wtorek, 6 sierpnia 2019

Z dala od domu (18) - Wietrzne miasto


Do Chicago nie trafiłabym, gdyby nie odbywajca situtaj konferencja. Konferencja jest w Lewis University, połoonym o jakąś godzindrogi od miasta, wic na zwiedzanie zostaje mi jeden dziei dwie słabe półdniówki. Pierwsza z nich słaba z powodu koniecznoci dolotu i wydostania siz lotniska O’Hare do centrum. Takiego chaosu organizacyjnego: kolejka do „immigration” ma z 1000 osób, tymczasem dwupokładowy samolot Lufthansy z Frankfurtu lokalni bagaowi rozładowali metodna zwał (wszystkie walizki leżą na wielkiej kupie), bilet na metro mona kupiwyłącznie w maszynie, która nie bierze banknotów o nominałach wyszych ni20$, a przy uyciu karty kredytowej domaga si(tak, na lotnisku) numeru kodu pocztowego w USA. Jakoudaje mi sikupiten bilet, wsiadam do metra zadowolona, e niedługo bdw hotelu. A gdzie tam! Po przejechaniu kilku stacji pocig staje. Roboty drogowe. Wszyscy pasaerowie, wraz z bagaami, kierowani sdo autobusów zastpczych – po kilku kondygnacjach wskich schodów. Autobus jedzie jakie20 minut do nastpnej stacji, gdzie cała procedura powtarza siw drugstron. Dotarcie do hotelu trwa bite dwie godziny.

Samo centrum nie jest jednak bardzo rozległe. Mieci je tzw. Loop (czyli ptelka – utworzona przez zbiegajce situ z rónych stron linie metra). Metro nosi tu zresztnazw„L”, od słowa „elevated”, czyli podwyszony. Wiele linii porusza sibowiem na eliwnych wiaduktach ponad ulicami, a tylko niektóre jedżą pod ziemi.

Konferencja (cykliczna, co 2 lata w innym miejscu) powicona jest powieci gotyckiej i pokrewnym sztukom – Chicago całkiem dobrze nadaje sina gospodarza, bo (jeli wie sichoodrobino jego historii) to miasto jest dość przeraajce. Powstało na malarycznych mokradłach „wykupionych” od Indian w pocztkach XIX wieku. Od pocztku przemysłowe i długo pozbawione ambicji kulturalnych, stało siorodkiem przetwórstwa zboa (ponoto tutaj wymylono elewatory i to one były pierwszymi „drapaczami chmur”) oraz misa (gigantyczne, zmechanizowane rzenie zainspirowały jakoby Henry’ego Forda do budowy fabryki samochodów). Panował wszechobecny smród, brud, ndza, choroby i wanie etniczne – bo do miasta cignęły wszelkie mniejszoci (Niemcy, Szwedzi, Polacy, Latynosi, ydzi, Irlandczycy, Włosi, Azjaci itd.), które rzadko kiedy yły ze sobw zgodzie. Kiedy w 1871 roku wikszość centrum spłonęła w jednym z najwikszych poarów miejskich stulecia, obwiniono o to Irlandczyków. Była nawet cała historia o tym, jak to krowa pewnej pani O’Leary przewróciła latarnii spowodowała katastrof(po latach ustalono, e winna nie była włacicielka krowy, ale złodziej, który zakradł sido obory po mleko). Plusem tej sytuacji było to, e Chicago mona było (a nawet trzeba) szybko odbudowa. Pomoc spływała z całego kraju, a nawet i spoza niego – królowa Wiktoria osobicie wysłała 8000 książek, aby w Chicago wreszcie utworzono bibliotek.

Odbudowa poszła nadspodziewanie sprawnie. Pojawiły siwysokociowce w stylu eklektycznym – przypominajce zamki i gotyckie katedry stojce na wysokich skałach. Wytyczono miejskie parki, które do dzistanowijednz wikszych atrakcji miasta. W latach midzywojennych wzrosła znacznie populacja, w tym kolorowa. Chicago stało sijednym z miejsc „Czarnego Renesansu” w muzyce (jazz, blues i gospel), literaturze i sztuce. Juw 1879 roku załoono Art Institute of Chicago – jedno ze wspanialszych muzeów wiata (a Ameryki to na pewno) powiconych sztuce. Niestety, te czasy to równieprohibicja i wyrosłe z niej gangi. Lata 20. XX wieku to okres ulicznych strzelanin z policji wojen gangów, takich jak zorganizowana przez Ala Capone „Masakra dnia w. Walentego” w 1929 roku.

Co warto zobaczypodczas krótkiej wizyty w Chicago? Ja zdecydowałam sina zwiedzenie Art Institute (2,5 godziny, a mona i znacznie dłuej) – muzeum posiada imponujckolekcjsztuki europejskiej (właciwie wszystkich epok od antyku, ze szczególnie dobrym wyborem dzieł Impresjonistów), a take amerykaskiej (must see to kapitalny i zabawny „American Gothic” Granta Wooda, „Nighthawks” Edwarda Hoppera, czy „Portret Doriana Graya” Ivana Albrighta). Do tego przemylany wybór sztuki innych kontynentów (trafiłam np. na ciekawwystawpokazujc, jak w XIX w. Japoczycy przedstawiali Ameryki Amerykanów w swoich grafikach).

Sprzed frontonu muzeum, ozdobionego rzebionymi lwami, startowała słynna droga 66, o czym zawiadcza stosowna tabliczka. Samo muzeum połoone jest w pasie parków cigncych siwzdłujeziora Michigan. Warto zobaczyciekawe fontanny: wielkjak weselny tort fontannBuckingham, secesyjnfontannPiciu Jezior, czy całkiem nowoczesnCrown Fountain, na której co chwila wywietlajsitwarze mieszkaców miasta (niekiedy „pluj” wod). Tuobok (tew części zwanej Millennium Park) znajduje sijeden z ulubionych symboli miasta, czyli „Fasolka” (oficjalnie Cloud Gate) – wielka rzeba/brama przypominajca kroplrtci, albo włanie srebrnfasolk. W parku jest też ładna część botaniczna, okoliczne wieowce ładnie kontrastujz rolinami.

Warto teprzejść siefektownMagnificent Mile w stronrzeki. Wzdłuwody biegnie przyjemna cieka spacerowa, a po samej rzece pływajwycieczkowe łódki. Piechotda sidojść do portu dla aglówek, a nieco dalej do Navy Pier, molo z wesołym miasteczkiem i innymi atrakcjami (niestety, ta najciekawsza dla mnie, czyli muzeum witray Tiffaniego, od paru lat jest zamknita).

Wybrałam siza to do miejsca, gdzie kilka dzieł Tiffaniego mona wciąż zobaczy. To Richard H. Driehaus Museum mieszczce siw pochodzcej z przełomu XIX i XX wieku rezydencji bogatego bankiera. Zrekonstruowane wntrza dajpojcie o Gilded Age (Pozłacana Era – okres prosperity w kocu XIX w.). Due wraenie robi zwłaszcza witraowa kopuła.

Jeli chodzi o lokalne specjały kulinarne, to nie spróbowałam ich wiele. Raz, e podróujc w pojedynknie lubichodzido restauracji. Dwa, e w USA wszystko (ale to wszystko) słodz. Po prostu „cukier w cukrze” – tutejsze społeczestwo najwyraniej nie zorientowało sijeszcze, e cukier szkodzi. Wciąż sna etapie „low fat” i liczenia kalorii (podajnawet kaloryczność daw punktach sprzeday). Co z tego, skoro to wszystko jest słodkie. Eksploracje ograniczyłam wic dość drastycznie. Skusiłam sina dwie lokalne specjalnoci: hot doga z baru Portillos (ze wszystkimi dodatkami: musztard, jakimdziwnym wciekle-zielonym sosem, pomidorami, kiszonymi ogórkami, cebulki ostrpapryczk) i „rzemielniczy” pop corn z firmy Garrett działajcej od 1949 r. W wersji najbardziej popularnej sprzedajmiks serowo-karmelowy (czegotak dziwnego nie byłam w stanie sobie wyobrazi, wic musiałam spróbowa). W obu przypadkach werdykt jest podobny: smaczne, ale nieco zbyt „chemiczne” w smaku. No i za słodkie.

Dwie najwiksze atrakcje Chicago – rejs łódki wjazd na taras widokowy najwikszego wieowca (Sears Tower) zostawiam sobie na ewentualny powrót z Michałem.

sobota, 13 kwietnia 2019

Ogrodnik podmiejski (15). Szachownica cesarska

Przychodzi taki moment w corocznym życiu mojego ogrodu, w którym intensywnie pachnie. Przy czym nie jest to zapach powszechnie uważany za przyjemny. Źródłem tego zapachu są rośliny szachownicy cesarskiej, zwanej potocznie cesarską koroną.

Naturalny zasięg tego gatunku (Fritillaria imperialis) rozciąga się od Kurdystanu (pogranicze Iranu, Iraku i Turcji), poprzez Afganistan i Pakistan aż do podnóża Himalajów. Gatunek wcześnie (około roku 1575) został sprowadzony do Europy, gdzie szybko zadomowił się w ogrodach, a w niektórych miejscach (tam, gdzie trafił na warunki bardzo zbliżone do naturalnych, na przykład Sycylia) uzyskał status kenofitu (gatunku zadomowionego). Już Szekspir w "Zimowej opowieści" (napisanej przed 1610, a wydanej w 1623) wymienia cesarską koronę wśród kwiatów wiosny(*).

Nazwa rodzajowa została zastosowana przez Linneusza dla europejskiego gatunku typowego dla rodzaju (Fritillaria meleagris - szachownica kostkowana); fritillus po łacinie oznaczało kubek do gry w kości; kwiaty tego gatunku mają charakterystyczny wzór szachownicy - jedno i drugie to gry, skojarzenia dość odległe, ale tak już zostało. Przymiotnik imperialis odnosi się do wysokości rośliny (dobrze ponad metr), ale przede wszystkim do kształtu kwiatostanu, składającego się z kilku osadzonych na jednym okółku i skierowanych ku dołowi kwiatów, zwieńczonego pękiem liści, przy pewnej dozie wyobraźni faktycznie wyglądającego jak korona.

Kwiaty szachownicy cesarskiej mają pewną ciekawą właściwość, niespotykaną u innych roślin naszego klimatu (ale relatywnie częstą w tropikach i subtropikach), a mianowicie wybór zapylacza. Otóż za zapylanie kwiatów tego gatunku odpowiedzialne są ptaki (ornitogamia), najczęściej różne gatunki sikorek, ale obserwowano także piecuszki, pokrzewki i inne mniejsze łuszczakowate. Początkowo uważano, że ptaki interesują się kwiatami szachownicy cesarskiej dla gromadzących się tam owadów, ale bardziej systematyczne obserwacje z ostatniej dekady ubiegłego wieku wykazały, że celem wizyt jest nektar, a ubocznym efektem zapylenie kwiatów.

Okazało się, że szachownice cesarskie wytwarzają relatywnie duże ilości nektaru, który (w odróżnieniu od innych gatunków szachownic) nie zawiera sacharozy, lecz tylko glukozę i fruktozę, co wygląda na przystosowanie ewolucyjne: ptaki z rzędu wróblowych (Passeriformes), w odróżnieniu od, na przykład, kolibrów, źle trawią sacharozę. Innym prawdopodobnym przystosowaniem szachownic cesarskich do zapylania przez ptaki są sztywne a bezlistne łodygi, na których zapylacze mogą usiąść i spenetrować wnętrze kwiatu. Oczywiście, obfita produkcja nektaru jest atrakcyjna i dla owadów; często obserwowano na kwiatach trzmiele, lecz specyficzna budowa kwiatów szachownicy cesarskiej powoduje, że wizyty te nie mają konsekwencji, że się tak wyrażę, seksualnych (w sensie botanicznym). Należy podkreślić, że szachownice są niemal autosterylne i zapylenie identycznym genetycznie pyłkiem (a taki występuje na rozmnażanych wegetatywnie klonach) skutkuje zazwyczaj tym, że nasze ogrodowe fritillarie dość rzadko wiążą nasiona. Ich stanowisko jest dość daleko od tarasu, więc nie mamy możliwości obserwowania, czy faktycznie odwiedzają je ptaki. Wiemy jedno: nasza domowa kotka (Kiciuńcik) lubi w ich pobliżu przebywać - być może jest to próba stworzenia łańcucha pokarmowego?

Co do uprawy - stanowisko słoneczne, gleba dobrze zdrenowana, maksymalnie żyzna. Duże wymagania glebowe wynikają z faktu, że szachownice cesarskie, jak zresztą i inne gatunki tego rodzaju są roślinami efemerycznymi (efemeroidami) - już w czerwcu części nadziemne zamierają, i większą część roku szachownice spędzają pod ziemią w formie cebul. Cebule są nieokryte łuskami i nie najlepiej znoszą długotrwałe przechowywanie na sucho, więc gdy chcemy je przesadzić (rozsadzić), powinniśmy zrobić to od razu po zakończeniu wegetacji. Cebule (jak i całe rośliny) zawierają mnóstwo różnych alkaloidów, więc w przypadku bardziej hurtowego zajmowania się nimi zaleca się używanie rękawiczek.

Rozmnażanie najczęściej wegetatywne, z cebulek przybyszowych - choć zapewne część roślin w mojej kępie szachownic cesarskich (nie ruszanych od niepamiętnych czasów) to siewki. Gatunek typowy ma ceglasto-pomarańczowy kolor kwiatów, wyhodowano szereg odmian barwnych różniących się barwą kwiatów, od żółtej do niemal szkarłatnej.

Wspomniany wyżej zapach roślin (niekiedy określany jako lisi, czego nie potrafię skomentować, bo nigdy nie obwąchiwałem lisów) działa podobno odstraszająco na myszy, nornice i krety. Również króliki i zwierzyna płowa omija szachownice cesarskie (co ważne, w przypadku naturalizacji w parkach i na terenach otwartych).

Cesarskie korony raczej nie chorują (a przypadki niepowodzeń uprawowych wiążą się raczej ze zbyt ciężką glebą i zagniwaniem cebul), choć uwielbiają je poskrzypki liliowe, z którymi trzeba walczyć ręcznie i metodycznie.


--

(*) - I would I had some flowers o' the spring that might
Become your time of day; and yours, and yours,
That wear upon your virgin branches yet
Your maidenheads growing: O Proserpina,
For the flowers now, that frighted thou let'st fall
From Dis's waggon! daffodils,
That come before the swallow dares, and take
The winds of March with beauty; violets dim,
But sweeter than the lids of Juno's eyes
Or Cytherea's breath; pale primroses
That die unmarried, ere they can behold
Bight Phoebus in his strength--a malady
Most incident to maids; bold oxlips and
The crown imperial; lilies of all kinds,
The flower-de-luce being one! O, these I lack,
To make you garlands of, and my sweet friend,
To strew him o'er and o'er!

"The Winter's Tale", act IV, scene IV

niedziela, 7 kwietnia 2019

Ogrodnik podmiejski (14). Magnolie

W moim ogrodzie rośnie kilka magnolii, posadzonych w różnych etapach mojego życia. Chociażby dlatego mam sentyment do tych roślin. Poza tym kwitnienie magnolii to zawsze jest sygnał, że już naprawdę przyszła wiosna, że nie ma odwrotu, i że już nieodwołalnie będzie cieplej. Więc z okazji kolejnego kwitnienia magnolii, kilka o nich słów.

Magnolie to najstarsze ewolucyjnie zachowane do dziś rośliny okrytozalążkowe. Powstały bardzo wcześnie, wyprzedzając nieco ewolucję zapylaczy (błonkówek), więc musiały korzystać z tego, co było wówczas dostępne, czyli z chrząszczy - co im zostało do dziś. W odróżnieniu od - na przykład - storczyków, nie ma ścisłej specjalizacji: wśród kilkuset gatunków chrząszczy zapylających magnolie są przedstawiciele rodzin łyszczynkowatych (Nitulidae), schylikowatych (Mordelidae), stonkowatych (Chrysomelidae) i ryjkowcowatych (Curculionidae).

Przystosowaniem ewolucyjnym do zapylania przez chrząszcze są mocne (sztywne) działki okwiatu i dobrze osłonięte zalążnie; chrząszcze są (w porównaniu z błonkówkami) ciężkie i niezgrabne. Drobne kwiaty delikatnej budowy nie dawałyby magnoliom dużych szans ewolucyjnych. Kwiaty magnolii nie produkują nektaru, chrząszcze posilają się więc pręcikami, przy okazji obsypując się pyłkiem. Dowodem na archaiczność magnolii, oprócz niezróżnicowanego okwiatu jest budowa elementów kwiatu nie w okółkach, ale w spirali, co możemy zauważyć obserwując osadzenie słupków i pręcików na rozbudowanym i wyniesionym dnie kwiatowym. Taka budowa przypomina nieco kwiaty nagozalążkowych, wskutek czego i owoce magnolii (botanicznie- owoc złożony z wielu mieszków) są podobne do szyszek (i tak potocznie nazywane). Kwiaty magnolii są protogyniczne (znamiona słupków dojrzewają wcześniej niż pręciki), co jest mechanizmem zabezpieczającym przed samozapyleniem.

Rodzaj Magnolia, dawniej powszechny na całej półkuli północnej, od czasu ostatniego zlodowacenia reprezentowany jest przez gatunki azjatyckie i amerykańskie - równoleżnikowy układ pasm górskich w Europie uniemożliwił magnoliom naszego kontynentu wycofanie się na południe przed nadchodzącym lodowcem i skazał je na wymarcie (stąd nieobecność magnolii w mitologiach europejskich). Rodzaj obejmuje ponad 200 gatunków - i trwają wciąż długie dyskusję systematyków na temat wewnętrznej klasyfikacji (podrodzaje i sekcje) rodzaju oraz odrębności poszczególnych taksonów. Botanicy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa; pod koniec XX wieku opisano nowy gatunek (M. wolfii) występujący na jednym jedynym stanowisku w Kolumbii (w imponującej liczbie trzech egzemplarzy).

Pierwsze "polodowcowe" magnolie przywieźli do Europy z Ameryki Północnej Anglicy pod koniec XVII wieku, stulecie później przyszła kolej na introdukcję gatunków azjatyckich, jednak przełomem w aklimatyzacji nowych gatunków magnolii (i późniejszemu wykorzystaniu ich w hodowli nowych odmian) były wyprawy brytyjskich botaników (Forresta i Wilsona) do Chin (Junnan) na przełomie XIX i XX wieku. Każdy z nich sprowadził do Europy po osiem gatunków magnolii, które do dziś mają kapitalne znaczenie ogrodnicze jako formy wyjściowe do hodowli.

Najbardziej znane odmiany ogrodowe to tak zwane magnolie pośrednie względnie Soulangea (Magnolia x soulangeana), które zawdzięczamy emerytowanemu oficerowi francuskiej kawalerii, Étienne Soulange-Bodin. Dzielny ów mąż, po zawierusze napoleońskiej, zajął się był ogrodnictwem, i w latach 20 XIX wieku skrzyżował dwa chińskie gatunki magnolii (M. liliflora i M. denudata) uzyskując obficie kwitnące, odporne i żywotne mieszańce. Te magnolie święciły (i nadal święcą) triumfy w ogrodach dwu ubiegłych stuleci.


Nieco później do naszych ogrodów trafiła magnolia gwiaździsta (Magnollia stellata) nazwana tak dla kształtu swoich kwiatów. Gatunek ten pochodzi z Japonii, a zaletą jego jest (oprócz wczesnego kwitnienia) kompaktowy rozmiar (nieledwie 3-4 metry). Tuż przed I Wojną Światową niemiecki ogrodnik Loebner skrzyżował magnolię gwiaździstą z magnolią japońską (Magnolia kobus) uzyskując mieszańca (Magnolia x loebneri) kwitnącego nieco później, a nadal niezbyt silnie rosnącego. Oprócz odmian o białym kolorze kwiatów ('Merrill', 'Ballerina') popularne są również formy różowe ('Leonard Messel')

W latach 50 i 60 XX wieku za hodowlę magnolii zabrali się Amerykanie (Francis de Vos i William Kosar). W arboretum w Waszyngtonie skrzyżowano magnolię gwiaździstą (Magnolia stellata) z Magnolia liliflora (co samo w sobie było rzeczą skomplikowaną, bo gdy druga zakwita, pierwsza już dawno przekwitła - ale poradzono sobie z tym przechowując pyłek w lodówce). Uzyskano serię mieszańców, które nazwano zbiorczo ‘Eight Little Girls’ (żeńskie imiona pracownic arboretum:  'Ann', ‘Pinkie’, ‘Jane’, 'Betty', 'Judy', 'Randy', 'Ricki' and ‘Susan’). Bardzo odporne, po magnolii gwiaździstej odziedziczyły niewysoki wzrost, po drugim rodzicu barwę kwiatu - niestety jego kształt jest niezbyt ładny, mało symetryczny: kwitnąca Susan wygląda, jakby ktoś rozrzucił na drzewie purpurowe chusteczki (wiem, bo mam).

Drugi amerykański ośrodek hodowlany, ogród botaniczny w Brooklinie, krzyżował mniej więcej w tym samym czasie Magnolia liliflora z Magnolia acuminata. Uzyskane mieszańce (zbiorczo określane terminem Magnolia x brooklynensis (magnolia brooklińska) kwitną na nietypowy u magnolii żółty kolor. Mało są rozpowszechnione, bo Magnolia acuminata dorasta do 30 metrów (i cechę tę przekazała swojemu potomstwu). Późne kwitnienie jest z jednej strony zaletą: unikamy wiosennych przymrozków, z drugiej jednak wadą, bo kwiaty trochę giną wśród szybko rozwijających się liści.


W latach 80 i 90 rozbłysła gwiazda odmian hodowli nowozelandzkiej (Felix Jury i jego syn Mark). Tutaj gatunkiem wyjściowym była pochodząca z podnóży Himalajów magnolia Cambpella (Magnolia campbellii), którą hodowca pragnął nieco zminiaturyzować, a przynajmniej uzyskać wcześniejsze kwitnienie. Uzyskane odmiany, gdy już trafiły do Europy, podbiły serca ogrodników, gdyż łączą kompaktowe rozmiary (zwykle 3-4 metry) z szlachetnym kształtem i kolorem kwiatów. Tutaj zwłaszcza wyróżniają się 'Vulcan', 'Black Tulip' oraz 'Honey Tulip'. "Po Bekwarkach lutnię" przejął inny nowozelandczyk, Vance Hooper. Jego najbardziej znaną kreacją jest odmiana 'Genie' - trójetapowe prace hodowlane trwały wiele lat, a drzewo genealogiczne zawiera - między innymi - odmianę 'Black Tulip'.


Oprócz magnolii o liściach opadających na zimę istnieją też gatunki zimozielone (choć w  przypadku ich naturalnych stanowisk trudno mówić o zimie jako takiej), a także takie, które na północy swojego zasięgu gubią liście, a na południu wcale nie (np. M. virginiana). Możliwości ich uprawy w Polsce są co najmniej dyskusyjne, choć oczywiście wielu amatorów próbuje. Szczególnie okazała jest Magnolia grandiflora, o dużych nie tylko - jak wynikałoby z nazwy - kwiatach, lecz także potężnych, ponad 20 centymetrowych liściach. A i tak rekord należy do amerykańskiej Magnolia macrophylla o olbrzymich (80-90 cm), opadających na zimę liściach.


Za komuny magnolie były trudno dostępne w handlu, a i to w skromnym asortymencie, co powodowało, że magnolia w prywatnym ogrodzie była niemal symbolem statusu. Magnolie oglądało się w ogrodach botanicznych i arboretach, ewentualnie podziwiało się te poniemieckie we Wrocławiu czy Szczecinie. Pierwszą (i chyba wciąż największą) polską szkółkę magnolii założył pod koniec lat 70 ubiegłego wieku pod Kaliszem mój kolega z (prawie) roku Szymon Zymon (zawsze podziwiałem fantazję rodziców). Teraz już jesteśmy w europejskim obiegu ogrodniczym i wieloma kanałami szybko docierają do nas wszystkie nowości hodowlane. Magnolie wręcz spowszedniały, choć nieumiejętność ich uprawy powoduje, że wciąż cieszą się dużym popytem.


Jak więc uprawiać magnolie? Kluczem do sukcesu jest wybór odpowiedniego stanowiska. Magnolie bardzo źle znoszą przesadzanie, więc należy je od razu posadzić we właściwym miejscu i we właściwy sposób. Po pierwsze, należy dobrać właściwie takson do przewidzianego miejsca (lub na odwrót); niektóre magnolie dorastają zaledwie do dwóch-trzech metrów, a inne do dwudziestu-trzydziestu - co robi sporą różnicę. Po drugie, stanowisko zaciszne (osłonięte od wiatrów), ale słoneczne. Po trzecie: gleba raczej kwaśna niż zasadowa, przepuszczalna, dobrze zdrenowana, choć utrzymująca wilgoć.


Magnolie korzenią się bardzo płytko i zupełnie naturalna jest podświadoma chęć posadzenia ich (nieco) głębiej niż rosły w pojemniku (doniczce). Walczmy z tą pokusą i nie kopmy roślinom grobów. Ponieważ korzenią się płytko, wierzchnia warstwa gleby musi być zabezpieczona przed wysychaniem. Najlepiej osiągnąć to za pomocą ściółkowania korą, co zadba również o prawidłowy odczyn gleby. Magnolie nie mają zbyt dużych wymagań pokarmowych i zamiast nawożenia (wystarczy raz czy dwa w sezonie, a i to najpóźniej do 15 lipca) starajmy się magnolie podlewać regularnie - przy bezdeszczowej pogodzie co najmniej raz w tygodniu (a młode, świeżo posadzone rośliny dwa razy). Pamiętajmy, że system korzeniowy magnolii obejmuje mniej więcej dwukrotny obrys korony, więc lejmy obficie i szeroko.


Magnolie źle znoszą cięcie (nie zasklepiają dobrze ran) więc ograniczajmy je wyłącznie do koniecznych zabiegów usuwania gałęzi już i tak suchych. Magnolie rzadko chorują (najczęściej cierpią wskutek zbyt wysokiego pH gleby, co objawia się chlorozą liści), nie mają też wyspecjalizowanych patogenów i szkodników (amerykańskie czerwce z rodzaju Neolecanium nie dotarły - jeszcze? - do Europy); więc najczęściej mamy do czynienia z ogólno-ogrodniczym zestawem: mszyce, przędziorki, wciornastki, mączniak. I takimiż metodami zwalczania.




środa, 27 lutego 2019

Operowe interludium: Muori dannato! (Tosca, TWON, 26 kwietnia)

Wtorkowy spektakl szedł, o ile zdążyliśmy się zorientować, w obsadzie premierowej. Od samego początku drażnił mnie Cavaradossi (głos na miarę najwyżej Nemorina, a i to używany dość oszczędnie), dopóki na scenę nie weszła ta gruzińska Kim Kardashian udająca Toskę. Bo owszem, wolumen jest, dźwięki są (nie zawsze te, co w partyturze, a i technika ich osiągania wzbudzała co najmniej kontrowersje), ale jakoś nie układały się w muzykę. Dodajmy do tego olbrzymie post-radzieckie kłopoty z włoskim oraz dykcja i mamy Toskę całkowicie fuori stile. Skądinąd, to coś mówi o spektaklu, jeśli jedyną rolą dobrze zapamiętaną z pierwszego aktu był zakrystian (a z trzeciego, uprzedzając fakty, pastuszek). Co do Zalasińskiego, to skomentuję słowami, które Prus włożył w usta Wokulskiemu: "W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce…” - owszem, wyrastał i głosowo i scenicznie ponad swoich protagonistów, po części z uwagi na to, że natura vacuum abhorret, ale to wciąż nie jest pełnowartościowy Scarpia (i, niestety, chyba nigdy nie będzie).

W drugim akcie jakoś spektakl się rozkręcił, przynajmniej dopóki Kim Kardashian nie zaśpiewała Vissi d’arte (bo takiej masakry to chyba wcześniej nie słyszałem - gromkie brawa niezrozumiałe; zapewne dlatego, że część publiczności w ogóle rozpoznała arię, a druga część wyraziła zadowolenie, że już się skończyła). Wcześniej jeszcze Cavaradossi wykogucił się na Vittoria! Vittoria! i w zasadzie przestał emitować - co skłoniło nas do pozostania na widowni również i na trzeci akt, bo byliśmy ciekawi, czy go zreanimują skutecznie w przerwie. Reanimacja się powiodła, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, że na widowni po E lucevan le stelle zapadła głucha cisza. Biorąc pod uwagę, że tego jednego, co potrafił śpiewać zabili w poprzednim akcie, z wytęsknieniem i niecierpliwością wyczekiwaliśmy dwóch pozostałych zgonów.

Jest to dość smutne, że dyrekcja warszawskiej opery nie może czy też nie chce znaleźć w kraju wykonawców głównych ról, zamiast tego posiłkując się wątpliwej jakości importami. W końcu nawet nazwa tego przybytku (Teatr Wielki - Opera Narodowa) prowokuje do pytania: ale którego narodu? Pochwaliłem wcześniej Zakrystiana - czy naprawdę nie ma nikogo do tej roli bliżej niż w Portugalii? Smutne było oglądanie Adama Kruszewskiego w epizodycznej roli Sciarrone - zwłaszcza mając w pamięci jego Scarpię na tej samej scenie prawie dokładnie 14 lat temu.

Nie rozumiem zachwytów krytyków nad reżyserią, która momentami była nieudolna (finał I aktu) i bezsensowna (finał II aktu). Owszem podobała mi się ascetyczna scenografia (i racjonalne wykorzystanie obrotowej sceny) - ale efekt psuły wyświetlane bez sensu napisy. Po podniesieniu kurtyny kilka minut wyświetlano na dekoracjach napis TOSCA - co może tylko źle świadczyć o twórcach spektaklu, bo najwyraźniej uważają publiczność za przypadkowo zebranych idiotów, którym należy przypomnieć na jakie przedstawienie przyszli (podobno na którejś z prób panowie technicy wyświetlili napis TESCO). Największe i zasłużone brawa dla dyrygenta.

---

26/02/2019 (po raz 3)

Floria Tosca - Svetlana Kasyan
Mario Cavaradossi - Massimo Giordano
Baron Scarpia - Mikołaj Zalasiński
Cesare Angelotti - Jasin Rammal-Rykała
Spoletta - Mateusz Zajdel
Sciarrone - Adam Kruszewski
Zakrystian - José Fardilha
Strażnik - Michał Piskor
Pastuszek - Maksymilian Manicki

dyrygent - Tadeusz Kozłowski
reżyseria - Barbara Wysocka
scenografia - Barbara Hanicka

środa, 30 stycznia 2019

Z dala od domu (14) - Uzbekistan (wiosna 2016)

A na Wielkanoc roku 2016 polecieliśmy do Uzbekistanu.

Część 1
Część 2 
Część 3
Część 4
Część 5
Część 6
Część 7
Część 8
Część 9

Z dala od domu (13) - Cypr (jesień 2016)

Z dala od domu (12) - Polacy nie gęsi, Turcy nie indyki (Nowy Rok 2016/7)

Z dala od domu (11) - Śladami Magellana (zima 2017)

sobota, 26 stycznia 2019

Z dala od domu (9) - Meksyk (lato 2017)

Tym razem trafił się nam Meksyk, a to z powodu konferencji Doroty, wokół której obudowaliśmy program turystyczny - z pewnymi wątpliwościami, bo to jednak nominalnie pora deszczowa. Deszczu w Meksyku prawie nie widzieliśmy, za to lato w Polsce było szczególnie ulewne. Sprawozdanie w odcinkach poniżej.

Odcinek 1
Odcinek 2
Odcinek 3
Odcinek 4
Odcinek 5






Z dala od domu (8) - Finlandia na szybko (zima 2017)

Nie najlepsza pora na ten kierunek, ale tym razem nie my wybieraliśmy.

piątek, 25 stycznia 2019

Z dala od domu (7) - Izrael i Grecja (Nowy Rok 2017/18)

Końcówkę roku 2017 i początek 2018 spędziliśmy w Izraelu, wracając przez Grecję, co opisaliśmy w sześciu poniższych odcinkach:

Odcinek 1
Odcinek 2
Odcinek 3
Odcinek 4
Odcinek 5
Odcinek 6

niedziela, 20 stycznia 2019

Z dala od domu (4) - Podróż do Rygi (lato 2018)

Latem zeszłego roku nadrabialiśmy zaległości nadbałtyckie, odwiedzając Rygę i okolice. Część pierwsza - historyczna, część druga - opisowa.

piątek, 18 stycznia 2019

Z dala od domu (3) - Obydwie Macedonie (2018)

Latem wybraliśmy się na Bałkany: najpierw do Macedonii właściwej, a potem do prawdziwej (albo odwrotnie, zależy jak na to patrzeć). Było ciekawie, co skrupulatnie sprawozdaliśmy.

sobota, 12 stycznia 2019

Z dala od domu (2) - Jesienne weekendy 2018 (Düsseldorf i Wiedeń)

Na początku podróży w czasie nasze całkiem niedawne wyjazdy do Düsseldorfu (22-25 listopada) i Wiednia (30 listopada - 2 grudnia).

wtorek, 8 stycznia 2019

Z dala od domu (1) - Po(świąteczno) - noworoczne Włochy i Francja 2018/2019

Od pewnego, dość długiego czasu piszemy do naszych przyjaciół i znajomych listy z podróży. Wzięło się to początkowo z cowieczornego porządkowania wrażeń i planowania kolejnego dnia, które wkrótce przybrało formę coraz bardziej szczegółowych notatek. Po jakimś czasie zaczęliśmy te notatki staranniej redagować i rozsyłać rodzinie oraz przyjaciołom - jako znaki życia, a także aby nie musieć wielokrotnie opowiadać tego samego w odpowiedzi na pytanie "jak było i co widzieliście".

Początkowo w dystrybucji bardzo kameralnej, listy z podróży docierają obecnie kilkudziesięciu adresatów - którzy raczej czytają je (o ile mogę wnosić z ich reakcji) z ciekawością i zadowoleniem. Coraz częściej osoby, z których zdaniem się liczymy zachęcały nas do jeszcze szerszego upubliczniania tych sprawozdań. Po długich namysłach zdecydowaliśmy się na publikację na blogu. Może ktoś się zainspiruje, zaciekawi, odniesie jakoś do swoich wspomnień i wrażeń, a przynajmniej przeczyta z przyjemnością.

Więc tutaj znajdziecie opis naszego ostatniego wyjazdu: jedenastu dni w słońcu, (względnym) cieple i ekspozycji na chlorofil. Voila!