niedziela, 18 stycznia 2009

Respect your elders - or be eaten by bears



Prorok Elizeusz nie jest pierwszoplanową postacią Starego Testamentu. Być może z powodu poniżej (2 Król. 2:23-24) opisanej przygody:

Stamtąd poszedł do Betel. Kiedy zaś postępował drogą, mali chłopcy wybiegli z miasta i naśmiewali się z niego wzgardliwie, mówiąc do niego: «Przyjdź no, łysku! Przyjdź no, łysku!» On zaś odwrócił się, spojrzał na nich i przeklął ich w imię Pańskie. Wówczas wypadły z lasu dwa niedźwiedzie i rozszarpały spośród nich czterdzieści dwoje dzieci.

A Lenin uśmiechnąłby się tylko i poszedł dalej.

Zabawną ekwilibrystykę uprawiają różne internetowe serwisy religijne. Najpocieszniej jest tutaj: żadne tam dzieci, tylko gang wyrostków. "Bóg musiał ich ukarać, gdyż inaczej postawa lekceważenia wobec Słowa Bożego i Jego proroków rozszerzyłaby się jeszcze bardziej." No po prostu trudna decyzja Starszego Pana, wybór mniejszego zła w trosce o reputację. Zresztą, jak piszą owiani duchem chrześcijańskiego miłosierdzia autorzy strony "możemy być pewni, że postawa ta nie wzięła im się z nikąd, ale zapewne wynieśli ją ze swoich domów". Dziadkowie w KPP, rodzice czytają Wyborczą, niedaleko rośnie jabłoń od ulęgałek. Inaczej do zagadnienia podchodzi niejaki o. Jacek Salij - Wszechmocny chciał przypieprzyć w bałwochwalcze sanktuarium w Betel, drogą akurat szły dzieci... na drodze prorok, przy drodze las... łatwo o tragedię. Dziecięce trupki zawsze przemawiają do wyobraźni. I ta precyzja w obliczeniach - akurat 42. Po oczku na misia.

Ksiądz Tadeusz Hanelt (z serwisu katolik.pl), najwyraźniej naoczny świadek wydarzeń, pisze: "dzieci zaczęły go wyśmiewać i rzucać w niego kamieniami". Jasne, obrona konieczna, każdy sąd by uniewinnił. Mały Gość Niedzielny odnotowuje również to wydarzenie, ale w ślad za Księgą Hioba (12:7) radzi: "Zapytaj zwierząt – pouczą". Nauczki brane bezpośrednio od niedźwiedzi nie wychodzą jednak na zdrowie.

Ks. Henryk Witczyk w Tygodniku Powszechnym wynajduje natomiast okoliczności łagodzące. Znaczy Elizeusz tylko przeklął w Imię Pańskie, nie nasłał osobiście niedźwiedzi. Niedźwiedzie sobie akurat przechodziły. A przeklęci smakują lepiej (to rodzaj marynaty). Zresztą Elizeusz kiedy indziej wskrzeszał (nie tych samych, ale wskrzeszał), więc to nie tak, że jest 42:0. Jest dokładnie 44:1 (w drugiej połowie wskrzesił dziecko Szunemitki, ale zabił ogniem z nieba dwóch pięćdziesiątników).

W każdym bądź razie, jak mawiają zazwyczaj na koniec takich opowieści... and God lived happily ever after.



PS. Wykorzystane ilustracje pochodzą z internetu (stąd i stamtąd)

czwartek, 8 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część ósma - Sycylia mitologiczna)

Enceladus był synem Gai i Uranosa. Podczas walki bogów olimpijskich z gigantami trafiła go dzidą Atena. Na rannego, uciekającego z pola walki, rzuciła Sycylię, która pogrzebała najpotężniejszego wśród gigantów. Stąd wybuchy Etny są po prostu oddechami Enceladusa, a dość częste na Sycylii trzęsienia ziemi powodowane są przewracaniem się giganta z boku na bok. Zdjęcie ilustrujące Enceladusa pochodzi z parku w Wersalu (Ludwik XIV lubił tematykę mitologiczną).

Inni uważali, że wewnątrz Etny mieści się kuźnia Hefajstosa, w której – w ramach prac zleconych (jeśli wierzyć Eurypidesowi) – cyklopi wykuwali pioruny dla Zeusa. Inni jeszcze wierzyli, że Aetna była lokalną nimfą, którą bogowie powołali jako arbitra w sporze Demeter z Hefajstosem o władanie Sycylią. Zresztą Aetna miała jakieś dzieci z Hefajstosem, więc jako taka nie mogła być obiektywna.

U Homera, w Odysei, na Sycylii mieszkał, pośród innych cyklopów, Polifem. Polifem kochał się w nimfie (to taka smutna rola nimf w mitologii – kochają się w nich) Galatei. Która z kolei kochała się w Acisie (Owidiusz – w księdze XII Metamorfoz - uważa, że był on synem Dionizosa). Rozeźlony Polifem zabił Acisa kamieniem, jego krew Galatea zmieniła w rzekę. Stąd miasteczko Acireale, na północ od Catani. I stąd opery Lully'ego i Haendla. I obrazy Poussina i Lorraina. I rzeźba w paryskim Ogrodzie Luksemburskim.

No ale dobrze, stało się. "A kto umarł, ten nie żyje". Polifem na starość zgorzkniał, zdziwaczał, przeszedł na emeryturę i zajął się hodowlą owiec. I w ogóle nie pojawiłby się już nigdzie „w pierwszym obiegu”, gdyby nie pewna grecka banda pod przywództwem Odyseusza, której wyczyny opisał Homer. Polifem, oślepiony, miotał skały za odpływającym herosem – tak powstały Wyspy Liparyjskie. Polifem przeklął Odyseusza, a realizacji klątwy miał dopilnować jego ojciec, Posejdon. Zanim wrócił do Itaki, Odyseusz musiał przepłynąć Cieśninę Messyńską, gdzie starożytni lokalizowali Scyllę i Charybdę. Dorota w latach studenckich parkowała prom w porcie Messynie (kapitan był pod wrażeniem bella bionda pollaca) i zaświadcza, że przynajmniej historie o Scylli są mocno przesadzone.

Przed Odyseuszem na Sycylię trafił Argonauta, Butes. Argonauci podróżowali, niczym Lech Kaczyński, do (obecnej) Gruzji, zresztą towarzystwo tam było jak na teraźniejszych paradach równości: same zboczeńce (Edyp), transwestyci (Atalanta), dziady (Nestor) i pedały (Jolaus). Wśród nich Butes był w miarę najnormalniejszy, zajmował się hodowlą pszczół, był heteroseksualny i wyrwał niezłą laskę (Afrodytę), z którą miał syna, Eryxa. Eryx założył opisywane wcześniej Erice. Później znokautował go znany starożytny łobuz, Herakles.

Po Odyseuszu na Sycylię trafił Eneasz. Głównie dlatego, że Wirgiliusz chciał spleść Eneidę z Odyseą, więc Eneasz podróżował śladami Odyseusza. Eneasz nie dokonał nic wielkiego na Sycylii: jak donosi księga V Eneidy bohater dotarł na wyspę tuż po zerwaniu z Dydoną. Na Sycylii Trojanie rozdzielili się: młodzi i silni mężczyźni popłynęli dalej z Eneaszem, natomiast pozostali zostali na wyspie. Rzuca to dość nieciekawe światło na pulę genetyczną Sycylijczyków.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część siódma - Sapori di Sicilia)

W Erice (znanym przez wiele stuleci pod normańską nazwą Monte San Guiliano), do którego jedzie się przez kilkanaście kilometrów pod górę, gęsto wykręcając serpentyny, znajduje się, jak ktoś policzył, sześćdziesiąt kościołów. Tutejszy zamek zbudowany jest na ruinach świątyni Wenus erycyńskiej, założonej, jak legenda głosi, przez Eneasza. Trochę to nam przypomniało Korynt, gdzie świątynia Afrodyty, w której obowiązki pełniły damy, zwane później córami Koryntu, znajdowała się na szczycie dość sporej góry: w ten sposób doszli tam albo młodzi, sprawni i silni, albo tacy, których było stać na wniesienie do świątyni. Tak czy tak - selekcja była, jak to się dziś mówi, na wejściu.

W Erice trzeba spróbować cuscus con pesce, który jest jednym z arabskich śladów w kulinarnej kulturze Sycylii. Innym śladem jest bottarga, czyli suszona, sprasowana ikra, najczęściej tuńczyka, niekiedy cefala [red mullet] lub miecznika. Dają to tutaj najczęściej wkruszone do makaronu, niekiedy w cieniutkich plasterkch, skropione sokiem z cytryny, jako starter. Bottarga jest znana w różnych miejscach basenu Morza Śródziemnego, ale pochodzi jego wschodniej części (arabskie: batarekh). Pierwszy raz zaprzyjaźnilismy się z tym kawiorem dla ubogich (choć wcale nie tanim) na bazarze w Stambule. W Palermo spotyka się też niekiedy arabskie napisy na ulicach, ale to raczej nie dla tych, co zostali, tylko tych, co przyemigrowali nie aż tak dawno. Za czasów Rogera II Sycylia była tyglem, w którym koegzystowały kultury arabska, chrześcijańska zachodnia i wschodnia oraz żydowska. Historyczny Roger był - jak wszyscy władcy Średniowiecza - człowiekiem dość okrutnym, ale jednak na tyle rozsądnym aby nie podkopywać społecznych i ekonomicznych fundamentów swojego królestwa. Jego syn (William I Zły) i wnuk (William II Dobry) spoczywają w sarkofagach w zdobionej cudnymi mozaikami katedrze w Monreale pod Palermo. Po wygaśnięciu Hautevillów, władza nad Sycylią przeszła, przez małżeństwo, w ręce Hohenstaufów. Fryderyk II był prawdopodobnie jedynym Cesarzem Niemieckim (poprawnie: Cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego), który mówił płynnie po arabsku. Wpływy cywilizacji chrześcijańskiej były już wtedy na Sycylii na tyle silne, że Fryderyk rozpoczął w ramach eksperymentu demograficznego wysiedlenia wyznawców Islamu, na włoski stały ląd, do miasteczka Lucera (taka ichniejsza 'akcja Wisła'). W ogóle Fryderyk miał predylekcje do doświadczeń na dużą skalę - był pomysłodawcą pierwszego przeprowadzonego i opisanego eksperymentu deprywacyjnego. W XV wieku, gdy Sycylią zaczęli rządzić władcy hiszpańscy pozostało jeszcze wypędzić wszystkich Żydów, co nastąpiło w skadinąd istotnym w historii powszechnej roku 1492, dekretem Ferdynanda i Izabelli.

No, tyle dygresyjnie smaczków, teraz wracamy do smaków. Zupełnie lokalnym pomysłem jest tzw. chinotto, czyli napój (najczęściej gazowany) produkowany z soku pomarańczy pachnącej (Citrus myrtifolia) z dodatkiem ekstraktu z ziół. W smaku jest to zbliżone do campari (ten sam gorzkawy komponent), ale oczywiście bezalkoholowe i niestety słodsze. Dokładnie nie wiadomo, kto i kiedy zaczął produkować chinotto, nie jest to w każdym bądź razie napój starożytnych Sikulów, bo ślady i tropy urywają się w latach 50 ubiegłego wieku. Chinotto produkowane było przez szereg mniejszych lokalnych firm, później przez San Pellegrino (na bazie ichniejszej wody mineralnej), od pewnego czasu the evil corporation położyła na tym łapę i produkuje pod nazwą Fanta Chinotto. Jeszcze bardziej słodkie. Całkiem podobnym wynalazkiem jest maltańska Kinnie, którą zapijaliśmy się ładnych pare lat temu. I albo Kinnie jest o wiele lepsza, albo nam się smak zmienił.

Wspomniana wczesniej katedra w Monreale jest scenografią wspomnianego (jeszcze wcześniej) pierwszego aktu Króla Rogera Szymanowskiego. Drugi akt dzieje się - tak to widzę - na dziedzińcu palacu królewskiego w Palermo, a trzeci w teatrze greckim, najchętniej oczywiście w Taorminie. Nasze zdjęcie z Taorminy jest kulawe, bo nie widać zasłoniętej chmurą i mgłą Etny. Wychodząc od Króla Rogera zaczęlismy się zastanawiać nad operami, których akcja lokalizowana jest na Sycylii - oczywiste są Nieszpory sycylijskie Verdiego, dość oczywista Cavaleria Rusticana Mascagniego, po chwili zastanowienia dodaliśmy również Tankreda Rossiniego. Ponieważ nic już więcej nie mogliśmy dorzucić, rozpuściliśmy wici na podczytywanym blogu muzycznym. Nieoceniony passpartout uzupełnił listę o Bianca e Fernando Belliniego, a także o Gli Amici di Siracusa Saveiro Mercadantego i Eufemio di Messina autorstwa bliżej ani dalej nam nie znanego Michele Carafa di Colobrano. Brawa i podziękowania! Sam Bellini urodził się zresztą na Sycylii, w Catani. Zmarł pod Paryżem, pochowano go na Père Lachaise, ale po 40 latach przeniesiono szczątki do katedry w Catani.

Na grobowcu Belliniego (przy wejściu, po prawej stronie) płaskorzeźba ze sceną zbiorową z Purytan.

Całkiem spory pomnik kompozytora znajduje się przy via Etnea - na cokole postaci z oper (od przodu Norma, z tyłu Sonanbula, z boku - ktoś z Purytan i ktoś z Korsarza).

Polska wikipedia zawiera kuriozalne dość zdanie, kuriozalne nie tylko składnią, ale i sensem, czy raczej jego brakiem "Wydajna twórczość zwłaszcza operowa Belliniego poniekąd zawdzięcza się może bardzo udanej głębokiej przyjaźni z Feliksem Romanim, który napisał libretta do prawie wszystkich oper Belliniego; kryzys tej przyjaźni pod koniec krótkiego życia Belliniego zaważył ciężko na nim; zmarł na zapalenie otrzewnej." Konia z rzędem temu, kto wynajdzie związek pomiedzy Romanim a otrzewną Belliniego.

Na pograniczu opery i gastronomii znajduje się spaghetti a'la Norma, danie wymyślone ku czci premiery dzieła sycylijczyka. Magicznym składnikiem są bakłażany, zresztą król sycylijskich warzyw. Innym (oprócz Normy) pomysłem zagospodarowania bakłażanów jest caponata - danie warzywne na cieplo bądź na zimno. Z caponatą na Sycylii jest mniej więcej tak, jak z bigosem w Polsce; co dom, to przepis. Kanonicznym elementem są bakłażany i kapary, a reszta już dowolna (pomidory, cebula, rodzynki, pinie, seler naciowy, cukinia, papryka).


Z niejakim rozbawieniem czytamy literaturę podróżniczą sprzed dziesiecioleci, na której to pożółkłych kartach spotkać można uwagi o "małych, sennych miasteczkach". Dziś miasteczka te obudziły się, zaroiły swoje ulice setkami małych, trąbiących i poobtłukiwanych samochodzików, obrosły liszajami sklepików z tandetą w wersji artisanale, obstawiły kościoły i zabytki cieciami i dozorcami, którzy traktują turystę jak dwunożny portfel. I nawet nie chodzi o ten kilkueurowy datek, ale o tę dość przygnębiającą atmosferę (nic z klimatu do ut des). Dorota pamięta Kalabrię swoich lat studenckich - i dalibóg te jej wspomnienia nijak się mają do współczesnej pospolitości sycylijskiej. Tym bardziej cenimy coś, co dostaliśmy całkiem za darmo. Otóż pisaliśmy wcześniej o cannoli. Do reprodukowania cannoli w warunkach polskich wszystkie potrzebne ingrediencje są dostępne - ciasto jak na chruściki, do nadzienia ricotta, różne tam ekstrawagancje typu pistacje, czy gorzka czekolada też się znajdą. Trzeba natomiast mieć koniecznie formi per cannoli, czyli te cylinderki, na których owija się ciasto, aby powstała z niego rurka. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy w Palermo fabryczkę rurek, (takich prefabrykowanych, które potem cukiernie nadziewają sobie we własnym zakresie) gdzie dostaliśmy, całkiem za darmo, sporą garść drewnianych (bo myśleliśmy, że są metalowe) foremek do cannoli. Za wszystko inne zapłacilismy kartą mastercard.

sobota, 3 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część szósta)

Niższe partie stoków Etny obsypane są muszlami klozetowymi w całości i fragmentach, fotelami oraz fragmentami mebli, starego obuwia, oponami samochodowymi (stąd etymologia polskiego terminu "wulkanizacja") i wszelkiego rodzaju śmieciem. To jest duża różnica w porównaniu z tym, co zauważali na Sycylii chociażby Iwaszkiewicz i Banachowie kilkadziesiąt lat temu (nie mówiąc już o Goethem). Społeczeństwo było biedne i przedmioty się używało do zniszczenia, a potem i tak naprawiało się je i używało dalej, da capo al fine. Niezamożność Sycylijczyków mierzyła się też nieobecnością typowych pchlich targów - bo nie było czym na nich handlować. Dziś Sycylia jest wciąż biedniejsza od północnych Włoch, za to o wiele brudniejsza od Polski. To jest jednak dość krzepiąca konstatacja (i aby do niej dojść trzeba gdzieś na dłuższą chwilę wyjechać i potem wrócić), że nie jest u nas tak najgorzej. Nadal mamy z niektórymi sprawami boleśnie pod górkę, z klimatem chociażby, ale tego się nie zmieni, mimo wszelkich pogróżek.

Jest sobie dość przykre zwierzątko, mało lubiane przez kąpiacych się tego świata, zwane jeżowcem. W niektórych miejscach pozyskiwane i zjadane. Pierwszy kontakt z jeżowcem na talerzu mieliśmy ładnych kilka lat temu na zachodniej Krecie, są one tam zwane "achinos". W smaku porównywalne z kawiorem, bardzo "skoncentrowanie morskie", zdecydowanie uzależniające. Czytaliśmy w literaturze podróżniczej o egipskich chłopcach, nurkujących po jeżowce w porcie w Aleksandrii, ale relacje te miały już kilkadziesiąt lat, chłopcy zdążyli zapewne wyrosnąć i się zestarzeć, poza tym jakoś nigdy nie złożyło nam się być w Aleksandrii. Mówiono nam też, że w Kalabrii (konkretnie w Crotone) ktoś kiedyś słyszał, że ktoś widział, że ktoś jadł, ale jeżowce stały się dla nas gastronomicznym świetym Gralem. I oto spotkaliśmy się z nimi - twarzą w talerz. Ricci di mare, bo tak się zwą po włosku, uświetniają menu knajpek południowo - wschodniego wybrzeża Sycylii (Noto, Siracusa). Więc kolejne słowo stało się ciałem.

"Anyone but a fool would realize it's Sicily" (Winston Churchill)

czwartek, 1 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (odcinek specjalny, noworoczny - Sycylia pedałów i gruźlików)


Tom wierszy Jarosława Iwaszkiewicza Dionizje 1921 ilustrowany jest pewną szczególną fotografią. Tomasz Cyz, autor książki "Powroty Dionizosa" opisuje ją tymi słowy: "Oto nagi mężczyzna leży wśród wody, ziemi i twardych kamieni. Z twarzą przywartą do podłoża. Jego ciało jest wygięte, jakby czuwał i wił się jednocześnie, jakby był wężem i kotem", co jest dowodem na to, że humanisty nie należy zostawiać zbyt długo samego z dziełem, bo znajdzie tam to, czego nie ma, nie zauważając oczywistości, które są. Model na zdjęciu (Iwaszkiewicz) pije wodę z potoku, co jest być może banalniejsze od grandilokwencji Tomasza Cyza, ale wiele bliższe prawdy.

Dość łatwo jest znaleźć źródło inspiracji zdjęcia. W 1878 na Sycylię przybywa młody niemiecki arystokrata, baron Wilhelm von Gloeden. Osiedla się w Taorminie, gdzie mieszka, z kilkuletnią przerwą podczas wojny światowej, do śmierci w 1931 roku. Baron cierpiał na gruźlicę, suchy ciepły i słoneczny klimat Sycylii powstrzymywał rozwoj choroby. Von Gloeden był jednym z pionierów fotografii. Początkowo zajmował się nią amatorsko, później, gdy stracił inne źródła utrzymania (około 1895), zawodowo. Baron fotografował scenki rodzajowe, krajobrazy i pejzaże sycylijskie, ale sławę zdobył jako fotograf nasyconych homoerotyzmem aktów męskich.

Von Gloeden nie czynił tajemnicy ze swoich upodobań seksualnych. Mieszkańcy Taorminy polubili ekscentrycznego barona, mimo, że ich synowie spędzali w otoczeniu Niemca i dnie i noce. Fotograf nie dość, że hojnie opłacał swoich modeli to również skrupulatnie rozliczał prowizje za sprzedane odbitki. Wielu młodym ludziom sfinansował start ku lepszemu życiu (wykształcenie, założenie własnych biznesów), fundował również posagi dziewczynom, które wychodziły za jego efebów. Dzięki von Gloedenowi i jego atelier fotograficznemu, Taormina zaczęła być sławna i odwiedzana. Barona i jego studio wizytowali możni ówczesnego świata: Kajzer Wilhelm II, król Edward VII, hiszpański monarcha Alfons XIII, król Syjamu, pisarze Anatol France, Rudyard Kipling, Oskar Wilde, Gabriele d'Annunzio, kompozytor Richard Strauss, naukowcy i przemysłowcy (Marconi, Rottschild, Krupp). Prace von Gloedena zdobyły popularność, sam baron został członkiem wielu towarzystw fotograficznych, ma również pewien wkład w teorię fotografii - był pionierem zastosowania filtrów i makijażu modeli w fotografii portretowej.

Jednym z modeli i kochanków von Gloedena był niejaki Pancrazio Buciuni, zwany (dla ciemnej karnacji) Il Moro. Był on również sekretarzem barona i spadkobiercą jego spuścizny. Gdy Mussolini uzdrawiał moralnie Włochy, wiele prac von Gloedena uległo zniszczeniu a sam Il Moro trafił przed trybunał. Grób zmarłego w 1963 Buciuniego ozdobiony jest zupełnie konwencjonalnym zdjęciem.

Von Gloeden nie jest jednak - bo nie mógł być - autorem zdjęcia Iwaszkiewicza. Iwaszkiewicz trafił po raz pierwszy na Sycylię w 1932, rok po śmierci von Gloedena. Brakującym ogniwem jest najpewniej Karol Szymanowski, kompozytor, kuzyn pisarza. Szymanowski, który także był chory na gruźlicę, odkrywał mroczne zakamarki swej seksualności również na Sycylii, którą odwiedził po raz pierwszy w 1911 (później ponownie w 1914). Jest raczej pewne, że Szymanowski odwiedził Taorminę i przywiózł do domu odbitki prac von Gloedena, które zainspirowały Iwaszkiewicza.

W wierszu "Włóczęga" Szymanowski pisze:

Miłości szukam - i niezmiennie
Przebiegam miejsca podejrzane (...)
Noc jest to wielka czarownica
Szeherezada, wróżka Maja...
Śmiało wiec zaczep ulicznika
Co się za długo prosić nie da
Noc go zamieni boska, dzika
W Bachusa albo Ganimeda
To młody bóg, co się nie spłoszy
I dozna z tobą upojenia (...)
Mniej piekny jest, gdy się rozwidni
Bo noc odmienia ci spojrzenie
Lecz ja nic nie chcę poza chwilką
Więc mnie i zawód nie dosięga
Nazajutrz gorzki uśmiech tylko...
Eros to zwodnik i włóczęga.


Oprócz młodzieńczych spełnień, sycylijskie podróże natchnęły Szymanowskiego pomysłem napisania opery o królu Rogerze. Pomysł dojrzewał długo - pierwszy szkic zamysłu dzieła datowany jest na rok 1918, kiedy to kompozytor zwraca się do Iwaszkiewicza z propozycją napisania libretta. Zamęt powojenny i porewolucyjny powoduje opóźnienie prac: libretto gotowe jest w 1920 a partytura w 1924. Premiera dzieła miała miejsce w Warszawie w 1926, główna partię sopranową śpiewała Stanisława Korwin - Szymanowska, siostra kompozytora.

Jest "Król Roger" dziełem mało typowym dla swojego gatunku, operą - można powiedzieć - psychologiczną, operą w której dramat oparty jest o kumulacje emocji postaci, a nie o zwroty akcji scenicznej. Już sam pomysł rozpoczęcia pierwszego aktu od sceny chóralnych śpiewów a capella zrywa z dotychczasowymi regułami gatunku. Z braku pomysłu inscenizacyjnego (choć didaskalia bardzo precyzyjnie opisują miejsca akcji poszczególnych aktów) dzieło wystawiane było najczęściej w postaci koncertowej. Dopiero w XXI wieku Mariusz Treliński zaproponował dwa różne zestawy kluczy interpretacyjnych do "Króla Rogera" (inscenizacje warszawska i wrocławska), które, jak napisała Dorota Szwarcman, zmieniają całkowicie perspektywę odbioru dzieła.

A historyczny król Roger II spoczywa spokojnie w porfirowym sarkofagu w katedrze w Palermo. W niemal osiemset lat po jego śmierci (1949), Teatro Massimo w Palermo wystawiło "Króla Rogera". Na premierze twórców opery reprezentował autor libretta, domniemany kochanek kompozytora, Jarosław Iwaszkiewicz.

Notatki z szoku chlorofilowego (część czwarta)

René Girard w książce "Początki kultury" (Wydawnictwo Znak) wprowadza termin "mord założycielski", dość nieszczęśliwie funkcjonujący w angielskim ("scapegoat mechanism"), w oryginale francuskim po prostu "le sacrifice". Mord założycielski Katanii to mord na świętej Agacie. Historia banalna, znana we wszelkich możliwych wariantach, te dziewice męczennice to zjawisko często spotykane - mamy więc połowe trzeciego wieku naszej ery, chrześcijaństwo szerzy się pokątnie po różnych kątach imperium. Agata urody wielkiej, ale ku chłopom się nie garnie, tylko ku temu haremikowi, co wokół Chrystusa już jest. Miejscowy starant wzgardzony, a że człowiek to wpływowy i mściwy, więc używa wpływów, aby się zemścić: Najpierw Agata trafia do burdelu, prowadzonego przez kuplerkę, niejaką Afrodizję, która sześcioma własnymi córkami frymarczy, zaczem do więzienia, na końcu na tortury. Piersi świętej szczypcami odejmowali, ogniem żywym smażyli, nic nie pomagało - święty Piotr nocami zjawiał się i uleczał. Aż w końcu mu się znudziło, bo ile razy można przyprawiać piersi (gębę to jeszcze), i Agata umarła. Przepraszam: oddała ducha (żeby w stylistyce księdza Skargi się utrzymać).

Różne Kościół wyczynia ekwilibrystyki, żeby świętych jakoś ze światem żywych powiązać. Wymyślono świętej Klarze patronat nad telewizją, bo się w różnych miejscach jednocześnie pokazywała, niczym Oprah Winfrey. Świętego Józefa ożeniono z pochodami pierwszomajowymi i ruchem robotniczym. Średnio natomiast jest smaczne czynienie ze świętej Agaty patronki kobiet po mastektomii, bo to sprawa poważna i wiązać jej z bajdurzeniem nie należy. To ja już wolę, aby pani Marianna Skiermont z Mlądza ugasiła kolejne dwa pożary za pomocą obrazu świętej w myśl ludowego "Święta Agata pożary zgniata". Welon świętej, wyciągnięty z trumny (katedra w Catanii), nie raz wstrzymał erupcje Etny, a także pogonił pohańców z Malty. Jakby ktoś miał obecnie problemy z wulkanami lub Turczynami - na allegro za jedyne 32 złote skuteczną pomoc znajdzie.

Święta przedstawiana jest najczęściej z obcęgami (na takiej samej zasadzie święty Wawrzyniec łazi z grilem), albo z piersiami na tacy. Piersi (w narzeczu miejscowym - i minni i virgini) można też kupić w cukierniach, oblane marcepanem, w trupio-seledynowym kolorze i z perwerersyjną wisienką w roli brodawki. Innym wynalazkiem miejscowej kuchni jeśli idzie o słodycze są cannoli - rurki z nadzieniem z sera ricotta. Ciekawe którego świętego to rurki?

Właśnie uzmysłowiłem sobie, że Dedal z Ikarem ("Dał ci Ikarus znać swym testamentem, byś się nie bawił cudzym elementem" - Klonowic) uciekali na skrzydłach na Sycylię. Gdyby lecieli gdzieś bliżej, może i Ikar doleciałby bez szwanku.


"Wciąż o Ikarach głoszą - choć dolecial Dedal
Jakby to nikłe pierze skrzydłem uronione
chuda chłopięca noga zadarta do nieba
- znaczyła wszystko. Jakby na obronę
dano nam tyle męstwa, co je ćmy gromadą
skwiercząc u lampy objawiają...
- Jeśli
poznawszy miękkość wosku umiemy dopadać
wybranych brzegów - mijają nas w pieśni.
Tak jak mijają chłopa albo mu się dziwią,
że nie patrzy w Ikary...

Breughel, co osiwiał
pojmując ludzi, oczy im odwracał
od podniebnych dramatów. Wiedział, że nie gapić
trzeba się nam w Ikary, nie upadkiem smucić
- choćby najwyższy...
- A swoje ucapić.
- Czy Dedal, by ratować Ikara, powrócił?
"

(Ernest Bryll)

Zaczyna się ciekawie, ale kończy bez sensu? Dlaczego wieszcz Ernest (Jak nie będzie wołowiny, nałapiemy kryla, jak nie będzie wieszczów innych, poczytamy Brylla - to już Ryszard Marek Groński) wbija Dedala w poczucie winy? A poniżej, w temacie, wiersz Stefana Sokołowskiego, który (zarówno Stefan, jak i wiersz) zasługuje na szersze rozpowszechnienie:


Przechodniu, podróż wstrzymaj i uroń łzę czystą,
wsłuchaj się w szept, co z ruin antycznych dobiega. . .

Oto grób. A w nim gnije Ikar, humanista,
który nie umiał pojąć zasad Bernoulliego.
Ojciec, inżynier Dedal, mówił: ,,-- Ruszaj głową.
Zadbaj o kąt natarcia, by malał z prędkością.
Każde skrzydło z osobna tworzy siłę nośną,
więc bacz, jak się układa siła wypadkowa.''

A Ikar po schematach wodził wzrokiem błędnym
i zazdrościł jastrzębiom, co w niebo się wzbiły. . .

Dedal nudził: ,,-- Leć równo i zachowuj siły,
ten model skrzydeł nie jest energooszczędny.
Jesteś większy od ptaka, więc gdy w górę wzlatasz,
nie trzepocz, tylko szybuj. Przy tym się zastanów,
że siła twoich mięśni wzrosła do kwadratu,
podczas gdy twoja masa wzrosła do sześcianu,
więc w porównaniu z ptakiem masz deficyt mocy.''

Ikar oczyma duszy już odwiedzał Olimp,
i jedną nogą duszy deptał gwiazdy nocy
a drugą nogą duszy z nimfami swawolił. . .

,,-- Słuchaj mnie!'' -- krzyczał Dedal. -- ,,Nie rwij się w niebiosa!
Nie próbuj akrobacji! Źle skończysz, idioto!
Mamy się tylko wymknąć z niewoli Minosa.''

Następnie mu do ramion przyczepił prototyp
i w drogę.

Ikar pognał na spotkanie zorzy
ku srebrzystym obłokom skrytym w mglistej dali,
tam, gdzie rydwan Heliosa zanurza się w morzu.
Potem sfrunął nad wodę nisko. Musiał przecież
swe ramiona omdlałe dać ochłodzić fali
i sól zaczerpnąć w płuca. . .
A Dedal doleciał.



Wczoraj w miasteczku Savoca spotkaliśmy się z panią, która grała świadka na filmowym ślubie Michaela Corleone (Ala Pacino) z Apollonią Vitelli. Siedzieliśmy w barze Vitelli, w którym Al Pacino prosił signora Vitelli o rękę córki.

Ślub kręcono w miejscowym kościele Santa Lucia. Inne, nieodległe miasteczko, Forza d'Agro użyczyło swych ulic i placów jako scenerii do innych ujęć podczas kręcenia trylogii Ojca Chrzestnego. Wcześniej w tym roku, w lombardzkiej Mantui, widzieliśmy Casa Rigoletto, będące domniemanym domem garbatego błazna z opery Verdiego. Dalej, za rzeką, znajduje się Casa Sparafucil, oberża mająca być widownią finałowych scen tejże opery. Sam Sparafucil, zawodowy morderca, który wrzucał trupy ofiar do wody, uzyczył swego imienia lokalnemu klubowi wioślarskiemu. Czymże gorszy jest Rigoletto jako patron Mantui, albo Michael Corleone jako najslynniejszy obywatel Savoki i Forza d'Agro od świętej Agaty patronującej Catanii? Jak napisał Oscar Wilde, to nie sztuka naśladuje życie, ale odwrotnie, życie naśladuje sztukę.