wtorek, 30 grudnia 2014

Dorastanie dla dużych i małych


Jeszcze jedna zaległa notka i będzie można zamknąć rok. Otóż podczas listopadowego wypadu do Londynu zsekwencjonowały mi się dwa pozornie niepowiązane ze sobą przedstawienia: Wicked i Lion King. A wszystko odbyło się zupełnie przypadkowo – ja miałam od dawna ochotę zobaczyć na scenie Wicked, które znałam tylko z nagrań i małych fragmentów wideo, bratanica Michała, którą odwiedzaliśmy, marzyła za to o Królu Lwie. I tak to wyszło. Dwa wieczory, dwie zupełnie inne historie… Niezupełnie.
Obydwa przedstawienia poruszają problem dojrzewania, jednak zarówno zaproponowane wnioski, jak i domniemane „grupy docelowe” są chyba inne. Różnica jest w tym, co o dorastaniu mówimy do dorosłych (no może młodych dorosłych), a co do dzieci. Moim zdaniem są to sprawy tak odmienne, że nijak nie dadzą się pogodzić, tak więc albo jedna, albo druga konkluzja i „morał” to duby smalone bądź też cyniczna manipulacja.
Wicked to prequel do znanego (zwłaszcza w świecie anglosaskim) i wielokrotnie przerabianego na musicale Czarnoksiężnika z krainy Oz. Tylko tym razem nie chodzi o Dorotkę i jej przyjaciół, ale o „pokolenie wyżej”, czyli młodość dobrej i złej czarownicy. Panie, jak się okazuje, poznały się w szkole (wymyślonej bardzo na kształt akademii magii z Harry’ego Pottera) i wbrew pozorom, pokonały pierwszą instynktowną antypatię (swoją drogą, ich piosenka „anty-miłosna” to cudeńko jak rzadko) i zostały najlepszymi przyjaciółkami. I to pomimo wszelkich możliwych przeszkód, takich jak zaplątanie się w trójkąt uczuciowy, odmienne poglądy polityczne i wizje przyszłości. Z drugiej strony, czyż wiele z nas nie miało w szkole przyjaciółki, która była naszym przeciwieństwem? „Dobra” Glinda to różowa modnisia, najpopularniejsza dziewczyna w szkole otoczona wianuszkiem fanów, rozpieszczona i nastawiona na sukces, który jej zdaniem po prostu musi sam do niej przyjść. „Zła” Elphaba to kujonka w workowatym swetrze i głupiej czapce, „inna” (zielona na twarzy, co w musicalu fantastycznie połączono z „zielonymi” przekonaniami), nietowarzyska, ale z przekonaniem walcząca o to, co uzna za słuszne. I wbrew pozorom nic nie okazuje się czarno-białe, wcale nie mamy do czynienia z „próżnością ukaraną, a skromnością wywyższoną”. Dorastając panie zbliżają się do siebie, doceniają nawzajem swoje mocne strony, ale pozostają sobą i być może to właśnie przesądza ostatecznie o ich sukcesie. Glinda, zahartowana przez parę „kopniaków” od życia, może wreszcie podjąć się odpowiedzialnych zadań, zostaje de facto prezydentem swojej krainy. Elphaba, pokrzepiona odwzajemnioną miłością i pewna oddania przyjaciółki, uspokaja się, ale jak można przypuszczać nie składa ostatecznie broni i dalej będzie walczyć przeciwko niesprawiedliwości (eksploatacja środowiska naturalnego, korupcja władzy, zastraszanie obywateli). Wychodzi więc na to, że dorastanie nie musi być dopasowywaniem swojej osobowości do zewnętrznych warunków, że warto wykorzystać swoje unikalne zdolności, a przede wszystkim warto walczyć, jeśli ma się o co – bo zawsze jest nadzieja, że coś zmieni się na lepsze. I to jest morał dla dorosłych.
A co dla dzieci? Dzieci (oraz towarzyszące im osoby dorosłe) dostaną Króla Lwa. Czytałam wiele razy, że Lion King to taki „Hamlet dla najmłodszych”. No niby mamy śmierć ojca (czyż nie jest to warunkiem koniecznym zostania jakimkolwiek królem?), zemstę na złym stryju, dojrzewanie do przejęcia odpowiedzialności (uosobionej przez ducha ojca) i pogodzenie się ze swoim przeznaczeniem. Moim zdaniem, jeśli już mamy tu jakieś inspiracje szekspirowskie, to Henrykiem IV (a raczej tym, co w drugiej części tej sztuki napisano o młodym Henryku V). Otóż młode książątko obraca się w „nieodpowiednim towarzystwie”, które ostatecznie musi odstawić na bok, żeby zająć miejsce na tronie. Korona błyskawicznie resetuje mózg w głowie, na którą ją nałożono i wszystko na świecie w cudowny sposób wraca do normalności, czyli de facto do stanu uprzedniego, sprzed zachwiania równowagi i kryzysu. Młodzieńczy bunt to tylko faza, którą trzeba przejść jak ospę wietrzną. A dorastanie to zaakceptowanie tego, co narzuca nam rodzina, tradycja, społeczeństwo. Mało tego – szczeniak (kociak) w końcu podejmie swoje przyrodzone obowiązki chętnie i z zapałem. Nawet towarzyszkę życia „wybierze” sobie dokładnie tę, którą od maleńkości raiła mu rodzina i szybko postara się wraz z nią o następcę. Duch Ojca jest zadowolony… A wszystko to przy jednej z najbardziej zachwycających opraw wizualnych, jakie kiedykolwiek widziałam w teatrze. Wyobraźnia plastyczna twórców Króla Lwa po prostu wbija w fotel – na scenie pojawiają się ni to lalki, ni to maski, ni to aktorzy w rolach zwierząt, duch materializuje się z migoczących światełek i znika. Wicked było estetycznie fajne (choć po 10 latach od premiery odrobinę czuło się, że nie jest to najnowsza technika teatralna) – ale to jest po prostu mistrzostwo świata. W magii sceny roztapia się przesłanie – nie szarp się, nie warto, i tak nic nie zmienisz… Jesteś tym, czym się urodziłeś. Nigdy nie będziesz niczym innym. Rób swoje, a raczej to, co przed tobą robiły poprzednie pokolenia, a wszystko będzie dobrze. Naprawdę tego chcemy uczyć te oszołomione teatralnym przepychem dzieciaki? Tak sobie pomyślałam, że w ostatniej scenie, kiedy król Simba prezentuje poddanym kolejnego nowonarodzonego kociaka, tak naprawdę powinny to być bliźnięta…

sobota, 20 grudnia 2014

Podryw stulecia

No i w końcu udało nam się zaliczyć brakujących do wagnerowskiej „kolekcji” Śpiewaków norymberskich. Odbyło się to w warunkach godnych, w Kinie Pałacowym w Poznaniu, które (Nareszcie! Choć może odrobinę żal tych operowych pielgrzymek do Warszawy i Łodzi) zaczęło transmitować opery z MET. Było jak to w MET, bogato i klasycznie do bólu, a więc do głosu (oprócz śpiewaków) dopuszczono twórcę dzieła, nie zagłuszając go talentem (a niestety częściej rozdętym ego) reżysera. Śpiewacy udowodnili, że na Wagnerze można polegać, choć właściwie odegrane zostały 3 jednoaktówki, a może raczej trzyodcinkowy serial, bo całość z przerwami trwała bite 6 godzin. Tym niemniej serial puszczony ciurkiem okazał się interesujący, a także satysfakcjonujący muzycznie i treściowo.

Akt 1: dramat akademicki

Wcale nie tak wesoło i jakże aktualnie. Otóż przed czymś na kształt uczelnianej Rady Wydziału pojawia się świeżak znikąd i prosi o dopuszczenie do egzaminu (doktorski? kolokwium habilitacyjne? na adiunkta?). Ponieważ kandydat nie jest „swój”, tylko jakiś obcy, profesorowie nie mają większych skrupułów, żeby go koncertowo uwalić przy atmosferze ogólnej zgrywy i szydery. Wyznaczony do notowania błędów utytułowany protokolant dopisuje ile wlezie, reszta Rady (z jednym wyjątkiem) zrywa boki ze śmiechu. Jedyny chlubny wyjątek w postaci „uczciwego profesora” to szewc i poeta Hans Sachs – prawdopodobnie najsympatyczniejsza postać, jaką kiedykolwiek napisano dla opery. Kryształowy charakter, poczucie humoru, bezinteresowna życzliwość dla ludzi, odwaga – po prostu fantastyczny, dojrzały mężczyzna, którego chciałoby się mieć za ojca, mistrza, przyjaciela, a i z łóżka by się nie wygoniło. Wie swoje, robi swoje, nic nikomu nie potrzebuje udowadniać, więc jako jedyny na sali nie czuje się zagrożony pojawieniem się „paniczyka z ulicy” imieniem Walter i docenia jego zdolności. Jest to oczywiście talent surowy, wymagający oszlifowania i pracy nad techniką, a szczeniak (jak wielu zdolnych szczeniaków) jest bezczelny i myśli, że wszystkie rozumy pozjadał. Ale rokuje i to jest najważniejsze. Poza tym ma porządną motywację, bo zakochał się w Ewie, córce złotnika (tudzież członka Rady Wydziału), który zarzekł się, że wyda ją za mąż tylko za mistrza śpiewackiego. Oprócz Waltera nagrodą tą zainteresowany jest jeszcze ten protokolant – stary wyga, który technikę śpiewu ma w jednym palcu i właściwie spełnia wszelkie wymogi z wyjątkiem najważniejszego, czyli zdobycia wzajemności panny. Na szczęście, ponieważ to ma być komedia, nikt panny wbrew jej woli do ołtarza nie doprowadzi, chociaż jeśli Walter (którego Ewa kocha z wzajemnością) nie zostanie mistrzem, grozi jej staropanieństwo. Sachsowi, który zna złotnikównę od dziecka, byłoby jej szkoda, więc postanawia pomóc kochankom, którzy póki co nie widzą dla siebie innego wyjścia, jak tylko wspólną ucieczkę.

Akt 2: czyli nawet Wagner umiał napisać komedię

Walter i Ewa nie uciekli dalej, niż za pierwszy róg, bowiem na ulicy dzieje się bardzo wiele. Po pierwsze, niechciany konkurent postanawia skłonić ku sobie pannę wyśpiewując jej pod oknem. Przeszkadza mu w tym Sachs, który korzystając z ciepłej pogody wyniósł sobie robotę przed dom i stuka młotkiem w buty, niby to przypadkiem, ale oczywiście ze złośliwością. Nie sądziłam, że na operze Wagnera można się szczerze uśmiać – ale ten Sachs jest po prostu rewelacyjny. Specjalnie się nie dziwię Ewie, że czyni mu propozycje, żeby sam zgłosił się do konkursu, w którym występuje jako nagroda. Z drugiej strony, nie dziwię się też Sachsowi, że grzecznie i taktownie odmawia – dla niego potrzebna byłaby jakaś bohaterka z krwi i kości, a nie dzierlatka, która od pierwszego wejrzenia zakochała się w przystojnym nieznajomym (przyjaciel, z którym byliśmy w kinoteatrze sugerował, że to dlatego, że usłyszała, że jest szlachcicem). W każdym razie – jeszcze raz odnosząc treść do akademii -  profesor postanawia zabrać oblanego doktoranta na konferencję i tam, przed większą publicznością, oddać mu swoje 20 minut na referat, żeby wszyscy mogli się uczciwie przekonać, co on wart. Przy okazji zamierza ośmieszyć wyjadacza, który w wieku belwederskim łaszczy się na nagrody dla młodych naukowców.

Akt 3: telenowela z zaskakującą puentą

Pierwsza część trzeciego aktu (a więc piąta godzina przedstawienia) niestety zaczyna się dłużyć. Sachs i Walter pracują nad „referatem” (czyli pieśnią na konkurs) dochodząc do słusznego wniosku, że jeśli ostateczną nagrodą ma być kobieta, to trzeba ją jakoś poetycko zachęcić. Pieśń „egzaminacyjna” była zdaniem Sachsa zdecydowanie zbyt zmysłowa i nie sprawdzi się na turnieju. Radzi więc Walterowi, żeby uwodził Ewę (która zresztą nie potrzebuje dodatkowego uwodzenia) w bardziej subtelny sposób, na przykład… roztaczając przed nią wizję wspólnych dzieci. I w tym momencie sobie pomyślałam, że nawet geniusz i profesjonalista może się czasem pomylić – bo dla mnie byłby to akurat ostatni argument, który chciałabym usłyszeć z ust kandydata do wspólnego życia. Tym niemniej Walter z Sachsem próbują nowy utwór, po czym wychodzą z pracowni. Utwór ten kradnie kontrkandydat do ręki Ewy – ale ponieważ też nie jest jakimś potworem i gryzą go wyrzuty sumienia, przyznaje się do winy przed Sachsem. Ten nie tylko daje się przeprosić, ale wręcz oddaje wiersz konkurentowi ze słowami, że jeśli zdoła do niego skomponować muzykę, niechże go sobie wykonuje na zdrowie. Niestety, te wszystkie qui pro quo, ludzie wchodzący i wychodzący z domu Sachsa, długie monologi i ansamble przy akompaniamencie okrzyków: „Pospieszmy się! Trzeba już wychodzić!” przywodzą na myśl latynoamerykańską telenowelę, ale zapewne z jednej strony są konieczne dla treści, a z drugiej zawierają sporo ładnej muzyki, którą Wagnerowi szkoda było wywalać. Humor jest tu jednak dość umowny, a chwilami wręcz być może niezamierzony, na przykład wtedy, kiedy w prowincjonalnej niemieckiej mieścinie i przy okolicznościach stosownych bardziej do stylu buffo bohaterowie zaczynają grać hochdramatisch niczym w Tristanie i Izoldzie. 

Rozwiązanie całej intrygi ma miejsce na festynie, podczas którego odbywa się turniej śpiewaczy. Starszy pan nie zapamiętał tekstu wiersza i pod wpływem związanego z występem stresu myli słowa i bredzi jak poparzony, wzbudzając salwy śmiechu publiczności. No ale – myślę sobie – zwycięski utwór został już „sprzedany”, kiedy Walter próbował go w pracowni Sachsa. A tu niespodzianka. Młody pomyślał, posiedział jeszcze nad tekstem i zaprezentował najprawdziwszy majstersztyk. Zamiast gadki o dzieciach użył niezawodnej metody uwodzenia, a więc porównań wybranki do mitologicznych heroin, w tym wypadku Ewy w Raju i Muzy na Parnasie. No tak to rozumiem. Panna ma maślane oczy, profesor puchnie z dumy, a „kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym”, quod erat… Ale ale – rozzuchwalony sukcesem paniczyk pogardliwie odrzucił medal i ofertę przyjęcia go w poczet Rady Wydziału (tej samej, co go tak sromotnie oblała na początku). I tutaj wychodzi cała klasa Hansa Sachsa. Błyskawicznie opiernicza smarkacza jak psa i ustawia go do pionu – że takie Rady to ostoja narodu, niemieckiej kultury i w ogóle cywilizacji. Walter potulnie kładzie uszy po sobie i uznaje rację profesora. A ja tym bardziej dochodzę do wniosku, że Sachs ze swoją artystyczną wrażliwością, wszechstronnym talentem, złośliwym dowcipem oraz najwyższej próby autorytetem, czyniącym z niego de facto króla Norymbergi, jest jak najbardziej „do zakochania się w”. I mało mnie obchodzi dorabianie tej operze nazistowskiej gęby (za to jak Włosi śpiewają „o mia patria”, a Polacy „na skinienie przelewają krew” dla ojczyzny ratowania, to już wszystko jest ok?). Piękna opera, piękna historia (tak piękna, że nie odczuwa się braku księżniczek) i zdecydowanie warto to przeżyć - przynajmniej raz w życiu, bo 6 godzin to jednak nie w kij dmuchał.

piątek, 19 grudnia 2014

Powrót słoika


W ramach dobiegającego końca Roku Kolbergowskiego wybraliśmy się niedawno na przedstawienie opery Oskara Kolberga pt. Scena w karczmie czyli powrót Janka w gminnym Domu Kultury w Przeźmierowie pod Poznaniem. Była – przewidywalnie – „taka gmina”, choć oczywiście na swój sposób miła i (w miarę) nieźle odśpiewana. No i bardzo dobrze, że ktoś się tym naszym polskim dziedzictwem kulturowym zainteresuje – bo jak nie my, to kto. Pod względem reżyserskim zaserwowano typową cepeliadę, choć z dość zaskakującym elementem nowoczesnym, kiedy na scenę weszła duża grupka nastolatków ubranych w modne stroje i wykonujących stereotypowe nastoletnie czynności z robieniem „słit-foci” smartfonami włącznie. I właśnie ta pojawiająca się ni stąd ni zowąd gimbaza nasunęła mi pewien pomysł – może trzeba było się nie bać, i zrobić tego Kolberga na nowocześnie? Bez usia-siusia, ojdiridi i wywijania zapaską – ale za to tak, żeby widz przekonał się, że aż tak wiele przez te 100 lat z małą górką się nie zmieniło. Nie Powrót Janka więc, a „Powrót słoika”, ale poza tym właściwie bez większych zmian.

Otóż tytułowy Janek wraca do rodzinnej wsi z Warszawy, gdzie próbował szczęścia i „lepszego życia”, ale nigdzie nie udało mu się zaczepić. Być może praca w korporacji nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, zabrakło kasy na wynajem mieszkania, nie udało mu się nawiązać żadnych kontaktów i został na lodzie. Robiąc więc dobrą minę do kiepskiej gry, Janek dochodzi do wniosku, że w Warszawie i tak mu się nie podobało i postanawia wrócić na wieś. Tam już czeka porzucona Basia, córka zamożnego gospodarza, może pozbawiona wielkiej urody i błyskotliwości, ale szczerze zakochana i skłonna wybaczyć. Ojcowe morgi i posłuch w gminie też dodają jej uroku. Tak więc ostatecznie Janek głosi chwałę „wsi wesołej”, zdejmuje przyciasny garniak i ubiera się w wygodny strój nowoczesnego eurofarmera gotowego na przyjęcie unijnych dotacji. I nagle okazuje się, że Kolberg był niemal wizjonerem i przewidział jakimi torami potoczą się losy dużej części dzisiejszych dwudziesto-trzydziestolatków. Wystarczy dorzucić kilka winietek ilustrujących dramatyczne opowieści Janka o warszawskich okropnościach - narkomani? kluby drag queens? może znajdzie się miejsce i dla rozwydrzonych małolatów – i mamy nowoczesne, ciekawe, dające do myślenia przedstawienie, a nie odkurzoną, bo wypada, ramotę.

środa, 29 października 2014

Funt mięsa


Nie jestem koneserką muzyki nowoczesnej – na własny użytek rozróżniam pomiędzy „muzyką” a „dźwiękami” – kocham natomiast Shakespeare’a, dlatego też bez większego problemu dałam się skusić wyśmienitym recenzjom i wybrałam się wczoraj do Teatru Wielkiego na operową wersję Kupca weneckiego pióra Andrzeja Czajkowskiego. Do zabaw kompozytorów operowych z Williamem S. podchodzę z zasady nieufnie; zbyt często mam wrażenie, że ten i ów (zwłaszcza mało znany) muzyk po prostu chce wykorzystać klasykę teatralną jako katapultę dla własnej sławy. W tym celu okrasza dramat muzyką, przy okazji wycinając mniej lub więcej tekstu - niczym nie przymierzając lichwiarz Shylock chcący wyciąć funt ciała ze swojego dłużnika Antonia. Pozostaje pytanie, który konkretnie kawałek teatralnego „ciała” poszedł pod nóż i czy „pacjent” tę operację przeżył.
Toleruję, a nawet niekiedy lubię, „operowanie” Shakespeare’a pod warunkiem, że mamy do czynienia z reinterpretacją, a nie tylko z ilustracją dzieła. Pan Czajkowski (kolejny po Mieczysławie Weinbergu polski Żyd odkryty przez Anglików i otoczony opinią zapoznanego geniusza) poradził z tym sobie prawdę mówiąc średnio. Zmian na plus w stosunku do Kupca pozbawionego oprawy muzycznej jest niewiele – właściwie tylko przeniesienie wielkiego monologu Shylocka w godniejsze miejsce, przy rozprawie sądowej (ale to się wręcz samo prosiło). Pod nóż wraz z funtem mięsa poszła natomiast scena rozwiązywania zagadek przez konkurentów do ręki Portii, a także niektóre postacie z Lancelotem Gobbo na czele. Skoro więc oryginalny „comic relief” wyleciał, trzeba go było czymś zastąpić – zatem wszystkie sceny z Portią w Belmont zagrano w manierze farsowej: żadnych zagadek nie ma, bo konkurenci to role nieme, a Bassanio po prostu „wybiera” jedyną nierozbebeszoną jeszcze szkatułę, po czym migdali się z Portią na leżaku.
Andrzej Czajkowski poszedł dość rozjeżdżonym (może te 30 lat temu, gdy opera powstawała, nieco mniej) tropem, jakoby przyjaźń Antonia dla Bassania miała podłoże homoerotyczne. Posłużył się przy tym płytkim jak kałuża stereotypem: kontratenor = gej, którego nawet wzmożone wysiłki inscenizatorów nie zdołały w żaden sposób pogłębić. Równie ograny jest motyw: Shylock, a więc --> Żyd, a więc --> Holokaust, zasygnalizowany na scenie na przykład w taki sposób, że zamiast weneckiego karnawału daje się widzowi faszystowski marsz z pochodniami. Fakt, iż partię Shylocka śpiewał artysta czarnoskóry (Lester Lynch) dodawał do wizji antysemityzmu pewnych rasistowskich smaczków, trudno powiedzieć, na ile zamierzonych. Śpiewał to może zresztą za wiele powiedziane – bardziej podśpiewywał, jak reszta wykonawców podających szekspirowski tekst z dodatkiem niemelodyjnych za grosz dźwięków (ot, takie sobie zawywanie, co któraś przypadkowa nuta wysoka…). Ostatecznie więc nie miałam nawet specjalnie wrażenia, że jestem w operze – raczej na jakimś nowoczesnym wystawieniu Kupca weneckiego z dodatkiem muzyki ilustracyjnej w tle i melo-czymś zamiast deklamowania poezji. Zapewne śpiewacy byli bardzo dobrzy; jak sądzę, musieli być, skoro zdołali opanować pamięciowo tego rodzaju partie. Choć z drugiej strony: „No-one will know if it is right or if it is wrong. No-one will care if it is right or if it is wrong” (Phantom jest dobry na wszystko), bo publiczność słyszy to dzieło najpewniej pierwszy raz w życiu i nie zapamięta z niego nic, bo melodii w nim brak.
Inscenizacja warszawska była minimalistyczna i – oprócz wymienionych zmian – wierna Shakespeare’owi. I całkiem miło dało się to oglądać, bo przynajmniej moim zdaniem muzyka nowoczesna broni się niekiedy jako sensowny dodatek do sensownego przedstawienia. Niestety, jak dowiedziałam się z programu, kompozytor swego opus magnum nie dokończył, a ostatnie sceny zostały pośmiertnie zinstrumentalizowane przez jego kolegę-muzykologa. To niestety słychać, bo w Epilogu dźwięki przebrały miarę. Niby zagadka została rozwiązana, Shylock (w przejmujący sposób – bo inaczej na żadnej scenie już się tego nie stawia) ukarany, publiczność składa już ręce do braw. A tu zamiast jakiegoś krótkiego finału następuje… wycie do księżyca. Dosłownie. W wykonaniu Jessiki i Lorenza. Scena, która już u Shakespeare’a najmocniejsza nie jest – ale za to (dość złowieszczo) dotyczy muzyki – rozciągnięta jest do nieskończoności, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy przez pana Czajkowskiego, czy pogrobowca, który postanowił sobie zaszaleć z partyturą. Otumaniony tym lunatycznym zawodzeniem reżyser też zaszalał – wprowadzając na scenę Shylocka (ducha Shylocka?), który snuje się niemo wokół kochanków, w końcu znika w jednej ze szkatuł, być może przerobionej na sarkofag. O co w tym miało chodzić – któż to wie.
Podsumowując, warszawski Kupiec wenecki zły nie jest – bo dramat Shakespeare’a, jak każda klasyka, zawsze się w końcu obroni. Bez odniesień do Barda pan Czajkowski chyba by jednak większej kariery nie zrobił, tak więc wychwalanie go pod niebiosa wydaje się być nieco na wyrost. Oczywiście, rozumiem – nasz własny, polski, w dodatku Żyd i homoseksualista (a więc prawie jak Shylock i Antonio w jednym). Chwalmy się sami, bo kto inny nas pochwali (a skoro już chwali, to chwalmy się podwójnie). Andrzej Czajkowski podobno też kochał Shakespeare’a – tak bardzo, że ofiarował swoją własną czaszkę Royal Shakespeare Company do roli Yoricka w Hamlecie. Szanuję, doceniam, może nawet sympatyzuję, bo porusza mnie ten rodzaj świra. Jest coś budzącego grozę w ukochaniu geniusza, a zwłaszcza w próbach zmierzenia się z nim i uzyskania jakiegoś cienia wzajemności od uwielbianego (pół)bóstwa.  Ostatecznie więc sądzę, że „pacjent” operację przeżył – być może dlatego, że „chirurg” położył jako okup na lichwiarskiej wadze realny funt własnego ciała. Mięso było niezłej jakości i w zasadzie bez kłaków (tych od funta kłaków). Czy jednak zabieg przyniósł „pacjentowi” jakąkolwiek poprawę, trudno orzec.

wtorek, 16 września 2014

Putzlager in Breslau

Hotel Sofitel Wrocław. Pięć gwiazdek, jakby kto pytał.

niedziela, 14 września 2014

Wzmocnienie 14

Jak donoszą media, w związku z sytuacją na naszych byłych kresach wschodnich w Polsce odbywają się wielkie ćwiczenia rezerwistów. Organizatorzy ćwiczeń podkreślają, że "ważnym ich elementem będzie szkolenie w zakresie działania w warunkach zagrożenia bezpieczeństwa państwa i w czasie wojny oraz osiąganie wyższych stanów gotowości obronnej państwa".

Na zdjęciach poniżej: nasi rezerwiści ćwiczą odwrót spod Cecory.




środa, 10 września 2014

środa, 3 września 2014

W drodze do świętości... (cz. 6)

Betlejem - artykuły pierwszej potrzeby dla polskich pątników.

wtorek, 2 września 2014

W drodze do świętości... (cz. 5)

Misja ekumeniczna: Duch Święty przycupnął nad Ścianą Płaczu.

poniedziałek, 1 września 2014

W drodze do świętości... (cz. 4)


(Fragment listy sporządzonej na podstawie danych tajnych kartoteki ludności Polski przy Centralnym Biurze Adresów w MSW, nr arch. 1/6526/1, data archiwizacji 09.07.1984r, nr rejestracyjny 14750-99, data rejestr. 29.08.1969r, organ rejestracji Wydz. III-2, SUSW , W-wa)

[…]
7542. Wróbelek Elemelek - prawdziwe nazwisko: Elimelech Wrubelech Szperling
7543. Sierotka Marysia - prawdziwe nazwisko: Miriam Waisenkind
7544. Święty Mikołaj - prawdziwe nazwisko: Moshe Weihnachtsman
7545. Smok Wawelski - prawdziwe nazwisko: Drache Wawelberg
7546. Dziadek Mróz - prawdziwe nazwisko: Aaron Grossvater Frost
7547. Czerwony Kapturek - prawdziwe nazwisko: Rote Kapuze
7548. Kaczka Dziwaczka - prawdziwe nazwisko: Sonderbar Ente
7549. Gąska Balbinka - prawdziwe nazwisko: Balbine Gans
[…]

niedziela, 31 sierpnia 2014

W drodze do świętości... (cz.3)


Prosimy o pomoc w rozpoznaniu biesiadników! Póki co mamy Einsteina, Freuda i Marxa. I (prawdopodobnie) Gertrudę Stein.

czwartek, 28 sierpnia 2014

W drodze do świętości... (cz. 1)


Pan Jezus wręcza Dzieciątku Korwin Mikke święte księgi proroctw Friedmana i Hayeka.

czwartek, 14 sierpnia 2014

W jaki sposób nie pomogłem głodującym dzieciom

Witam jestem Michael. Czy mogę mieć rozmowę z Tobą?

Wiem, że będzie niespodzianka sposób kontaktowaliśmy się, ponieważ nie wiemy nawzajem w przeszłości. Znalazłem swoje imię tutaj w związku z tym uważam, musi być dobrym człowiekiem, postanowiłem skontaktować jak mój przyjaciel i udział z wami trochę o tym, co się tutaj dzieje w Afganistanie, że mi się nie podoba. Wierzę, że mnie i można użyć tę wielką szansę, aby pomóc biednym dzieciom głodny a nie Afganistanie talibowie i rząd nadal wydatki tak dużo do zakupu wojennym do zabijania niewinnych ludzi.

Jestem w Stanach Zjednoczonych sił zbrojnych; Obecnie jestem wśród żołnierza w Afganistanie na misji utrzymania pokoju, ja jestem służąc jako korpusu medycznego, jako członek korpusu medycznego, jesteśmy pierwszym zespołem, które poruszają się w po raz pierwszy gdziekolwiek istnieje wybuchu strajku lub bomby do leczenia i ratowania rannych żołnierzy. Kilka razy odkryliśmy skarby jak złoto, diament, kasy itp, tych skarbów są odkryte po wymianie ognia z talibami w ich ukrywanie się miejsce, są skarby talibów używa do zakupu materiałów wojny, które są używane do zabijania niewinnych ludzi, a niektóre niewinnych motherless dzieci nadal cierpi w głód.

Największy okręt marynarki wojennej kosztować $7 mld, co wystarcza, aby podnieść głód. Z powyższego powodu postanowiły zatrzymać wysyłanie pieniędzy do rządu, bo tylko używają go do produkcji i wytwarzania materiałów niebezpiecznych wojny aby walczyć z talibami, podczas gdy niektóre niewinnych dzieci nadal płacze do żywności. Po moim ostatnim obchody urodzin obiecałam Bogu, że idę na rzecz biednych dzieci, uważam, że to będzie bardziej rozsądne wykorzystać te pieniądze pomagając niewinnych dzieci na całym świecie, którzy nie są odpowiedzialni za to wojna i kryzys na świecie dzisiaj, ale nadal cierpi z bólu.

Wychowałem się w domu ubogich i rozumiem, co to znaczy być biednym, za każdym razem gdy jestem w cichy i głębokie myśli o tym, co się dzieje w dzisiejszym świecie i przyszłość naszych dzieci po mamy przeminęły, jedno pytanie zawsze wszedł do mojego umysłu, że uważamy się kochać naszych dzieci i opieki nad nimi, ale wciąż możemy dać im wojny jako dziedzictwo zamiast pokoju, można powiedzieć, co stanie się do nich, gdy nikt już nie ma. Zawsze modlę się o ich przyszłość bo kocham dzieci tyle

Szukam osoby, która może pracować razem ze mną w pomoc dzieciom beznadziejne, I za Ciebie jako najlepszą osobą, którą można użyć aby dotrzeć do potrzebujących dzieci wokół Ciebie, od Ciebie. Podobać się ja potrzeba do rozważenia niewinnych dzieci, które cierpią tam i wziąć tego obowiązku pracy ze mną, aby pomóc motherless dzieci, modlę się, że Bóg będzie dotknąć serca i użyć aby pomóc biednym dzieciom wokół Ciebie

Ma żadnego ryzyka obejmują bo mam zamiar używać Czerwonego Krzyża odporności na polu i dostarczyć go na wyciągnięcie ręki, poprzez spółkę niezawodne dostawy bez problemu. I 'm going to pakiet pieniędzy wewnątrz pole medyczny Czerwonego Krzyża i uszczelnienie go z pieczęci Czerwonego Krzyża, to zostaną dostarczone do Ciebie jako Czerwony Krzyż pomocy medycznej aby wspierać chore dzieci, tak, że żaden organ będzie miał prawo do zbadania pole, w tym dostawy firmy, ponieważ nie chcę organ poznać zawartość oryginalnego pola, to ma być tylko między Tobą a mną, dam Ci klucz kod liczba, aby otworzyć okno, więc nie może być otwarta bez obecnie

Wszystko, co potrzebne jest pełne wsparcie otrzymywać pole i swojego szczerości dystrybucji to dla ubogich dzieci, gdy otrzymasz to, będzie musiała Twoje imię i nazwisko i adres domu gdzie chcesz polu dostarczony i numer e-mail i telefon, aby umożliwić dostawy kontakt, gdy przylatują

Chcemy aby nasz sekret dyskusji ze względu na moją pozycję w wojsku, proszę zapisać mojej pracy, szczerze mówiąc nie chce naszej komunikacji się na facebook, ponieważ facebook to nie bezpieczne, będą woleli, Posłaniec tak, że jesteśmy pełni współpracować ze sobą i pomóc biednych niewinnych dzieci, ma żadnego ryzyka obejmują w tym dostawy bo jestem gonna pakiet pieniędzy wewnątrz pola Czerwonego Krzyża i uszczelnienie go jako pieczęć Czerwonego Krzyża, to zostaną dostarczone na adres jako pole medyczny Czerwonego Krzyża dla chorych dzieci

I want you to read very carefully for you to understand me better okay
I would like you to give me further details about yourself
Give me your details information, such as full name, contact address and ocupation 
I will send a letter of authorization to the security company in London where the box is deposited so that you can contact them as my beneficiary

I need you full details before we can proceed ok
I need your telephone number, contact address and your id
Are you there?
Are ready to be part of this ?

I am with the US army...medical corps here in Afghanistan  
I was married but my wife passed away some years ago....I have one son, Kelvin by name
Tell me, do you have family? Are you married?
Please let me know if you are interested....ok

czwartek, 7 sierpnia 2014

Dwa listy

Poznałem, że poza katolicyzmem nie ma nic, dla czego by żyć warto i umierać.
(Władysław Stanisław Reymont, list do o. Euzebiusza Rejmana, Rogów 20 II 1893)

Rzym to wielkie miasto na gwałt przerabiane na modłę europejską. Na ulicach aż się mrowi od księży - Jezus! Jeszczem nigdy tego robactwa nie widział tyle od razu.
(Władysław Stanisław Reymont, list do Franciszka Rejmenta, Rzym 25 IV 1895) 

Przeczytane w Muzeum Regionalnym w Lipcach Rejmontowskich.



wtorek, 29 lipca 2014

Znalezione w internecie

"Po wizycie w Muzeum Powstania Warszawskiego, znajomy Amerykanin pogratulował mi zwycięstwa."

(autor: mamula66, źródło)

niedziela, 25 maja 2014

Pod dobrymi skrzydłami


Polskie Linie Lotnicze rozpoczęły przewóz osób niepełnosprawnych (na przykład paraplegików na wózkach) w dyskretnych, zamykanych komorach na pokładach samolotów Embraer. W ten sposób pozostali pasażerowie nie są narażani na dyskomfort i dyzgust wynikający z kontaktu z osobami niepełnosprawnymi.  Po krótkiej kampanii promocyjnej dla środowisk LGBT kolejny miły akcent ze strony naszego narodowego przewoźnika.

Za to check-in (LOTu) na lotnisku w Warszawie nieustannie źródłem radości. Pani za ladą najpierw próbowała mnie wysłać do odprawy Lufthansy wychodząc ze słusznego założenia, że sprawami skomplikowanymi najlepiej obdzielać bliźnich (kelnerskie "to nie ja, to kolega"), a jak już się nie dałem spławić to popadła w dłuższą medytację i stwierdziła, że "nie ma takiego kraju jak NAMBA ("jest Lądek, Lądek Zdrój..."), w związku z czym nie wiadomo, czy ja potrzebuję wizy do tej NAMBY czy też nie. Oczywiście Windhoek bardzo fonetycznie (tak samo jak "capetown"), ale to już najmniejszy problem.





piątek, 9 maja 2014

Ciao Cześku czyli Bukareszt w 20 minut

Ponieważ goniły nas terminy i obowiązki, a bezpośredni samolot z Lizbony do Polski lata nie o tej godzinie co trzeba i nawet niekoniecznie we wszystkie dni tygodnia, zdecydowaliśmy się na połączenie dla prawdziwych twardzieli, a mianowicie powrót nocnym samolotem z przesiadką o piątej rano w Bukareszcie, co eksponowało nas na pierwszy kontakt z Rumunią, mityczną krainą, do której wybieraliśmy się nieskutecznie od wielu już lat.

Przesiadka trwała mniej więcej godzinę, a po odliczeniu czasu zużytego na byciu wożonym po płycie lotniska autobusem z i do samolotu, na rozpoznanie lotniska Otopeni zostało nam około dwudziestu minut. Oprócz nas przesiadała się jeszcze dwójka innych Polaków, co jest niezłym wynikiem, jak na niedogodność połączenia oraz kłody, jakie rzuca się pod nogi potencjalnym jego klientom (musieliśmy użyć niemal fortelu, aby w Lizbonie zechciano nas odprawić od razu na oba odcinki).

Hala lotniska od środka przypominała świętej pamięci MarcPol (nie-warszawiakom wyjaśniamy, że chodzi tu o wstrętne targowisko stojące w latach 90 ubiegłego wieku na Placu Defilad, które zawierało w sobie liczne sklepy z wszelakim badziewiem). Na lotnisku wprawdzie nie było plastikowej chińszczyzny, ale zabrakło też czegokolwiek oryginalnego, jedynym rumuńskim produktem była wódka. I papierosy.

Co do obyczajów, to Securitate musiało być dobrym pracodawcą, skoro późne jego wnuki, wszelkie służby mundurowe współczesnej Rumunii są reprezentowane na lotnisku tak licznie i gromadnie. Pasażerom tranzytowym ogląda się paszporty tak wnikliwie, że aż strach pomyśleć jak traktuje się tych docelowych. Potem prześwietlanka i macanka, w założeniu że przez te cztery godziny w samolocie z Lizbony pasażer obrośnie w jakieś trotyle, maczety (zwane w handlu detalicznym karczownikami ogrodowymi) i inne koktajle mołotowa. Potem przy wylocie znów oglądanie paszportów (i to nawet dwukrotne, w odstępie półtora metra), przypominające nam z charakteru moskiewskie Szeremietiewo, gdzie w pięciometrowej kolejce staliśmy półtorej godziny, bo pan rosyjski pogranicznik kartkował każdy paszport skrupulatnie, strona po stronie, od przodu do tyłu, a potem jeszcze od tyłu do przodu, nawet wolniej. Minęła już przecież ponad połowa mojżeszowego okresu rozpadu, a oni wciąż odgrywają te sceny tak, jakby to było wczoraj.

Więc jeśli będzie to miłość, to z tych trudnych. Chciałbym umieć tak o Bukareszcie pisać, jak chociażby Małgorzata Rejmer (polecam stanowczo!), ale przecież my tylko na 20 minut.

środa, 7 maja 2014

Revolução dos Cravos


Taki ułomek płaskorzeźby.

I taki podpis. I już teraz wiadomo, że wszystko ma swoje wielowiekowe tradycje.

A tak (poniżej) wygląda rewolucja goździków oczyma współczesnych dzieci. Swoją drogą nawet opresywna komuna nie zmuszała mnie do rysowania szturmu na Pałac Zimowy ani epizodów z pobytu Lenina w Poroninie. Tylko pani Sularz na rosyjskim kazała mi czytać "Młodą Gwardię" Fadiejewa w oryginale, ale to się nie liczy. Z lektury zapamiętałem rozmowę dwóch konsomołek zdziwionych, że Niemcy z Wehrmachtu kąpią się bez ubrania. "I to ma być ta wysoka kultura?!" - kpiła jedna z rozmówczyń.






niedziela, 4 maja 2014

Polak Polakowi Polakiem



Pewna znana nam z opowieści mała dziewczynka była święcie przekonana, że Polaka na obczyźnie (zwłaszcza w krajach o ciepłym klimacie) rozpoznaje się po “orzełku”. Zainteresowanym tłumaczyła, że orzełek ów jest permanentnie odciśnięty na ramieniu, ponieważ szczepienia w niemowlęctwie robi się w Polsce “stemplem” w kształcie narodowego ptaszyska, żeby Polaka już zawsze i wszędzie można było zidentyfikować. (W końcu nie wiadomo, czy w innych krajach szczepi się jakoś mniej inwazyjnie, a może po prostu w innym miejscu, nie w ramię).

Niestety, prawda jest mniej romantyczna. Otóż większość Polaków w podróży poznaje się po bezinteresownej wrogości skierowanej głównie wobec innych, przygodnie spotkanych Polaków. Byliśmy świadkami podobnych scen zbyt często, żeby można było zwalić winę na przypadek. Najgorszym, co może spotkać obywatela Lechistanu na obczyźnie, to zostanie rozpoznanym - ba, zdekonspirowanym - jako Polak. Zwykle przez innego Polaka, który bezczelnie zagada do niego po polsku. Na przykład przy okazji udzielania prostych wskazówek topograficznych, pochwalenia restauracji, plaży, atrakcji turystycznej, czegokolwiek. “Wyoutowany” Polak (lub mała grupka) zwykle peszy się, a potem już tylko patrzy jak najprędzej ulotnić się tam, gdzie nikt nie będzie wiedział o jego wstydliwej tajemnicy. Albo przechodzi do ataku.

Tak się złożyło, że spędzamy kilka dni na południu Portugalii. Nad basen, gdzie pływaliśmy sobie po całym dniu kręcenia się po dalszych i bliższych okolicach dotarły dwie panie i pan. Pan ulokował się na leżaczku i zajął się lekturą, panie (po polsku) zaczęły zastanawiać się nad temperaturą wody i własnymi planami z nią związanymi. Dla zachęty powiedziałem do pań (po polsku), że zimno (jak zwykle) jest tylko na początku. Na co odezwał się (po polsku) z leżaczka pan z komentarzem, że jak się ma taką masę, to zawsze jest ciepło.

Ani ja, ani Dorota nie mamy ciętych ripost na podorędziu, może i lepiej, bo zaczęliśmy zastanawiać się nad psychologicznym mechanizmem, który spowodował pana do takiej reakcji.

W literaturze i kulturze anglosaskiej trzyma się jeszcze nieźle mit podróżujących po rubieżach Imperium (albo i dalej) Brytyjczyków, którzy na widok spotkanych rodaków zmieniali plany wycieczki, byle tylko jechać dalej razem rozwijając świeżo zadzierzgnięte przyjaźnie. Nawet i dziś Anglosasi są dla siebie uprzedzająco mili w podróży (inne nacje stosują nieco inne strategie, np. frankofoni często jednoczą się przeciwko, w domyśle, wrogiemu światu, który faworyzuje język Szekspira zamiast Moliera). Z tej anglosaskiej uprzejmości często korzystaliśmy i ją odwzajemnialiśmy - dzięki dobremu angielskiemu możemy się bez kłopotu mimikryzować.

Reakcja pana z basenu była typowym objawem agresji symbolicznej, stosowanej w sytuacji, gdy należy szybko zaznaczyć swoje miejsce w hierarchii. Tutaj trudno było akcentować hierarchię materialną - wszyscy byliśmy gośćmi tego samego, w sumie średniego hotelu. Inne skale (ubiór, samochód, itp) też były niedostępne - więc pan (w końcu też nie adonis, starszy i momentami bardziej obwisły ode mnie) poszedł na łatwiznę “żartobliwie” implikując otyłość w sumie nieznanemu człowiekowi. Żart z kategorii wiejskie wesele nad ranem. Owszem, zdarza się i mnie żartować z fizyczności - ale wyłącznie w gronie bardzo zaprzyjaźnionych osób, zgodnie z maksymą “only a ginger can call another ginger ginger”. O co więc chodziło?

Przez media przetacza się ostatnio dyskusja o wypieranych chłopskich korzeniach współczesnych Polaków i wpływie tych korzeni na kształt obyczajowości, ład przestrzenny, zachowania społeczne (czy raczej ich brak). Być może syndrom “Polaka w podróży” to jakiś kolejny przyczynek do tego obrazu. W końcu szlachta, zwłaszcza ta drobna, podróżowała niechętnie, uważając że w podróżach zagranicznych nie ma nic interesującego. Nawet jeszcze Irena Kwiatkowska uważała (słowami Jeremiego Przybory), że “mężczyzna w pewnym wieku nie wyjeżdża za granicę, chyba że na czele wojsk”.

Pozdrawiamy serdecznie pana Wojtusia z hotelu Ibis w Faro!

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Herr Wagner, proszę o sequel


Udało nam się ostatnio zobaczyć na scenie coś, na co mieliśmy ochotę od lat, czyli Lohengrina Wagnera. Inscenizacja, przywieziona do Warszawy z Cardiff, przenosiła akcję sceniczną w wiek XIX, co dodatkowo wydawało mi się uzasadnione, mądre i urocze, choć oczywiście sama historia jest par excellence mityczna. No i tu pojawia się mały problem – to jest pół historii! Ja się pytam: A gdzie jest ciąg dalszy? Ale od początku.
Pewna młoda, piękna i bardzo marzycielska księżna Brabancji zostaje oskarżona przez odrzuconego adoratora (który zdążył już tymczasem poślubić kogoś innego) o zamordowanie swojego młodszego brata, jak można sądzić w celu zagarnięcia tronu. Ponieważ dowodów brak, a cała sprawa to tylko słowa Elsy przeciwko słowom rycerza Friedricha von Telramund, na arbitra powołany zostaje król niemiecki, na którego terenie znajdują się sporne ziemie. Elsa oświadcza, że jest niewinna, a na świadka wzywa tajemniczego rycerza, w którego istnienie nikt specjalnie nie wierzy. Niespodziewanie, dziwny przybysz pojawia się w łodzi ciągniętej przez łabędzia, staje do pojedynku z Telramundem i bez większej trudności powala go na ziemię (chociaż oskarżyciel jest pewien swojej racji). Zachwycona Elsa oddaje mu swoją rękę i pół królestwa, na co rycerz zgadza się entuzjastycznie, choć pod jednym warunkiem. Dziewczyna ma przyrzec, że nigdy nie zapyta go o jego imię ani pochodzenie. Zakochana księżna zgadza się na wszystko. Zanim jednak dojdzie do ślubu, Telramund i jego żona Ortrud próbują zasiać w umyśle Elsy wątpliwości. Skoro obcy rycerz tak strzeże swojej anonimowości, może ukrywa jakąś hańbiącą tajemnicę, może jest czarownikiem albo demonem. Elsa nie zamierza w to wierzyć, ale po kilku konfrontacjach, kiedy jej oblubieniec odmawia wyjawienia swego imienia Telramundowi, Ortrud, a nawet królowi zaczyna się zastanawiać, o co chodzi. Tuż po ślubie, gdy nowożeńcy udają się do swojej komnaty, Elsa mimo wszystko prosi małżonka o wyjawienie swego sekretu. Nie dlatego, że wątpi w jego prawość, ale ponieważ jako żona uważa, że zasługuje na jego zaufanie, a jakakolwiek klątwa czy wina na nim ciąży, teraz już dzielą ją oboje. Rycerz wpada w gniew, zwołuje wszystkich obecnych i oficjalnie oznajmia, że pochodzi z zamku świętego Graala, ma na imię Lohengrin, jest synem króla Parsifala, a do Brabancji został wysłany jako mąż opatrznościowy, jednak jego nadludzka moc uzależniona była od pozostania nierozpoznanym. Skoro już został zmuszony do ujawnienia swojej tożsamości, musi opuścić Brabancję na zawsze i wracać do swojej krainy. Na nic płacze i błagania Elsy. Na koniec jeszcze należałoby wyjaśnić sprawę zaginionego brata. Otóż to zła Ortrud zamieniła go z pomocą czarów w łabędzia, czego Lohengrin był przypadkowym świadkiem i czemu starał się przeciwdziałać, pracując usilnie nad odczarowaniem młodzieńca (to był ten łabędź, który ciągnął jego łódź). Teraz mu się to udało, więc na odchodnym zwraca jeszcze Brabancji prawowitego księcia. Kurtyna.
I wszystko pięknie, baśniowo i do wtóru urzekającej muzyki, ale czegoś mi tu bardzo brak. Nie chce mi się wierzyć, że kompozytor, który stworzył tak wspaniałe postacie kobiece jak Senta, Izolda, czy Brunhilda, nie chciał tego samego uczynić dla Elsy. To jest przecież ten sam typ bohaterki – marzycielka tęskniąca do idealnej, nadludzkiej miłości i gotowa dla niej na absolutnie wszystko. Elsa jest niewinna jak Senta, dzielna jak Brunhilda, zmysłowa jak Izolda – i tu gdzie one wychodzą ze swoich prób zwycięsko (nawet jeśli przy tym tracą życie), ona zostaje na scenie pokonana i upokorzona. Za coś, co było nie tylko uzasadnione dramaturgicznie, ale wręcz nieuniknione. Pytanie, czy Elsa popełniła błąd zadając zakazane pytanie w ogromnym stopniu zależy od powodów, dla których je zadała. Zdradziłaby, gdyby żądała odpowiedzi, bo uwierzyła oskarżycielom Lohengrina, straciła w niego wiarę. Ale ona robi to z całkowicie przeciwnego powodu. Pyta, w pełni miłości i niewinności, ponieważ cokolwiek on mógłby jej odpowiedzieć, dla niej to nie ma większego znaczenia, bo wszystko akceptuje. A będąc żoną, a nie pokorną służebnicą, ma prawo wiedzieć. Po to, żeby móc udowodnić, że jest swego małżonka godna oraz że jest mu równa.
Histeryczne sceny finałowe w wykonaniu Lohengrina mają jedno jedyne możliwe usprawiedliwienie – są początkiem prób heroicznych dla Elsy. Klątwa była prawdziwa i rycerz, choć szlachetny, musi jej ulec. Teraz jest czas, żeby Elsa udowodniła siłę swojej miłości i odzyskała go. W innym przypadku Telramund i Ortrud mieli rację – przybysz to oszust i łajdak. W dodatku sam przekonuje Elsę: „Jeden tylko rok u boku twego pragnąłem spędzić, dając ci szczęście”. A potem co? I tak zamierzał odpłynąć, pozostawiając żonę (prawdopodobnie jeszcze z niemowlęciem na ręku)? A wypchaj się pan takim szczęściem! Przyjmuję jednakże do wiadomości możliwość, że zamierzał Elsę zabrać ze sobą do zamku Graala. Tyle, jeśli chodzi o (potencjalnego) kłamcę, wykorzystującego naiwność ślepo zakochanej księżniczki. Jeśli natomiast Lohengrin nie szukał żony (czyli równej sobie partnerki), a tylko wykonującej rozkazy bez szemrania wielbicielki – to był łajdakiem. A wtedy cała opera nabiera bardzo mrocznych, faszyzujących tonów. Mężczyźni pod wodzą nowego księcia już wybierają się na wojnę przeciwko „zagrożeniom ze wschodu”. „Za kraj niemiecki walczy niemiecki miecz”, a jak pojawi się przywódca, to należy go ślepo słuchać i o nic nie pytać. Elsa się na to nie zgadza – i ja ją całkowicie rozumiem.
Pomijając już wszystko inne, opowieść o Lohengrinie to nieco (ale niewiele) przekształcona wersja mitu o Erosie i Psyche. Jest pomoc przychodząca z zewnątrz do marzycielskiej dziewicy w opałach, jest mąż-smok, który okazuje się naprawdę być bogiem, jest złamany zakaz i knujące zazdrosne siostry, które przekonują Psyche, że poślubiła potwora. Ale to jest tylko połowa historii. Drugą stanowi seria prób heroicznych, jakim poddana jest Psyche ze strony bogiń, szczególnie zaś matki Erosa – Afrodyty. Po udowodnieniu, że jest tego godna, śmiertelna księżniczka zostaje podniesiona do rangi bogini. W Lohengrinie Wagner zostawia widza w połowie mitu – z upokorzoną Elsą, która „zgrzeszyła”, bo „nie znała swojego miejsca” i będąc marną kobietą zażądała dla siebie takiego samego zaufania, jakim wcześniej obdarzyła swojego półboskiego oblubieńca. Ale przecież wszystko da się jeszcze odkręcić – ba, biorąc pod uwagę strukturę mitu, jest to nieuniknione. Lohengrin, jako rycerz Graala, naprawdę był szlachetny. Elsa naprawdę była ucieleśnieniem prawości, niewinności i trzech cnót boskich. A zaginiony brat powrócił, żeby mogła w spokoju udać się na swój quest, nie przejmując się odpowiedzialnością za pozostawione bez opieki księstwo.
No i gdzie jest ten sequel, Herr Wagner?

sobota, 22 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (10)

Kozaczki z pieprzykiem (Kinky Boots, 2005)

Mamy oto kolejny film brytyjski zrealizowany według formuły “Full Monty”: klasa robotnicza plus element lekkiej perwersji. Spadkobierca małej fabryczki obuwia w Northampton ratuje rodzinną firmę przed bankructwem znajdując specyficzną niszę rynkową: buty dla drag queens. Przy okazji rozstaje się z narzeczoną znajdując swoją prawdziwą drugą połówkę (pracownica firmy) oraz zaprzyjaźnia się z ciemnoskórym transwestytą (wybitna rola Chiwetela Ejiofora, zresztą jedyna godna uwagi w tym obrazie).

Dlaczego więc nie zachwyca, skoro powinno zachwycać? Niestety, gdy posługujemy się stock-characters i ustawiamy je w schemat, próbując przy okazji nie wyjść poza obszar kina familijnego, efekt rzadko bywa porywający. Wbrew tytułowi, w filmie nie ma nic pieprznego. A drag queen jako dobra wróżka zbawiająca świat to już była w “Priscilli, królowej pustyni”. Wszystko już było. I to największy problem tego filmu.

Film zrealizowany został, jak informują w czołówce twórcy, na kanwie prawdziwych wydarzeń. Życie dopisało, jak zwykle, epilog do fabuły: firma została wyparta i z tej niszy, więc ostatecznie w 2006 została zamknięta. Warto przeczytać wywiad z byłym właścicielem, z którego można dowiedzieć się, że Polska była jednym z największych rynków zbytu jeśli idzie o buty dla drag-queens. Wiadomo nie od dziś o sile nabywczej segmentu LGBT (pink dollar), obawiam się jednak, że w naszym przypadku chodziło mimo wszystko o kobiety o dużych stopach.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Topielica

Od obejrzenia transmisji na żywo Rusałki Dvořáka minęły już dwa tygodnie, ale ciągle nie mogłam zebrać się do zapisania swoich wrażeń. Nie chodziło nawet o dwa zaległe („na już”) artykuły, ale o pozbieranie swoich myśli – i tak macerowała się w mojej głowie ta topielica, co jakiś czas przypominając dyskretnie o swojej obecności.

Inscenizacja nowojorska była do bólu klasyczna, bajkowa. Zestaw wykonawców od zaprawionych w bojach wyjadaczy (Renee Fleming śpiewająca tę Rusałkę od lat 80-tych XX wieku) po płynące na wznoszącej fali młode wilki (znakomicie obsadzony jak Książę Piotr Beczała). To lepiej. Kiedyś dawno widzieliśmy – a może tylko słyszeliśmy – tę operę w Teatrze Wielkim w Łodzi. Był jakiś szpital i melancholijna „dziewczyna w deszczu”, ale trudno się było zorientować, o co w tym wszystkim chodziło.

Jako dziecko wychowane na „Małej syrence” Andersena - a może nawet jeszcze bardziej na najcudowniejszych w świecie ilustracjach do niej autorstwa pana Dulaca (Edmunda ;-) ), które poznałam na długo zanim nauczyłam się samodzielnie czytać – mam do tej bajki stosunek nieco ambiwalentny. Kocham i nienawidzę, albo bardziej zgodnie z duchem Katullusa – najpierw na zdrowy rozum „odi”, ale potem, prawie jednocześnie, nieuleczalnie, emocjonalnie „amo”. Zapewne ta „córka króla złotych rybków” zwichnęła mi mózg na długo, wbijając weń dogmaty, że prawdziwa miłość zabija, a o wzajemność należy zabiegać wszelkimi dostępnymi środkami, aż do masochizmu. Rusałka stanowi ciekawe post scriptum do Andersenowskiej Syrenki – pokazuje dokąd takie myślenie prowadzi.

Otóż Rusałka (taka słodkowodna Syrenka) kocha Księcia i marzy o życiu wśród ludzi; a może bardziej kocha swoje marzenie o mężczyźnie, którego widziała kiedyś przypadkiem nad wodą, na polowaniu. I tak staje się kolejnym trofeum łowieckim. On jest zaintrygowany tym, że piękna nieznajoma milczy (podobnie jak w bajce, oddała swój piękny głos czarownicy za możliwość przeżycia poza środowiskiem wodnym). Kiedy pierwsza fascynacja mija, Książę zaczyna się nudzić, nawiązuje romans z ludzką księżniczką, a „zimną rybę” publicznie poniża. Rusałka odchodzi do wody. Ale to nie koniec bajki. Księżniczka też najwyraźniej szybko znudziła się księciem, który przejrzał na oczy i docenił pokorną miłość Rusałki. Teraz błąka się po mokradłach próbując ją odnaleźć i przeprosić. Niestety, już jest za późno. Rusałka pojawia się jako demon śmierci, błędny ognik wiodący nieostrożnych ludzi na bagna. Nie przebłagają jej zapewnienia o miłości – ba, nawet śmierć z miłości w wykonaniu nawróconego Księcia. Wszystko za późno i na próżno. Ona wybaczy, ale nic nie zdoła na to poradzić; nie uratuje ani jego, ani nawet siebie. Ale przecież udało jej się uzyskać to, co sobie zamierzyła (może z wyjątkiem ślubu) – człowiek pokochał ją, wręcz do tego stopnia, że nie był w stanie dalej żyć bez niej. Co więcej, udał się też „plan ratunkowy” czarownicy, który Rusałka odrzuciła wcześniej z odrazą – jeśli zabije człowieka, wróci do swoich wodnych sióstr. Nie wróciła, chociaż zabiła, a raczej stała się powodem, że sam się zabił. Dlaczego?

Wygląda na to, że odnaleziona po klęsce pierwszej, naiwnej miłości Rusałka jest już trupem. Książę może sobie przepraszać, wzdychać (a nawet zdychać) – ona jest trupem i kropka. Może chciała wrócić do swoich sióstr i ojca, ale – sama będąc już prawie człowiekiem – po prostu utonęła. I nagle jesteśmy w całkiem realistycznej tragedii, a nie w żadnej bajce. Upokorzona panna rzuca się do wody (jak Halka) i choćby winowajca opamiętał się i pożałował, jej to już życia nie wróci. Może to była prawdziwa miłość, która ostatecznie zabiła także i Księcia – ale nikomu nie przyniosło to ani szczęścia, ani nawet ukojenia.

niedziela, 16 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (9)

Her / Ona (2013) 

Pewien robot, mając wyruszyć w daleką a niebezpieczną drogę, posłyszał o wielce pożytecznym urządzeniu, które wynalazca jego nazwał elektrycznym przyjacielem. Pomyślał, że raźniej mu będzie na duszy, jeśli otrzyma towarzysza, choćby miała być nim tylko maszyna, udał się więc do wynalazcy i poprosił, aby opowiedział o sztucznym przyjacielu. 
- Służę ci - odparł wynalazca. (Jak wiadomo, w bajkach wszyscy się „tykają", nawet smoków nie tytułuje się panami i jedynie do królów trzeba się odzywać w liczbie mnogiej.) To mówiąc, wyjął z kieszeni garść metalowych ziarenek, podobnych do drobnego śrutu. 
- Co to jest? - zdziwił się robot. 
- A jak się nazywasz, bo zapomniałem cię o to zapytać we właściwym miejscu tej bajki? - spytał wynalazca. 
- Nazywam się Automateusz. 
- To dla mnie za długie, będę cię nazywał Automkiem. 
- Kiedy to od Automasza, ale niech ci będzie - odparł tamten. 
- A zatem, mój zacny Automku, masz przed sobą garść elektroprzyjaciół. Musisz wiedzieć, że z powołania i specjalizacji jestem miniaturyzatorem. To znaczy urządzenia wielkie i ciężkie zmieniam na małe i przenośne. Każde takie ziarenko jest koncentratem elektrycznego myślenia, niezmiernie wszechstronnym i rozumnym.(...). Na razie sprzedaję elektroprzyjaciół na sztuki i to niedrogo: za jednego biorę tyle, ile zaważy w brylantach. Przyznasz chyba, jaka to umiarkowana cena, wziąwszy pod uwagę, że możesz takiego elektroprzyjaciela włożyć do ucha, gdzie będzie ci szeptał dobre rady i służył wszelką informacją. Tu masz kawałek miękkiej waty, którą zatkasz ucho, aby przyjaciel nie wypadł, kiedy skłonisz głowę w bok. Czy bierzesz go? Gdybyś reflektował na tuzin, mógłbym odstąpić taniej... 
- Nie, na razie wystarczy mi jeden - odparł Automateusz. - Ale chciałbym jeszcze wiedzieć, czego właściwie mogę się po nim spodziewać? Czy potrafi dopomóc w ciężkiej sytuacji życiowej? 
- Jasne, przecież po to właśnie jest! - odparł pogodnie wynalazca. Podrzucił na dłoni garść ziaren, lśniących metalicznie, gdyż były sporządzone z rzadkich metali i ciągnął: 
- Oczywiście, nie możesz liczyć na pomoc w sensie fizycznym, ale nie o nią przecież chodzi. Pokrzepiające uwagi, dobre i bystre rady, rozsądne refleksje, korzystne dla ciebie wskazania, napomnienia, przestrogi, jak również słowa otuchy, sentencje, dodające wiary we własne siły, oraz głębokie myśli, pozwalające sprostać każdej, jakiejkolwiek trudnej, a nawet groźnej sytuacji - oto tylko drobna część repertuaru moich elektroprzyjaciół. Są absolutnie oddani, wierni, stale przytomni, bo nigdy nie śpią, są też nad wyraz trwali, estetyczni, a sam widzisz, jacy poręczni! Więc jak, bierzesz tylko jednego?

(Stanisław Lem "Przyjaciel Automateusza" - całość tutaj)


PS. Skojarzenie #2

piątek, 14 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (8)

Dwa pół-filmy w jednym

Pomysł, że startując z tego samego punktu wyjścia można ulepić dwie różne historie znany jest polskiemu widzowi, chociażby za sprawą Kieślowskiego. Problemem Woody Allena i jego filmu “Melinda and Melinda(2005) jest to, że żadna z tych historii nie jest w pełni wciągająca. Obserwujemy więc sto minut dobrze zagranego ćwiczenia warsztatowego (takie reżyserskie “work in progress”), tyle że po seansie widzowi zostaje w głowie tylko pomysł formalny, treść już nie bardzo.

Tytułowa Melinda jest kreacją powstałą przy restauracyjnym stoliku, przy którym dwaj pisarze (scenarzyści?) próbują opowiedzieć losy niezapowiedzianego gościa domowego przyjęcia na dwa różne sposoby - jako komedię i jako dramat. Kłopot w tym, że komedia nie jest szczególnie śmieszna, a dramat nie jest wcale tak tragiczny. Obie równoległe narracje połączone są postacią głównej bohaterki (Radha Mitchel), której mimo zagrywania się do szczętu z wielkim trudem udaje się oddzielić Melindę-femme fatale od Melindy-naiwnej blondynki. Widzowi pomaga zorientować się fryzura oraz inny zestaw postaci drugoplanowych.

Trudno znaleźć jakąś myśl przewodnią obu krótkich fabuł: ot, tradycyjny zestaw liczmanów reżysera (neurozy, rozterki moralne, znerwicowani i rozgadani nowojorczycy, bardzo rozszerzona definicja monogamii, próby samobójcze i knajpki na Manhattanie, które najlepiej można skomplementować przypisując im francuską atmosferę). A obserwując Willa Ferella (w roli nieudacznego bezrobotnego aktora w komediowej części filmu) trudno uciec od wrażenia, że jest to rola, w której reżyser najchętniej obsadziłby sam siebie - gdyby nie to, że jest już w wieku ojca swoich bohaterów.

Gdyby Melinda and Melinda była dziełem debiutanta, jej reżyser obwołany byłby obiecującym dzieckiem światowego kina. W przypadku Allena można tylko pomarudzić, że nie zawsze ilość przechodzi w jakość.

czwartek, 13 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (7)

Etniczny gender

Jednym z bardziej znanych filmów brytyjskiej “drugiej nowej fali” powstałych u schyłku ubiegłego wieku był obraz “Billy Elliot” traktujący o nastolatku z górniczej dzielnicy (a rok jest 1984, górnicy strajkują, a i policja też się nie patyczkuje), który wbrew ojcu i otoczeniu odkrywa w sobie talent i powołanie do baletu. 

Billym Elliotem a rebours z dodatkiem smaków etnicznych jest film “Bend It Like Beckham”: nastoletnia hinduska z okolic londyńskiego Heathrow z drygiem do pilki nożnej. Rodzina przeciwna, perypetii wiele, qui-pro-quo goni qui-pro-quo, ale wszystko kończy się dobrze. Miłe jest to, że film (podobnie jak “East is East”, a w odróznieniu na przykład od “My Big Fat Greek Wedding”) nie redukuje etniczności do stereotypów: momentami jest zabawnie, ale nigdy nie farsowo. 

Przekaz ogólnie optymistyczny - należy podążać za swoimi marzeniami, a otoczenie, gdy zobaczy, że pasja jest prawdziwa i szczera pozwoli na jej realizację. Kino tak familijne, że Musierowicz by się nie powstydziła (dziewczyńska przyjaźń zabarwiona rywalizacją o chłopaka, rozwiązywanie konfliktu pokoleń i temu podobne grepsy).

Kilka pomysłów warsztatowych jest świeżych, jak na przykład wymieszanie scen iście bolywoodzkiego wesela z ujęciami meczu piłkarskiego (całość okaszona hinduską muzyką). Tak, jak w kuchni fusion, najlepszy efekt osiąga się zestawiając kontrastowo tekstury i smaki.

Juliet Stevenson w roli afektowanej matki koncertowo eksploatuje stereotyp brytyjskości. Z trójki młodych aktorów w rolach głównych kariery i to spore zrobiła dwójka białych (Keira Knightley i Jonathan Rhys Meyers - obydwoje tu jeszcze w wersji nieopierzony kurczak). A jednak rasa ma znaczenie?

wtorek, 11 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (6)

Quartet” (2012) - Stara śpiewaczka wysiaduje

Przeniesienie dzieła, zwłaszcza ze sceny teatralnej na ekran filmowy, wymaga odpowiedzi na pytanie, które powinni postawić sobie realizatorzy zanim w ogóle zabiorą się do roboty. Kwestia brzmi banalnie: czy dzieło zniesie taki zabieg? Nie wiem, czy Ronald Harwood (autor sztuki i scenariusza) oraz debiutujący z drugiej strony kamery w wieku lat 75 Dustin Hoffman zadali sobie takie pytanie (i jakie była na nie odpowiedź), widz ma wciąż wrażenie sfilmowanego spektaklu teatralnego (mimo desperackich prób wyprowadzenia kamery poza wnętrza). I co gorsza, spektakl jest nudny.

Posadowienie akcji w domu spokojnej starości jest ulubionym trickiem scenarzystów - bo i namiętności siedemdziesięciolatków dostatecznie farsowe a można też tanio łzę z oka widza utoczyć, bo to i śmierć i słabość i spojrzenie “hen za siebie, w tamte lata, co minęli”. Tym razem dom jest branżowy, zamieszkują go emerytowani śpiewacy operowi (czy, ogólnie, muzycy), co szczególnie kontrastuje światową i bujną przeszłość lokatorów z dość banalną teraźniejszością. Zamysł nie wypaliłby w ogóle, gdyby akcja toczyła się w domu hydraulika weterana lub w ośrodku spokojnej starości prządek.

Maggie Smith w zasadzie kopiuje w skali 1:1 swoje kreacje z “Gosford Park” i “Downtown Abbey" (i wielu innych filmów), co widz przyjmuje z pełnym zrozumieniem, albowiem, transponując słowa klasyka, “podobają mu się role, które już kiedyś widział”. Tytułowy kwartet jest ansamblem z ‘Rigoletta’, który ma być wykonany na dorocznym koncercie mieszkańców. Czy do tego dojdzie, czy też nie - oto jest dylemat, którym próbuje się zajmować widza przez półtorej godziny. Nie jest to jakieś szczególnie ważkie pytanie, więc i proces znajdowania odpowiedzi niezbyt fascynujący. Aby umilić czas do napisów końcowych reżyser chlusta kubłami klisz - zabieg zrozumiały na scenie, na ekranie co najwyżej dopuszczalny. Mamy więc arystokratyczną wyniosłość (Smith), szkocki akcent niepoprawnego kobieciarza (Conolly), afektowanego homika (Gambon) i demencyjną trzpiotkę (Collins). Słowem - geriatryczny fantasyland.

Najciekawsze dla mnie były pierwsze sceny filmu, w których usłyszałem polszczyznę płynącą z ust rozmawiajacych ze sobą w tle sprzątaczek. Kierowca busika ośrodka nosi tradycyjne i wciąż popularne w hrabstwach południowej Anglii imię Tadek. Ciekawe ile wody w Tamizie musi upłynąć zanim Polacy w kinie brytyjskim awansują ze statystów na drugie plany?

niedziela, 9 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (5)

Prada vs. pizza

Podobnie plastyczny jak Zelig, Woody Allen doświadcza niesamowitej umiejętności kręcenia filmów we wszystkich możliwych stylach i gatunkach - czy raczej naginania wszelkich możliwych gatunków i stylów do tego jednego filmu, który kręci nieustannie od bez mała pół wieku. Bez względu na to, z której strony kamery staje, zawsze jest rozpoznawalny (w skrajnych sytuacjach nawet w filmach, które przez przypadek nakręcił ktoś zupełnie inny - vide “Carnage” Polańskiego), tym razem jednak obraz jest całkowicie zdominowany przez odtwórczynię roli tytułowej, Cate Blanchett.

Blue Jasmine” zaczyna się jak komedia, ale jest to zdecydowanie Allen na serio. Jasmine, pozostawiona bez środków do życia przez męża, zbankrutowanego “wilka z Wall Street”, wprowadza się na czas jakiś do domu swojej przyrodniej siostry związanej z prostackim brutalem (wszelkie analogie z Tennessee Williamsem i Blanche DuBois jak najbardziej nieprzypadkowe). Retrospektywa, pokazująca stare dobre czasy, (ale i stopniowy upadek fortuny i rozpad małżeństwa), przeplata się i kontrastuje z współczesnymi scenami desperackiego usiłowania stanięcia na nogi. W pewnym sensie Jasmine jest rozbitkiem z wczesnych nowojorskich filmów Allena, filmów w których nikt nigdy nie miał kłopotów finansowych, a jedynie egzystencjalne Weltschmertze. (Skądinąd nawet blue-collars u Allena doznają przede wszystkim neuroz i mówią o tym w sposób, który zdradza oderwanie reżysera od współczesności, jej języka i problemów.) 

Oczywiście oprócz aluzji do dzieł innych autorów (“Tramwaj zwany pożądaniem”, do pewnego stopnia też “Wielki Gatsby”) mamy też autocytaty: zawód dekoratora wnętrz (do którego aspiruje Jasmine) jest nadreprezentowany wśród bohaterów filmów Allena, wszyscy wszystkich spotykają przypadkowo na ulicy a bohaterowie mają swoje leitmotivy (zdania, które powtarzają wielokrotnie w trakcie filmu).

Nie wiem, czy Cate Blanchett zostanie Mią Farrow lub Diane Keaton późnego Woody Allena. Wiem za to, że po serii wątpliwych “europejskich eksperymentów” (“Vicky Cristina Barcelona”, “Midnight in Paris”, “To Rome with Love”, a wcześniej “Match Point”) spod ręki mistrza wyszedł znów film wybitny.

sobota, 8 lutego 2014

X Muza na ekranie laptoka (4)

Agent Tomek muśnięty żądłem

American Hustle to jeden z tych filmów, w trakcie oglądania których widz przerywa projekcję i sprawdza, czy fabuła aby nie była oparta na motywach prawdziwej historii. A sprawdza, bo wielokrotnie łapie się na konstatacji, że przecież z punktu widzenia dramatycznego można byłoby inaczej, sprawniej, szybciej rozegrać niektóre wątki. Fabularnie mamy więc niedosyt - w znacznej części jednak kompensowany aktorstwem.

Film opowiada historię pary oszustów zmuszonych do współpracy z hiper-ambitnym, uzależnionym od kokainy agentem FBI (Bradley Cooper) w prowokacjach wymierzonych w coraz to ważniejszych polityków i mafiozów. Tercet uzupełnia (a w zasadzie kradnie kilkoma scenami film) młoda i zdolna Jennifer Lawrence w roli żony walczącej o podstarzałego, nieatrakcyjnego męża (Christian Bale - wielkie brawa dla charakteryzatorów) z kochanką i “zawodową partnerką” (Amy Adams). A wszystko to umieszczone w realiach Ameryki przełomu lat 70 i 80 ubiegłego wieku, z muzyką złotego wieku disco w tle, z fryzurami, makijażami i kostiumami z epoki. Czasem warto przyjrzeć się temu, jak naprawdę zmienił się świat za naszego życia.

Zgrabny warsztat, wybitne aktorstwo (i nawet Robert de Niro w epizodzie). Ciekawe, ile z tego przełoży się na nagrody Akademii. Zapewne sporo, bo film pokazuje jurorom świat, w którym byli młodsi (o ile nie całkim młodzi), a obraz tego świata jest wyidealizowany do stopnia niespotykanego nawet w bajkach dla bardzo naiwnych dzieci (szlachetni oszuści, którzy rezygnują z milionów dolarów dla ratowania świeżo poznanych przyjaciół, korupcja jako narzędzie napędowe dobrobytu dla upadłego miasteczka). Bo to, że sprawiedliwość zatriumfowała and they lived happily ever after to już przecież zrozumiałe samo przez się.