sobota, 9 maja 2009

Dzienniki sofijskie (2)

Do monastyru Rilskiego jedzie się z Sofii przez miejscowość Dupnica, która to nazwa – jak rzadko – oddaje charakter miasteczka. Upadły przemysł, który sobie leży od kiedy upadł, opuszczone bloki, zrujnowane ulice i chodniki. (Angielska wikipedia zapewnia cynicznie, że the town is wonderful vacation city). Dalej, gdy już się skręci w kierunku na monastyr, Bułgaria zaczyna ożywać. Handluje się miodem, syropem z szyszek, ceramiką, bawolim jogurtem i łukanką (miejscową odmianą kiełbasy), łowi się i serwuje turystom pstrągi.

Sam klasztor cieszy się patronatem UNESCO, choć jest znacznie młodszy niż się wydawać może. Iwan Rilski żył w wieku X i już za życia cieszył się opinią świętego. Pierwsze zabudowania, zniszczone wkrótce przez lawinę i odbudowywane przez kolejne stulecia, wznieśli najpewniej jego uczniowie. Sułtan Murat II (skądinąd znany jako ojciec zdobywcy Konstantynopola) początkowo nakazał zniszczenie monastyru, ale po fakcie poszedł do rozum do głowy i zarządził odbudowę. Rosyjska cerkiew prawosławna dostarczyła szaty i textbooki liturgiczne, a także zainaugurowała wielowiekową tradycję przysyłania rosyjskich (cywilnych rzecz jasna) doradców. W rewanżu Bułgarzy wysłali w tournee po Rosji szczątki świętego Iwana z Riły. Z całego świętego wróciła tylko lewa ręka, co w żaden sposób nie jest aluzją do pracowitości i energiczności Bułgarów ani do lepkich rąk Rosjan. W każdym bądź razie ręka jest przechowywana w stosownym relikwiarzu ale rzadko eksponowana, bo jej uzdrawiająca moc jest potężna i musi być pod kontrolą. Klasztor spalił się do cna w 1833 i w obecnym kształcie jest XIX wieczną repliką. Z tymi ginącymi częściami ciała, to doświadczony srogo jest również Borys III, ostatni car (ten, co się w parowozach lubował), pochowany w monastyrze w 1943. W 1944 nowy, komunizujący rząd Bułgarii przeniósł trumnę do parku pod Sofią. Gdy w 1993 nowy, niekomunizujący rząd zabrał się za wykopki to odnalazł tylko serce monarchy. Cisną się na usta dwa pytania – po co komunistom było ciało pozbawione serca (może jesteśmy na tropie jakichś mało znanych obrzędów stalinistycznych) oraz po czym poznano serce po latach pięćdziesięciu w ziemi.

Po Sofii jeździ się tanio taksówkami. Tak tanio, że aż nie opłaca się chodzić. Po bulwarze Witosza jeżdżą z bardzo dostojną prędkością, w akompaniamencie infernalnych zgrzytów i jęków, tramwaje. Oprócz taksówek, tramwajów, trolejbusów i autobusów jeżdżą po Sofii marszrutki (czyli busiki na quorum) za jedyne półtora lewa.

Po wizycie w Bojanskiej Cerkwi (peryferia Sofii, również UNESCO site) wstąpiła w nas energia i siły żywotne i zadysponowaliśmy spacer do ogrodu botanicznego Bułgarskiej Akademii Nauk, który wygląda jak zaniedbany park miejski. W oranżerii siedzi (i gra w tetrisa) znudzony cieć, który udzielił był nam informacji o dniach i godzinach otwarcia szklarni (generalnie to otwarte już było, teraz będzie zamknięte). Drugi ogród botaniczny, uniwersytecki, w centrum miasta – maleńki, ale również zamknięty na głucho. Za to poza miastem, przy drogach, obłęd kwitnących zdziczałych tamaryszków, judaszowców i złotokapu. W masywie Riły kwitną lilie martagon, za to w wyższych partiach Witoszy krokusy (a jeszcze wyżej to już kopny śnieg tylko).

Bułgarski brzmi jak czeski zapisywany cyrylicą. Problemów językowych nie doznaje się - Tietradka za pochwały i opłakiwania ot klienty na mechana.

poniedziałek, 4 maja 2009

Dzienniki sofijskie (1)

Pierwsze wrażenie po przylocie do Sofii to plątanina kabli (prąd, telefon, internet) wisząca na budynkach. Pamiętam z Anglii hydraulikę wyprowadzoną na zewnątrz budynków (bo nie zamarza), ale czegoś takiego w Europie nie. Podobno gdy się coś zepsuje, to nikt nie zadaje sobie trudu lokalizowania usterki, tylko ciągnie się nowy kabel. I tak wiszą te kablowe grupy Laokoona na ścianach, czasami jakoś upięte i udrapowane, ale przeważnie nie. Drugie wrażenie to zabudowywane balkony bloków, każdy inaczej, każdy na swój sposób. Na owych balkonach Bułgarzy urządzają najczęściej kuchnie, przekształcając kuchnie właściwe w jadalnie. Praktyczne dość, bo łatwo wietrzyć grillowanie czy smażenie. Trzecim wrażeniem są nierówne, wyrupotane chodniki, składające się z odstających, poluzowanych płytek. Zresztą drogi też nienajlepsze, w sam raz do leczenia polskich kompleksów. Tak na marginesie, dziura w drodze to po bułgarsku dupka. Na drzewach dogorywają biało–czerwone martenice, czyli tradycyjne ozdoby, którymi wszyscy obdarowują się wzajemnie pierwszego marca. Po kilku dniach noszenia przy sobie, gdy zrobiona z wełnianych niteczek plecionka lub laleczka nasiąknie troskami właściciela, wiesza się ją na drzewie albo chowa pod kamieniem. Jakoś nikt nie kwapi się ich wykradać.

Ogólne wrażenie podróży w czasie – w telewizji BigBrother i coś na kształt polsatowskiego Disco Polo Relax. I całkiem odrębny kanał na folklor. Z drugiej strony, na każdym kroku widać świadectwa burzliwej historii Bułgarii, która pod pewnymi względami zahartowała ją znacznie bardziej niż Polskę na tolerancję dla wszelkiej różnorodności. Przy jednym placu stoją prawosławna cerkiew, katolicki kościół, synagoga ustępująca wielkością jedynie budapeszteńskiej oraz najstarszy w Europie meczet. W lokalnej muzyce pop prym wodzi artysta zwany Azis – w zależności od potrzeb teledysku przybierający pozy umakijażowanego macho tańczącego ogniste tango z wypchaną silikonem pięknością, to znów odgrywający diwę-drag queen w fantastycznej sukni, wielkich kolczykach i … z podfarbowaną na blond bródką. Podobno piosenkarz od kilkunastu lat otwarcie mówi o swojej odmiennej orientacji seksualnej, wziął ze swoim partnerem medialny „ślub” (chociaż oficjalnie takie śluby są zabronione) oraz wychowują wspólnie dziecko. Inny - nie tak widoczny, ale równie szokujący – przejaw tolerancji to tanie i kupowane bez recepty pastylki antykoncepcyjne, dostępne nawet wobec faktu, że w Rodopach stoją całkowicie wyludnione wioski.

Kuchnia bułgarska zdradza różnorakie wpływy. Niektóre potrawy niby są znane, ale smakują inaczej. Chociażby popularna sałatka „sneżanka”, będąca wersją greckiego tzatziki. Kombinacja gęstego jogurtu, ogórka, czosnku i koperku stanowi też podstawę chłodnika znanego jako „tarator”. Na przystawkę jada się tu pasty z bakłażanów (kiopłe), podobne, a jednak trochę inne jak w Grecji, Turcji czy Jordanii; faszerowane ryżem i ziołami liście winogron (tutaj jest to typowa potrawa wigilijna), no i rewelacyjną „lutenicę”, czyli słodko-pikantną pastę z pieczonej papryki i pomidorów, w innych miejscach Bałkanów nieco zmodyfikowana (i na nasz smak nie tak doskonała) wersja znana jest pod nazwą „ajwar”. Bułgarzy opracowali nawet własną wersję znanej nam z Grecji taramosalaty. Jak całe Śródziemnomorze oraz Bliski Wschód, Bułgarzy lubują się w mięsach z grilla, często (co jest lokalną specyfiką) podawanych z akompaniamentem frytek posypanych tartym serem. Tutejsze desery niczym nie ustępują greckim i arabskim – orzechowe baklawy i pławiące się w syropie „tułumbiczki” oferują natychmiastowy zastrzyk glukozy.

Pije się. I to niekiedy ostro, ale w trochę inny sposób niż w Polsce. Powiedzmy, że tutaj raczej maratończycy niż sprinterzy są w poszanowaniu. Zaczyna się od rakiji do sałatek i starterów, gdy na stół wchodzą mięsiwa przychodzi czas na wina. Wina jeśli mają być przyzwoite, to nie mogą być tanie – to dla kontrastu ze znanym w kraju paździerzem kodowanym pod nazwą Sofia – od mniej więcej 15 lewów zaczyna się to, co można określić terminem „wino zacne”. Kończy się najczęściej mastiką – lokalną anyżówką – która musi być tak mocno schłodzona, że aż wytrącają się na biało parafiny z olejku anyżkowego. Często też miksuje się likier miętowy z lodem i mastiką – rzecz nazywa się obołok (chmurka) i powinna być pita w bezpośredniej bliskości (czasowej a i topograficznej nie zaszkodzi) własnego łóżka.

Rano, jeśli chcemy imitować obyczaje tubylcze, udajemy się do baniczarni, gdzie kupujemy świeżą banicę, którą popijamy buzą. Buza jest rzeczą straszliwą, która bardzo łatwo odróżnia Bułgara (wypije i będzie wołał jeszcze) od nie – Bułgara (zatnie się na pierwszym łyku, a czasem jeszcze przed). Buza to napój ze sfermentowanej pszenicy. Ma około procenta alkoholu. I to chyba tyle dobrego, co można o niej powiedzieć. (Buza, jeśli już o tym mowa, znana była efemerycznie w Polsce. I to, żeby było śmieszniej, w Białymstoku.) Ludzie mięksi popijają więc najczęściej banicę ajranem, który zupełnie niedaleko (i nomenklaturowo i smakowo) swojego tureckiego odpowiednika. Banica natomiast – zwłaszcza gdy świeżo z pieca – rozpływa się w ustach, choć oczywiście stanowi morderczą kombinację tłuszczu i węglowodanów z niewielkim dodatkiem białka (ser) dla niepoznaki.

piątek, 1 maja 2009

Smardze

 
Posted by Picasa


Pojawiły się masowo smardze.