sobota, 13 kwietnia 2019

Ogrodnik podmiejski (15). Szachownica cesarska

Przychodzi taki moment w corocznym życiu mojego ogrodu, w którym intensywnie pachnie. Przy czym nie jest to zapach powszechnie uważany za przyjemny. Źródłem tego zapachu są rośliny szachownicy cesarskiej, zwanej potocznie cesarską koroną.

Naturalny zasięg tego gatunku (Fritillaria imperialis) rozciąga się od Kurdystanu (pogranicze Iranu, Iraku i Turcji), poprzez Afganistan i Pakistan aż do podnóża Himalajów. Gatunek wcześnie (około roku 1575) został sprowadzony do Europy, gdzie szybko zadomowił się w ogrodach, a w niektórych miejscach (tam, gdzie trafił na warunki bardzo zbliżone do naturalnych, na przykład Sycylia) uzyskał status kenofitu (gatunku zadomowionego). Już Szekspir w "Zimowej opowieści" (napisanej przed 1610, a wydanej w 1623) wymienia cesarską koronę wśród kwiatów wiosny(*).

Nazwa rodzajowa została zastosowana przez Linneusza dla europejskiego gatunku typowego dla rodzaju (Fritillaria meleagris - szachownica kostkowana); fritillus po łacinie oznaczało kubek do gry w kości; kwiaty tego gatunku mają charakterystyczny wzór szachownicy - jedno i drugie to gry, skojarzenia dość odległe, ale tak już zostało. Przymiotnik imperialis odnosi się do wysokości rośliny (dobrze ponad metr), ale przede wszystkim do kształtu kwiatostanu, składającego się z kilku osadzonych na jednym okółku i skierowanych ku dołowi kwiatów, zwieńczonego pękiem liści, przy pewnej dozie wyobraźni faktycznie wyglądającego jak korona.

Kwiaty szachownicy cesarskiej mają pewną ciekawą właściwość, niespotykaną u innych roślin naszego klimatu (ale relatywnie częstą w tropikach i subtropikach), a mianowicie wybór zapylacza. Otóż za zapylanie kwiatów tego gatunku odpowiedzialne są ptaki (ornitogamia), najczęściej różne gatunki sikorek, ale obserwowano także piecuszki, pokrzewki i inne mniejsze łuszczakowate. Początkowo uważano, że ptaki interesują się kwiatami szachownicy cesarskiej dla gromadzących się tam owadów, ale bardziej systematyczne obserwacje z ostatniej dekady ubiegłego wieku wykazały, że celem wizyt jest nektar, a ubocznym efektem zapylenie kwiatów.

Okazało się, że szachownice cesarskie wytwarzają relatywnie duże ilości nektaru, który (w odróżnieniu od innych gatunków szachownic) nie zawiera sacharozy, lecz tylko glukozę i fruktozę, co wygląda na przystosowanie ewolucyjne: ptaki z rzędu wróblowych (Passeriformes), w odróżnieniu od, na przykład, kolibrów, źle trawią sacharozę. Innym prawdopodobnym przystosowaniem szachownic cesarskich do zapylania przez ptaki są sztywne a bezlistne łodygi, na których zapylacze mogą usiąść i spenetrować wnętrze kwiatu. Oczywiście, obfita produkcja nektaru jest atrakcyjna i dla owadów; często obserwowano na kwiatach trzmiele, lecz specyficzna budowa kwiatów szachownicy cesarskiej powoduje, że wizyty te nie mają konsekwencji, że się tak wyrażę, seksualnych (w sensie botanicznym). Należy podkreślić, że szachownice są niemal autosterylne i zapylenie identycznym genetycznie pyłkiem (a taki występuje na rozmnażanych wegetatywnie klonach) skutkuje zazwyczaj tym, że nasze ogrodowe fritillarie dość rzadko wiążą nasiona. Ich stanowisko jest dość daleko od tarasu, więc nie mamy możliwości obserwowania, czy faktycznie odwiedzają je ptaki. Wiemy jedno: nasza domowa kotka (Kiciuńcik) lubi w ich pobliżu przebywać - być może jest to próba stworzenia łańcucha pokarmowego?

Co do uprawy - stanowisko słoneczne, gleba dobrze zdrenowana, maksymalnie żyzna. Duże wymagania glebowe wynikają z faktu, że szachownice cesarskie, jak zresztą i inne gatunki tego rodzaju są roślinami efemerycznymi (efemeroidami) - już w czerwcu części nadziemne zamierają, i większą część roku szachownice spędzają pod ziemią w formie cebul. Cebule są nieokryte łuskami i nie najlepiej znoszą długotrwałe przechowywanie na sucho, więc gdy chcemy je przesadzić (rozsadzić), powinniśmy zrobić to od razu po zakończeniu wegetacji. Cebule (jak i całe rośliny) zawierają mnóstwo różnych alkaloidów, więc w przypadku bardziej hurtowego zajmowania się nimi zaleca się używanie rękawiczek.

Rozmnażanie najczęściej wegetatywne, z cebulek przybyszowych - choć zapewne część roślin w mojej kępie szachownic cesarskich (nie ruszanych od niepamiętnych czasów) to siewki. Gatunek typowy ma ceglasto-pomarańczowy kolor kwiatów, wyhodowano szereg odmian barwnych różniących się barwą kwiatów, od żółtej do niemal szkarłatnej.

Wspomniany wyżej zapach roślin (niekiedy określany jako lisi, czego nie potrafię skomentować, bo nigdy nie obwąchiwałem lisów) działa podobno odstraszająco na myszy, nornice i krety. Również króliki i zwierzyna płowa omija szachownice cesarskie (co ważne, w przypadku naturalizacji w parkach i na terenach otwartych).

Cesarskie korony raczej nie chorują (a przypadki niepowodzeń uprawowych wiążą się raczej ze zbyt ciężką glebą i zagniwaniem cebul), choć uwielbiają je poskrzypki liliowe, z którymi trzeba walczyć ręcznie i metodycznie.


--

(*) - I would I had some flowers o' the spring that might
Become your time of day; and yours, and yours,
That wear upon your virgin branches yet
Your maidenheads growing: O Proserpina,
For the flowers now, that frighted thou let'st fall
From Dis's waggon! daffodils,
That come before the swallow dares, and take
The winds of March with beauty; violets dim,
But sweeter than the lids of Juno's eyes
Or Cytherea's breath; pale primroses
That die unmarried, ere they can behold
Bight Phoebus in his strength--a malady
Most incident to maids; bold oxlips and
The crown imperial; lilies of all kinds,
The flower-de-luce being one! O, these I lack,
To make you garlands of, and my sweet friend,
To strew him o'er and o'er!

"The Winter's Tale", act IV, scene IV

niedziela, 7 kwietnia 2019

Ogrodnik podmiejski (14). Magnolie

W moim ogrodzie rośnie kilka magnolii, posadzonych w różnych etapach mojego życia. Chociażby dlatego mam sentyment do tych roślin. Poza tym kwitnienie magnolii to zawsze jest sygnał, że już naprawdę przyszła wiosna, że nie ma odwrotu, i że już nieodwołalnie będzie cieplej. Więc z okazji kolejnego kwitnienia magnolii, kilka o nich słów.

Magnolie to najstarsze ewolucyjnie zachowane do dziś rośliny okrytozalążkowe. Powstały bardzo wcześnie, wyprzedzając nieco ewolucję zapylaczy (błonkówek), więc musiały korzystać z tego, co było wówczas dostępne, czyli z chrząszczy - co im zostało do dziś. W odróżnieniu od - na przykład - storczyków, nie ma ścisłej specjalizacji: wśród kilkuset gatunków chrząszczy zapylających magnolie są przedstawiciele rodzin łyszczynkowatych (Nitulidae), schylikowatych (Mordelidae), stonkowatych (Chrysomelidae) i ryjkowcowatych (Curculionidae).

Przystosowaniem ewolucyjnym do zapylania przez chrząszcze są mocne (sztywne) działki okwiatu i dobrze osłonięte zalążnie; chrząszcze są (w porównaniu z błonkówkami) ciężkie i niezgrabne. Drobne kwiaty delikatnej budowy nie dawałyby magnoliom dużych szans ewolucyjnych. Kwiaty magnolii nie produkują nektaru, chrząszcze posilają się więc pręcikami, przy okazji obsypując się pyłkiem. Dowodem na archaiczność magnolii, oprócz niezróżnicowanego okwiatu jest budowa elementów kwiatu nie w okółkach, ale w spirali, co możemy zauważyć obserwując osadzenie słupków i pręcików na rozbudowanym i wyniesionym dnie kwiatowym. Taka budowa przypomina nieco kwiaty nagozalążkowych, wskutek czego i owoce magnolii (botanicznie- owoc złożony z wielu mieszków) są podobne do szyszek (i tak potocznie nazywane). Kwiaty magnolii są protogyniczne (znamiona słupków dojrzewają wcześniej niż pręciki), co jest mechanizmem zabezpieczającym przed samozapyleniem.

Rodzaj Magnolia, dawniej powszechny na całej półkuli północnej, od czasu ostatniego zlodowacenia reprezentowany jest przez gatunki azjatyckie i amerykańskie - równoleżnikowy układ pasm górskich w Europie uniemożliwił magnoliom naszego kontynentu wycofanie się na południe przed nadchodzącym lodowcem i skazał je na wymarcie (stąd nieobecność magnolii w mitologiach europejskich). Rodzaj obejmuje ponad 200 gatunków - i trwają wciąż długie dyskusję systematyków na temat wewnętrznej klasyfikacji (podrodzaje i sekcje) rodzaju oraz odrębności poszczególnych taksonów. Botanicy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa; pod koniec XX wieku opisano nowy gatunek (M. wolfii) występujący na jednym jedynym stanowisku w Kolumbii (w imponującej liczbie trzech egzemplarzy).

Pierwsze "polodowcowe" magnolie przywieźli do Europy z Ameryki Północnej Anglicy pod koniec XVII wieku, stulecie później przyszła kolej na introdukcję gatunków azjatyckich, jednak przełomem w aklimatyzacji nowych gatunków magnolii (i późniejszemu wykorzystaniu ich w hodowli nowych odmian) były wyprawy brytyjskich botaników (Forresta i Wilsona) do Chin (Junnan) na przełomie XIX i XX wieku. Każdy z nich sprowadził do Europy po osiem gatunków magnolii, które do dziś mają kapitalne znaczenie ogrodnicze jako formy wyjściowe do hodowli.

Najbardziej znane odmiany ogrodowe to tak zwane magnolie pośrednie względnie Soulangea (Magnolia x soulangeana), które zawdzięczamy emerytowanemu oficerowi francuskiej kawalerii, Étienne Soulange-Bodin. Dzielny ów mąż, po zawierusze napoleońskiej, zajął się był ogrodnictwem, i w latach 20 XIX wieku skrzyżował dwa chińskie gatunki magnolii (M. liliflora i M. denudata) uzyskując obficie kwitnące, odporne i żywotne mieszańce. Te magnolie święciły (i nadal święcą) triumfy w ogrodach dwu ubiegłych stuleci.


Nieco później do naszych ogrodów trafiła magnolia gwiaździsta (Magnollia stellata) nazwana tak dla kształtu swoich kwiatów. Gatunek ten pochodzi z Japonii, a zaletą jego jest (oprócz wczesnego kwitnienia) kompaktowy rozmiar (nieledwie 3-4 metry). Tuż przed I Wojną Światową niemiecki ogrodnik Loebner skrzyżował magnolię gwiaździstą z magnolią japońską (Magnolia kobus) uzyskując mieszańca (Magnolia x loebneri) kwitnącego nieco później, a nadal niezbyt silnie rosnącego. Oprócz odmian o białym kolorze kwiatów ('Merrill', 'Ballerina') popularne są również formy różowe ('Leonard Messel')

W latach 50 i 60 XX wieku za hodowlę magnolii zabrali się Amerykanie (Francis de Vos i William Kosar). W arboretum w Waszyngtonie skrzyżowano magnolię gwiaździstą (Magnolia stellata) z Magnolia liliflora (co samo w sobie było rzeczą skomplikowaną, bo gdy druga zakwita, pierwsza już dawno przekwitła - ale poradzono sobie z tym przechowując pyłek w lodówce). Uzyskano serię mieszańców, które nazwano zbiorczo ‘Eight Little Girls’ (żeńskie imiona pracownic arboretum:  'Ann', ‘Pinkie’, ‘Jane’, 'Betty', 'Judy', 'Randy', 'Ricki' and ‘Susan’). Bardzo odporne, po magnolii gwiaździstej odziedziczyły niewysoki wzrost, po drugim rodzicu barwę kwiatu - niestety jego kształt jest niezbyt ładny, mało symetryczny: kwitnąca Susan wygląda, jakby ktoś rozrzucił na drzewie purpurowe chusteczki (wiem, bo mam).

Drugi amerykański ośrodek hodowlany, ogród botaniczny w Brooklinie, krzyżował mniej więcej w tym samym czasie Magnolia liliflora z Magnolia acuminata. Uzyskane mieszańce (zbiorczo określane terminem Magnolia x brooklynensis (magnolia brooklińska) kwitną na nietypowy u magnolii żółty kolor. Mało są rozpowszechnione, bo Magnolia acuminata dorasta do 30 metrów (i cechę tę przekazała swojemu potomstwu). Późne kwitnienie jest z jednej strony zaletą: unikamy wiosennych przymrozków, z drugiej jednak wadą, bo kwiaty trochę giną wśród szybko rozwijających się liści.


W latach 80 i 90 rozbłysła gwiazda odmian hodowli nowozelandzkiej (Felix Jury i jego syn Mark). Tutaj gatunkiem wyjściowym była pochodząca z podnóży Himalajów magnolia Cambpella (Magnolia campbellii), którą hodowca pragnął nieco zminiaturyzować, a przynajmniej uzyskać wcześniejsze kwitnienie. Uzyskane odmiany, gdy już trafiły do Europy, podbiły serca ogrodników, gdyż łączą kompaktowe rozmiary (zwykle 3-4 metry) z szlachetnym kształtem i kolorem kwiatów. Tutaj zwłaszcza wyróżniają się 'Vulcan', 'Black Tulip' oraz 'Honey Tulip'. "Po Bekwarkach lutnię" przejął inny nowozelandczyk, Vance Hooper. Jego najbardziej znaną kreacją jest odmiana 'Genie' - trójetapowe prace hodowlane trwały wiele lat, a drzewo genealogiczne zawiera - między innymi - odmianę 'Black Tulip'.


Oprócz magnolii o liściach opadających na zimę istnieją też gatunki zimozielone (choć w  przypadku ich naturalnych stanowisk trudno mówić o zimie jako takiej), a także takie, które na północy swojego zasięgu gubią liście, a na południu wcale nie (np. M. virginiana). Możliwości ich uprawy w Polsce są co najmniej dyskusyjne, choć oczywiście wielu amatorów próbuje. Szczególnie okazała jest Magnolia grandiflora, o dużych nie tylko - jak wynikałoby z nazwy - kwiatach, lecz także potężnych, ponad 20 centymetrowych liściach. A i tak rekord należy do amerykańskiej Magnolia macrophylla o olbrzymich (80-90 cm), opadających na zimę liściach.


Za komuny magnolie były trudno dostępne w handlu, a i to w skromnym asortymencie, co powodowało, że magnolia w prywatnym ogrodzie była niemal symbolem statusu. Magnolie oglądało się w ogrodach botanicznych i arboretach, ewentualnie podziwiało się te poniemieckie we Wrocławiu czy Szczecinie. Pierwszą (i chyba wciąż największą) polską szkółkę magnolii założył pod koniec lat 70 ubiegłego wieku pod Kaliszem mój kolega z (prawie) roku Szymon Zymon (zawsze podziwiałem fantazję rodziców). Teraz już jesteśmy w europejskim obiegu ogrodniczym i wieloma kanałami szybko docierają do nas wszystkie nowości hodowlane. Magnolie wręcz spowszedniały, choć nieumiejętność ich uprawy powoduje, że wciąż cieszą się dużym popytem.


Jak więc uprawiać magnolie? Kluczem do sukcesu jest wybór odpowiedniego stanowiska. Magnolie bardzo źle znoszą przesadzanie, więc należy je od razu posadzić we właściwym miejscu i we właściwy sposób. Po pierwsze, należy dobrać właściwie takson do przewidzianego miejsca (lub na odwrót); niektóre magnolie dorastają zaledwie do dwóch-trzech metrów, a inne do dwudziestu-trzydziestu - co robi sporą różnicę. Po drugie, stanowisko zaciszne (osłonięte od wiatrów), ale słoneczne. Po trzecie: gleba raczej kwaśna niż zasadowa, przepuszczalna, dobrze zdrenowana, choć utrzymująca wilgoć.


Magnolie korzenią się bardzo płytko i zupełnie naturalna jest podświadoma chęć posadzenia ich (nieco) głębiej niż rosły w pojemniku (doniczce). Walczmy z tą pokusą i nie kopmy roślinom grobów. Ponieważ korzenią się płytko, wierzchnia warstwa gleby musi być zabezpieczona przed wysychaniem. Najlepiej osiągnąć to za pomocą ściółkowania korą, co zadba również o prawidłowy odczyn gleby. Magnolie nie mają zbyt dużych wymagań pokarmowych i zamiast nawożenia (wystarczy raz czy dwa w sezonie, a i to najpóźniej do 15 lipca) starajmy się magnolie podlewać regularnie - przy bezdeszczowej pogodzie co najmniej raz w tygodniu (a młode, świeżo posadzone rośliny dwa razy). Pamiętajmy, że system korzeniowy magnolii obejmuje mniej więcej dwukrotny obrys korony, więc lejmy obficie i szeroko.


Magnolie źle znoszą cięcie (nie zasklepiają dobrze ran) więc ograniczajmy je wyłącznie do koniecznych zabiegów usuwania gałęzi już i tak suchych. Magnolie rzadko chorują (najczęściej cierpią wskutek zbyt wysokiego pH gleby, co objawia się chlorozą liści), nie mają też wyspecjalizowanych patogenów i szkodników (amerykańskie czerwce z rodzaju Neolecanium nie dotarły - jeszcze? - do Europy); więc najczęściej mamy do czynienia z ogólno-ogrodniczym zestawem: mszyce, przędziorki, wciornastki, mączniak. I takimiż metodami zwalczania.




środa, 27 lutego 2019

Operowe interludium: Muori dannato! (Tosca, TWON, 26 kwietnia)

Wtorkowy spektakl szedł, o ile zdążyliśmy się zorientować, w obsadzie premierowej. Od samego początku drażnił mnie Cavaradossi (głos na miarę najwyżej Nemorina, a i to używany dość oszczędnie), dopóki na scenę nie weszła ta gruzińska Kim Kardashian udająca Toskę. Bo owszem, wolumen jest, dźwięki są (nie zawsze te, co w partyturze, a i technika ich osiągania wzbudzała co najmniej kontrowersje), ale jakoś nie układały się w muzykę. Dodajmy do tego olbrzymie post-radzieckie kłopoty z włoskim oraz dykcja i mamy Toskę całkowicie fuori stile. Skądinąd, to coś mówi o spektaklu, jeśli jedyną rolą dobrze zapamiętaną z pierwszego aktu był zakrystian (a z trzeciego, uprzedzając fakty, pastuszek). Co do Zalasińskiego, to skomentuję słowami, które Prus włożył w usta Wokulskiemu: "W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce…” - owszem, wyrastał i głosowo i scenicznie ponad swoich protagonistów, po części z uwagi na to, że natura vacuum abhorret, ale to wciąż nie jest pełnowartościowy Scarpia (i, niestety, chyba nigdy nie będzie).

W drugim akcie jakoś spektakl się rozkręcił, przynajmniej dopóki Kim Kardashian nie zaśpiewała Vissi d’arte (bo takiej masakry to chyba wcześniej nie słyszałem - gromkie brawa niezrozumiałe; zapewne dlatego, że część publiczności w ogóle rozpoznała arię, a druga część wyraziła zadowolenie, że już się skończyła). Wcześniej jeszcze Cavaradossi wykogucił się na Vittoria! Vittoria! i w zasadzie przestał emitować - co skłoniło nas do pozostania na widowni również i na trzeci akt, bo byliśmy ciekawi, czy go zreanimują skutecznie w przerwie. Reanimacja się powiodła, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, że na widowni po E lucevan le stelle zapadła głucha cisza. Biorąc pod uwagę, że tego jednego, co potrafił śpiewać zabili w poprzednim akcie, z wytęsknieniem i niecierpliwością wyczekiwaliśmy dwóch pozostałych zgonów.

Jest to dość smutne, że dyrekcja warszawskiej opery nie może czy też nie chce znaleźć w kraju wykonawców głównych ról, zamiast tego posiłkując się wątpliwej jakości importami. W końcu nawet nazwa tego przybytku (Teatr Wielki - Opera Narodowa) prowokuje do pytania: ale którego narodu? Pochwaliłem wcześniej Zakrystiana - czy naprawdę nie ma nikogo do tej roli bliżej niż w Portugalii? Smutne było oglądanie Adama Kruszewskiego w epizodycznej roli Sciarrone - zwłaszcza mając w pamięci jego Scarpię na tej samej scenie prawie dokładnie 14 lat temu.

Nie rozumiem zachwytów krytyków nad reżyserią, która momentami była nieudolna (finał I aktu) i bezsensowna (finał II aktu). Owszem podobała mi się ascetyczna scenografia (i racjonalne wykorzystanie obrotowej sceny) - ale efekt psuły wyświetlane bez sensu napisy. Po podniesieniu kurtyny kilka minut wyświetlano na dekoracjach napis TOSCA - co może tylko źle świadczyć o twórcach spektaklu, bo najwyraźniej uważają publiczność za przypadkowo zebranych idiotów, którym należy przypomnieć na jakie przedstawienie przyszli (podobno na którejś z prób panowie technicy wyświetlili napis TESCO). Największe i zasłużone brawa dla dyrygenta.

---

26/02/2019 (po raz 3)

Floria Tosca - Svetlana Kasyan
Mario Cavaradossi - Massimo Giordano
Baron Scarpia - Mikołaj Zalasiński
Cesare Angelotti - Jasin Rammal-Rykała
Spoletta - Mateusz Zajdel
Sciarrone - Adam Kruszewski
Zakrystian - José Fardilha
Strażnik - Michał Piskor
Pastuszek - Maksymilian Manicki

dyrygent - Tadeusz Kozłowski
reżyseria - Barbara Wysocka
scenografia - Barbara Hanicka

środa, 30 stycznia 2019

Z dala od domu (14) - Uzbekistan (wiosna 2016)

A na Wielkanoc roku 2016 polecieliśmy do Uzbekistanu.

Część 1
Część 2 
Część 3
Część 4
Część 5
Część 6
Część 7
Część 8
Część 9

Z dala od domu (13) - Cypr (jesień 2016)

Z dala od domu (12) - Polacy nie gęsi, Turcy nie indyki (Nowy Rok 2016/7)

Z dala od domu (11) - Śladami Magellana (zima 2017)

sobota, 26 stycznia 2019

Z dala od domu (9) - Meksyk (lato 2017)

Tym razem trafił się nam Meksyk, a to z powodu konferencji Doroty, wokół której obudowaliśmy program turystyczny - z pewnymi wątpliwościami, bo to jednak nominalnie pora deszczowa. Deszczu w Meksyku prawie nie widzieliśmy, za to lato w Polsce było szczególnie ulewne. Sprawozdanie w odcinkach poniżej.

Odcinek 1
Odcinek 2
Odcinek 3
Odcinek 4
Odcinek 5






Z dala od domu (8) - Finlandia na szybko (zima 2017)

Nie najlepsza pora na ten kierunek, ale tym razem nie my wybieraliśmy.

piątek, 25 stycznia 2019

Z dala od domu (7) - Izrael i Grecja (Nowy Rok 2017/18)

Końcówkę roku 2017 i początek 2018 spędziliśmy w Izraelu, wracając przez Grecję, co opisaliśmy w sześciu poniższych odcinkach:

Odcinek 1
Odcinek 2
Odcinek 3
Odcinek 4
Odcinek 5
Odcinek 6

niedziela, 20 stycznia 2019

Z dala od domu (4) - Podróż do Rygi (lato 2018)

Latem zeszłego roku nadrabialiśmy zaległości nadbałtyckie, odwiedzając Rygę i okolice. Część pierwsza - historyczna, część druga - opisowa.

piątek, 18 stycznia 2019

Z dala od domu (3) - Obydwie Macedonie (2018)

Latem wybraliśmy się na Bałkany: najpierw do Macedonii właściwej, a potem do prawdziwej (albo odwrotnie, zależy jak na to patrzeć). Było ciekawie, co skrupulatnie sprawozdaliśmy.

sobota, 12 stycznia 2019

Z dala od domu (2) - Jesienne weekendy 2018 (Düsseldorf i Wiedeń)

Na początku podróży w czasie nasze całkiem niedawne wyjazdy do Düsseldorfu (22-25 listopada) i Wiednia (30 listopada - 2 grudnia).

wtorek, 8 stycznia 2019

Z dala od domu (1) - Po(świąteczno) - noworoczne Włochy i Francja 2018/2019

Od pewnego, dość długiego czasu piszemy do naszych przyjaciół i znajomych listy z podróży. Wzięło się to początkowo z cowieczornego porządkowania wrażeń i planowania kolejnego dnia, które wkrótce przybrało formę coraz bardziej szczegółowych notatek. Po jakimś czasie zaczęliśmy te notatki staranniej redagować i rozsyłać rodzinie oraz przyjaciołom - jako znaki życia, a także aby nie musieć wielokrotnie opowiadać tego samego w odpowiedzi na pytanie "jak było i co widzieliście".

Początkowo w dystrybucji bardzo kameralnej, listy z podróży docierają obecnie kilkudziesięciu adresatów - którzy raczej czytają je (o ile mogę wnosić z ich reakcji) z ciekawością i zadowoleniem. Coraz częściej osoby, z których zdaniem się liczymy zachęcały nas do jeszcze szerszego upubliczniania tych sprawozdań. Po długich namysłach zdecydowaliśmy się na publikację na blogu. Może ktoś się zainspiruje, zaciekawi, odniesie jakoś do swoich wspomnień i wrażeń, a przynajmniej przeczyta z przyjemnością.

Więc tutaj znajdziecie opis naszego ostatniego wyjazdu: jedenastu dni w słońcu, (względnym) cieple i ekspozycji na chlorofil. Voila!

środa, 7 listopada 2018

Ogrodnik podmiejski (13). Szafran

Niewiele roślin kwitnie o tej porze w ogrodzie. Znaczy wiele roślin kończy kwitnienie (astry, świecznice, chryzantemy), ale mało kto zaczyna. Głównie dlatego, że nie warto: trudno o zapylaczy, a i nasiona mogą nie dojrzeć, czy też zginąć od mrozów. Jedną z takich roślin, które mimo wszystko zakwitają w moim ogrodzie pod koniec października jest szafran (Crocus sativus).

Trzeba zacząć od tego, że jest to gatunek nie występujący w przyrodzie w stanie dzikim, nadto jeszcze triploidalny, bezpłodny, więc nie wiążący nasion - czyli kwestie przedłużania gatunku na drodze seksualnej są mu najzupełniej obojętne. Trudno powiedzieć, kiedy, gdzie i jak powstała ta triploidalna mutacja. Najprawdopodobniej formą wyjściową był któryś z kwitnących jesienią gatunków z rodzaju Crocus. Ponieważ na odnaleziono minojskie freski przedstawiające najprawdopodobniej zbiór szafranu, daje to przesłanki do przypuszczeń, że mógł to być pochodzący z Krety C. cartwrightianus, ale równie dobrze każdy inny jesienny krokus z tamtych okolic (na przykład C. pallasii).

Freski z Santorini (Akrotiri) przedstawia dwie kobiety zbierające (przedstawiony dość symbolicznie) szafran. Niebieskie małpy odbierają go od zbieraczek i podają siedzącej na podwyższeniu w sąsiedztwie gryfa postaci (bogini?). Dlaczego małpy są niebieskie (takie same również na freskach z pałacu w Knossos więc to nie przypadek), tego nie wiadomo, przyjmijmy, że mieli akurat zapas pigmentu. Na sąsiednim fresku ta sama postać (bogini) ze zranioną stopą, krew spływa na kwiat szafranu, barwiąc znamię słupka. Kolejny fresk, być może należący do tego samego cyklu przedstawia kobietę (kapłankę?) z naczyniem z szafranem; jej usta i uszy są pomalowane na złoty kolor, być może to sugestia zastosowań kosmetycznych?

Pierwsze zapisy dotyczące zastosowań medycznych szafranu znajdują się na tabliczkach odnalezionych w ruinach biblioteki asyryjskiego króla Aszurbanipala w Niniwie. Szafran był - i pozostał do czasów nowożytnych - lekarstwem na wiele różnych chorób, niemal uniwersalnym panaceum. Znany był i powszechnie używany w czasach rzymskich, ale wyszedł z użycia z upadkiem cesarstwa zachodniego.

Szafran na nowo pojawił się w Europie wraz z arabskim podbojem Półwyspu Iberyjskiego. Od Arabów mamy też jego nazwę: za’farān (złoty), która przyjęła się najpierw w językach południa kontynentu (hiszpański azafrán, włoski zafferano). Nawracające w średniowieczu epidemie dżumy (“czarnej śmierci”) wzmogły popyt na szafran, jako że był on podstawowym składnikiem lekarstw, którymi próbowano leczyć chorych. Wyprawy krzyżowe utrudniły import surowca z Bliskiego Wschodu, pośrednio przyczyniając się do rozwoju uprawy szafranu w Europie.

Wciąż jednak importowano szafran z Grecji, choć stopniowy regres terytorialny Bizancjum coraz bardziej ograniczał jego dostępność. Na handlu szafranem rosły fortuny, ale pojawili się również piraci, fałszerze i złodzieje. Historycy rejestrują nawet “wojnę szafranową” która wydarzyła się w roku 1374, gdy jakiś lokalny szlachetka napadł i obrabował wozy kupieckie wiozące szafran do Bazylei (która wówczas była centrum handlu tą przyprawą).

Samuel Pepys w swoich “Dziennikach” odnotowuje, że w miasteczku Saffron Walden na południu Anglii (nazwanym tak właśnie nie bez powodu), po szafranowych żniwach resztki kwiatów zatykały rynsztoki. Co tylko świadczy o tym, że w XVI-XVII wieku szafran uprawiany był powszechnie, również daleko od basenu Morza Śródziemnego. W wieku XVIII uprawa szafranu w Europie upadła - przyczyniło się do tego ochłodzenie klimatu, ale przede wszystkim rozwój handlu i dostępność względnie taniego szafranu z Persji i Turcji. Równolegle szafran trafił do Ameryki Północnej przywieziony tam przez szwenkfeldystów (zwolenników protestanckiego teologa Schwenkfelda z Dolnego Śląska)

Obecnie światową produkcję szafranu ocenia się na jakieś 170 ton rocznie, z czego mniej więcej 4% wciąż produkowane jest w Europie: Hiszpania (La Mancha), Sardynia, Grecja (Zachodnia Macedonia, rejon miasteczka Kozani). Któregoś roku spóźniliśmy się o kilka dni żeby zobaczyć pola w rozkwicie - w rejonie Albacete w Hiszpanii kanoniczną porą zbioru szafranów jest ostatni weekend października.
Szafran był i nadal jest drogi (żeby uzyskać jeden gram tej przyprawy należy pozyskać znamiona słupków z mniej więcej 150 kwiatów (istnieje też inny przelicznik - 10 kg szafranu z hektara uprawy) - dlatego często fałszuje się go za pomocą płatków nagietków, krokosza barwierskiego, kurkumy, papryki, płatków goździków oraz różnych innych dodatków. Nasącza się też szafran miodem lub oliwą, żeby zwiększyć jego ciężar.

Dobroci szafranu tłumaczone są obecnością w nim trzech związków. Mówiąc w pewnym uproszczeniu krocyna odpowiedzialna jest za kolor, pikrokrocyna za smak, a safranal za zapach. Jeśli chodzi o farmakologiczne właściwości szafranu, to nauka jest ciągle jeszcze na etapie potwierdzania skuteczności i wyjaśniania mechanizmu działania. Niewiele się tutaj zmieniło od wieków średnich. Oprócz zastosowań medycznych i gastronomicznych, szafran używany bywa jako składnik kosmetyków, a także - dawniej - jako naturalny barwnik do tkanin.

Hiszpańskie firmy handlujące szafranem często sprowadzają tani szafran z Iranu i tylko konfekcjonują go w Europie - w ten sposób mogą etykietować produkt jako hiszpański, co jest też pewnym rodzajem fałszerstwa. Hiszpański (czy ogólnie, europejski) szafran jest znacznie droższy, co wynika przede wszystkim z wyższych kosztów bardzo trudnej do zmechanizowania pracy przy zbiorze kwiatów i wyłuskiwania z nich trójdzielnych znamion. Okazuje się też, że z jakichś względów ma wyższą zawartość związków aktywnych (a zwłaszcza safranalu).

Najlepszej jakości szafran uzyskuje się z kwiatów ledwo otwartych, lub - lepiej - jeszcze nie otwartych (znamionom szkodzi i słońce i deszcz), w związku z czym zbiór musi być przeprowadzony bez zbędnej zwłoki, w godzinach porannych. Po zbiorze dosusza się surowiec (kilka godzin w temperaturze 40-60℃), który potem przechowuje się w hermetycznych pojemnikach bez dostępu światła. Ciekawe jest to, że świeżo zebrany i dosuszony szafran nie ma aromatu, musi dojrzewać przez co najmniej kilka tygodni zanim będzie zdatny do użycia.

Jak uprawiać szafran? Filozofii wielkiej nie ma - tak, jak inne zimujące cebulkowe. Cebulki, (botanicznie rzecz biorąc to są bulwocebule) sadzimy na jesieni na głębokość 10-15 cm (im surowszy klimat, tym - na wszelki wypadek - głębiej). Gleba nawet niekoniecznie szczególnie żyzna, raczej lekko zasadowa niż kwaśna, ale zawsze dobrze przepuszczalna, bez tendencji do tworzenia kałuż po opadach. Bulwocebule znoszą spadki temperatur do -26℃ (czyli praktycznie są zimotrwałe). Kwitnienie zależy od stanowiska i pogody jesienią, ale w Polsce zwykle przypada na drugą połowę października i początek listopada. Najczęściej jeszcze jesienią pojawiają się podobne do źdźbeł trawy liście, które znoszą spadki temperatury do -10℃, czyli (zwłaszcza w bezśnieżne zimy) mogą podmarzać. Części nadziemne zasychają i obumierają pod koniec maja i roślina wchodzi w okres spoczynku, podczas którego potrzebuje ciepła, aby zainicjować tworzenie pąków kwiatowych, które zakwitną na jesień. I tak da capo al fine. W międzyczasie bulwocebule się dzielą (pamiętajmy, że szafran jest sterylny, więc to jedyna metoda rozmnażania) i po kilku latach nadają się do rozsadzenia. Nie chorują i nie ulegają szkodnikom - za wyjątkiem gryzoni, które mogą spustoszyć uprawę.

Oprócz szafranu w naszych ogrodach spotyka się dwa inne kwitnące jesienią gatunki krokusów, najczęściej pochodzący z Turcji i Iranu Crocus speciosus - krokus okazały, o dużych, uzasadniających polską i łacińską nazwę kwiatach. Gatunek ten dał kilka odmian uprawnych, w tym kwitnącą na biało ‘Albus’. Crocus pulchellus ma mniej spektakularne kwiaty, ale jest wyjątkowo łatwy w uprawie, niekiedy nawet zbyt spontanicznie się naturalizujący. Inne gatunki to już zajęcie dla hobbystów i amatorów.

I jeszcze na koniec wróćmy do starożytnych Greków i mitologicznej etymologii. Nazwa rodzaju wzięła się od imienia nieszczęśliwie zakochanego w nimfie młodzieńca. Aby zerwać ten źle rokujący związek bogowie olimpijscy zamienili kochanków w rośliny: chłopca w krokusa, a nimfę w kolcorośl (Smilax). W alternatywnej wersji Crocus był towarzyszem Hermesa, przypadkowo zabitym przez niego dyskiem i wskrzeszonym przez nimfę Chloris jako kwiat (ale o Hiacyncie i Apollu jest bardzo podobna historia).

Poniżej Crocus speciosus z mojego ogrodu. Szafrany zdążyły nieco przekwitnąć zanim wybrałem się robić zdjęcia.


niedziela, 28 października 2018

Ogrodnik podmiejski (12). Kopać lub nie kopać (oto jest pytanie)?


Zadaję je sobie co roku w porach, w których trzeba znaleźć na nie szybką odpowiedź, czyli, na przykład, teraz. Dotychczas kopałem, przymierzając się niekiedy nawet do XIX wiecznej tzw. regulówki (ang: double digging). Argumenty od lat jednoznacznie proste: poprawiamy strukturę gleby poprzez jej napowietrzenie, wprowadzamy nawożenie tam, gdzie jest potrzebne (strefa korzeni), ograniczamy rozwój chwastów, no i zaczynamy nowy sezon (czy nową uprawę) od czystego pola. Oraz, rzecz jasna, taka ogrodnicza tradycja od pokoleń.

Okazuje się jednak, że stronnictwo niekopiące wzrasta w siłę i argumenty. Prorokiem ich (przynajmniej w Wielkiej Brytanii) jest niejaki Charles Dowding, a religię tę podczepiono pod nurt agroekologii. Argumenty są mniej więcej takie. Strukturę i napowietrzenie zrobią nam i tak dżdżownice, a łopata może temu jedynie zaszkodzić. Przekopywanie tylko rozsiewa chwasty, pozwalając nasionom z powierzchni gleby przetrwać w glebowym banku nasion do następnego kopania, a te z głębi wydobywa na powierzchnie, gdzie mogą kiełkować. Nadto jeszcze, gdy mamy wieloletnie chwasty tworzące kłącza (powój, perz, skrzyp), przekopanie gleby może te kłącza rozdrobnić i rozprzestrzenić - w ten sposób mamy kłopotu więcej zamiast mniej.

Potem jest jeszcze taki antropomorfizujący argument, że ziemia po kopaniu musi odpocząć i się zregenerować (bo jest “osłabiona), niczym człowiek po operacji chirurgicznej - a jeśli nie kopiemy, to nie ma tej interwencji skalpelem i jej negatywnych skutków. Trochę chybione, moim zdaniem, ale niech im będzie. Wracając do nieco bardziej naukowych przesłanek - glebę zasiedla cienka lecz gęsta sieć grzybni różnych gatunków grzybów, część z których ma znaczenie mikoryzowe, a inne są saprofitami rozkładającymi nadmiar materii organicznej. Łopata im szkodzi, więc jej nie używajmy.

Niekopana ziemia - zdaniem zwolenników - wolniej traci ciepło i wodę, nadto jeszcze organiczny, związany węgiel nie utlenia się i nie ulatnia do atmosfery, tylko podnosi żyzność gleby. Zamiast przekopywania nawozów należy co roku mulczować(*) glebę kompostem lub czymś, co kompostem wkrótce się stanie (słoma, liście, skoszona trawa czy jakakolwiek materia organiczna). Same zalety: ogranicza rozwój chwastów, chroni wilgoć i ciepło w glebie, pomału rozkładając się dostarcza stopniowo pokarmu, wtedy kiedy rośliny go potrzebują. Eliminacja nawożenia mineralnego likwiduje problem zasolenia gleby i wód gruntowych. Wada taka (jedyna, ale duża), że trzeba mieć (czy zorganizować sobie) regularny dostęp do takiego materiału. 

Jest jeszcze jeden, istotny argument, mało kiedy podnoszony, ale mający kluczowe znaczenie - przynajmniej dla mnie. Późna jesień niemiła ogrodnikowi (zimno, mokro, wietrznie, ciemno i ogólnie depresyjnie) i raczej trzeba minimalizować ekspozycję na żywioły. A zaoszczędzony czas zmarnować w internecie, na przykład pisząc filipikę o zaletach niekopania.


(*) zawsze miałem kłopot z sensownym tłumaczeniem to mulch na polski, a tu się okazało, że to od dawna w polszczyźnie siedzi.

czwartek, 11 października 2018

Ogrodnik podmiejski (11). Złota polska jesień.

W odróżnieniu od zeszłego października, kiedy to pora deszczowa przeszła płynnie i niepostrzeżenie w chłodną porę deszczową, tego roku przyroda pokazuje nam przyjemny spektakl kolorystyczny. Żółcie, pomarańcze, czerwienie - za to skąpo grzybów leśnych, z czego najbardziej cieszą się pieczarkarze.

A w ogóle dlaczego liście drzew przebarwiają się na jesień? Dotychczas nauka uważała, że mechanizm jest prosty: w liściach od początku są wszystkie barwniki: żółte karoteny i ksantofile, czerwone antocjany i zielony chlorofil, którego jest najwięcej i który maskuje je wszystkie. Na jesień drzewa rozkładają chlorofil i wycofują jego składniki do ponownego użycia w kolejnym roku; barwniki pomocnicze pozostają w liściach i są odpowiedzialne za ich ujawniające się jesienią kolory.


Tak uczono pokolenia studentów, ale w międzyczasie udowodniono, że drzewa syntetyzują antocjany w liściach dopiero na jesień właśnie, czyli musi być tego jakiś oddzielny sens i powód. W poszukiwaniu tego sensu i powodu wymyślono dość ekwilibrystyczną teorię, że skoro większość szkodników (na przykład mszyce) zimuje w postaci jaj (zniesionych na pędach, w zakamarkach kory), to te jaskrawe kolory mają być odstraszającym sygnałem dla owadów (“tu się proszę nie rozmnażać!”). Problem trochę w tym, że owadzie oko ma dość specyficzną budowę i nie widzi koloru czerwonego (dlatego, na przykład, większość wiosennych kwiatów – którym bardzo zależy na byciu zauważonym przez nieliczne w tym czasie zapylacze – ma kolor żółty). I tak cały misterny plan upadł.


Ale skoro zaczęto się zastanawiać nad mechanizmem jesiennego przebarwiania się liści drzew i do tych namysłów zaprzężono biochemię, to natrafiono na kilka ciekawych spostrzeżeń. Chlorofil służy roślinom do konwersji energii świetlnej na wysokoenergetyczne cząsteczki ATP (które sobie potem zużywają na różne czynności fizjologiczne). Jesienią, gdy nadal jeszcze świeci słońce, ale temperatura coraz niższa, produkcja ATP idzie pełną parą, lecz mechanizmy jego odbioru i transportu są coraz bardziej spowalniane. Aby nie uszkodzić sobie organizmu nadmiarem ATP i wolnymi rodnikami (coś jak przegrzanie reaktora atomowego w mikroskali), roślina zaczyna równolegle rozkładać chlorofil (bo ten zaczyna funkcjonować jak foto-uczulacz) oraz wytwarzać czerwone barwniki, które działają jak coś w rodzaju filtra ochronnego na chlorofil, ograniczając ilość światła i wydajność procesu fotosyntezy.


Oczywiście na przebarwianie się liści ma wpływ wiele czynników środowiskowych (temperatury i ich dobowe różnice, zasobność gleby, jej odczyn, nasłonecznienie), ale i genetycznych (niektóre gatunki drzew nie przebarwiają liści na jesień – opadają zielone). Okazało się też, że te same drzewa w Nowej Anglii i Kanadzie przebarwiają się bardziej na czerwono, a w Europie bardziej na żółto. Wciąż zastanawiano się nad tymi czerwonymi barwnikami, bo to w sumie dość kosztowne w produkcji związki, więc po co drzewom je wytwarzać, żeby za dwa-trzy tygodnie zrzucić razem z liśćmi. Okazało się, że antocjany są również inhibitorami wzrostu, więc drzewa ‘podtruwają’ swoją najbliższą okolicę, żeby ograniczyć kiełkowanie potencjalnej konkurencji. (Zaznaczyć jednak trzeba, że one się szybko rozkładają, więc taki kompost liściowy to najlepsza rzecz, jaka może się zdarzyć w ogrodzie.)


A może w ogóle zadajmy sobie pytanie: po co drzewom opadające liście, są przecież i takie, którym nie opadają. (A właśnie, że opadają: taka na przykład sosna wymienia sobie wszystkie igły, tylko że co trzy – cztery lata, i nie wszystkie na raz.) Główny powód jest taki, że się nie opłaca utrzymywać ulistnienia na zimę: zimno, ciemno, zysku z fotosyntezy niewiele, natomiast koszt podtrzymywania całej instalacji spory. Równolegle do fotosyntezy w liściach odbywa się proces transpiracji, który nie ustaje zimą i wymaga ciągłego dopływu wody – a jak tu ją dostarczać, skoro minusy na zewnątrz i ‘rury zamarzły’. Więc lepiej pozbyć się liści nie mieć tego kłopotu. Poza tym jeszcze takie ulistnione drzewo może zostać uszkodzone (połamane) przez śnieg czy wiatr – praktyczniej przybrać pozycję aerodynamiczną. Te drzewa i krzewy, które zostawiają sobie ulistnienie na zimę (na przykład różaneczniki), zwijają liście w takie zwieszone pół-rurki – chodzi właśnie o ograniczenie transpiracji i utraty wody poprzez minimalizację ekspozycji na zimowe słońce, z którego my się cieszymy, ale rośliny zupełnie nie.


Najlepiej oczywiście wyjechać na zimę do ciepłych krajów, co praktykują bociany i niemieccy emeryci. Pomyślmy jednak czasem z empatią, o tych, co zakorzenieni muszą przezimować.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Ekscesy rozpasanego żołdactwa, czyli o pukaniu w dno od spodu

Rzadko ostatnio cokolwiek piszę o operze, ale tym razem nie wytrzymałem, czego efekty tutaj.

wtorek, 1 maja 2018

Ogrodnik podmiejski (10). Przebiśniegi (po sezonie)

Pisząc o przebiśniegach trudno uniknąć banalnych fraz o zwiastunach wiosny i ogólnie taniego sentymentalizmu. Czasem trudno też odróżnić śnieżycę wiosenną (Leucojum vernum) od śnieżyczki przebiśnieg (Galanthus nivalis) - zwłaszcza, że aż do połowy XVIII wieku botanicy uparcie mylili te dwie rośliny lub też łączyli je ze sobą w jeden rodzaj. Dla celów diagnostycznych: u śnieżyc wszystkie sześć listków okwiatu jest równych, podczas, gdy u przebiśniegów zewnętrzne trzy są wyraźnie dłuższe. Nadto jeszcze statystycznie częściej spotkasz przebiśniegi niż śnieżyce.

Nazwy ludowe są też wspólne. Co prawda Linde zauważa, że gładysz to nie to samo, co gładyszek, ale nie zniża się już do objaśniania, co jest czym i dlaczego. Doroszewski podaje również nazwę śniegułka, cytując Konopnicką (“Pan Balcer w Brazylii”: “Kwiat ci to prawy był i szczerobiały, Jak ta śniegułka w czarnym boru wiosną.” - to w opisie Salci, dziewczęcia, które mało co nie zgwałcił był jakiś lubieżny “Szwab”).

Ksiądz Kluk w swoim Dykcyonarzu roślinnym… pisze: Galanthus nivalis. Śnieżyca ranna. Korzeń ma trwały i bardzo rozmnażający się. Kwitnie zaraz po śniegach. Kwiaty są białe, w kupki zgromadzone. Dziko u nas rosnącey tey rośliny nie widziałem, lecz tylko w ogrodach zabawnych dla rannego kwiatu. Oyczyzną iey są góry Wiedeńskie, Trydentskie i inne. Co trzy lata na końcu czerwca dobędą się z ziemi korzenie: poleżą gdzie aż do sierpnia, dopiero w sierpniu posadzą się kupkami po 20 i więcey, a naylepiey pod drzewami lub w mieyscach cienistych.

Tenże ksiądz Kluk w swoim wcześniejszym dziele (Roślin potrzebnych, pożytecznych, wygodnych, osobliwie kraiowych, albo które w kraju użyteczne być mogą, utrzymanie, rozmnożenie i zażycie) daje taki opis: Leucoium bulbosum. Schneetropffen. Maią cebulki małe żółtawe, które w każdey ziemi mocno się rozmnażaią. Kwitną wszystkie biało, mnieysze częstokroć ieszcze w śniegu, większe nieco późniey. Wykopuią się tylko wtedy, gdy się nazbyt rozmnożą.

Pierwszy opis przebiśniegu znajdujemy u Teofrasta (Historia plantarum), który daje nazwę leucoion (leucos - biały, ion - fiołek), przechwyconą później przez śnieżycę (Leucojum). Późniejsi, XVI wieczni botanicy, określali przebiśniegi terminem Leucojum bulbosum, bądź, za Pliniuszem (Naturalis historia), Viola alba względnie Viola bulbosa. Wreszcie Linneusz w roku 1753 zrobił porządek z terminologią: niczym Bóg Ojciec pierwszego dnia stworzenia oddzielił śnieżycę od przebiśniegu i wprowadził nazwę rodzajową Galanthus z gatunkiem typowym (jedynym podówczas znanym) Galanthus nivalis. Dla kompletności obrazu etymologia (grecka): gala - mleko, anthos - kwiat i łacińska: nivalis - śnieżny. Na początku XIX wieku było jeszcze trochę zamieszania z przenoszeniem przebiśniegów z rodziny Liliaceae do (świeżo wyodrębnionej) Amarylidaceae, ale to już tylko dla historyków botaniki.

Nazwy w językach europejskich albo sugerują wynurzanie się spod śniegu (francuskie perce-neige, rosyjski подснежник), albo spadanie razem ze śniegiem (angielskie snowdrop, czeska sněženka, dawne niemieckie Schneetropfen). Ciekawa jest tradycyjny angielski desygnat Candlemas bells, wiążący przebiśniegi ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego). Tylko po serbsku (i chorwacku), nie wiedzieć czemu visibaba (to znaczy dokładnie to, na co brzmi).

Przebiśnieg ma pewien (nieduży) związek z mitologią. Pamiętamy wszyscy Odyseję: na wyspie zamieszkałej przez Kirke towarzysze herosa zamienieni zostali podczas uczty przez czarodziejkę w świnie (według innej wersji - zachowywali się jak świnie). Jeden jedyny Odyseusz nie poddał się transformacji, albowiem dostał od Hermesa roślinne antidotum. Homer (w tłumaczeniu Lucjana Siemieńskiego) precyzuje dalej, że “Z ziemi wyrwane, dziwną mocą obdarzone: Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka, Moly zwie się u bogów. Dotąd nie ma człeka, Który by je wykopał. Wszystko w mocy bożej!” Są pewne przesłanki, że chodziło tutaj o przebiśniegi (choć Linneusz chyba niezbyt starannie czytał wieszcza, bo nadał nazwę Allium moly żółto kwitnącemu czosnkowi złocistemu).

Otóż radziecki farmakolog Michaił Maszkowski zaobserwował w 1951 na Uralu, że tubylcy wcierali sobie w skronie kwiaty przebiśniegów w charakterze środka przeciwbólowego, a dekokt z całych roślin podawano dzieciom chorym na polio dla złagodzenia objawów paraliżu. Zafascynowany tą obserwacją podjął badania nad wpływem ekstraktów z przebiśniegu na mięśnie i mózgi zwierząt laboratoryjnych, dochodząc do konkluzji, że galantamina (alkaloid pozyskany z cebulek) chroni neuroprzekaźniki w mózgu przed uszkodzeniami przez toksyny i choroby. Pierwszą syntetyczną galantaminę (Nivalin) opatentowali Bułgarzy w 1959, skąd pomału rozpełzła się na cały świat. Dziś jest cennym lekiem opóźniającym postępy choroby Alzheimera. W 1983 dwóch Amerykanów opublikowało artykuł sugerujący, że i w przypadku Odyseusza galantamina uchroniła go przed zatruciem. Słabością tej teorii jest to, że domniemana trucizna (Datura stramonium, bieluń dziędzierzawa, po śląsku pindyrynda) jest rośliną Nowego Świata i nie była znana w antyku (choć, jeśli zakładamy, że Kirke jako córka Heliosa miała moce boskie, wszystko zaczyna się układać w spójną i logiczną całość).

Innym związkiem występującym w przebiśniegach jest trująca aglutynina (lektyna). W latach 80 ubiegłego wieku wszczepiono przebiśniegowy gen odpowiedzialny za produkcję lektyn do ziemniaka w celu jego ochrony przed szkodliwymi owadami. Lektynami zajmował się Árpád Pusztai, węgierski emigrant (po rewolucji z 1956), od dziesięcioleci pracujący w Szkocji. W roku 1999 zdecydował się przejść na drugą stronę barykady i ogłosił wyniki badań nad szczurami żywionymi zmodyfikowanymi ziemniakami sugerujące deformacje (zgrubienia) ścian ich jelit. Obecnie Pusztai jest męczennikiem walki z roślinami transgenicznymi, przykładem nawróconego złoczyńcy i ikoną całego ruchu non-GMO.

Rodzaj obejmuje około 20 gatunków, z których najpowszechniejszy jest krajowy Galanthus nivalis, występujący w całej Europie Południowej i znacznej części Środkowej (w Polsce dociera mniej więcej do linii Poznań-Warszawa). W wielu miejscach poza granicą naturalnego zasięgu (Wielka Brytania, USA) introdukowany, bądź zbiegły z parków i ogrodów. Jedna z większych kolekcji przebiśniegów mieści się w parku Colesbourne (Cotswolds, UK). Dziadek obecnego właściciela, Henry John Elwes, był znanym botanikiem (naturalistą, jak się mawiało w owych czasach, bo jego zainteresowania obejmowały też entomologię, ornitologię, dendrologię i łowiectwo). Podczas jednej z podróży po Turcji odkrył i opisał nazwany później jego nazwiskiem (Galanthus elwesii) gatunek przebiśniegu niemal dwukrotnie wyższy i nieco wcześniej kwitnący niż dotychczas znane. Z innych, potencjalnie interesujących ogrodniczo gatunków, wspomnieć należy odkryty na Kaukazie Galanthus woronowii (ten gatunek ma znów liście o wiele szersze niż inne) oraz przebiśnieg królowej Olgi (Galanthus reginae-olgae), który zachowuje się trochę jak zimowity: kwitnie na jesień, a liście wypuszcza wiosną. Trochę botanicy mają z tym taksonem kłopotu, bo występuje na Sycylii, Peloponezie, Epirze oraz w Bośni i nie we wszystkich lokalizacjach kwitnie jesienią (im bardziej na północ, tym bardziej jednak na wiosnę). Cebulki przebiśniegu krymskiego (Galanthus plicatus) przywożone były do Wielkiej Brytanii przez żołnierzy powracających z wojny krymskiej - kwitnienie przebiśniegów było jedną z niewielu atrakcji niemal rocznego oblężenia Sewastopola - co spowodowało eksplozję zainteresowania przebiśniegami na Wyspach Brytyjskich w epoce wiktoriańskiej.

Angielscy galantofile (hobby dla wytrwałych pasjonatów - z uwagi na porę kwitnienia, rozmiar roślin i w sumie niewielką zmienność morfologiczną w obrębie rodzaju) wyhodowali ponad dwa i pół tysiąca odmian przebiśniegów - za cebulki najdroższych z nich płaci się kilkaset funtów, co jest w sumie niegroźnym szaleństwem.

Przebiśniegi na małą, domową skalę rozmnaża się (podobnie jak śnieżycę wiosenną) najlepiej przez podział rozrośniętych kęp, przy czym najlepszą porą na to jest… wiosna, tuż pod koniec kwitnienia. Tak podzielone rośliny zdążą się jeszcze przez zakończeniem wegetacji ukorzenić i oswoić nieco z nowym stanowiskiem. Należy pamiętać, że zazwyczaj na przełomie maja i czerwca po nadziemnych częściach przebiśniegów nie ma już śladu. W handlu można nabyć cebulki przebiśniegów w sierpniu, ale jest to dość ryzykowne, bo bardzo łatwo przesychają. Jeśli zakup jest nieunikniony, to należy cebulom starannie sprawdzić turgor, wsadzić do ziemi bez zbędnej (ba! żadnej!) zwłoki i dobrze podlać.

Wolniejsza, ale wydajniejsza metoda to rozmnażanie przebiśniegów z siewu. Nasiona kiełkują szybko, lecz dochowanie się kwitnących roślin zajmuje mniej więcej sześć lat. Ja wysiewam przebiśniegi do ażurowej skrzyneczki, którą zagłębiam nieco w ziemi i zapominam o niej na kilka lat. Nie należy spóźniać się ze zbiorem nasion, gdyż wyposażone są w elaiosomy, tak zwane ciałka mrówcze, które zawierają dużo (z punktu widzenia mrówki) tłuszczów i węglowodanów. Mrówki zbierają nasiona przebiśniegów i znoszą do mrowisk; po objedzeniu elaiosomów nasiona wynoszone są poza gniazda - ten sposób rozsiewania się botanicy nazwali myrmekochorią.

Wybór stanowiska dla przebiśniegów nie jest rzeczą trudną, o ile będziemy podglądać i naśladować naturę. Gleba żyzna i wilgotna (przebiśniegi rosną w lasach liściastych, z dostępem do kompostu liściowego, a krótki okres wegetacji powoduje, że muszą “jeść szybko”). Jeśli słońce, to tylko wczesną wiosną, później cień, żeby cebule nie wysychały. Gleba raczej lekko zasadowa niż kwaśna, więc odpada sąsiedztwo wrzosów, różaneczników, azalii i większości iglaków (u mnie przebiśniegi dobrze koegzystują z cisami). Dobrym pomysłem jest podsadzanie przebiśniegami leszczyny czy innych drzew owocowych. W odróżnieniu od śnieżycy wiosennej źle znoszą stanowiska zbyt mokre, bagienne, regularnie zalewane. Raczej polany i skraje lasów niż łąki i trawniki.

Przebiśniegi są zapylane przez pszczoły (pierwszy pożytek na przedwiośniu), jakkolwiek możliwe jest też samozapylenie. Ich kwiaty wykazują termonastię - reakcję na bodziec termiczny, polegającą na różnym tempie wzrostu zewnętrznych i wewnętrznych listków okwiatu w różnych temperaturach (czego efektem jest otwieranie i zamykanie kwiatów).



wtorek, 24 kwietnia 2018

Ogrodnik podmiejski (9). Surfinie

Przyznam się Wam do czegoś. Otóż niemal zawsze, gdy odwiedzam centra ogrodnicze, jestem adresatem różnych pytań ze strony innych kupujących (“a to w cieniu będzie rosnąć?”, “a jaką ziemię mam do tego kupić?”, “a to wysokie urośnie?”, “a po ile te bratki?”). Pewno dzieje się tak dlatego, że zwykle na zakupy ogrodnicze ubieram się już w strój ogrodowy, łatwy do pomylenia z personelem, a nie wyjściowy, jak inni klienci. Na początku mnie to jakoś drażniło, ale potem pomyślałem sobie, że skoro znam odpowiedzi na przynajmniej niektóre pytania, to przecież nic nie szkodzi odpowiadać.

Na podobnej zasadzie właściciel myjni samochodowej, z której korzystam od dwudziestu lat, nie może sobie w głowie skleić marki/modelu mojego samochodu z jego, że się tak wyrażę, stanem estetycznym, więc powziął graniczące z pewnością przekonanie, że jestem przedsiębiorcą budowlanym. “Znów pan po budowach jeździł, jak tak można auto uświnić?!” - wita mnie z dezaprobatą, na co ja uśmiecham się przepraszająco, i czasem bąkam pod nosem “a tak jakoś wyszło”.

No ale wracając do pytań ogrodniczych. Zapytano mnie (e-mailem) o surfinie, do czego odnoszę się ze zrozumieniem, albowiem sezon balkonowy w pełni - sam dzisiaj taras matki-rodzicielki dekorowałem. Surfinie to przykład sukcesu, który osiągnięto umiejętnym połączeniem genetyki i marketingu. Zaczęło się od petunii, których kilkanaście gatunków znaleziono w Ameryce Środkowej i Południowej. Tambylcy (Majowie) używali petunii zarówno w celach kultowych (zapach kwiatów miał odstraszać złe duchy i podziemne potwory), a także zupełnie utylitarnych (dzikie petunie jako kuzynki tytoniu zawierają w swoich liściach narkotyczne alkaloidy); uważano w każdym bądź razie, że petunie dobrze rosną tylko w miejscach o pozytywnej energii, więc była to także - jakbyśmy dzisiaj powiedzieli - roślina wskaźnikowa, używana przez kapłanów dla wyznaczania lokalizacji budynków, czy wręcz miast.

Jak tylko przywieziono te dzikie petunie do Europy, zaczęto je ze sobą krzyżować z oszałamiającym skutkiem - okazało się, że jest to rodzaj bardzo plastyczny i wdzięczny w obróbce genetycznej. Rynek na rośliny balkonowe jest olbrzymi, co z nawiązką finansuje nakłady na prace hodowlane. W latach 80 ubiegłego wieku na modyfikacje genetyczne patrzono znacznie mniej podejrzliwie niż obecnie (a termin GMO, nawet jeśli istniał, to nie brzmiał tak złowrogo), więc do genomu petunii wprowadzono kolory nie występujące w naturze (na przykład pomarańczowy) - teraz się na to spogląda niechętnie, i w niektórych krajach takie petunie są zakazane, ale zupa się już wylała, i to dawno temu.

Każda z firm hodowlanych uważała oczywiście, że to ich petunie są najlepsze, więc wymyślano dodatkowe określenia, żeby zachęcić klienta: Grandiflora, Multiflora, Wave Petunia, Miniflora, Supertunia, Calibrachoa (to zresztą odrębny rodzaj, ale bez kłopotu krzyżujący się z petuniami), Million Bells czy Cascadia, ale największą karierę zrobił termin Surfinia, który zawdzięczamy Japończykom, a konkretnie firmie Suntory. Dygresja: firmę założył pan Shinjiro Torii w roku 1899, a jej oryginalnym profilem działalności była produkcja i sprzedaż na rynku japońskim alkoholi w ‘europejskim stylu’. Popatrzcie, swoją drogą, jak bezpruderyjnie reklamowano w Japonii wina porto w latach 20 ubiegłego wieku:

Przez te wszystkie lata od założenia firma rozszerzyła działalność - obecnie oprócz alkoholi także żywność, suplementy diety, lekarstwa, a także - jako efekt rozbudowanego działu biotechnologii - hodowla roślin. Suntory sprzedało licencję na Surfinie (terminem tym określano serie odmian petunii o zwisających pędach) wszystkim liczącym się firmom ogrodniczym świata, choć dziś mamy raczej do czynienia z surfiniami przez małe s (odmianami w typie oryginalnych Surfinii) - a to za sprawą tego nieustannego postępu, który postępuje, napiera i gniecie. Kto wejdzie pod koła, ten uciec nie zdoła.


PS. Surfinia to wyjątek od mojej zasady, że rośliny najlepiej sobie wyprodukować z nasion. Dawniej tak robiłem, ale nasiona są mikroskopijne, siewki rosną powolnie (żeby mieć rośliny gotowe na początek maja trzeba siać najpóźniej w początkach lutego), a pikowanie tego drobiazgu jest tak żmudne, że - z lenistwa - zrezygnowałem. Ale w razie czego umiem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Ogrodnik podmiejski (8). Miało być o pelargoniach

Czasami daję się namówić przyjaciołom na ględźbę botaniczno-ogrodniczą. Przygotowuję się w ten sposób do roli pogodnego staruszka, a i nie wychodzi to najgorzej, bo - takie przynajmniej mam wrażenie - narasta popyt. Ostatnio obstalunek przyszedł z Krakowa, żebym coś na temat pelargonii, bo przyjaciółka akurat obsadziła sobie balkon i rada byłaby w jakieś anegdoty się zaopatrzyć i w ogóle chciała być raczej świadomą plantatorką pelargoniowo-balkonową.

Zabierałem się już do pisania o pelargoniach, tylko chciałem coś sprawdzić w internecie, gdy nagle trafiłem na zbutwiałą nitkę, którą delikatnie pociągnąłem i spróbowałem wypruć - a im trudniej mi to szło, tym zapalczywiej się tym zajmowałem. Stąd (w zamierzeniu) krótka historia o pelargoniach w pewnym (bardzo wczesnym) momencie przywalona zostanie głazem dygresji luźno tylko z pelargoniami związanej. 


Pelargonie pochodzą z Afryki, a zwłaszcza z jej południowego krańca, stąd pionierami importu dzikich pelargonii do Europy byli Holendrzy, a głównym ośrodkiem, w którym gromadzono te rośliny i podejmowano pierwsze próby ich hybrydyzacji był ogród botaniczny w Lejdzie. U schyłku XVIII wieku sytuacja geopolityczna na południu Afryki zaczęła się zmieniać, i w ślad za napływem angielskich osadników ten rejon świata zwrócił na siebie uwagę brytyjskich polityków, wojskowych, przemysłowców, ale także i botaników.


I tutaj znienacka wyskakuje mi gentleman nazwiskiem Anton P. Howe, przy którym uporczywie podaje się wszędzie, że był Polakiem w służbie angielskiej. Mało to polskie nazwisko, imię jeszcze ujdzie (Antoni), więc wybrałem się na kwerendę internetową, żeby owemu pochodzeniu zaprzeczyć, lubo też je potwierdzić. Znalazłem zaraz rozwinięcie inicjału drugiego imienia - Pantaleon; też jakoś polskość z niego szczególna nie bije, ale przecież pod koniec XVIII wieku różne bywały imiona, więc niczego wykluczyć nie można.


Głównym źródłem informacji o tej tajemniczej postaci jest opracowana i wydana w latach 50 zeszłego stulecia korespondencja sir Josepha Banksa (botanik, podróżnik, uczestnik pierwszej wyprawy Cooka, główny proponent osiedlania kryminalistów w Australii). Nazwisko Hove’a pojawia się tam po raz pierwszy we wrześniu 1785 związku z przygotowaniem wyprawy do wybrzeży Zachodniej Afryki. Sir Joseph Banks zlecił zarządcy ogrodu w Kew znalezienie odpowiedniego kandydata na stanowisko okrętowego „łowcy roślin”. Ówczesny ogrodnik królowej Neapolu (?!) polecił młodego Polaka o nazwisku Au (później na jego własne życzenie nazwisko zmieniono na Hove - spotyka się również wersję Hoveau, a także Howe). Personalia polskiego przyrodnika nie są jednak łatwe do ustalenia. W zachowanej korespondencji mowa jest wręcz o nazwisku trudnym do wymówienia, a w dodatku ortografia nie jest jednorodna. Au (czy Hoveau) jest prawdopodobnie pisownią fonetyczną, to właśnie kłopoty z wymawianiem nazwiska przez Anglików stały się przyczyną jego zmiany.


Od kandydata wymagano wiedzy ogrodniczej, zdolności obserwacji i znajomości elementów botaniki. W przypadku Hove’a podkreślano także jego pogodny charakter i wiedzę medyczną. Ponieważ wyprawa oprócz celów botanicznych miała również podtekst polityczny (przygotowanie angielskiej kolonizacji na terenie obecnej Ghany i Burkina Faso), Home Office wyraziło obiekcje co do udziału w niej cudzoziemca. Polaka udało się jednak przepchnąć, a wyprawa zakończyła się sukcesem.


Wkrótce po powrocie z Afryki Hove wypływa do Indii z kolejną ekspedycją, tym razem już w charakterze osoby obdarzonej pełnym zaufaniem, bowiem powierzono mu bardzo delikatną misję. Oprócz bowiem pozyskiwania roślin dla ogrodu botanicznego w Kew, miał zapoznać się z uprawą bawełny i pozyskać jej nasiona dla stworzenia plantacji na Karaibach. W tym czasie Indie były zarządzane przez Kompanie Wschodnioindyjską, prywatną korporację niezależną od rządu brytyjskiego, który próbował dyskretnie zdywersyfikować źródła, z których spływały do metropolii surowce. Stąd urzędnicy Kompanii w Indiach, świadomi prawdziwego celu wizyty, próbowali dyskredytować Hove’a, utrudniać mu pobyt i mnożyć przeszkody biurokratyczne w pracy - wszystko oczywiście w białych rękawiczkach, z zachowaniem wszelkich form i pozorów. Pomimo szykan misja Hove’a kończy się pełnym sukcesem, drogą powrotną przyrodnik zahacza o Ceylon, gdzie również prowadzi eksploracje botaniczne, a także o wybrzeża obecnej Namibii skąd przywozi kilkanaście gatunków pelargonii.


W początkach lat 90 XVIII wieku Hove przenosi się do Niemiec, gdzie praktykuje jako lekarz. Zapewne musiał również odwiedzić, czy też wręcz osiedlić się w Polsce, bo następny list do Banksa pisze z… Petersburga (wrzesień 1795), komentując wybuch “polskiej rewolucji”, która przeszkodziła mu w pracach i doprowadziła do zniszczenia jego zbiorów. Niewykluczone, że obecność Hove’a w Rosji miała również drugie, dyplomatyczne dno. Wniosek ten można wysnuć z łatwości, z jaką poruszał się w kręgach zbliżonych do dworu (był, między innymi, przedstawiony carycy Katarzynie II), a i z kordialnych relacji z urzędnikami carskimi.


Kolejny, ostatni list do Banksa nadany został w sierpniu 1796 w Odessie. Zawierał nasiona i opis nieznanego w Anglii gatunku azalii (Rhododendron luteum - azalia pontyjska) wraz z opisami stanowisk, na których występuje i zastosowaniami jej przez miejscową ludność. Oprócz tego Hove informował swojego protektora, że zatrzymał się na dłużej w majątku Potockich w Humaniu, skąd prowadził krótkie wycieczki w różne strony Ukrainy.


Krótka dygresja od dygresji. Azalia pontyjska jest rośliną, która od lat fascynuje botaników i historyków botaniki. Na terenach obecnej Polski znajduje się jej jedno jedyne stanowisko (Wola Żarczycka koło Leżajska), stanowisko, jak mawiają botanicy, dysjunktywne, to znaczy bardzo oddalone od jej obecnego naturalnego zasięgu (najbardziej wysunięte na północny-zachód). Zupełnie niedawno postawiono hipotezę, że jest to stanowisko antropogeniczne (sztuczne), pochodzące z czasów najazdów tatarskich, a stworzone przez tychże Tatarów, którzy obsadzili azalią kurhan grobowy swojego wodza. Oficjalna botanika uważa to za rewizjonistyczną legendę - ale i tak brzmi to znacznie lepiej niż rozważania o reliktach polodowcowych. A fakt, że najwyraźniej Tatarzy wybierali się na najazdy zaopatrzeni w sadzonki azalii tylko dobrze o nich świadczy.


Wracając do Hove’a - wzmianka o nim pojawia się jeszcze w liście Banksa do przewodniczącego London Horticultural Society, Thomasa Knighta z 1812, w którym informuje o roli Hove’a w sprowadzeniu azalii pontyjskiej z Krymu do Anglii, a także podawał przytoczone wyżej szczegóły biograficzne, podkreślając raz jeszcze, że Hove był Polakiem z pochodzenia i dobrym ogrodnikiem, pracującym wiele lat w (i na rzecz) Kew Gardens.


Później Hove znika w odmętach historii, a wypływa dopiero za sprawą “zapozewu edyktalnego” drukowanego w Gazecie Krakowskiej 25 listopada 1837 (nr 270 tego rocznika), z którego wynika, że ówże zmarł w styczniu 1830 roku w Bath (hrabstwo Somerset), a odpowiedni sąd brytyjski ubezwłasnowolnił wdowę po nim, Joannę Howe jako “lunatyczkę (obłąkanych zmysłów)” i wzywa pozostałych potencjalnych spadkobierców do stawienia się przed obliczem londyńskiego sądu pod groźbą wyłączenia ze spadku. Trudno o lepszy dowód na pochodzenie botanika, skoro angielscy prawnicy zdecydowali się szukać spadkobierców w Polsce i po polsku.


Z kolei The Gentleman’s Magazine z października 1841 (volumen 170, strona 442) w dziale Obituary informuje o śmierci owej wdowy (określanej już jako Jane) w podlondyńskim Kensington, w wieku lat 86. I to tyle, co wiemy o człowieku, o którym nie wiemy nawet, jak się naprawdę nazywał, gdzie i kiedy się urodził i w jaki sposób trafił do Anglii. 



Ale to chyba i tak jest ciekawsze, niż wszystko, co mógłbym napisać o pelargoniach.


Tutaj wycinek z Gazety Krakowskiej:


A tutaj notatka z The Gentleman's Magazine: