wtorek, 31 grudnia 2013

Gender kontratakuje (2)

Ogłaszamy noworoczny konkurs na podpis! 

niedziela, 29 grudnia 2013

Gender kontratakuje!

Madonna zarąbała bejzbolem Murzyna - pedofila. Forio, Ischia (Włochy).

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Zaślepione

O warszawskim podwójnym przedstawieniu Jolanty Czajkowskiego i Zamku Sinobrodego Bartoka w reżyserii Mariusza Trelińskiego napisano wiele i mądrze. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że pozostało w tych dwóch baśniach o ślepych królewnach (wesołej i smutnej) coś jeszcze, o czym nikt nie wspomniał. Być może z poprawności politycznej – bo przecież „powinno się” solidaryzować z bohaterką, zwłaszcza jeśli jest ona pokrzywdzona przez złych, patriarchalnych mężczyzn. Coś, co dotyka kobiecej psychiki (a przynajmniej pewnego jej typu, który ja nazywam persefonicznym) w szczególny sposób, niestety w dzisiejszych czasach całkowicie niemodny, zatem wyszydzony i przedstawiany wyłącznie w krzywym zwierciadle.

Bajka wesoła, ku pokrzepieniu serc: Jolanta jest córką króla Prowansji Rene, ponieważ jednak od urodzenia jest niewidoma, ojciec trzyma ją z dala od dworu, w ukrytej w lesie chatce, a opiekującym się nią służącym nie wolno pod karą śmierci wspominać o świetle, kolorach ani niczym innym, co naprowadziłoby królewnę na myśl, że coś różni ją od innych ludzi. Król ma nadzieję, że zanim córka dorośnie do zamążpójścia jej chorobę uda się jakoś uleczyć – sprowadza więc medyka-Maura, który po zbadaniu pacjentki orzeka, że być może byłoby to możliwe, ale tylko jeśli wcześniej Jolanta uświadomi sobie swoje kalectwo i sama zapragnie uzdrowienia. Widać więc dobrze, że mamy tu do czynienia raczej ze ślepotą symboliczną, a nie fizyczną – z ciemnotą ignorancji, dziecięcą niewinnością, która nie pozwala dziewczynie widzieć świata w całej jego złożoności, ale nie przeszkadza jej mimo to czuć się szczęśliwą. W czasach studenckich, u mojej przyjaciółki na drzwiach pokoju wisiał wielki plakat z napisem „What a baby’s never had, a baby never misses”. 

Wszystko zmienia się, kiedy do chatki przypadkowo trafia zagubiony w lesie książę. Jest zafascynowany piękną nieznajomą, długo nie zdaje sobie sprawy, że Jolanta nie widzi – dopiero kiedy prosi ją o czerwoną różę na pamiątkę spotkania, a ona kilkakrotnie podaje mu białą. Wtedy książę opowiada jej o kolorach, świetle i wszystkim, o czym dotąd nie miała pojęcia. Królewna chce odzyskać wzrok (co już samo w sobie stoi w sprzeczności z panującą dziś tendencją do poprawnego politycznie traktowania każdej ułomności), a kiedy ojciec, by ją bardziej zmotywować, grozi straceniem intruza, który poznał tajemnicę państwową – chce już tak bardzo, że zgodzi się na wszelkie, nawet najbardziej bolesne zabiegi medyka. Wszystko kończy się dobrze, choć pierwsze wrażenia z widzialnego świata przytłaczają i przerażają Jolantę, która jako osoba bardzo religijna przeżywa coś w rodzaju mistycznego olśnienia. Mariusz Treliński niestety uznaje za stosowne „dosmucić” bajkę sugestią, że moment odzyskania wzroku jest dla bohaterki jednocześnie uświadomieniem sobie własnej bardzo marnej pozycji w świecie rządzonym przez mężczyzn. Królewna przechodzi spod władzy autorytarnego ojca (który najchętniej trzymałby ją w ciemnocie do końca życia) do równie autorytarnego męża; nie zyskuje nic, a tylko traci swój bogaty świat wewnętrzny, który stworzyła będąc niewidoma.

Wydaje mi się jednak, że nie tędy droga – a naprowadził mnie na to właśnie ten anachroniczny z pozoru motyw religijny. Jolanta nie jest tylko kobietą uwikłaną w zależności płci i władzy; jest przede wszystkim duszą ludzką przeżywającą (dosłowne) oświecenie. W takim rozumieniu jej pasywna postawa – zgoda na to, żeby zostać rozpoznaną – nie jest wyłącznie seksualna. Interwencja następuje z zewnątrz, wtedy, kiedy otrzymująca łaskę oświecenia dusza jest do tego gotowa. W bajce motyw religijny spleciony jest z motywem miłosnym, w którym „śpiąca królewna” jest obudzona do życia przez pocałunek księcia. Odczytywanie tego w kategoriach panowania, a nawet przemocy, to sugestia, że każda heteroseksualna miłość jest wykorzystywaniem, każde seksualne spotkanie kobiety i mężczyzny jest gwałtem, każda męska asertywność to agresja, a kobieca (dziewicza!) skromność to z góry skazana na porażkę próba uniknięcia napaści. Kobiety po prostu nie można oczarować, zachwycić, przezwyciężyć jej lęków – można ją tylko brutalnie zranić, zniszczyć, sponiewierać. Bo przecież Persefona została zgwałcona – koniec, kropka – była najszczęśliwsza jako córeczka Demeter, ślepa na problemy dorosłego świata; żadną królową nigdy być nie chciała, a Hades to psychopata, porywacz i zbrodniarz. Czy o to chodzi?

Na to pytanie stara się odpowiedzieć – niestety, zdaniem reżysera pozytywnie – kolejna bajka, tym razem straszna i ku przestrodze, dla miłośników „dark stories of the North”. Też jest w niej ślepa (metaforycznie) królewna - a raczej ktoś, kto królewną bardzo chciałby być, ale mimo wielkiego chcenia nie jest i nigdy nie będzie.

Kazimiera Szczuka w programie spektaklu zadaje pytanie, co te (w domyśle: niemądre) dziewczyny „o ile nie uwolni ich o tego odmienność orientacji seksualnej albo zdrowy rozsądek” widzą w tych wszystkich kuzynach Sinobrodego, gotyckich antybohaterach owianych mroczną tajemnicą, wampirach, upiorach i innych Rochesterach. A nie przypadkiem mit Hadesa i Persefony, ale bez obowiązkowego (dla feministek?) gwałtu? „Porwanie” jako wyrwanie z banału, uwolnienie od biologicznego i społecznego determinizmu, interwencję z zewnątrz w sytuacji, kiedy pewnych drzwi od wewnątrz otworzyć się nie da. Bycie rozpoznaną właśnie – rozpoznaną jako nie tyle „prawdziwa kobieta” (czyli „naturalna” masochistka), ale „prawdziwa królowa” godna wyniesienia na tron.
 

Co natomiast robi Judyta, bohaterka opery Bartoka? Ona lezie do tego Hadesu sama, nie dość, że nieporwana, to nawet niezaproszona – i domaga się intronizacji! Natrętnie narzuca się Sinobrodemu i awanturuje się, by wyjawił przed nią wszystkie swoje tajemnice, pootwierał wszystkie drzwi do swojej duszy. Bo ona chce! Bo jest kobietą, która twierdzi, że kocha – a moim zdaniem raczej tylko pragnie walczyć i zmieniać otoczenie na swój gust – więc jej się należy. Nie uwierzyłam ani przez moment, że Hades/Sinobrody mógłby choć przez chwilę odwzajemniać uczucia nachalnej intruzki-pretendentki; wydaje mi się, że jego teksty „Chodź, czekam na twój pocałunek” można śpiewać tylko ironicznie. Judyta nigdy nie była Persefoną – po Persefonę jednak trzeba się samemu pofatygować na górę. Czy ta natarczywa pannica, która żąda całkowitej władzy miała być nie tylko odwrotnością anielskiej Jolanty – pozwalającej się rozpoznać, zdobyć i oświecić – ale wręcz pewnego typu współczesną feministką? W założeniu postacią bardzo pozytywną i zasługującą na solidarność ze strony widza (a „widzki” to już w ogóle) - w praktyce odstręczającą impertynentką, męczącą jak urządzające sceny w sklepie rozpaskudzone dziecko. Wielka szkoda, że reżyser zepsuł psychologiczne, symboliczne odczytanie tej pięknej i mrocznej opery konstatacją, że Sinobrody naprawdę był seryjnym mordercą i zwyrodnialcem, który trzymał w zamku trupy pomordowanych kobiet. Ja bym wolała zobaczyć, jak fałszywa Persefona roztapia się w nicość z powodu własnego zaślepienia i tupetu. To też by było „ku przestrodze”, ale z maleńką, ukrytą iskierką pokrzepienia…

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Portret Psyche

Rzadko się zdarzają w poznańskim Teatrze Wielkim tak wspaniałe przedstawienia, jak obejrzany przez nas wczoraj Portret Mieczysława Wajnberga (bądź też Weinberga) – polskiego Żyda (1919-1996), od 1939 roku zamieszkałego na stałe w Związku Radzieckim.  Do przerwy zanosiło się na to, że reżyser David Pountney zaserwuje nam inteligentną komedię, w drugiej części wyszła tragedia i to wysokich lotów. Brawa dla wszystkich: twórców inscenizacji, śpiewaków, orkiestry. Zasłużona owacja na stojąco. Szkoda tylko, że spektakl zapewne błyskawicznie zejdzie z afisza, bo nie jest „samograjem” w rodzaju Traviaty czy Carmen, a większości poznańskiej publiczności (czyli wycieczkom szkolnym i Uniwersytetowi Trzeciego Wieku) podobają się tylko melodie, które już kiedyś słyszeli. 

Portret umiejętnie łączy adaptację opowiadania Gogola i sceny (jak sądzę) inspirowane życiem kompozytora – od młodości osadzonej jeszcze prawie w wieku XIX, przez czasy stalinizmu, aż niemal do współczesności – przetransponowane z muzyki na medium malarskie oraz rozważania o sztuce i komercji na poziomie Fausta. W najkrótszym skrócie: młody, ubogi malarz Czertkow (przejmująca kreacja Jacka Laszczkowskiego) przypadkiem kupuje złowróżbny portret starca, w którego ramie znajduje ukryte złote ruble. Niespodziewanie uzyskany majątek pozwala mu nie tylko spłacić długi, ale zawrzeć korzystne znajomości (np. z pewnym dziennikarzem), które ściągają do jego pracowni bogatych zleceniodawców, zamawiających swoje własne, pochlebne wizerunki. Czartkow zdobywa uznanie i pieniądze, ale zaniedbuje swój talent, który uosabia nigdy niedokończony obraz Psyche – tajemniczej, milczącej kobiety. Po wielu latach malarz umiera w poczuciu zmarnowanego życia i zaprzepaszczonych możliwości. 

Życie artysty, który dla sławy i doraźnych zysków sprzeniewierza się swojemu talentowi pokazano na scenie w sposób przechodzący powoli od groteski do tragedii. Świetnym pomysłem było przedstawienie galerii bogatych patronów jako przerysowanych postaci na szczudłach - rewelacyjna była zwłaszcza Vera Baniewicz jako starsza dama z karłowatą córką (Galina Kuklina) jeżdżącą na elektrycznym wózku. Rzadko się zdarza, żeby w operze publiczność zanosiła się szczerym śmiechem. Wśród postaci pojawia się też Generał celowo przypominający Stalina. Po przerwie zachowana jest ciągłość i to właśnie Stalin jest Dygnitarzem, którego tyrańskie rządy Czertkow uwiecznia w swoich obrazach. W końcu cały sztafaż historyczny znika: pstrokate ściany rodem z Cyganerii zastępuje czysta biel, wierny służący Nikita gubi gdzieś swoją chłopską rubaszkę. Czertkow umiera – długo, boleśnie, całkowicie złamany, przekonany o tym, że zmarnował życie. Psyche, która towarzyszy mu milcząco, nagrywa jego agonię kamerą wideo i wyświetla powiększony obraz na białej ścianie. W ostatniej scenie – po tym, jak stary Latarnik, który na początku zapalał gazowe latarnie padnie porażony prądem elektrycznym – zamiast Czertkowa jest już tylko symbol jego sprzedanego za przeklęte złoto życia, brylantowa czaszka Damiena Hirsta.

A ja tak sobie pomyślałam: czy rzeczywiście był powód do aż takiej tragedii? Owszem, malarz zagubił gdzieś swoje ideały, nie zrealizował ambitnych zamierzeń tracąc czas w pogoni za płytkim powodzeniem, nie zachował „najczystszej duszy”, którą artysta, zdaniem jego profesora, mieć powinien. Ale przecież, jako jedyny z uczestników tego dramatu, on widział tę Psyche, ten boski ideał. Towarzyszyła mu przez całe długie życie, nawet jeśli on nie miał czasu, aby pokazać ją ludziom. Zresztą, czy gdyby nawet udało mu się namalować to wymarzone arcydzieło – czy widzowie pokroju jego tępych modeli potrafiliby je docenić? Czy ktokolwiek ujrzałby w nim tę Psyche, wieczną Muzę? Szczerze mówiąc wątpię. Zastanawiałam się, jak istotny jest ten ostatni akt Cambellowskiego Monomitu: wyjście-oświecenie-powrót-przekazanie posłannictwa ludziom. Czy oświecenie, zetknięcie z boskością musi być koniecznie uwieńczone przyjęciem roli proroka? Po co – żeby zadośćuczynić ambicji, próżności artysty? Przecież każdy, kto sam poznał tę Psyche (jakimkolwiek imieniem Ją nazwać) rozpozna Ją sam dla siebie – a temu, kto Jej nie spotkał, na nic i tysięczne obrazy i tłumaczenia. 

Choć z drugiej strony… Chcieć czy nie, talent to jest jakaś odpowiedzialność. Nawet nie przed ludźmi – przed samą Psyche, Aniołem, Bóstwem (imię wstawić dowolne). Można znaleźć tysiąc wymówek, żeby nic nie robić: że Jemu/Jej to niepotrzebne, że po co perły przed wieprze, że przecież czynsz, codzienna krzątanina. Tylko, że wiecie, że to wszystko są wymówki. Co zrobiliście ostatnio z czystej miłości…?

PS. Bardzo ciekawy wykład reżysera (Davida Pountneya)  - The Future of Opera

czwartek, 5 grudnia 2013

Stypa po Mozarcie czyli kontekst jest królem

Zeszłej nocy udaliśmy się do poznańskiej katedry aby wysłuchać Requiem Mozarta wykonanego w charakterze oprawy mszy żałobnej odprawionej o godzinie 23 w intencji kompozytora w okrągłą, 222 rocznicę śmierci. Msza odprawiona była w rycie przedsoborowym,  w ramach XI Poznańskiego Festiwalu Mozartowskiego.

Po pierwsze, choć jestem człowiekiem uczestniczącym w obrządkach religijnych niechętnie i rzadziej niż rzadko, spodobało mi się teatrum liturgii przedsoborowej. Kadzidła, jakieś procesje ze świecami, mamrotania i hokus pokus przed ołtarzem, klęknięcia, ukłony, przebieranki - wszystko bardzo malownicze i tajemnicze. Poza tym zdecydowanie bardziej odpowiada mi rola pasywnego widza niż zmuszanego do jakichś mechanicznych czynności i inkantacji statysty. Aż człowiek zostałby tym lefebrystą, tylko oni chyba też jednak wymagają żeby w to wszystko bezapelacyjnie wierzyć.

Po drugie, Requiem podane w formie koncertowej (zwartej) jest poniekąd pozbawione kontekstu. W swojej oryginalnej formie, jako oprawa liturgiczna, jest nie tylko bardziej autentyczne (a żyjemy przecież w świecie historically informed performances) ale i inaczej rozkłada akcenty.

D: Parę rzeczy mnie bardzo zaskoczyło. Po pierwsze to, że muzyka i śpiew dobiegały nie, tak jak zwykle - z przodu, ale od tyłu, zza pleców. A nie za bardzo było się jak odwrócić. I tak stałam plecami do tego niesamowitego Dies Irae, a ciarki same chodziły mi po plecach wraz z falami dźwiękowymi… A propos Dies Irae, to wysłuchanie tego w odpowiednim kontekście wyprowadziło mnie z błędu, w który popadłam wiele lat temu i tak w nim trwałam. Otóż dałam sobie wmówić, że napisanie tego utworu było znakiem pychy (“Oto staję się równy bogom i teraz ja was będę sądził”), podczas gdy tak naprawdę trudno o większe świadectwo pokory i skruchy. Jest to owszem scena Sądu Ostatecznego, ale opowiedziana z perspektywy nie sędziego, ale podsądnego - który zdaje sobie zresztą sprawę z własnych win i ogólnej marności i nie pozostaje mu nic więcej, jak tylko apelować do łaski trybunału. Autor nie tyle chce słuchacza nastraszyć, co daje mu wgląd w swój własny strach.

Nie zabrakło też niestety łyżki dziegciu. Celebrans zmarnował okazję na wygłoszenie kazania w związku tematycznym z okazją (przypominam: 222 lata temu zmarł Mozart). Zamiast tego dobre dziesięć minut rozwodził się nad postacią XIX wiecznego kardynała Ledóchowskiego jako bohatera walki przeciwko Kulturkampfowi (“wojnie kulturnej” jak łaskaw był tłumaczyć homileta), przeciwnika wprowadzania języka niemieckiego w nauczaniu religii, osobistego wroga Bismarcka i ogólnie męża opatrznościowego Wielkopolski. I zaraz też jakieś uwspółcześniające kulawizmy retoryczne, o tym że ktoś teraz “znalazł buty Bismarcka i je próbuje przymierzać” po to aby znów naród próbować wynaradawiać. Postać Ledóchowskiego owszem, ciekawa i godna przypomnienia, zwłaszcza że nie aż tak biało czarna (hierarcha był lojalnym serwilistą tak długo aż mu Prusacy nie zaczęli deptać po odciskach), ale co u licha ma to wspólnego z Mozartem? Chyba to, że mówił po niemiecku? Po raz kolejny okazało się, że oni chyba szkolą specjalnie kler w nieumiejętności zachowania się taktownie i stosownie do okoliczności.

środa, 20 listopada 2013

Alfabet gruziński: J jak Jedzenie

W zasadzie ostatnia afera powinna nas trochę zmitygować i skłonić do porzucenia tematu (nie, nie czytaliśmy książki Pakosińskiej ani bloga blogerów), bo trudno przecież pisać rzeczy nowe i odkrywcze, zwłaszcza na temat, na który już wiele stron zapisano, ale jednak Gruzja nie byłaby kompletna bez kilku uwag na tematy gastronomiczne.

Kuchnia gruzińska okazała się jedną z najsmacznieszych spośród naszych różnych wypraw - choć oczywiście po półtora tygodnia większość popularnych dań mieliśmy już przepróbowanych, zwykle w kilku wariantach. Najbardziej w pamięć zapadają orzechy - podawane na przystawkę, danie główne i deser. W wersji przystawkowej zasmakowały nam zwłaszcza smażone plastry bakłażanów nadziewane pastą orzechowo-czosnkową z ziołami, posypane natką kolendry i pestkami granatów. Podobna pasta rozrobiona wodą stanowi podstawę sosu (baje) używanego np. do kalafiora bądź drobiu. Orzech, czosnek, bakłażan - trzy filary kuchni gruzińskiej.

Przyprawy gruzińskie zasługują na osobny akapit. W Internecie (a jednak czytaliśmy jakieś blogi, a przynajmniej Wikipedię…) doczytać się można, że Gruzini używają do wszystkiego skomplikowanej mieszanki przypraw zwanej chmeli-suneli i zawierającej długą listę mniej lub bardziej tajemniczych składników. Z naszej obserwacji wynika raczej, że podstawową przyprawą są zmielone nasiona kolendry i kozieradki plus płatki aksamitki mające imitować szafran. Bywał też ostry sos (adżika) i drugi, zrobiony z zielonych śliwek - podawane w zasadzie do wszystkiego.

Narodową potrawą są chinkali czyli używając najbliższego odpowiednika pierożki-sakiewki z nadzieniem najczęściej mięsnym, choć zdarza się też grzybowe lub ziemniaczane. Znów, przeczytać gdzieniegdzie można, że te pierożki nadziewane są… rosołem (jak u licha można cokolwiek nadziać rosołem?!). Otóż rosół wytwarza się w nich sam, pod wpływem gotowania dość mokrego nadzienia z mielonego mięsa, zwykle pikantnie przyprawionego. Ale rzeczywiście, przy jedzeniu trzeba uważać żeby się nie poplamić zawartością.

Batumi
W Batumi trafiliśmy na targ rybny w porcie. Tam kupuje się ryby (barabulki najlepsze, ale jest kilka innych mniejszych lub większych, najlepiej metodą pokazywania palcem), handlarki sprawiają je szybko i oprawione zakupy niesie się do sąsiedniej knajpy. Za ryby zapłaciliśmy 3 lari, za ich przygotowanie i podanie (z napojami, sałatkami, pieczywem) - 30. Ciekawa proporcja.

W Tbilisi z kolei odwiedzilismy restaurację, którą polecamy ze wszech miar, ale której nie znajdzie się bez sporego wysiłku (pod miastem). Nazywa się Kakhelebi, ale to nie pomaga wiele, gdyż szyld (a także menu) zapisany jest jedynie po gruzińsku. Rewelacyjna kuchnia, oparta o produkty z własnych plantacji, chleb własnego zakwasu i wypieku, wino z własnej winnicy, herbatka ziołowa z ziół zbieranych w Tuszetii, wreszcie własny samogon (o dźwięcznej nazwie czacza i - bagatela - 63%). W takich momentach brakowało nam naszych przyjaciół, wyszłoby tak samo smacznie, a zdrowiej (bo o wiele mniej per capita).

Innym ciekawym miejscem w Tbilisi jest Khinkali House  - jak nazwa wskazuje, restauracja wyspecjalizowana w chinkalich. Wystrój z lat dawno minionych (delikatnie mówiąc oldskulowy), sąsiedztwo ciemnego przejścia podziemnego (śmierdzącego jak wychodek diabła), ale kuchnia wynagradza wszystko. Tubylcy zamawiają po kilkanaście sztuk (duże półmiski) i jedzą pozostawiając “zawleczkę” z ciasta na talerzu.

Jako kierowca miałem dość ogranczoną ekspozycję na miejscowe wina, ale to, co próbowałem było godne pochwały, tyle że nazwy niezapamiętywalne i niepowtarzalne. Niewiele też czasu spędziliśmy w Kachetii (gruzińskiej Burgundii). Wygląda na to, że w uprawie są przede wszystkim endemiczne szczepy winorośli, dające po przerobie dość nietypowe dla podniebień smaki. Rzecz wymaga głębszych studiów w terenie - tym razem prowadziliśmy się wyjątkowo grzecznie.

Bywały też porażki. Z Polski (słynna knajpa ormiańska pod Łowiczem) znamy “kiełbaski” z nawleczonych na nitkę orzechów maczanych w redukowanym soku z winogron. Całość wygląda jak kiełbaska, nosi dźwięczną nazwę “sudżuk” i smakuje jak król wszystkich deserów. Wersja gruzińska (churchkhela), niezbyt poetycko określana terminem “Georgian snickers” niestety nie dorównuje smakiem wyrobom ormiańskim. Albo przynajmniej my nie trafiliśmy na dzieło prawdziwego mistrza.

Jednak sromotna klęska kulinarna spotkała nas dopiero ostatniego dnia przed wylotem. Otóż wybraliśmy się do restauracji, która przyjemnie zaskoczyła nas dnia pierwszego, dość nieszczęsliwie trafiliśmy na kelnera ze “straconego pokolenia” (już nie uczyli go po rosyjsku, jeszcze nie uczyli go po angielsku) a przy tym czuliśmy się już jak skłonni do eksperymentów bywalcy. Tak więc zamiast znanej i lubianej kharczo wskazaliśmy na inną zupę, którą kelner-niemota łamaną angielszczyzną rozkodował jako “beef”. I tak zawarliśmy bliższą znajomość z piekielnym dekoktem zwanym khashi. Był to nie mniej nie więcej wywar z flaków wołowych (niepokrojonych, może tylko nieco rozdrobnionych za pomocą tasaka) bez jakichkolwiek warzyw czy przypraw, za to obficie zaprawiony łojem. Sam zapach wystarczał za antyreklamę. Podaje się to okropieństwo w towarzystwie miseczki z dużą ilością zgniecionego surowego czosnku oraz dzbanuszka mleka. Wpadliśmy na to, żeby składniki wymieszać, ale pierwotnej zupie w niczym to nie pomogło - do odoru flaków z łojem doszedł po prostu intensywny zapach czosnku.  Reanimowaliśmy to solą, pieprzem, znów solą - ale i tak spektakularna porażka. Gruzini oczywiście widzą w khashi lek na wszelkie choroby włącznie z rakiem, kacem i prawdopodobnie syfilisem.

niedziela, 17 listopada 2013

Alfabet gruziński: S jak Stalin

Główną atrakcją miasteczka Gori był do niedawna stojący pod ratuszem pomnik Stalina (zupełnie oryginalny, przedchruszczowowski ostaniec), ale go w 2010 ukradkiem usunęli (podobno mają z powrotem ustawić, ale coś tam się kotłuje). W nocy, żeby mieszkańcy nie bronili (“gdzie jest Józef, gdzie jest Józef!”).
Z jednym maleńkim Soso tak wiele ubyło

Z chwilowego braku pomnika centrum stalinowskiego uniwersum jest muzeum. Na placu przed budynkiem właściwego muzeum stoi, obudowany pawilonem dom, w którym urodził się przyszły Chorąży Pokoju. W zasadzie mieszkanie. A w zasadzie pokój. Z pracownią szewską ojca przyszłego wodza w piwnicy. Bo te plotki o Przewalskim (od koni) to jednak podobno czcze pogłoski i kalumnie oparte wyłącznie na przypadkowym podobieństwie wąsów. Stalina zrobił pan Dżugaszwili, zapewne - jak większość rzeczy w życiu - po dużej czaczy.
U Dżugaszwilich myją okna

Obok muzeum stoi sobie wagon - salonka, którym Stalin jeździł w latach 40 ubiegłego wieku (a który znaleziono na jakiejś bocznicy Ojczyzny Proletariatu w połowie lat 80). Podobnie jak Kim nie lubił latać, więc poruszał się koleją. Wagon z wanną i klimatyzacją, ale jakoś niekoniecznie szczególnie luksusowy. Podobne odczucia miałem, gdy obejrzałem program BBC o Royal Train używanym przez obecną królową, trochę mi się żal zrobiło, że dama niezbyt pierwszej młodości jeździ czymś, co swoje lata świetności miało pół wieku temu a obecnie w żaden sposób nie przystaje do przymiotnika “komfortowy”.

Przy okazji dowiedzieliśmy się, że mamy ze Stalinem coś wspólnego - a mianowicie zdarzyło nam się otrzymać identyczny prezent od Chińczyków. Prezentem tym były “koniki”, czyli zestaw dwóch ceramicznych durnostojek przedstawiających konia i wielbłąda, które ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu wręczono nam w zeszłym roku w Luoyang (liczyliśmy na dobrą herbatę, a nie jakieś łapikurze - na szczęście w Chinach prezenty rozpakowuje się nie w obecności darczyńcy, ale później). A tu proszę - identyczne koniki figurowały wśród darów przysłanych z całego świata dla Wodza Wolnych Narodów z okazji 70 urodzin. I nie wybrzydzał, tylko przekazał do muzeum.
Wodzowi wolnych narodów tow. Stalinowi w 70-tą rocznicę urodzin pracownicy Państw Fabryki Farb i Chemik. Ceram. “Cerfarba”. Wałbrzych - Polska 1949

Stosunek Gruzinów do Stalina jest nieco dwuznaczny. Z jednej strony w Muzeum Narodowym w Tbilisi zorganizowano dużą (i porządnie przygotowaną) stałą wystawę na temat okupacji sowieckiej i rosyjskiej, z drugiej, w Gori kult Generalissimusa ma się wciąż całkiem nieźle. Bo przecież mała salka w piwnicy poświęcona Gułagowi w kulcie aż tak nie przeszkadza.

W ogóle przewodniczka usiłowała ocieplić wizerunek. A to pokazywała jakieś zdjęcia młodego Stalina, a to tomiki wierszy juwenilnych, a to skupiała się na wątku wyrzucenia z seminarium duchownego wskutek nieopłacenia czesnego. Nawet te historie o krwawym napadzie na bank, podpaleniach w rafinerii i strzelaninach z policją brzmiały jak z jakiejś opowieści przygodowej. A już wielokrotne ucieczki z zesłania (była mapa: czerwone strzałki - in, zielone - out) to prawie jak scenariusz filmowy albo gra komputerowa. Inna sprawa, że komuniści po dojściu do władzy wyciągnęli wnioski z nieszczelnego Sybiru, ale to już zupełnie odrębna opowieść.
Muzeum - na pierwszym planie, obudowany, dom, w którym urodził się Józef Wissarionowicz

sobota, 9 listopada 2013

Alfabet gruziński: K jak Kolchida




Oprócz „Czterech pancernych” Gruzja kojarzyć się może jeszcze z wyprawą Argonautów po Złote Runo. Zdaniem Greków, w tym rejonie znajdowała się starożytna Kolchida – od pasa nadmorskiego, mniej więcej do okolic Kutaisi (dalej na zachód, w górach, była już Iveria). Jako stolicę króla Ajetesa, który spotkał się z Jazonem i załogą Argo, podaje się zwykle miasto Vani (Surium), choć jest to raczej mało prawdopodobne, gdyż leży ono w głębi lądu przy rzece, jak wszystkie tutaj, niezdatnej do nawigacji.
Istnieje kilka konkurencyjnych hipotez czym było Złote Runo. Jedna z nich głosi, że chodziło o technologię pozyskiwania złota przez wypłukiwanie drobin z rzeki za pomocą owczych skór. Mogło też chodzić o zapisaną na pergaminie instrukcję, albo wręcz o sam złoty skarb, jako że wczesne monety miały często kształt stylizowanych zwierzęcych skór.
 
W Muzeum Narodowym w Tbilisi można oglądać świetnie zachowany złoty skarb Kolchidy. Inaczej niż w obszarze śródziemnomorskim, dominują nie cieniutkie „złotka”, ale solidne bransolety zdobione filigranowym wzorem często przedstawiającym zwierzęta oraz rozmaite figurki. Do najpopularniejszych – wśród masy koników i owiec – należy biesiadujący człowiek ze wzniesionym rogiem pełnym wina (wciąż jest to popularne naczynie do tego celu) oraz nasz ulubiony Pancerny Tygrys. Podobno miał to być raczej lew niż tygrys, ale zwierzak jest należycie pręgowany i zaopatrzony w coś, co przypomina maskę przeciwgazową na pysku. Pierwszy raz zobaczyliśmy go zaraz po przybyciu do Gruzji, na uroczej fontannie w Kutaisi, gdzie stał wśród innych (powiększonych) starożytnych figurek. Potem migał raz po raz jako logo banku, by wreszcie dać się zobaczyć w muzealnej gablocie. Na koniec wycieczki dostaliśmy bonus w postaci dwóch niemal pełnowymiarowych Pancernych Tygrysów przed teatrem w Batumi.
Najsłynniejszą starożytną obywatelką Batumi, uczczoną w 2005 roku wielkim pomnikiem w centrum miasta (ładny, w stylu Art Deco, ale najwyraźniej w Gruzji style pojawiają się ze znacznym opóźnieniem) jest Medea. Stoi na wysokiej kolumnie, jako smukła dziewczyna z rozwianym włosem, trzymając w wyciągniętej ręce złotą baranią skórę. Myślę, że zasłużyła. Najbardziej znana legenda dotycząca Medei – ta o zabiciu dzieci, które miała z Jazonem – nie oddaje jej sprawiedliwości, nie mówiąc już o tym, że nie jest to jedyna wersja wydarzeń. Już starożytni nie bardzo wierzyli w dzieciobójstwo Medei – Creophylus z Samos oskarżał o zabicie jej synów mieszkańców Koryntu. Wiadomo też, że po burzliwym życiu Medea wróciła do Kolchidy (z synem, którego urodziła jako królowa Aten), gdzie zasłynęła jako mądra i sprawiedliwa władczyni. W Batumi czci się ją jako wielką królową i uzdrowicielkę (od jej imienia wywodzi się słowo medycyna). W końcu nawet epilog (zaświatowy) tej legendy jest znamienny – w duchu Medei spotkanym w Hadesie zakochał się sam Achilles (wcześniej Medea była jedyną śmiertelniczką, która odmówiła swoich wdzięków samemu Zeusowi, nawet za obietnicę nieśmiertelności). 

piątek, 8 listopada 2013

Alfabet gruziński: B jak Batumi (ech, Batumi)

Batumi's skyline
Najsłynniejsza polska pieśń o Gruzji jest w Gruzji niemal całkowicie nieznana a pośród wielu stojących w Batumi pomników nie ma pomnika Filipinek. Powód? Jest to melodia napisana przez ormiańskiego kompozytora do zupełnie innych słów. Herbaciane pola Batumi istnieją w rzeczywistości, choć historia ich powstania otoczona jest wieloma legendami. Bohaterem pierwszej z nich jest gruziński książe Miha Eristavi, który zakochał się w smaku chińskiej herbaty i łamiąc monopol Chińczyków przeszmuglował jej nasiona w bambusowej lasce do swojego kraju. Nic to, że tę samą historię opowiadają o larwach jedwabników (tam jacyś jezuici byli czynni), gałce muszkatołowej (którą Francuzi wykradli Holendrom z Moluków) i jeszcze paru innych roślinach i zwierzętach. Druga historia dzieje się podczas wojny krymskiej, kiedy to u wybrzeży gruzińskich zatonął angielski okręt wojenny, którego kapitan podczas pobytu w niewoli domagał się codziennie herbaty; import był dość kłopotliwy i aby ułatwić sobie zadanie zaczęto uprawę na miejscu (opowieść ma jedną wadę faktograficzną - podczas trwania wojny krymskiej Batumi należało do angielskiego sojusznika, Turcji). Trzecia, najnowsza odsłona herbacanej historii dzieje się pod koniec XIX wieku, kiedy to przedsiębiorczy kupiec nazwiskiem Popov sprowadził całkiem legalnie z Chin sadzonki herbaty oraz specjalistów od jej uprawy i przerobu. Oprócz herbaty Chińczycy przywieźli ze sobą uprawiane do dziś w okolicach Batumi bambusy, bananowce, palmy oraz persymony. W czasach realnego socjalizmu wspierano produkcję antyimportową, stąd “Moskwa tonąca w pomarańczach” (w rzeczywistości gruzińskich mandarynkach) u Gałczyńskiego (choć najprawdopodobniej stosunek przeciętnego obywatela ZSRR do dostępności owoców cytrusowych ilustruje lepiej tytuł opery Prokofiewa “Miłość do trzech pomarańczy”), stąd także rozwój uprawy herbaty w Gruzji. Po rozpadzie imperium uprawa herbaty podupadła, lecz ostatnio jest znów rozwijana.
Targ rybny - tu się kupuje i zanosi do pobliskiej knajpki celem usmażenia i podania
Widać wyraźnie, że współcześni władcy Gruzji chcą zrobić z Batumi okno wystawowe na świat. Dużo dobrej nowoczesnej architektury (między innymi hotele Radisson i Sheraton, zabudowa pasa przybrzeżnego), sporo dyskusyjnych historyzujących budowli (“burgundzki pałacyk”, wieża zegarowa, Piazza), wiele precyzyjnie zrekonstruowanych XIX wiecznych budynków (na przykład dom, w którym mieszkały trzy siostry, które jakoby zainspirowały Czechowa), wciąż jednak mnóstwo wielkiej płyty (tzw. leningrady), która w zasadzie nadaje się już tylko do wyburzenia. Dzięki pół miliardowi dolarów wpompowanemu w ciągu ostatnich lat w infrastrukturę miejską Batumi nie ma smutnego wyglądu post-sowieckiego potworka urbanizacyjnego.


Czasy pierwszej świetności Batumi związane są z boomem naftowym oraz rodzinami Rotszyldów i Noblów. Leżące nieco na uboczu muzeum braci Nobel daje ciekawy wgląd na rozwój technologii wydobycia, transportu i przetwarzania ropy naftowej. Fascynujące są losy wyścigu po azerbejdżańską ropę - budowa linii kolejowej pomiędzy Baku a Batumi, później rurociągu, rewolucja, wojna domowa, wreszcie Nobel sprzedający swoją firmę Rockefelerowi na dwa dni przed ostatecznym wkroczeniem bolszewików do Baku. Z ciekawostek: zanim wprowadzono obrót luzem ropę sprzedawano w blaszanych kankach; sułtan Turcji domagał się aby ropa sprzedawana Turcji była dostarczana wyłącznie w nowych, czystych i błyszczących kankach. A my dziś narzekamy czasami na trudnych klientów.

czwartek, 7 listopada 2013

Alfabet gruziński: G jak Grigorij

W polskiej kulturze popularnej Gruzin postrzegany jest jako ten, który woził psa czołgiem. Biorąc pod uwagę jakość dróg oraz umiejętności kierujących jest to skojarzenie ze wszech miar właściwe. Nawet w Polsce, gdy slalomujesz na przejściu pomiędzy pieszymi, czynisz to z pewnym poczuciem winy; w Gruzji zakłada się, że kierowca ma zawsze pierwszeństwo, a im większy i droższy samochód tym pierwszeństwo bardziej wyraziste.
Pobocze tzw. "Gruzińskiej Drogi Wojennej". Nazwa zobowiązuje.
Po drogach porusza się ciekawa mieszanka poradzieckiego złomu ze złomem ściąganym z całej Europy; niektóre ciężarówki i busiki, jak wnosić można z napisów przeżywały swoją drugą młodość w Polsce, a teraz dostały trzecią szansę pod Kaukazem. Z uwagi na  -  jak to się określa elegancko - deniwelację, spory odsetek pojazów stanowią samochody z napędem na cztery koła. Jakość dróg podobno poprawia się z roku na rok. 
Kot w klasztorze (David Gareja) był tylko jeden
Inną ciekawostką jest funkcjonowanie nawigacji GPS. Otóż podawanie adresu zaczyna się od wyboru prowincji (których jest 12, o niekoniecznie oczywistych granicach a już zupełnie nieoczywistych nazwach). To tak, jakby jakiś etranger w Polsce wynajął samochód z intencją podróży do Bydgoszczy (co samo w sobie jest niewymawialne i nieprzeliterowywalne), ale nie był w stanie tej Bydgoszczy wbić do susanina* bez uprzedniego zgadnięcia, że chodzi o województwo kujawsko-pomorskie.


Z dróg korzystają nie tylko pojazdy i ludzie. Pełnoprawnymi uczestnikami ruchu są również zwierzęta, na przykład przebiegające ulice krowy, ale także świnie, owce, kozy, indyki i drób pomniejszy oraz niezmotoryzowane psy wszelkich marek. Na poboczach kwitnie handel, najczęściej owocami (sezon na mandarynki, persymony, fejhoje, ale też jabłka, gruszki i melony) i warzywami (szczególne triumfy święci kapusta). Zdarzają się też okolice, w których sprzedają wyroby rękodzieła, na przykład bambusowe drabinki.
Rush hour
———— 

(*) - Susanin, zwany również prowadnicą = samochodowa nawigacja GPS. Nazwa pochodzi od nazwiska bohatera opery Glinki Жизнь за царя, Igora Susanina, który wprowadził oddziały polskich interwentów na bagna, co przypłacił życiem. Autorem nazwy jest mój rosyjski przyjaciel, towarzysz wielu podróży samochodowych po Polsce, Aleksander.

niedziela, 20 października 2013

Nieszczęścia chodzą parami

Parsifal był pierwszą operą Wagnera, którą zobaczyliśmy w trakcie naszej edukacji operowej i było to o wiele za wcześnie. Chociaż właściwie nawet z perspektywy czasu trudno być pewnym, czy docenilibyśmy to dzieło ze względu na piękną muzykę, skoro jest ona połączona z - nie bójmy się tego słowa - grafomańskim librettem. Metafizyka i mistyka chrześcijańska zahacza nieco o chorobę umysłową, trudno in extenso odnosić się do tego na poważnie, a cóż dopiero w wersji przetworzonej przez Wagnera (który tym jednym jedynym razem okazał się być kiepskim librecistą). Cóż z tego, że dzieło opatrzone jest w potężną muzykę, jeśli jest ona wehikułem dla treści bełkotliwej.


Ja (D.) Wagnera kocham za całokształt, czyli połączenie teatru i muzyki. Parę rzeczy (przewidywalnie - “Holendra”) skomponował takich, że zafundował mi pełnowymiarowy syndrom Stendhala. W “Ringu” świetnie mu wyszła próba odtworzenia germańskiej mitologii na miarę antyczną. Ale przy “Parsifalu” nie mogę się pozbyć pytania: “Herr Wagner, srsly?” Nie wiem, czy to kwestia zaawansowanego wieku i zgorzknienia kompozytora, czy jakiejś życiowej traumy, czy też może coraz głośniejszego pobrzękiwania kosy Kostuchy, ale myślę, że mimo wszystko chrześcijaństwo nie zasłużyło na aż tak niedźwiedzią przysługę, bo do tego sprowadza się “misterium” z Graalem w roli głównej. Jeśli ktoś nie był jeszcze zniechęcony do tej mitologii, to zniechęci się ze szczętem, zwłaszcza jeśli miał pecha urodzić się kobietą.


Otóż “Parsifal” karmi widza wizją chrześcijaństwa jako groteskowego kultu śmierci i seksualnych zahamowań, ociekającego mizoginią. Po prostu “cywilizacja śmierci” w wykonaniu żywych trupów i na wpół umarłych eunuchów - że nawet Największy Polak by tego nie wymyślił. O ile sam pomysł ukazania królestwa cierpiącego na skutek choroby swego króla można uznać za ciekawą metaforę, to już uczynienie zbawcą tego królestwa półgłupiego prawiczka całą tę piękną metaforę podkopuje u samego (ehem) korzenia. Jedyna (oprócz grupy “kwiatów”) postać kobieca tej opery świadczy co najwyżej o głębokiej i niczym nieumotywowanej nienawiści kopozytora wobec kobiet - ujmowanych bardzo stereotypowo, jako albo Matka, albo dziwka i nic pomiędzy. Niestety, poznańska inscenizacja zrobiła wszystko - a nawet więcej - żeby te doniosłe treści uwypuklić.


Do postawienia “Parsifala” w Poznaniu najęto duńską panią reżyser, dla której spektakl był nie tylko pierwszym kontaktem z Wagnerem, ale i z reżyserią operową jako taką. Pani reżyser przybyła z własnym zespołem realizatorów (“Hotel Pro Forma is an international laboratory of visual music performance and installations”), więc i kostiumy i scenografię i reżyserię mieliśmy jednolicie spójną, szkoda tylko że na tak niskim poziomie. Po pierwsze, spektakl skierowany był do widza głuchego, choć ze wszech miar bardziej sensowne byłoby zaproszenie do teatru niewidomych, zwłaszcza nieznających zbyt dobrze niemieckiego - mieliby oni szansę docenić dobrze grającą orkiestrę i zasługujących na współczucie śpiewaków.  Widz głuchy natomiast korzystał z symultanicznego tłumaczenia na język migowy partii Parsifala w wykonaniu znajdującego się na scenie sobowtóra głównego bohatera, ubranego w identyczny kostium (coś w rodzaju połączenia kombinezonu instalatora z gigantycznymi śpioszkami wyposażonymi w suwak na pupie do wymiany pampersa).


W ogóle kostiumy były już nawet nie złe, pozbawione gustu, brzydkie plastycznie, szaro-bure i workowate, co po prostu upokarzające dla wykonawców. Dziewczęta-kwiaty ubrano w obrzydliwe kiece w kolorze zgniłej zieleni, o kroju, który ostatnio widzieliśmy wśród amerykańskich Amiszów (ten model miał z założenia na celu oszpecić użytkowniczkę w jak najwyższym stopniu). Gurnemanz plątał się po scenie z doszytym do workowatego chałata garbem-plecakiem, z którego co i raz pojawiający się nie wiadomo skąd ulizani efebowie w przykrótkich biegunkowo-brązowych lederhosen wyjmowali jakieś broszury.  (Ten pomysł z plecako-płaszczem wydaje mi się ciekawy z uwagi na politykę tanich linii lotniczych dotyczącą bagażu podręcznego). Oczywiście nie wiadomo dlaczego sam Gurnemanz był ucharakteryzowany na ostre stadium żółtaczki.


Klingsor śpiewał swoją partię trzymając przed sobą oburącz trapezowaty kawałek deski z dwoma bolcami.  - być może miała to być włócznia, której nigdzie (poza librettem) nie było. (Podobno - takie doszły przecieki zza kulis - było to brzemię, które czarownik nosił). Ponieważ włóczni w klasycznym rozumieniu tego słowa - jako się rzekło - nie było, znaczna część śpiewanego tekstu straciła swój sens, ale kto by się tam takim drobiazgiem przejmował. Był za to meteoryt, który pod koniec drugiego aktu rozwalił z głośnym hukiem budkę z aluminiowych prętów postawioną uprzednio przez statystów (tak, i to właśnie miał Wagner na myśli, którą to myśl przeniknęła jako pierwsza i jedyna pani reżyser).


Skoro nie ma się pomysłu na reżyserowanie postaci, które są w libretcie, to wprowadza się na scenę postaci spoza libretta (nie tylko Parsifal miał dublera). Przez cały czas w tle kręcił się ponury i zagubiony chór, który w trzecim akcie pokładał się na deskach zawinięty w kocyki niczym bezdomni w poczekalni dworcowej. A jedna z dublerek Kundry ni z tego ni z owego przeszła od jednej do drugiej kulisy z jakimś aluminiowym śmieciem doczepionym do buta. Nagromadzenie brzydkiego bezsensu skutecznie odwracało uwagę widza od muzyki. Zresztą rozpaczliwe próby widać było od samego początku - zamiast pozwolić wybrzmieć dźwiękom preludium, reżyser uznała, że trzeba koniecznie pokazać widzom huśtawkę.

Jak więc należy stawiać “Parsifala”? Za przeproszeniem, po bożemu. Skoro mamy dzieło kontrowersyjne i trudne, nie dobijajmy go niezrozumiałą inscenizacją. Po dzisiejszym wieczorze z rozrzewnieniem wspominam poprzedniego poznańskiego “Parsifala” (mimo Wiery Baniewicz i Michała Marca), który wtedy wydawał nam się nudnawy lecz rzetelny. Poza tym, czy my w Polsce musimy zawsze iść w ariergardzie awangardy?

sobota, 14 września 2013

We the Neo-Victorians

Już za chwileczkę, czyli - nie zapeszając - w poniedziałek, dostanę z drukarni to, co powyżej. Serdecznie dziękuję Lucynie (jeśli tu kiedyś trafi, to zobaczy) za ogromne zaangażowanie i pomoc, dzięki któremu możliwe było wydanie tego tomu w ciągu niecałych pięciu miesięcy od ogłoszenia call for papers. Dziękuję kontrybutorom, bez których byłaby to tylko pusta okładka.

Dla (potencjalnie) zainteresowanych - spis treści:

1. Malwina Degórska: Re-writing History and Cultural Memory in Croniclau Pentre Simon (2003) by Mihangel Morgan
2. Dominika Oramus: In the Beginning was Darwin: History and Simulation in Thorvald Steen’s Don Carlos and Giovanni and Roger McDonald’s Mr Darwin’s Shooter 
3. Maciej Sulmicki: Jack Maggs, The Last Dickens, and Kept: A Victorian Mystery. A comparative study of American, Australian and English adaptations of Dickensian crime and suspense 
4. Marta Goszczyńska: “There Ain’t Nuffink in This World but Men and Women”: Michel Faber’s The Crimson Petal and the White as a Bildungsroman
5. Barbara Braid: “I really am in that blackness my father left me”: neo-Victorian reworking of trauma in Valerie Martin’s Mary Reilly (1990)
6. Urszula Elias: Victorian Lesbians and the (In)Tangible Limits Imposed on Them: Crossing the Boundaries of Gender, Identity and Social Expectations in Selected Sarah Waters Novels 
7. Paulina Wapińska: Vile Victorians in film adaptations of Angels and Insects (1995) and Fingersmith (2005) 
8. Aleksandra Klęczar: The Wilderness of (Literary) Mirrors: Victorian Heroes and Villains in Neil Gaiman’s „A Study in Emerald”
9. Anna Kurowicka, Marta Usiekniewicz: How Neo-Victorian are the 21st Centuries Emanations of Sherlock Holmes: BBC’s Sherlock and CBS’s Elementary 
10. Leslie McMurtry: Doctor Who, Steampunk, and the Victorian Christmas
11. Katarzyna Kociołek: Vivienne Westwood – a Neo-Victorian Rebel 
12. Barbara Pitak: Victorian burlesque and its legacy 
13. Anna Grabowska: Did the Victorians kill English food?

wtorek, 13 sierpnia 2013

Jane Austen i świnie w kąpieli

Miasto Bath nie leży na morzem, bo nie o morskie kąpiele tu chodzi. Dobrze zachowane łaźnie w centrum zbudowali Rzymianie, ale legenda o odkryciu gorących źródeł - jedynych wciąż użytkowanych w Wielkiej Brytanii - sięga jeszcze dalej. Konkretnie do czasów, kiedy to królowie pasali świnie. Wersji tej opowieści jest kilka, różniących się od siebie szczegółami - ale we wszystkich pojawia się król Bladud (ojciec równie legendarnego, a rozsławionego przez Shakespeare’a króla Leara) i jego świnie, które pewnego chłodnego dnia z upodobaniem zaczęły się tarzać w ciepłym błotku. Król przyłączył się do nierogacizny i doznał wielu korzyści (w jednej wersji legendy został wręcz uzdrowiony z trądu). Rzymianie poświęcili źródło bogini Minerwie (sprytnie zmiksowanej z lokalnym bóstwem o imieniu Sulis) i tym sposobem Aqua Sulis zasłynęło na całą Brytanię.
Bath - rzymskie łaźnie na tle opactwa
Bath przeżyło ponowny okres świetności w wieku XVIII, kiedy pod wpływem Oświecenia ludność znowu zaczęła się bardziej regularnie kąpać. Do wód zaczęło zjeżdżać się eleganckie towarzystwo, dla którego wygody szybko zbudowano luksusowe rezydencje w klasycystycznym stylu oraz rozmaite atrakcje, takie jak pasaże handlowe i Assembly Rooms, czyli połączenie świetlicy z herbaciarnią, gdzie wypadało pokazać się i błysnąć jakimś modnym ciuchem. Dzisiaj mieści się tam bardzo ciekawe Muzeum Mody, prezentujące panoramę strojów od XVIII wieku do współczesności (znów przebieranki!).
Muzeum Mody - wczesne kolekcje Laury Ashley

Najsłynniejszą obywatelką Bath była Jane Austen - wykorzystywana dziś bez litości jako główny wabik na turystów, choć mieszkała tam tylko kilka lat. Sama zresztą tego miasta nie lubiła, czemu trudno się dziwić biorąc pod uwagę ilość nieszczęść, jakie ją tam spotkały: nagła śmierć ojca, bezpodstawne oskarżenie ciotki o kradzież w sklepie (uniewinniono ją po kilkumiesięcznej odsiadce w areszcie), przeprowadzki pod coraz mniej pożądane towarzysko adresy, wreszcie kompletny falstart w postaci nagłych oświadczyn dość dalekiego znajomego, które Jane najpierw (pod wpływem szoku?) przyjęła, a nazajutrz wycofała się rakiem. Nie wspominając już o kompletnej blokadzie twórczej.
Bath - georgiańska pijalnia wody mineralnej, obecnie na terenie restauracji The Pump Room
Specjalnością kulinarną Bath są Sally Lunn buns - bułeczki drożdżowe, serwowane nieprzerwanie od XVIII wieku w tej samej herbaciarni, do której nigdy nie udało się nam dostać, a to za sprawą długich, krętych i wijących się kolejek Japończyków i innych Azjatów. Legenda głosi, że przepis przywieziony został do Anglii przez hugenockich emigrantów. Legenda ta głosi również że nazwa pochodzi od zniekształconego francuskiego Soleil-et-Lune (że niby bułeczki czarne od spodu, a przypieczone na złociście od góry). Jak widać Anglicy nie mieli od zawsze talentu do języków.

Jane Austen bez żalu opuściła Bath i przeniosła się wraz z matką i siostrą do Chawton, gdzie pożyła jeszcze 8 lat zanim “coś jej się w czymś nie zrobiło” kładąc kres pięknie się rozwijającej karierze literackiej w wieku lat zaledwie 41 (fachowcy do dziś spierają się co to było). Ostatni “adres” Jane znalazła w katedrze w Winchesterze.
Przy tym gerydonie Jane Austen napisała prawie wszystko
Czytając powieści Jane Austen i pomijając tę najbardziej przemawiającą do czytelnika warstwę romansową (czy wybrać Darcy’ego czy też nie) widać wnikliwie zarysowany wizerunek społeczeństwa “starej, dobrej Anglii”, gdzie (z pierwszoplanowych bohaterów) “pracują” jedynie duchowni, a bieda polega na tym, że trzeba zredukować liczbę zatrudnianych służących. Troski materialne polegają na zamartwianiu się, skąd wziąć pieniądze na dalsze nic nie robienie, ewentualnie jak wydać za mąż córkę z kiepskim posagiem lub tegoż brakiem. O tym ostatnim akurat, Jane Austen - będąc sierotą po pastorze i (na owe czasy) starą panną - wiedziała najlepiej. Niestety, żaden pan Darcy się nie objawił, a dostępnych kandydatów sama Jane nie chciała. Aż się prosi o porównanie z żyjącymi w następnym pokoleniu siostrami Bronte. Jak chcesz partnera na swoją miarę, to go sobie napisz...
Winchester - Great Hall - Queen Victoria

Wzmiankowanym ostatnim adresem Jane Austen jest płyta w podłodze w katedrze winchesterskiej, która, jak się okazało, jest katedrą o najdłuższej w Europie nawie. Winchester był zresztą pierwszą stolicą Anglii, jeszcze przed Londynem, o czym zaświadcza wielki pomnik króla Alfreda (tego od spalonych ciastek) i “prawie prawdziwy” Okrągły Stół króla Artura w “prawie prawdziwym” zamku, a właściwie tym, co z niego się zachowało, czyli Great Hall. W kąciku sali skromnie stoi sobie jeden z najładniejszych jubileuszowych pomników królowej Wiktorii, dłuta Sir Alfreda Gilberta (tego od Erosa na placu Picadilly).
Stół z powyłamywanymi nogami (Winchester)
Nieopodal Winchesteru znajduje się Hinton Ampner - kolejna rezydencja zapisana przez bezpotomnego lorda na rzecz National Trust. Bardzo ładne ogrody, urządzone już w XX wiecznym stylu. Z miejscem tym wiąże się też historia o duchach. Ponoć właścicielom (w XVIII wieku) tak się złośliwości umarlaków dały we znaki, że ostatecznie uciekli w popłochu, kazali zburzyć starą rezydencję do samej ziemi i wybudować nową. Choć podobno tak naprawdę za duchy robili miejscowi, starający się wypłoszyć przywiezionych z Londynu służących właścicieli. Rzecz się udała, londyńscy służący uciekli, zostali zastąpieni przez miejscowych, którzy potem dalej straszyli, z nudów i z przyzwyczajenia.
Hinton Ampner

Potem już była tylko konferencja International Gothic Association, tym razem zorganizowana w Guildford - ładnym miasteczku z ruinami zamku przekształconymi w park, elżbietańskim szpitalem (bardziej przytułkiem) i wielgachną katedrą z lat 60tych XX wieku