożnych życzeniach agnostyka będzie książką o królowej Wiktorii (brzydkie słowo na „ha”…) Oglądając bardzo ciekawy film dokumentalny pt Queen Victoria’s Empire zwróciłam uwagę na występującą pomiędzy ekspertami panią Jan Morris – uroczą i błyskotliwą angielską babunię w białych loczkach i perełkach. Przebiegło mi przez myśl, że „sweet old lady” wygląda tak jakby odrobinę androginicznie, ale w GB nie jest to aż taki ewenement, zwłaszcza w późniejszym wieku. Sam Lord Tennyson w poemacie „The Princess” utrzymywał, że:
[Streszczenie dla nielęgłydżowych: Pitu-pitu, wiktoriański podział ról płciowych. Na deser po całym życiu harówy w zaprogramowanym posiadanymi genitaliami kieracie – odpowiednio: on kasa, ona dzieci – można liczyć na odrobinę równości w późnej starości.]
Zupełnie osobno, przeczytałam też świetną książkę o historii Imperium, autorstwa niejakiego Jamesa Morrisa pt Heaven’s Command. Mądre, błyskotliwe, od wydania w 1971 uleżałe jako klasyk tematu.
I nagle małe światełko w mózgownicy – ejże, czy to nie jacyś krewni? Wujaszek Google z uśmiechem podał, że i owszem, nawet bardziej niż krewni, konkretnie ta sama osoba. W dodatku dorzucił kilka sensacyjnych przypisów, że 23letni James poślubił był w 1949 roku pewną Elizabeth, córkę plantatora herbaty i (zanim jednak doszedł do wniosku, że jest Jan) spłodził z nią piątkę potomstwa. Oczywiście, Elizabeth nie pozostała żoną Jan, bo jak, i dwie (teraz już) panie rozwiodły się po 15 latach małżeństwa. Zgroza – panie – ruja, porubstwo, Sodoma i Gomora oraz cierpiące ponad ludzką miarę żona-i-dziatki bezdusznego zboczeńca…
Zaraz, zaraz…
Otóż, ehem, panie nigdy się nie rozstały. Dały się administracyjnie zmusić do rozwodu, ale rozpadu związku i oczekiwanej przez Zacnych Mieszczan zamiany miłości na nienawiść nie dały sobie wbić do głowy. Życie toczyło się jak dawniej, tyle, że zamiast Jamesa pojawiła się Jan. A w 2008 roku, kiedy tylko stało się to możliwe, panie ponownie wzięły ślub. Nie wierzycie? Poczytajcie...
Mała, ludzka historyjka, która sprawia, że zaczyna się wierzyć w ludzi. I cieszyć się, że „wartości wiktoriańskie” odeszły z królową Wiktorią (to, że ona sama niewiele miała z nimi wspólnego, to już temat na inną opowieść).
[…] Yet in the long years liker must they grow;
The man be more of woman, she of man;
He gain in sweetness and in moral height,
Nor lose the wrestling thews that throw the world;
She mental breadth, nor fail in childward care,
Nor lose the childlike in the larger mind;
Till at the last she set herself to man,
Like perfect music unto noble words;
And so these twain, upon the skirts of Time,
Sit side by side, full-summed in all their powers,
Dispensing harvest, sowing the To-be,
Self-reverent each and reverencing each,
Distinct in individualities.
[Streszczenie dla nielęgłydżowych: Pitu-pitu, wiktoriański podział ról płciowych. Na deser po całym życiu harówy w zaprogramowanym posiadanymi genitaliami kieracie – odpowiednio: on kasa, ona dzieci – można liczyć na odrobinę równości w późnej starości.]
Zupełnie osobno, przeczytałam też świetną książkę o historii Imperium, autorstwa niejakiego Jamesa Morrisa pt Heaven’s Command. Mądre, błyskotliwe, od wydania w 1971 uleżałe jako klasyk tematu.
I nagle małe światełko w mózgownicy – ejże, czy to nie jacyś krewni? Wujaszek Google z uśmiechem podał, że i owszem, nawet bardziej niż krewni, konkretnie ta sama osoba. W dodatku dorzucił kilka sensacyjnych przypisów, że 23letni James poślubił był w 1949 roku pewną Elizabeth, córkę plantatora herbaty i (zanim jednak doszedł do wniosku, że jest Jan) spłodził z nią piątkę potomstwa. Oczywiście, Elizabeth nie pozostała żoną Jan, bo jak, i dwie (teraz już) panie rozwiodły się po 15 latach małżeństwa. Zgroza – panie – ruja, porubstwo, Sodoma i Gomora oraz cierpiące ponad ludzką miarę żona-i-dziatki bezdusznego zboczeńca…
Zaraz, zaraz…
Otóż, ehem, panie nigdy się nie rozstały. Dały się administracyjnie zmusić do rozwodu, ale rozpadu związku i oczekiwanej przez Zacnych Mieszczan zamiany miłości na nienawiść nie dały sobie wbić do głowy. Życie toczyło się jak dawniej, tyle, że zamiast Jamesa pojawiła się Jan. A w 2008 roku, kiedy tylko stało się to możliwe, panie ponownie wzięły ślub. Nie wierzycie? Poczytajcie...
Mała, ludzka historyjka, która sprawia, że zaczyna się wierzyć w ludzi. I cieszyć się, że „wartości wiktoriańskie” odeszły z królową Wiktorią (to, że ona sama niewiele miała z nimi wspólnego, to już temat na inną opowieść).
poniedziałek, 28 marca 2011
Źródła polskości polskiego źródła
To miał być w zasadzie dobrotliwie ironiczny komentarz do któregoś z matematycznych wpisów AndSola - a to mianowicie ten artykuł, z moim komentarzem do pierwszego akapitu, że teraz czekałbym na przykład kogoś, kto zrobił międzynarodową karierę zaczynającą się od tego, że uciekł z zajęć chóru i trafił na lekcję matematyki.
Tyle, że wcale nie jestem pewien, czy chciałbym ten komentarz napisać - przede wszystkim dlatego, że teraz, w pokoleniu objętym obowiązkiem szkolnym, używa się takiego eufemizmu “mam zainteresowania humanistyczne” (rzadziej: artystyczne), który oznacza, że jestem słaby z matematyki (i innych przedmiotów ścisłych). W moich szkolnych czasach dotknięci taką przypadłością (w tym i ja) przynajmniej nie czynili sobie z niej cnoty.
Więc pomyślałem sobie, że nie, nie będę się wpisywać w tę narrację, nawet jeśli miałoby to tylko być pretekstem dla ładnej finty, którą odwinął byłby się AndSol. Ale skoro mamy już ten artykuł z Nowego Dziennika o Beczale, to może jednak go przetrawić na coś blogowego. Kariera chłopca z Czechowic w paraleli do kariery chłopca z Sosnowca? Banalne. Pochylić się nad refleksją śpiewaka nad “ objawami degeneracji opery” (Regietheater). Było i będzie: przy okazji każdej warszawskiej czy berlińskiej premiery forum operowe huczy tą dyskusją aż do porzygu i kompletnego wymięcia argumentów. Trochę mi zgrzyta w uszach “tąpnięcie w górę”, ale przecież chłopak ze Śląska (austriackiego) zna się lepiej na tąpnięciach niż ja.
To może zdjęcie? Już lepiej. Zabawna ta reprodukcja na ścianie - “ogrodniczka na plantacji konopii” - ale mnie przede wszystkim zastanawia, że ktoś, kto wypełnia naturalnym głosem scenę Metropolitan Opera i większą od niej (nie bójmy sie tego napisać: największą na świecie) scenę warszawskiego Teatru Wielkiego[*] wymaga nagłośnienia na spotkaniu w (wyobrażam sobie) niedużej salce redakcji “Nowego Dziennika”.
[*] Z tymi największościami to jest tak, że jak oceniać po liczbie miejsc siedzących na widowni, to Met bije TW-ON o kilka długości (3800 versus 1841). Ale jak liczyć powierzchnię sceny to nasi górą i to prawie trzykrotnie: 1150 m2 wobec 401 m2. Bardzo to... świebodzińskie.
Ale ja w zasadzie o czymś innych chciałem: butelki na stole. Absolutnie dominująca marka na Wschodnim Wybrzeżu. Poland Spring. W zasadzie nigdy sie nad tym wcześniej nie zastanawiałem, no może trochę było mi miło, że w takim normalnym, kuchennym życiu, przeciętny Amerykanin ma z Polską skojarzenia źródlane, a nie obozowe. Przyjąłem za aksjomat, że może niekoniecznie założyciele firmy byli emigrantami (potomkami[**] emigrantów), ale przynajmniej ci, którzy dali żródełku nazwę.
[**] W pierwszej wersji tekstu zrobiłem literówkę - napisałem “potomakami”, co wydało mi się (z uwagi na kontekst) zabawne i pomyślałem, że może warto to jakoś utrwalić.
No i trwałem w tym przeświadczeniu do dziś. Dziś pomyślałem sobie, że warto sobie sprawdzić tę historię, bo przecież ktoś już o tym musiał napisać (pod hasłem Pan Balcer w Ameryce albo Nasi dzielni pionierzy poją pasażerów Mayflower ewentualnie Matka Boska się pokazała i powiedziała: tu kopta, chłopy). Nic. To może jakoś w ujęciu popkulturowym, mimochodem (sprawdzić u WO) - też nic. No trudno, trzeba samemu pierwszą skibę odwalić.
Miasteczko Poland w stanie Maine nie ma nic wspólnego z osadnikami z Polski. Jest bardzo białe, ale US Census Bureau nie zbiera szczegółowych danych dotyczących pochodzenia mieszkańców. Nazwiska zasłużonych obywateli Polandu jakoś szczególnie polsko nie brzmią. Żaden z dwu kościołów (Grace Fellowship Church i Poland Community Church) nie wygląda z nazwy na katolicki. Skąd więc Poland, skoro nie z Polski rodem i dlaczego?
Tyle, że wcale nie jestem pewien, czy chciałbym ten komentarz napisać - przede wszystkim dlatego, że teraz, w pokoleniu objętym obowiązkiem szkolnym, używa się takiego eufemizmu “mam zainteresowania humanistyczne” (rzadziej: artystyczne), który oznacza, że jestem słaby z matematyki (i innych przedmiotów ścisłych). W moich szkolnych czasach dotknięci taką przypadłością (w tym i ja) przynajmniej nie czynili sobie z niej cnoty.
Więc pomyślałem sobie, że nie, nie będę się wpisywać w tę narrację, nawet jeśli miałoby to tylko być pretekstem dla ładnej finty, którą odwinął byłby się AndSol. Ale skoro mamy już ten artykuł z Nowego Dziennika o Beczale, to może jednak go przetrawić na coś blogowego. Kariera chłopca z Czechowic w paraleli do kariery chłopca z Sosnowca? Banalne. Pochylić się nad refleksją śpiewaka nad “ objawami degeneracji opery” (Regietheater). Było i będzie: przy okazji każdej warszawskiej czy berlińskiej premiery forum operowe huczy tą dyskusją aż do porzygu i kompletnego wymięcia argumentów. Trochę mi zgrzyta w uszach “tąpnięcie w górę”, ale przecież chłopak ze Śląska (austriackiego) zna się lepiej na tąpnięciach niż ja.
To może zdjęcie? Już lepiej. Zabawna ta reprodukcja na ścianie - “ogrodniczka na plantacji konopii” - ale mnie przede wszystkim zastanawia, że ktoś, kto wypełnia naturalnym głosem scenę Metropolitan Opera i większą od niej (nie bójmy sie tego napisać: największą na świecie) scenę warszawskiego Teatru Wielkiego[*] wymaga nagłośnienia na spotkaniu w (wyobrażam sobie) niedużej salce redakcji “Nowego Dziennika”.
[*] Z tymi największościami to jest tak, że jak oceniać po liczbie miejsc siedzących na widowni, to Met bije TW-ON o kilka długości (3800 versus 1841). Ale jak liczyć powierzchnię sceny to nasi górą i to prawie trzykrotnie: 1150 m2 wobec 401 m2. Bardzo to... świebodzińskie.
Ale ja w zasadzie o czymś innych chciałem: butelki na stole. Absolutnie dominująca marka na Wschodnim Wybrzeżu. Poland Spring. W zasadzie nigdy sie nad tym wcześniej nie zastanawiałem, no może trochę było mi miło, że w takim normalnym, kuchennym życiu, przeciętny Amerykanin ma z Polską skojarzenia źródlane, a nie obozowe. Przyjąłem za aksjomat, że może niekoniecznie założyciele firmy byli emigrantami (potomkami[**] emigrantów), ale przynajmniej ci, którzy dali żródełku nazwę.
[**] W pierwszej wersji tekstu zrobiłem literówkę - napisałem “potomakami”, co wydało mi się (z uwagi na kontekst) zabawne i pomyślałem, że może warto to jakoś utrwalić.
No i trwałem w tym przeświadczeniu do dziś. Dziś pomyślałem sobie, że warto sobie sprawdzić tę historię, bo przecież ktoś już o tym musiał napisać (pod hasłem Pan Balcer w Ameryce albo Nasi dzielni pionierzy poją pasażerów Mayflower ewentualnie Matka Boska się pokazała i powiedziała: tu kopta, chłopy). Nic. To może jakoś w ujęciu popkulturowym, mimochodem (sprawdzić u WO) - też nic. No trudno, trzeba samemu pierwszą skibę odwalić.
Miasteczko Poland w stanie Maine nie ma nic wspólnego z osadnikami z Polski. Jest bardzo białe, ale US Census Bureau nie zbiera szczegółowych danych dotyczących pochodzenia mieszkańców. Nazwiska zasłużonych obywateli Polandu jakoś szczególnie polsko nie brzmią. Żaden z dwu kościołów (Grace Fellowship Church i Poland Community Church) nie wygląda z nazwy na katolicki. Skąd więc Poland, skoro nie z Polski rodem i dlaczego?
Dwie są teorie, żadna nie pozbawiona wad. Angielska wikipedia proponuje pochodzenie nazwy od... wodza indiańskiego imieniem Poland, który miał zostać zabity wraz ze swoimi dwoma wojownikami podczas rajdu na pobliską plantację w maju 1756 roku. Jest to o tyle ciekawe, że w źródle, do którego wiki odsyła, najwyraźniej w tej konkretnej sprawie informacje wyschły. Za to wódz Poland i dramatyczne okoliczności jego samotnej tym razem śmierci pojawiają się na kartach (cytowanej tutaj) gazety The Oracle z 11 kwietnia 1900 roku. Warto przytoczyć chociażby fragment relacji: “Manchester, well knowing the treacherous nature of Poland...”
Druga teoria, wspierana przez władze miasta Poland, wywodzi nazwę od Mojżesza. A to mianowicie: “Moses Emery one of the area's earliest settlers and representative to the general court, procured the incorporation in 1795 and for that was given the privilege of naming the town. He had always had a peculiarity for an ancient melody called "Poland" found in most of the collections of ancient psalmody. The melody must have been running through his mind the day he considered names for the town, for it was Poland he chose.”
Wszystko fajnie, istnieje też na to dowód ikonograficzny, tyle, że pieśń zaczynająca się od słów O Happy Home Where Thou art Loved Most Dearly (a w zasadzie O selig Haus, wo man dich aufgenommen) jest luterańskim hymnem, skomponowanym przez Eduarda Niemeyera do słów hanowerskiego pastora Karla Johanna Philippa Spitty, ponad pół wieku po założeniu miasteczka Poland. A i w melodii trudno się jakichś polsko brzmiących akordów doszukać.
Skoro nie wódz i nie lutry, to kto?
Druga teoria, wspierana przez władze miasta Poland, wywodzi nazwę od Mojżesza. A to mianowicie: “Moses Emery one of the area's earliest settlers and representative to the general court, procured the incorporation in 1795 and for that was given the privilege of naming the town. He had always had a peculiarity for an ancient melody called "Poland" found in most of the collections of ancient psalmody. The melody must have been running through his mind the day he considered names for the town, for it was Poland he chose.”
Wszystko fajnie, istnieje też na to dowód ikonograficzny, tyle, że pieśń zaczynająca się od słów O Happy Home Where Thou art Loved Most Dearly (a w zasadzie O selig Haus, wo man dich aufgenommen) jest luterańskim hymnem, skomponowanym przez Eduarda Niemeyera do słów hanowerskiego pastora Karla Johanna Philippa Spitty, ponad pół wieku po założeniu miasteczka Poland. A i w melodii trudno się jakichś polsko brzmiących akordów doszukać.
Skoro nie wódz i nie lutry, to kto?
Etykiety:
czytanki kanikuła,
opera,
popkultura,
urban legend,
USA
poniedziałek, 20 września 2010
Wyjaśniło się...
Wyjaśniło się z tym Napoleonem, co napadł na Związek Radziecki. Wyjaśniło się, dlaczego przegrał. Ano przegrał, bo Żydzi spiskowali. A konkretnie trzech cadyków (między innymi Jakub Icchak Horowic z Lublina). Cadykowie mieli plan przyspieszenia nadejścia Mesjasza. Nie wiedzieć czemu (i nie dowiemy się już nigdy, albowiem cadykowie owi, o czym później, nie żyją), pierwszym etapem misternie skonstruowanego planu była właśnie klęska Napoleona, która - jak uczy nas historia - udała się znakomicie i zupełnie. Potem, aby lukę po Napoleonie wypełnić (to już moja spekulacja), miał zaraz przyjść Mesjasz. Ale nie przyszedł. Więc cadykowie pokłócili się z Panem Bogiem (“Jakże to” - mówili - “z Napoleonem tak dobrze wyszło, a z Mesjaszem nic a nic?”), który to zaraz zabrał dwóch pomniejszych (Judę z Przysuchy i Magida z Kozienic) do siebie. Ale Horowic był cadykiem wyższej rangi i nie można go było tak zwyczajnie umrzeć. Więc Pan Bóg uciekł się do podstępu. Gdy Horowic oddawał się medytacjom, obdarzył go darem lewitacji. Nie spodziewający się niczego cadyk wylewitował ze swojej izby na pięterku (Szeroka 28 w Lublinie dla ścisłości - o roli precyzyjnego detalu w narracji pisał już Wańkowicz), a tu Pan Bóg gwałtownie odebrał mu władzę nad grawitacją i Horowic zrąbał się z wysokości ze skutkiem natychmiastowym.
Wyjaśniło się też o co chodziło z purytanami ("Mayflower" i te klimaty). Więc oni nie wyjechali z Anglii dlatego, że byli prześladowani tylko dlatego, że im tam nie pozwalano nikogo prześladować. Ale to już zupełnie inna historia.
Wyjaśniło się też o co chodziło z purytanami ("Mayflower" i te klimaty). Więc oni nie wyjechali z Anglii dlatego, że byli prześladowani tylko dlatego, że im tam nie pozwalano nikogo prześladować. Ale to już zupełnie inna historia.
wtorek, 1 lipca 2008
Czytanki na wakacje
Przy jakiejś tam okazji innej wyraziłem pogląd, ba, głęboką wiarę, że wielcy mistrzowie pióra wczesnego internetu gdzieś w otchłaniach cyberprzestrzeni wśród elektronów się przechadzają, na blogi i fora czasem spoglądają i - z rzadka - jakieś drobne cuda czynią. Wiara moja widocznie głęboką jest, bo - przyznam się, choć to przeżycie bardzo intymne i transcendentne - ukazał mi się kiedyś Piotr Filipski. Jak żywy był. Tylko taki jakiś smutny trochę.
Jak wiec widać, w wierze swojej umocniony zostałem. Ale ja w zasadzie nie o sobie chciałem dzisiaj. Tylko o ściepie. Ściepie z czasów prehistorii. Ściepa -naście lat temu to była pierwsza polska grupa usenetowa, dziś, podobnie jak bliźniacza Poland-L tylko już karykatura samej siebie.
Pierwsze dni lipca 1993 bogate były w dziwne znaki na niebie, ziemi i ekranach komputerów. Świeżo objawionemu na ściepie Edwinowi Jampolskiemu objawiło się przykazanie. Całkiem nowe. Jedenaste. Edwin (podówczas nadający z RPA) wyraził się skrajnie niechętnie o zjawisku emigracji - taka ściepowa prakontradykcja (my tam wsie emigranty byli, sieć krajowa dopiero raczkowała). Ponieważ Edwin, u samego zarania dyskusji, nadał jej charakteru teozoficznego, Piotr Filipski usłużnie dostarczył kilku religijnej natury dowodów na słuszność emigracji:
DOWÓD Z BIBLII I
Nie mam w domu Biblii ale jako specjalista od mnożarek wiem, że Pan Bóg nakazał w Księdze Rodzaju: "Idźcie i rozmnażajcie się." Jest to oczywisty NAKAZ EMIGRACJI, Pan Bóg by nie nakazał rozmnażania się w nieskończoność i potem życia i umierania jak szczury w klatce.
DOWÓD Z BIBLII II
Pan Bóg pokarał rodzaj ludzki podziałem na narody i języki z okazji pychy wykazanej budowa wiezy Babel. Tak jak odpokutowujemy (?) grzech pierworodny przez chrzest i życie pobożne, tak odpokutowujemy podział "babelski" przez EMIGRACJĘ, nauki języków obcych, i małżeństwa mieszane.
DOWÓD Z NIEZBADANYCH WYROKÓW BOSKICH
Gdyby Pan Bóg nie chciał abym wyemigrował i dobrze mi sie powodziło za granica, to by mi nie pozwolił. Im lepiej zarabiam, im większe zdobywam uznanie ludzkie za granica, tym lepszy to dowód ze moja EMIGRACJA jest nakazem Boskim. Nakazowi temu nie wolno się opierać.
DOWÓD Z JANA PAWŁA II
Znany krakowski filozof, ks. Karol Wojtyła, zdegustowany osiągnięciami socjalizmu, które właśnie zaszczytowały wysłaniem majora Hermaszewskiego w Kosmos, postanowił
ubiegać się o kierownicze stanowisko w ogromnym koncernie międzynarodowym. Pan Bóg poparł tę decyzję, która wymagała EMIGRACJI, i pozwolił mu wygrać silnie obsadzony konkurs. Resztę swego życia Jan Paweł II spędzi w pałacach Watykanu i już nigdy do Kraju na stałe nie wróci. Wiem z pewnego źródła, że Pan Bóg kocha mnie równie mocno jak JP II, i popiera moją decyzję o emigracji równie mocno jak jego.
I dalej, po kilku dniach, Pan Piotr dodał:
Jakoś nikt nie chce dodać do mojej listy dowodów ze EMIGRACJA ważna jest dla dobra OJCZYZNY. Proszę więc bardzo, EMIGRACJI korzystnej dla KRAJU przypadek szczególny.
DOWÓD z KGB czyli EMIGRANT DLA DOBRA I NIEPODLEGŁOŚCI OJCZYZNY W POCIE CZOŁA PRACUJE
Młody Feliks Dzierżyński niewielkie odnosił sukcesy jako polityk krajowej partii opozycyjnej. Gdy więc zachęcony został przez aktualny rząd do EMIGRACJI na Daleką Północ postanowił zmienić zawód i podjął pracę w przemyśle leśnym. Niestety,
z braku doświadczenia industrialnego, także bez zdecydowanych sukcesów. Zamiast jednak narzekać i biadolić, zamiast z podwiniętym ogonem uciekać z niczym do Kraju, Feliks bogatszy o doświadczenia organizacyjne w przemyśle, wrócił w swej przybranej ojczyźnie do pierwszej "miłości," polityki. I tym razem z ogromnym sukcesem; zostaje członkiem rządu. I jako minister zakłada organizację o wadze tak nadzwyczajnej ze nazwano ja Nadzwyczajką.
Mądrze obmyślona organizacja rozwija się, dzięki organizacyjnym talentom Feliksa, ponad wszelkie oczekiwania. Z punktu widzenia Starego Kraju nie sposób nie nadmienić faktu, że wyeliminowała ona wielu potencjalnych wrogów Polski, a Trockiego i Tuchaczewskiego, uczestników na nią napaści z 20-go roku, surowo ukarała. Rozkwit i owocna działalność założonej przez Feliksa Nadzwyczjki był jednym z głównych motorów powstania przyjaznych Polsce Państw Niepodległych, Ukrainy i Białorusi [sic! - tekst z 1993, dziś pewno trzeba by Litwą się posiłkować], po raz pierwszy skracając nasza granice z odwiecznym wrogiem, Rusią, do minimum. Żelazny Feliks miał wielu niechętnych wśród Rodaków, jak to zawsze bywa w przypadku gdy EMIGRANT odnosi sukcesy ponad wszelkie oczekiwania. Jednak dalekowzroczni wdzięczni Rodacy zawsze o nim pamiętali i w chwilach szczególnie ważnych i napiętych dla Kraju zbierali się pod jego pomnikiem, aby myśli i uczucia swoje dzielić, i przy okazji pomnik ten odnowić. Dla podkreślenia patriotyzmu tego zgromadzenia malowano najważniejsze części pomnika, ręce w szczególności, na piękny i bliski sercu każdego Polaka kolor amarantowo-czerwony. Z zadowoleniem, z głębokim zadowoleniem, trzeba dodać że obecnie pomnik Feliksa przechodzi kolejna głęboką restorację.
Dumając nad dziełem Wielkiego Feliksa nie sposób nie pomyśleć z drżeniem serca co by sie stało gdyby Feliks, wraz z innym wielkim EMIGRANTEM i przyjacielem, Julianem Marchlewskim, do Kraju Starego wrócił. Tak jak go zachęcali i przyzywali ludzie małego serca EMIGRACJI niechętni.
Ponieważ Edwin (jak to Edwin zwykle) nadal obstawał uparcie przy swoim zdaniu, Pan Piotr dostarczył dowodu ostatecznego:
Kiedy sie już wyjaśniło, ze mieliśmy do czynienia z objawieniem, mogę zakończyć moje DOWODY fajerwerkiem z wodotryskiem. Oto przykład emigranta który w OJCZYŹNIE by tylko niszczył w ogromnych ilościach skarb narodowy LAS POLSKI, do niczego dobrego się nie przyczyniając. Tak więc poniżej kolejny dowód na korzyści EMIGRACJI.
DOWÓD Z BOMBY WODOROWEJ czyli LENIWY EMIGRANT NA PALCACH LICZY, KAWĘ PIJE, W KARTY GRA, BOMBĘ WODOROWĄ ODPALA
Młody Stanisław Marcin Ulam zamiast spełnić prośby rodziny i dla dobra Ojczyzny na lekarza, adwokata lub bankiera sie kształcić, na Kresy Polski, do Lwowa ucieka, aby liczeniem na palcach się zająć. Wraz z grupą sobie podobnych leserów dnie cale zamiast w szkole w Kawiarni Szkockiej spędza, kawę z koniakiem pije, gdzie wspólnie tylko tylko jeden zeszyt prowadzą, bezczelnie "Ksiegą" Szkocką nazywany.
Nie mogąc znaleźć posady która by pensje bez pracy płaciła, zwabiony mirażem ulic złotem brukowanych, do Ameryki EMIGRUJE. Dowiedziawszy się, że w Starym Kraju tylko praca uczyni go wolnym, myśl o powrocie porzuca. Do firmy budowlanej się zaciąga, która od rządu pieniądze wyłudza, aby "Drugi Manhattan" na bezwodnej pustyni Nowego Meksyku zbudować. Zwyczajów swoich nie zmienia, kielni się nie ima, innych demoralizuje, z węgierskim komputerowcem Johnnym von Neumanem hazardem się zajmuje. Przyłapany na grze w karty, przed przełożonym się wyłgiwa, że "Metodę Monte Carlo" właśnie wynalazł i z Johnnym ją probują w oko czyli Black Jacka grając.
Z dala, z zawiścią, sukcesy Kraju śledzi, i gdy wyniki Planu Trzyletniego oznajmiono, sprzymierza się z węgierskim aktorem Tellerem, który wraz z Obim Ben Kenobim w Wojnach Gwiezdnych wystąpił, i SPOSÓB NA ODPALENIE BOMBY WODOROWEJ wymyśla, aby Stare Miasto Warszawy, nowo wybudowane według obrazów włoskiego EMIGRANTA Kanalii, z powierzchni ziemi zmieść.
Oskarżony o zdradę Ojczyzny, wyłgać sie probuje, że w głos Narodu się wsłuchał, Narodu który jakoby do Nieba prośby wznosił: "Truman, Truman spuść ta bania, bo jest nie do wytrzymania.", "Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa."
O czym ze smutkiem Wam przypomina
PeterF
przed emigracją: adiunkt polski zwyczajny, szary
po emigracji: uczony kanadyjski polskiego pochodzenia
niby to samo, ale jakże inaczej brzmi.
Co z radością zacytował
MB
Jak wiec widać, w wierze swojej umocniony zostałem. Ale ja w zasadzie nie o sobie chciałem dzisiaj. Tylko o ściepie. Ściepie z czasów prehistorii. Ściepa -naście lat temu to była pierwsza polska grupa usenetowa, dziś, podobnie jak bliźniacza Poland-L tylko już karykatura samej siebie.
Pierwsze dni lipca 1993 bogate były w dziwne znaki na niebie, ziemi i ekranach komputerów. Świeżo objawionemu na ściepie Edwinowi Jampolskiemu objawiło się przykazanie. Całkiem nowe. Jedenaste. Edwin (podówczas nadający z RPA) wyraził się skrajnie niechętnie o zjawisku emigracji - taka ściepowa prakontradykcja (my tam wsie emigranty byli, sieć krajowa dopiero raczkowała). Ponieważ Edwin, u samego zarania dyskusji, nadał jej charakteru teozoficznego, Piotr Filipski usłużnie dostarczył kilku religijnej natury dowodów na słuszność emigracji:
DOWÓD Z BIBLII I
Nie mam w domu Biblii ale jako specjalista od mnożarek wiem, że Pan Bóg nakazał w Księdze Rodzaju: "Idźcie i rozmnażajcie się." Jest to oczywisty NAKAZ EMIGRACJI, Pan Bóg by nie nakazał rozmnażania się w nieskończoność i potem życia i umierania jak szczury w klatce.
DOWÓD Z BIBLII II
Pan Bóg pokarał rodzaj ludzki podziałem na narody i języki z okazji pychy wykazanej budowa wiezy Babel. Tak jak odpokutowujemy (?) grzech pierworodny przez chrzest i życie pobożne, tak odpokutowujemy podział "babelski" przez EMIGRACJĘ, nauki języków obcych, i małżeństwa mieszane.
DOWÓD Z NIEZBADANYCH WYROKÓW BOSKICH
Gdyby Pan Bóg nie chciał abym wyemigrował i dobrze mi sie powodziło za granica, to by mi nie pozwolił. Im lepiej zarabiam, im większe zdobywam uznanie ludzkie za granica, tym lepszy to dowód ze moja EMIGRACJA jest nakazem Boskim. Nakazowi temu nie wolno się opierać.
DOWÓD Z JANA PAWŁA II
Znany krakowski filozof, ks. Karol Wojtyła, zdegustowany osiągnięciami socjalizmu, które właśnie zaszczytowały wysłaniem majora Hermaszewskiego w Kosmos, postanowił
ubiegać się o kierownicze stanowisko w ogromnym koncernie międzynarodowym. Pan Bóg poparł tę decyzję, która wymagała EMIGRACJI, i pozwolił mu wygrać silnie obsadzony konkurs. Resztę swego życia Jan Paweł II spędzi w pałacach Watykanu i już nigdy do Kraju na stałe nie wróci. Wiem z pewnego źródła, że Pan Bóg kocha mnie równie mocno jak JP II, i popiera moją decyzję o emigracji równie mocno jak jego.
I dalej, po kilku dniach, Pan Piotr dodał:
Jakoś nikt nie chce dodać do mojej listy dowodów ze EMIGRACJA ważna jest dla dobra OJCZYZNY. Proszę więc bardzo, EMIGRACJI korzystnej dla KRAJU przypadek szczególny.
DOWÓD z KGB czyli EMIGRANT DLA DOBRA I NIEPODLEGŁOŚCI OJCZYZNY W POCIE CZOŁA PRACUJE
Młody Feliks Dzierżyński niewielkie odnosił sukcesy jako polityk krajowej partii opozycyjnej. Gdy więc zachęcony został przez aktualny rząd do EMIGRACJI na Daleką Północ postanowił zmienić zawód i podjął pracę w przemyśle leśnym. Niestety,
z braku doświadczenia industrialnego, także bez zdecydowanych sukcesów. Zamiast jednak narzekać i biadolić, zamiast z podwiniętym ogonem uciekać z niczym do Kraju, Feliks bogatszy o doświadczenia organizacyjne w przemyśle, wrócił w swej przybranej ojczyźnie do pierwszej "miłości," polityki. I tym razem z ogromnym sukcesem; zostaje członkiem rządu. I jako minister zakłada organizację o wadze tak nadzwyczajnej ze nazwano ja Nadzwyczajką.
Mądrze obmyślona organizacja rozwija się, dzięki organizacyjnym talentom Feliksa, ponad wszelkie oczekiwania. Z punktu widzenia Starego Kraju nie sposób nie nadmienić faktu, że wyeliminowała ona wielu potencjalnych wrogów Polski, a Trockiego i Tuchaczewskiego, uczestników na nią napaści z 20-go roku, surowo ukarała. Rozkwit i owocna działalność założonej przez Feliksa Nadzwyczjki był jednym z głównych motorów powstania przyjaznych Polsce Państw Niepodległych, Ukrainy i Białorusi [sic! - tekst z 1993, dziś pewno trzeba by Litwą się posiłkować], po raz pierwszy skracając nasza granice z odwiecznym wrogiem, Rusią, do minimum. Żelazny Feliks miał wielu niechętnych wśród Rodaków, jak to zawsze bywa w przypadku gdy EMIGRANT odnosi sukcesy ponad wszelkie oczekiwania. Jednak dalekowzroczni wdzięczni Rodacy zawsze o nim pamiętali i w chwilach szczególnie ważnych i napiętych dla Kraju zbierali się pod jego pomnikiem, aby myśli i uczucia swoje dzielić, i przy okazji pomnik ten odnowić. Dla podkreślenia patriotyzmu tego zgromadzenia malowano najważniejsze części pomnika, ręce w szczególności, na piękny i bliski sercu każdego Polaka kolor amarantowo-czerwony. Z zadowoleniem, z głębokim zadowoleniem, trzeba dodać że obecnie pomnik Feliksa przechodzi kolejna głęboką restorację.
Dumając nad dziełem Wielkiego Feliksa nie sposób nie pomyśleć z drżeniem serca co by sie stało gdyby Feliks, wraz z innym wielkim EMIGRANTEM i przyjacielem, Julianem Marchlewskim, do Kraju Starego wrócił. Tak jak go zachęcali i przyzywali ludzie małego serca EMIGRACJI niechętni.
Ponieważ Edwin (jak to Edwin zwykle) nadal obstawał uparcie przy swoim zdaniu, Pan Piotr dostarczył dowodu ostatecznego:
Kiedy sie już wyjaśniło, ze mieliśmy do czynienia z objawieniem, mogę zakończyć moje DOWODY fajerwerkiem z wodotryskiem. Oto przykład emigranta który w OJCZYŹNIE by tylko niszczył w ogromnych ilościach skarb narodowy LAS POLSKI, do niczego dobrego się nie przyczyniając. Tak więc poniżej kolejny dowód na korzyści EMIGRACJI.
DOWÓD Z BOMBY WODOROWEJ czyli LENIWY EMIGRANT NA PALCACH LICZY, KAWĘ PIJE, W KARTY GRA, BOMBĘ WODOROWĄ ODPALA
Młody Stanisław Marcin Ulam zamiast spełnić prośby rodziny i dla dobra Ojczyzny na lekarza, adwokata lub bankiera sie kształcić, na Kresy Polski, do Lwowa ucieka, aby liczeniem na palcach się zająć. Wraz z grupą sobie podobnych leserów dnie cale zamiast w szkole w Kawiarni Szkockiej spędza, kawę z koniakiem pije, gdzie wspólnie tylko tylko jeden zeszyt prowadzą, bezczelnie "Ksiegą" Szkocką nazywany.
Nie mogąc znaleźć posady która by pensje bez pracy płaciła, zwabiony mirażem ulic złotem brukowanych, do Ameryki EMIGRUJE. Dowiedziawszy się, że w Starym Kraju tylko praca uczyni go wolnym, myśl o powrocie porzuca. Do firmy budowlanej się zaciąga, która od rządu pieniądze wyłudza, aby "Drugi Manhattan" na bezwodnej pustyni Nowego Meksyku zbudować. Zwyczajów swoich nie zmienia, kielni się nie ima, innych demoralizuje, z węgierskim komputerowcem Johnnym von Neumanem hazardem się zajmuje. Przyłapany na grze w karty, przed przełożonym się wyłgiwa, że "Metodę Monte Carlo" właśnie wynalazł i z Johnnym ją probują w oko czyli Black Jacka grając.
Z dala, z zawiścią, sukcesy Kraju śledzi, i gdy wyniki Planu Trzyletniego oznajmiono, sprzymierza się z węgierskim aktorem Tellerem, który wraz z Obim Ben Kenobim w Wojnach Gwiezdnych wystąpił, i SPOSÓB NA ODPALENIE BOMBY WODOROWEJ wymyśla, aby Stare Miasto Warszawy, nowo wybudowane według obrazów włoskiego EMIGRANTA Kanalii, z powierzchni ziemi zmieść.
Oskarżony o zdradę Ojczyzny, wyłgać sie probuje, że w głos Narodu się wsłuchał, Narodu który jakoby do Nieba prośby wznosił: "Truman, Truman spuść ta bania, bo jest nie do wytrzymania.", "Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa."
O czym ze smutkiem Wam przypomina
PeterF
przed emigracją: adiunkt polski zwyczajny, szary
po emigracji: uczony kanadyjski polskiego pochodzenia
niby to samo, ale jakże inaczej brzmi.
Co z radością zacytował
MB
Subskrybuj:
Posty (Atom)
