sobota, 30 stycznia 2016

piątek, 29 stycznia 2016

Rozmowa o kolei żelaznej

Pan Jan: Nieuwierzysz mi jak pragnę widzieć okręty wojenne, fregaty; w tem celu ja myślałem zaproponować ci wycieczkę do Portsmutu.
Karol: Ja już byłem tam, ale to mało znaczy, pojadę dla miłości kompanii, ale kiedy ty zamierzasz udać się?
Pan Jan: Jutro rano, przynieś zatem twoje rzeczy do mnie dzisiaj, a my pojedziemy razem.
Karol: Ja przyniosę je zaraz.
[...]
Konduktor: Idźcie panowie do swoich miejsc. Machina (lokomotywa) wyruszy zaraz.
Karol: To jest pierwsze ostrzegawcze świśnięcie. A to jest ostatnie do wyruszenia.
Pan Jan: Jużeśmy ruszyli, właśnie ujechali 6 mil. My jedziemy w stosunku półtory mili na minutę.
Karol: Oto jest pociąg przed nami!
Pan Jan: To jest wracający pociąg.
[...]
Karol: Tu my jesteśmy na pierwszej stacji, o jakże wiele pasażerów tu czeka!
Pan Jan: Jak długo się pociąg tu zatrzyma?
Karol: Trzy minuty. Masz twą butelkę z koniakiem?
Pan Jan: Tak jest, tu jest, i kilka placków.
Karol: O jak chętnie przyjmuje się twoja butelka!
Pan Jan: Aha! Znowu ruszamy, ile jest stacyi jeszcze do Sautamptonu?
Karol: Jest trzy stacje jeszcze, dla czego się pytasz?
Pan Jan: Bo ja chciałbym wysiąść. 

czwartek, 28 stycznia 2016

Rozmówek część przedostatnia

Rozmowa XXV – U bankiera
Pan Jan (mówi w biurze pana Dżems Bankiera): Czy pan Dżems Bankier w domu?

Oficyalista (pokazuje): To jest pan Dżems, rozmawia z tym panem.
Pan Jan (przybliża się) Panie! przybywam z Warszawy, przynoszę ten list rekomendacyjny i weksel wystawiony na pana przez jego korespondenta w Warszawie.
Bankier: Jestem bardzo kontent z szczęśliwego pana przybycia do naszego kraju.
Pan Jan: Ile pan bierzesz za dyskontowanie weksli?
Bankier: To kosztuje bagatelę za tak mały weksel, zważywszy nizki stosunek naszego procentu, pięć na sto.
Pan Jan: Jestem wielce obligowany, muszę korzystać z pańskiej ofiary i zabić dwa ptaki jednym kamieniem (za jednym zachodem zrobić dwa interesa). Dobre popołudnie. Ja tu wstąpie jutro.

środa, 27 stycznia 2016

U wekslarza (Rozmówek cz. 5)

Rozmowa XIV – U wekslarza w Londynie
Pan Jan: Jaka jest wartość holenderskich dukatów?
Wekslarz: My liczemy dukat tu w ogólności 10 szylingów, stosownie do kursu giełdy; zatem zupełnie masz pan 14 dukatów za 7 funtów.
Pan Jan: To zmniejsza moją kalkulacyję. Powiedziano mi, że podług raty giełdowej była 9 i pół.
Wekslarz: Prawdziwie tak, ale muszę panu powiedzieć, że kurs giełdy jest wyższy teraz, aniżeli był kilka dni temu.
Pan Jan: Kiedy tak, nateraz muszę ustąpić, i tylko proszę pana abyś mi dał dukaty, którym niebrakuje wagi, ponieważ wielu żydów posiada talent ich obrzynania.
Wekslarz: Oo! ja to wiem, i z tej przyczyny ja sam zawsze ważę.
Pan Jan: Ten stosunek wymiany jest dość korzystny. Gdybym potrzebował więcej wymiany, przyjdę do jego biura. Życzę panu dzień dobry.

wtorek, 26 stycznia 2016

Rozmówki (cz. 4)

Dialog VII – Wstąpienie do Restauracyi na drugie (przedpołudniowe) śniadanie
Pan Jan: Karolu, czy byłeś tu wprzódy?
Karol: Nie, to jest pierwszy raz, ale to zdaje mi się piękny dom (zakład).
Pan Jan: Tak też jest, wszyscy wiedzą, że Albionu Restauracya ma dobrą kuchnię (albo sposób gotowania). Teraz napiłbyś się wódki przed śniadaniem?
Karol: Napiłbym się wódki z jęczmienia (irlandzkiej, szkockiej), koniaku (francuzka wódka z winogron), dżynu (holenderskiej wódki z owsa i jałowca jagód), mocne trunki zaostrzają apetyt.
Pan Jan: Lokaju, jakie mięsiwa możesz nam dać na nasze śniadanie.
Sługa: Różne pieczenie, jako to wołową, baranią, wieprzową, cielęce kotlety, brunświckie kiełbasy, ozory marynowane, wędzone, jorkskie szynki i ser.
Pan Jan: Dobrze wiec Karolu, cobyś chciał mieć?
Karol: Ja zostawiam to tobie samemu.
Pan Jan: Kiedy tak, powiem ci prawdę, jestem znudzony wszystkimi pieczeniami. Lokaju, przynieś nam wędzonego ozora i jaki sos.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Rozmówki... (cz. 3)

Rozmowa V – W Hotelu
Pan Jan: Lokaju, mogę ja tu stanąć?
Sługa hotelowy: Tak panie, ale czy pan życzysz na pierwszym, czy na drugim piętrze?
Pan Jan: To mi jedno, nie lubię na dole (na gruntowej podłodze).
Sługa hotelowy: Zatem mogę panu wygodzić. Ile pan pokoi potrzebujesz?
Pan Jan: Ja potrzebuję dwa, pokój sypialny i bawialny. Jaka jest płaca za takowe pokoje dziennie? Jakie są płace stołowania?
Sługa hotelowy: Za pokoje trzy szylingi. Śniadanie z mięsem jeden szyling i sześc penów, obiad dwa szylingi, a herbata wieczorem jeden szyling. Służący ośm penów.
Pan Jan: Czasem będę potrzebował stołowania, a czasem nie, właśnie jak się wydarzy, dam zawiadomienie w czasie.
Sługa hotelowy: Czy pan życzy czego na teraz?
Pan Jan: Za pół godziny przyprowadź mi kaba (karetkę o dwóch kołach).
Sługa hotelowy: Proszę pana kab jest gotowy.
Pan Jan: Ja idę właśnie, niech poczeka, ale pokaż mi wprzódy gdzie jest wychodek (wodny gabinecik)?
Sługa hotelowy: Oto jest.
Pan Jan: Lokaju, moja bielizna jest cała brudna, musi być wypraną.
Sługa hotelowy: Wezmę ją ze sobą, pokaż mi co pan masz. Będzie gotowa na sobotę.

niedziela, 24 stycznia 2016

Rozmówek ciąg dalszy (cz. 2)

Rozmowa III – Mówiąc ze strażnikami Komory Celnej
Pan Jan: Proszę pana, czy muszę ja tu długo czekać, nim ja będę mógł pójść do miasta i zabrać mój pakunek ze mną?
Obcy: Ja nie jestem pewny, niektórzy mówią, że nasz pakunek będzie wzięty do Komory Celnej i egzaminowany.
Pan Jan: A kiedy ja będę mógł mieć napowrót?
Obcy: Tego wieczora, albo jutro rano o dziewiątej godzinie
Inny obcy: Kapitan powiedział mi przeciwnie, że my musimy czekać na nasz pakunek tu, który będzie odpakowany w przeciągu pół godziny i natychmiast przerewidowany.
Pan Jan: To lepiej, ale cóż ja zrobię, ja zgubiłem mój paszport?
Obcy: To szkoda, bo tylko po wylądowaniu że cudzoziemiec pokazuje paszport. W każdym razie, Pan musisz pójść do Rossyjskiego Ambasadora, 30 Dover ulica, aby dostać takowy, albo oddać go do podpisu. Ja widzę urzędnicy celni nadchodzą.
Urzędnik: Panie, z czego się pana pakunek składa?
Pan Jan: Ja nie mam wiele, ośm mam artykułów liczebnie, które są: drewniana skrzynia, dwa kufry pokryte skórą (włosem), dwa skórzane pudełka, dwie torby z dywana, jedno pudełko od kapelusza, jedno pudełko papierowe.
Urzędnik: Poczem ja je poznam?
Pan Jan: Pan znajdziesz kartkę przylepioną do każdego artykułu z mojem nazwiskiem.

Urzędnik: Tu one są na samym przedzie, Pan wkrótce będziesz wolny. Czy masz pan co zabronione prawem przywozu, albo towary opłacające Cło?
Pan Jan: O ile ja wiem nie mam kontrabandy, ani takowych towarów.
Urzędnik: Pan musisz mi dać klucze od swoich skrzynek albo otwórz je sam.
Urzędnik: Ja widzę że wszystko co masz może przejść, możesz pan iść na brzeg.
Pan Jan: O jakże jestem szczęśliwy że moja rewizya zakończona. Tragarze weźcie mój pakunek i chodźcie za mną (albo zanieście go do omnibusów, karetki na dwóch kółkach, dorożki).
Tragarz: Ja ci zaniosę twoje rzeczy do jakiego hotelu, jeśli tam zechcesz iść.
Pan Jan: Bardzo dobrze, przewodnicz mi do city albo gdzie około środka tegoż.
Tragarz: Gdzie chcesz pan iść (dokąd)?
Pan Jan: Ja sam nie wiem, jestem obcy tu, zaprowadź mnie do jakiego hotelu, albo porządnego prywatnego mieszkania, czy znasz jakie? Czy ten hotel dogodny dla zwiedzających stolicę, a którzy przyjeżdżają jedynie dla przyjemności?
Tragarz: Tak panie, on jest w każdym względzie. Omnibusy przechodzą koło domu. Parowce przechodzą w górę i w dół rzeki. Ciepłe kąpiele zawsze gotowe.

sobota, 23 stycznia 2016

Rozmówki polsko-angielskie (cz. 1)

Rozmowy podręczne dla podróżujących do Londynu Polaków nieumiejących zupełnie Języka Angielskiego” przez Fr. Kuszla, Warszawa 1857:

Trudności w jakich znajdują się często przybyli do Londynu Polacy, nieumiejący zupełnie Języka Angielskiego, zwłaszcza przy zimnem usposobieniu tego narodu, spowodowały mnie do wydania podręcznych Rozmów, za pomocą których w przypadku potrzeby, przynajmniej w najkonieczniejszych stosunkach codziennego życia z Anglikami porozumieć się będą mogli [...]. Rozmowy ułożone są w trzech kolumnach, w pierwszej po Polsku, w drugiej po Angielsku jak się wymawia, w trzeciej po Angielsku jak się pisze.


Rozmowa I – Odwiedziny
(Pan Jan dzwoni, sługa wychodzi.)
Pan Jan: Czy pan i pani w domu?
Służący: Oni są (oni nie są) w domu. Masz pan jaki interes?
Pan domu: Jestem szczęśliwy pana oglądać, jak się pan ma?
Pan Jan: Zupełnie dobrze, dziękuję mu.
Pan domu: Jakież nowiny możesz nam powiedzieć?
Pan Jan: Nie ma nowin. Pan Wilson zasyła panu swoje uszanowanie.
Pan domu: Dziękuje panu. Tu jest moja żona i córka.
Pan Jan: Dzień dobry pani Fulton, jakęś się pani miewała od czasu jak panią widziałem na ostatku?
Pani Fulton: Ja byłam chora przeszłego tygodnia, ale teraz jestem zupełnie dobrze. O co za rzadki gość! Pan lepiej wyglądasz teraz, aniżeli kiedym go widziała na ostatku. A jakże zdrowie pańskiego ojca?
Pan Jan: On zawsze średnio, on ma się po dawnemu.
Pan domu: Siadaj proszę.
Pan Jan: Nie mam czasu, ja tylko wstąpiłem przechodząc.
Pan domu: Chciałbyś pan odejść tak prędko?
Pan Jan: Smutno mi jest opuścić państwa, ale wielkiej wagi mam interes.
Pan domu: Kiedy tak, nie będę zatrzymywał pana.
Pan Jan: Adieu!


piątek, 22 stycznia 2016

Rostafiński, odcinek ostatni

Werbena, koszyszczko, żeleźniak (Verbena officinalis):
Gdy który idzie lekarz do niemocnego to werbenę weźmie ze sobą w rękę, a przyszedszy spyta niemocnego, jako się na zdrowiu ma, jeźli chory rzecze dobrze, tedy będzie rychło zdrów, a jeźli rzecze niedobrze, tedy rychło umrze; a tak wielu ludzi prostych tym ziołem wróżki rozmaite i gusła czynią.
Korzeń rozdzielić na części, jednę choremu na wole przywiązać do szyi, drugą w dymie wędzić, w miarę jak ta druga część będzie schnąć i wole będzie niszczeć. Gdyby tak uleczony nie zapłacił doktora, ten puszczając obie części na wodę sprawi, że choremu wole odrośnie i już spędzić się nie da.


Koper włoski, fenkuł (Foeniculum officinale):
Od białych głów rany kąsane leczy.
Odmładza starych ludzi.

Kmin rzymski, kmin kramny (Cuminum cyminum):
Piersi obwisłe czyni skromne.

czwartek, 21 stycznia 2016

Wciąż jeszcze Rostafiński

Ruta (Ruta graveolens):
Łasica, gdy ma walczyć z wężem, pożywa rutę i tą wonnością go zaraża, także i bazyliszka.


Dymnica pospolita, ruta polna lub jara (Fumaria officinalis):
Rutę jarą żuć z bobkami kramnymi i potem charkać na oczy z bielmem, to je spędza.

Sałata, laktuka, łocyga (Lactuca sativa):
Ktoby włożył w koci lub owczy bobek nasienie sałaty, rzodkwi i inne, to nasienie rzodkwi obróci się w korzenie, inne w nać, a sałata będzie rozmaitego smaku, stosownie do nasion razem wysianych.


Czyściec roczny, kotcza szanta (Stachys annua):
Kto ją trzyma w ręku może jadowite niedźwiadki rękami brać bez obrazy.

Rdest wężownik, gajowa miodunka, żmijowiec (Polygonum bistorta):
Leczy się nim jeleń od postrzału.

Niepokalanek pospolity, włoska wierzba, czysty baranek (Vitex agnus-castus):
Słany w łóżko czyni ludzie jakoby wałachy.

Żeniszek (Ageratum):
Pożyteczny chudym ludziom.

Lilia złotogłów, maleśka (Lilium martagon):
Noszona zabezpiecza od obrażenia przez innych.

Barszcz zwyczajny (Heracleum sphondylium):
Korzeń pod pewnymi aspektami kopany i zawieszony dziecku na szyi czyni je we wszem posłuszne i miłe. Ale rózga i laska do tego lepsza, któremi złe dzieci wzbierając, czynią je dobre, powolne i posłuszne rodzicom, a potem miłe.

środa, 20 stycznia 2016

Rostafiński, odcinek dla dorosłych

Łoczydło (Thapsia garganica):
Zsiniałości od uderzeń rozpędza i zgładza w ciągu jednej nocy.
Membrum virile miąższy i dłuższy czyni.
Kopany pod pewnymi aspektami i na szyi zawieszony rozpędza melankoliję i serce wesołym czyni.


Pierwiosnek łyszczak (Primula auricula):
Zbytnio ziejące łono ścieśnia.

Majoran, majeranek (Origanum maiorana):
Jest antiaphrodisiacum.
Świnie uciekają przed jego wonią.
Łono ścieśnione rozprzestrzenia.

Marchew (Daucus carota):
Marchwiany sok pomazany na grzędzie, na której siedzą krogulce, zabija im wszy.

wtorek, 19 stycznia 2016

Rostafiński, ciąg dalszy

Bernardynek, drapacz lekarski, turecki czubek, kardus (Cnicus benedictus):
Komuby przez sen jaszczurka wpadła, wywodzi ją statecznie.


Tykwa pospolita, banie, kurbasy, tykwy (Lagenaria vulgaris):
Niewiasty podczas czyszczenia nie powinny ani ich dotykać, ani między niemi chodzić, boby się banie zaraz w niwecz obróciły.

Barwinek (Vinca minor):
Odwarem myta głowa kołtunieje.

Heliotrop zwyczajny, brodawnik (Heliotropum europeum):
Nałożony na szyi zabezpiecza przed niedźwiadkami, które od takiego człowieka uciekają.
Kto go trzyma pod poduszką, zobaczy kradnącego złodzieja.
Położony w kościele nie pozwala wyjść wiarołomnym niewiastom.
Gdyby go nosił złodziej lub rozpustnik, nikt o nich nie będzie źle mówił.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Kapusta i jej zastosowanie

Z Rostafińskiego („Zielnik czarodziejski”, Kraków 1893):
Kapusta, brzoskiew ogrodna (Brassica oleracea) 
Kapusta biała smrodliwe ciało czyni, kto ją często pożywa. Ma nieprzyjaźń z winną macicą i nawzajem się niszczą. Wzrok mdły i ciemny czyni, przeto uczeni mają się strzec jej używania. Woda, w której była przeparzana, przeczyszcza, jeśli zaś wrzała, to zastanawia. Przed innymi potrawami użyta chroni od pijaństwa, a po nich użyta rozpędza upicie. Dzieci często jej używając szybko rosną. Głąb surowo jedzony martwy płód wywodzi. Żeby kapusty i ogrodowizny robactwo nie jadło zawieszać na płocie kobyli łeb, albo zawiesić raka.

niedziela, 17 stycznia 2016

Rychłe ziemniaki z dominium kórnickiego

Kórniczanin z 15 września 1875 informuje:

Przeliczmy i policzmy. Szefel to drewniana skrzynia o pojemności około 55 kg ziemniaków. Morga pruska (tak zwana duża, bo była jeszcze mała morga pruska, zwana częściej magdeburską) to dokładnie 0,5673 ha. Czyli mniej więcej 12,5 tony z hektara. Obecnie w Wielkopolsce zbiera się (w zależności od roku) 25 ton ziemniaków z hektara. Czyli jednak całkiem sporo poszliśmy do przodu (pomimo stonki). 

Co do wartości, przeliczmy ziemniaki na papierosy. Fabryka papierosów „Piast” na Wielkiej Berlińskiej 64 na poznańskich Jeżycach oferowała papierosy „Bazarowe” w cenie 20 fenigów za paczkę 10 sztuk i papierosy „Piast” za 15 fenigów. Czyli (przeliczając na obecne paczki po 20 szt) za 55kg ziemniaków można było kupić 10 paczek papierosów. Ani nie jem ziemniaków, ani nie palę, więc na tym zakończę, ale pobieżnie wychodzi mi, że albo dawniej papierosy były tanie, albo ziemniaki drogie.

Słoń a sprawa polska


W 1899 r. redakcja miesięcznika „Krytyka”, właśnie założonego w Krakowie, w „austriackiej Polsce” postanowiła „przypomnieć sprawę polską opinii Zachodu, poznać o ile w osobach swych najcelniejszych przedstawicieli obznajomiony jest z położeniem narodowym i społecznym Polski, przekonać się, co o tym położeniu sądzi i jakie na przyszłość stawia horoskopy”. Rozesłała tedy do prawie pięciuset „wybitnych osobistości w dziedzinie publicystyki, literatury, nauk historycznych i społecznych, a więc do tych, którzy najwięcej wpływać mogą na opinie swych krajów” – kwestionariusz zawierający następujące pytania:

1. Czy cywilizacja polska jest obojętna lub też nie dla postępu Europy Zachodniej?
2. Czy w dzisiejszych warunkach możliwy jest rozwój prawidłowy narodu polskiego i jak sądzić należy politykę germanizacyjną i rusyfikacyjną?
3. Czy istnienie niepodległej Polski nie wpływałoby korzystnie na rozwój Europy Zachodniej?
4. Czy Polska może odzyskać swą niepodległość i jaką drogą?
Na rozesłaną ankietę wpłynęło 58 odpowiedzi, które zostały opublikowane i omówione w kolejnych numerach "Krytyki". Kilkunastu respondentów przysłało odmowę wypowiedzi, głównie argumentowaną nieznajomością spraw polskich (Zola), ale też z uwagi na zajmowane stanowiska polityczne. Na użytek czytelnika w zaborze pruskim, wspomniany już dr. Celichowski wydał w Poznaniu w 1900 (pod pseudonimem Bojan) broszurkę "Poglądy cudzoziemców na sprawę polską", stanowiącą streszczenie wyników ankiety.

Spora część wypowiedzi zawiera (sprowokowane) zachwyty nad zasługami Polski dla Europy: Polska w średniowieczu "zasłoniła Europę i zbawiła ludzkość" (chodzi o najazdy tatarskie). Drugi raz zapunktowaliśmy oczywiście pod Wiedniem, a trzeci raz (w oczach Francuzów) odciągając insurekcją kościuszkowską kozaków Katarzyny od zdławienia rewolucji francuskiej. Choć oczywiście jeden z francuskich respondentów przytomnie zauważa: 
Jakże, kochany kolego, możecie zapytywać Francuzów o ich zdanie co do przyszłości Polski niepodległej? Chcecie, aby zasmucili już to Polaków, których kochają, już to Rosjan, których są sprzymierzeńcami?
Z czterech odpowiedzi, które nadeszły z Anglii, trzy są, zdaniem Celichowskiego, niewarte wyszczególnienia -

Rozczarowuje Celichowskiego opinia Duńczyka Georga Brandesa, który zarzuca Polsce, że "nie służy postępowi, ponieważ zespoliła się niemal ze sprawą kościoła rzymskiego i służy sprawie rzymskiej". Ale najbardziej zabolały "zgryźliwe" uwagi Borisa Minzesa, profesora uniwersytetu sofijskiego:
Tak, mamy teraz Googla, więc możemy potwierdzić. Wróćmy jeszcze na chwilę do opinii profesora (Celichowski się zastanawiał też, czy to aby na pewno słowiańskie nazwisko):
Nasuwa się tu więc nowe pytanie: o ile Polacy po wiekowej podległości okazują się obecnie zdolni do utworzenia państwa narodowego, nie popadając w dawne grzechy w życiu państwowem? Pod tym względem przedewszystkiem ważna jest Galicja, gdzie naród polski ma stosunkowo najwięcej swobód politycznych. I właśnie tu jezuityzm i oligarchiczna arystokracya najgorsze rodzi owoce, a zachowana od wieków przepaść między Polakami a Rusinami, szerszą jest niż kiedykolwiek.
Oczywiście, komentuje Celichowski, to zaborca nas zdemoralizował, przepaść wykopana za rosyjskie ruble (?) knowaniami Metternicha. A dalej już w stylu znanym: że przecież Bułgarzy sami nie dorośli do własnej państwowości i powinni wrócić pod dawne jarzmo tureckie (za którym tęsknią jedni) lub nowe rosyjskie (za którym wzdychają pozostali).

Rozprawiwszy się z niecnymi knowaniami bułgarskimi, autor kończy optymistycznie:







sobota, 16 stycznia 2016

Otrucie w Wystruciu

Efemeryczny (dziewiętnaście numerów w 1875) dwutygodnik "Kórniczanin", wydawany i redagowany staraniami dr. Celichowskiego (bibliotekarza Biblioteki Kórnickiej), w dziale Rozmaitości donosi:
Zastanawiające, dlaczego pismo o ambicjach bardzo lokalnych zajmuje się znienacka kryminałkami dość odległymi.

czwartek, 14 stycznia 2016

Z tysiąca i jednej nocy

Kurjer Warszawski, 16 stycznia 1823 ("Nowości Zagraniczne. Od Granic Tureckich"):
Basza Janiny Omer Wrione przez powtórny firman Sułtański został wezwany, aby niezwłocznie stawił się w Stambule i wyjawił co się stało z skarbami Allego, lecz Omar dotąd wzbrania się dopełnić tego rozkazu, i myśli połączyć się z innym Baszą także powołanym do Stambułu, mówią nawet, że już ci obadwa Baszowie pobili hufiec przysłany po nich. Ta niezgoda Muzułmańska jest nader korzystna dla Greków. 
Gazety Londyńskie obszernie opisują zwycięztwa jakie odniósł Królewicz Perski nad Turkami, co się stało ieszcze w Sierpniu, zabrał on Turkom wszystkie bagaże i wiele armat rozmaitego kalibru. 
Odebrano listy w Mołdawii, że Basza Widynu napadł na Grecką karawanę, która z Macedonji prowadziła różne potrzeby woienne i miał 200,000 piastrów, Basza to wszystko zabrał, a Greków składających karawanę co do iednego wymordował. 
Z Stambułu doszły potwierdzające doniesienia o zgonie Haleta, Lud z największą radością przypatrywał się głowie owego poufalca Sułtańskiego i cieszy się z iego nieszczęścia.
Gdy trwało zaburzenie w Stambule, Sułtan przebrany wprosty ubior udał się do Wielkiego Wezyra, i rozmawiał z nim blizko przez godzinę, poczem oddalono 12 najznakomitszych Urzędników oddawna od Janczarów nielubionych.
Dwa Angielskie okręty naładowane zbożem wypłynęły ze Smyrny, napodkały ich okręty Greckie Jdryotów, a będąc w przemagającej sile żądały rewizji, znaleziono w rurce od Komina okrętowego mały list, w którym donoszono Dowódcy tureckiemu w Napoli di Romanja ża Basza Smirny posyła mu zboże pod fałszywemi paszportami fraktowemi, żadaiąc aby Anglikom za to podług umowy wypłaconem było. Grecy zabrali owe okręty Angielskie i zaprowadzili do Jdrji.

środa, 13 stycznia 2016

Bitwa z terorystami w Londynie

Kurjer Warszawski, 5 stycznia 1911 donosił:



Artykuł z wikipedii: tutaj.

wtorek, 12 stycznia 2016

Plaga w Płocku

Zwraca uwagę "artystka" w cudzysłowiu. Doprawdy, strasznie to protekcjonalne, bo czyż w Płocku nie ma prawa być prawdziwych artystów?

Za to w Budapeszcie autentyczny baron cygański:


[źródło: Kurjer Warszawski, 4 stycznia 1911]

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Pendolino, wersja poprzednia


9 stycznia 1821 Kurier Warszawski informował:


Z braku istotniejszych wiadomości krajowych, omówienie wyników LOTTO:

niedziela, 10 stycznia 2016

A w Hiszpanii...

Jak informuje "Kurjer Warszawski" z 4 stycznia 1821:

Tymczasem na ziemiach polskich:

'Pudelek' to nie jest nowy wynalazek:


sobota, 9 stycznia 2016

Komitet Obrony Monarchii Konstytucyjnej

Kurjer Warszawski, 1 stycznia 1821:

Na zebraniu Gminu w ratuszu miasta stołecznego Londynu uchwalono większością głosów adres do Króla, z prośbą ażeby teraźniejszych ministrów uchylił. Na tem zgromadzeniu prezydował Lord Mayor i wysoką powagą dostojnego urzędu swego wielkie nadał znaczenie. Petycję te podał w zeszłą sobotę Monarsze, w przytomności Aldermanów i Deputacji z Miasta. 
Odpowiedź Króla była następująca: "z najdotkliwszym smutkiem przyjmuję adres i petycję podaną mi przez Lorda Mayora, Aldermanów i Deputacji z mieszkańców Miasta Londynu; jakiekolwiek powody skłoniły uchwalających petycją, jest jednakże oczywistym, iż inszego niebyło celu jak zapalać namiętności i uwodzić mniej oświeconych z poddanych moich, i pomnażać trudności z jakimi teraz mamy do walczenia"

Zabytki Aragonii



Kurjer Warszawski, 15 stycznia 1822 donosił:

piątek, 8 stycznia 2016

Poprawność polityczna tu i tam

Wielka Brytania (1939), oryginalny tytuł powieści: Ten Little Niggers
Pierwsze wydanie amerykańskie (1939): And Then There Were None (w tekście wierszyka: "Ten Little Indians")
Kolejne wydania amerykańskie: Ten Little Indians


Film 1989 (UK): Ten Little Indians
Film 2015 (UK - BBC): And Then There Were None (w tekście wierszyka: "Ten Little Toy Soldiers" - nawet Hindusi stali się non-kosher)

Film 1987 (ZSRR): Десять негритят

Król Albanii


Po szerokim szukał świecie, tego, co miał całkiem blisko. Podróż nie przyniosła spodziewanych efektów. Rok później siostra, która przeglądają węgierski żurnal, zobaczyła w rubryce towarzyskiej zdjęcie młodej węgierskiej hrabianki. Zrobiło na niej takie wrażenie, że zdecydowała się pokazać je królowi, który właśnie wciąż poszukiwał żony. Zog I zafascynował się młodą Węgierką i wysłał jej zaproszenie na bal sylwestrowy w pałacu królewskim w Tiranie. Historii z pantofelkiem nie było, za to miłość od pierwszego wejrzenia, szybki ślub, i dzieciątko urodzone w przepisowym czasie. Potem ucieczka z niemowlakiem przed wkraczającymi wojskami Mussoliniego. I długie lata na emigracji.

Ale i tak najwybitniejszym królem Albanii był Otto Witte.



środa, 6 stycznia 2016

Złoty pociąg, wersja wcześniejsza

Wydawany w Łodzi Głos Poranny na stronie 3 wydania z 20 kwietnia 1936 donosi:

Z rozprawy sądowej przed sądem karnym w Duisburgu, przed którym stanął były zarządca dóbr księcia Henckel - Donnersmarck, oskarżony o sprzeniewierzenie, dowiadujemy się, że w r. 1918, gdy pod koniec wojny wojska niemieckie pod dowództwem gen. Liman v. Sandersa musiały wycofać się z Palestyny, na rozkaz generała niemieckiego kasa wojenna, w której znajdowało się miljon funtów w niemieckich monetach złotych, została ukryta w pieczarze Libanonu, aby ją uchronić od jakiegokolwiek zamachu. Jedyny żyjący dotychczas członek oddziału pionierskiego, który wówczas pracował przy ukrywaniu skarbu, wszczął starania, które wkrótce doprowadziły do osiągnięcia zgody rządów niemieckiego i angielskiego na wysłanie ekspedycji celem odnalezienia skarbu, przy czem oba rządy miały mieć udział w odszukanem złocie, tak że przedsiębiorcy pozostałaby do dyspozycji czwarta część wartości skarbu.Pewien niemiecki dyrektor banku w Istambule oświadczył gotowość sfinansowania tej ekspedycji i na jesieni 1934 r. przekazał do Duisburga 675 marek niem., za które oskarżony obecnie o sprzeniewierzenie miał pojechać do Turcji. Jednak całe przedsięwzięcie rozbiło się ostatecznie o to, że rzeczywistym finansistą był nie dyrektor banku w Istambule, lecz mieszkający na Bałkanach żyd, Hugo Meyer, obywatel niemiecki, który zażądał dla siebie trzeciej części czystego zysku z ekspedycji.Niemieccy członkowie ekspedycji orzucili współpracę z żydem, tak że ekspedycja wogóle nie doszła do skutku. Jako jedyny wynik wszczęta została skarga dyrektora banku o zwrot wysłanych w międzyczasie 675 marek.Tak więc skarb niemiecki w złocie, jeśli w ogóle istniał, znajduje się wciąż jeszcze w pieczarze w Lebanonie.
Obecnie, za pomocą wyszukiwarki internetowej łatwo i szybko można ustalić fakty. A więc zgadza się, że Meyer. Ale nie Hugo, tylko Ernest. Nie w Palestynie, tylko w Afryce Południowej. I nie milion funtów w złocie, tylko co najmniej dwa. I nie w 1918, tylko 18 lat wcześniej. A resztę doczytajcie sami tutaj

wtorek, 5 stycznia 2016

Pomiędzy Moskwą a Addis Abebą

Kurjer Poznański z niedzieli 19 kwietnia 1936 w artykule pod tytułem "W przededniu zdobycia Adis Abeby" donosi:
Skąd w 1936 wziął się Rosjanin w Etiopii? Nie, nie wysłał go Stalin w charakterze jednoosobowej brygady międzynarodowej. Miszka Babitcheff był synem carskiego oficera Iwana Babiczewa, który przybył do Abisynii w 1898 jako członek wojskowej eskorty misji dyplomatycznej. Iwanowi Babiczewowi w Afryce włączyły się szwendacze, porzucił placówkę i przyłączył się do wyprawy kartograficznej na pogranicze etiopsko - kenijskie. Za rażące naruszenie dyscypliny Babiczew został wyrzucony z armii i wezwany do powrotu do Rosji. Pierwszym się nie przejął, drugie zignorował i zaproponował swoje usługi cesarzowi Menelikowi II. Ten ucieszył się bardzo, nadał Babiczewowi majątki, godności i tytuły oraz swoją krewną za żonę. Gdy car w końcu zdecydował się ułaskawić Babiczewa, ten był już gubernatorem prowincji, dowódcą straży cesarskiej i ojcem piątki dzieci, w tym Miszki.

Miszka Babitcheff wybiera karierę wojskową, początkowo naziemną, później zostaje pierwszym lotnikiem cesarstwa. Haile Selassie wysyła go do Francji (stąd zmiana pisowni nazwiska), aby wyszkolił się na pilota. Po powrocie uzyskuje nominację na dowódcę lotnictwa Abisynii. Wkrótce wybucha wojna z Włochami. Babitcheff nie ma specjalnie pola do popisu - lotnictwo etiopskie ma tylko kilkanaście przestarzałych maszyn. Biografia Miszki podaje, że przed upadkiem Addis-Abeby Babitcheff osobiście wywiózł cesarza na pokładzie samolotu do Djiboutti, co nie znajduje potwierdzenia w faktach: Selassie ewakuował się ze stolicy wraz ze skarbcem i dworem pociągiem (którego Włosi łaskawie nie zbombardowali).

Po wyparciu Włochów z Etiopii i restytucji cesarstwa, Babitcheff odbudowuje lotnictwo, ale już w 1944 zostaje wysłany jako prawie ambasador (charge d'affaires) do 'kraju ojców', w międzyczasie transformowanego w ZSRR. W Moskwie zakochuje się w Rosjance, żeni się, wkrótce rodzi im się syn. W styczniu 1948 Babitcheff doznaje rozległego wylewu. Radziecka medycyna ratuje mu życie, ale dalsze leczenie neurologiczne i rehabilitacja możliwe jest w Szwecji. Jako obywatel etiopski i dyplomata może wyjechać bez problemu, ale pomimo błagalnych listów do Mołotowa (ówczesnego ministra spraw zagranicznych) i Wyszynskiego (jego zastępcy), żona i syn musza pozostać w ojczyźnie światowego proletariatu. 

Operacja w Sztokholmie częściowo likwiduje skutki paraliżu i przywraca możliwość samodzielnego poruszania się. Nie ma jednak mowy o powrocie do aktywności zawodowej. Babitcheff wraca do Etiopii i podejmuje starania o sprowadzenie rodziny z ZSRR. Los i władze radzieckie mu nie sprzyjają. Prezydium Rady Najwyższej ZSRR 15 lutego 1947 wydało dekret zakazujący małżeństw pomiędzy obywatelami ZSRR a cudzoziemcami. W 1949 żona Babitcheffa zostaje usunięta z dotychczasowego mieszkania w budynku 'dyplomatycznym' - wraca do rodziców i panieńskiego nazwiska (władze korygują również akt urodzenia syna usuwając informacje o ojcu). W 1956 wychodzi ponownie za mąż.

Listy Babitcheffa do żony wracają z adnotacją 'adresat nieznany' bądź 'adresat wyjechał w nieznanym kierunku'. Również kanały dyplomatyczne zawodzą. Babitcheff umiera w Addis Abebie w 1964. Jego syn odnajduje grób ojca w 2010. To już czasy, kiedy Miedwiediewowi i Putinowi potrzebne są symbole odwiecznej przyjaźni rosyjsko - etiopskiej. Najlepiej kamienne.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Nasi w Angoli

Maria Zamoyska  “Wyprawa na południe Angoli” (Warszawa 1935)
Boa-Serra, piątek, 9 października 1931. Wybieramy się na południe Angoli po zakup krów, a przy okazji mamy zamiar trochę zapolować. Od kilku dni wyciągnęliśmy namioty i musztrujemy naszych murzynów w szybkiem ich rozkładaniu i zwijaniu, ale nie idzie im to dość składnie […] 
Przebywszy od Huambo 634 km., przyjechaliśmy do miasteczka Mutano (lecz powszechnie nazywane Humbi, tak też i my nazywać je będziemy).  […] Humbi bardzo ucierpiało podczas wielkiej wojny, kiedy i tu w kolonji walczyli Portugalczycy z Niemcami z sąsiedniej Süd-West Afryki. Rok 1915 był rokiem klęski: głód, choroby, wojna, tak że biali uciekli prawie wszyscy, a murzynów dużo pomarło, inni zaś przenieśli się w spokojniejsze strony. Jak nam opowiadał miejscowy administrator, w jego okręgu liczba czarnych spadła z 60 do 3 tysięcy… Rok ten dobrze zapisał się w pamięci wszystkich, jako straszne “desastro”. 
Już w poprzednim roku rozpoczęła się wojna z Niemcami, lecz przedtem, póki w Europie Portugalja nie wypowiedziała się jeszcze przeciwko Niemcom, tu w kolonji pograniczne oddziały Niemców i Portugalczyków żyły ze sobą w zgodzie i często zapraszano się nawzajem. Była też między nimi umowa, że kto pierwszy dowie się o wojnie, ten lojalnie zawiadomi przeciwnika. Tymczasem Niemcy dowiedzieli się o tym pierwsi, lecz, choć poprzedniego dnia byli na obiedzie u Portugalczyków, w ich wojskowym pogranicznym posterunku, nie zawiadomili ich o tem i tejże samej nocy, bez ostrzeżenia, napadli na nich i w pień wycięli. Powtarzamy to, cośmy słyszeli od miejscowego mulata, który nam to opowiadał, jako fakt autentyczny. Mulat ów, Joakim d’Almeida, jest jednym z licznych synów Antonia d’Almeida, dzielnego wodza portugalskiego, który w 1878 r. walczył z murzynami w czasie okupacji i pacyfikacji południa Angoli. 
Rozpoczęła się w kolonji wojna z Niemcami, a obie białe armje miały za sobą podburzone plemiona murzyńskie, tak że czarni walczyli między sobą. Lecz odbyła się tylko jedna bitwa, pod Naulile, gdzie oddziały portugalskie zostały przez Niemców i murzynów rozbite. Co jednak najciekawsze, oto obaj przeciwnicy, błędnie informowani przez murzynów o wielkich siłach wroga, oddalali się pośpiesznie od pola walki, tak że Portugalczycy uciekli na północo-zachód, do Gambosz, Niemcy zaś na południe, gdzie potem zostali rozbici przez wojska angielskie. Tymczasem w całej tej części Angoli zapanowało zupełne bezkrólewie, z czego skorzystali królikowie murzyńscy, aby mordować białych, jak również aby walczyć między sobą. (I to nie przy pomocy łuków i oszczepów, lecz używając porządnych Mauzerów, dostarczanych ongiś przez Niemców).W końcu 1915 r. oddziały portugalskie zaczęły powoli wracać na południe, staczając krwawe bitwy z murzynami. Ażeby zrozumieć trudności białych wojsk w walce z tuziemcami, trzeba najprzód dobrze sobie przedstawić miejscowe warunki i tamtejszy klimat. […] Najgorsi zaś byli miejscowi murzyni - dzielni, lecz chytrzy i przebiegli. […] 
Jest tu ciekawy zwyczaj, że biali właściciele krów muszą kupować mleko od swoich własnych pastuchów, którzy nie dostają zapłaty za opiekę nad bydłem (płaci się za nich tylko podatek, 80 angolarów od murzyna rocznie), ale zato mogą zabierać sobie całe mleko. […] 
Prized obiadem pojechaliśmy z Patrem do niedalekiej wioski, gdzie mieszka czarna królowa Suaviti, władczyni tutejszego plemienia. Potężna stara murzynka (około 80 lat), o ciężkich i obfitych kształtach (podobno waży 120 kilo), cała błyszcząca od tłuszczu, przyszła do nas w towarzystwie swego wnuka i prawnuka. Bardzo uprzejmie pozwoliła nam się oglądać, rozmawiała z Patrem, wreszcie pozowała do fotografji. Prosiła tylko, żeby prędko ją fotografować, bo zbyt gorąco jest na słońcu. A cóż mówić o nas, skoro murzyni skarżą się na upał! […] 
Jeden ze szczepów Va-N’kumbi wybija sobie po dwa przednie zęby, więc żeby mówić ich językiem trzebaby także wybić sobie dwa zęby, bez tego bowiem nie można wymówić niektórych ich wyrazów. Ładna perspektywa! […]Buszmeni to zupełnie inna rasa murzyńska. Mają skórę o wiele jaśniejszą i więcej żółtą, są bardzo mali, drobni i brzydcy, podobni trochę do Chińczyków. Niczym się nie zajmują […]. Są przebiegli i bardzo sprytni i, jak twierdzą inni murzyni, bardzo złośliwi. […] 
Wogóle z tutejszymi murzynami bardzo trudno jest dojść do ładu, są strasznie przebiegli i chytrzy, a byle czem ich się nie zjedna. Domagają się ciągle matabiszu (napiwka), a nic za to nie chcą robić. […]


Wpis jest w pewnym sensie glossą do polskiego wątku kolonialnego, ale najbardziej zainteresowała mnie osoba autorki. Biblioteka Narodowa kieruje w stronę związanej z zamkiem kórnickim Marii Zamoyskiej, ale jest to trop ewidentnie mylny. Pomijając już to, że pobyt w Angoli nie daje się w żaden sposób wpasować w jej biografię, trudno sobie wyobrazić siedemdziesięciokilkuletnią damę wybierającą się na polowania. 

Długo nie trzeba było szukać. Autorką jest Maria z Belina Brzozowskich Zamoyska, żona pierwszego i najsłynniejszego polskiego osadnika angolskiego, hrabiego Michała Zamoyskiego, właściciela plantacji „Boa Serra”. W swoim gospodarstwie (oprócz kawy uprawiał rycynus, pszenicę, ziemniaki i marchew) miał własny agregat prądotwórczy oraz system urządzeń nawadniających, młyn i płuczkarnię ziaren kawy. Zamoyski prowadził także hodowlę bydła.
(...) Wiele się u nas mówiło o Polakach w Angoli, rzeczywistość jednak przedstawia się nieco odmiennie. Jeśli chodzi o plantacje stanowiące własność Polaków, to trzeba wymienić Boa Serra o powierzchni 1000 ha należącą do hr. Michała Zamoyskiego, Sandivi - należącą do p. Dekańskiego, który zamieszkuje tam wraz z żoną i synem. Plantacja ta ma powierzchnię 600 ha. Mniej więcej taką samą plantację posiada p. Jesionowski - (Chera) oraz obecnie niżej podpisany (o powierzchni 2000 ha) pod nazwą Maria Krystyna. Wspomnieć jeszcze należy o plantacji p. Rodziewicza, położonej w innym „posto: Quissala. Stosunek władz kolonialnych do Polaków jest bardzo życzliwy. Na plantacjach, jako najcenniejszy produkt uprawia się kawę. Kawa wymaga przynajmniej sześcioletniego hodowania, zanim przyniesie odpowiednie plony. Należy jednak przypuszczać, że już w niedługim czasie będziemy mieli w Polsce własną kawę, sadzoną przez polskich osadników. Poza tym nasi osadnicy zajmują się hodowlą pszenicy, kukurydzy, grau de bico (specjalny gatunek grochu) oraz owoców. Mamy wiele plantacyj ananasów, sadów mandarynkowych i pomarańcz. Plantacje można na ogół podzielić obecnie na następujące grupy. Mniej więcej 200 ha plantacji kawy, 600 ha pszenicy, eukaliptusów oraz wspomnianego grochu i 1000 ha owoców podzwrotnikowych. Tryb życia kolonisty jest bardzo jednostajny. O godzinie 6-tej rano budzi go tam-tam. Kolonista przydziela czarnych robotników do pracy, która trwa do godz. 7-ej wieczór z godzinną przerwą na obiad. System pracy jest zorganizowany w ten sposób, że każdych 10 Murzynów ma swego nadzorcę, tzw. „capatarza", który odpowiedzialny jest za całokształt pracy przed białym. Murzyni odnoszą się do białych na ogół przychylnie. Widzą w nich rasę wyższą, spełniają życzenia ich bez oporu. (...)
(Juliusz Gebethner, "Wspomnienia polskiego kolonisty", Morze 1938, nr 4, s. 21-22.)

Na przełomie 1934/5 w Boa Serra zatrzymał się polski kolarz - podróżnik, Kazimierz Nowak w trakcie swojej pięcioletniej podróży z północy na południe Afryki. W reportażu opublikowanym w czasopiśmie „Na Szerokim Świecie” pisał tak:
Biały dworek, przed nim fontanna i dużo, dużo kwiecia, a wokół, wyszeregowane niby bataljony wojska tkwiły drzewka kawowe o tej porze pokryte zielonemi owocami polskiej kawy. Pomiędzy kawą biegły szeregi bananowych krzewów, służących do ochraniania drzewek kawowych przed wiatrem. – Kilka dużych płacht sianej kukurydzy (na paszę dla bydła na porę suchą), pola kartoflane, warzywa, drzewka owocowe, a nawet z poza agaw i drzew eukaliptusowych, któremi obsadzono drogę wiodącą do dworku, błękitniał zagon lnu polskiego.
Nowak spędził w u Zamojskich kilka tygodni, odzyskując siły i przygotowując do dalszej drogi. Na odjezdnym gospodarze wpisują w dziennik Nowaka notatkę:
Naszej Boa Serze miło było powitać i ugościć dzielnego podróżnika! – Teraz na odjezdnym zamiast na koniu lecz znów na rowerze w daleką i pełna przygód wyprawę, z całego serca życzymy: Szczęśliwej drogi … aż w Polski progi!
Przed kolonistami zaczęły się jednak piętrzyć problemy. W 1935 r. dotkliwe straty spowodowała plaga szarańczy, w 1938 r. doszło do pięciokrotnego spadku cen kawy. Kilka rodzin zbankrutowało i wróciło do Polski, a wzorcową plantację hr. Michała Zamoyskiego uratowało jedynie finansowe wsparcie z Polski. Po śmierci męża (1957), Maria Zamoyska prowadziła plantację sama, aż do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to musiała uciekać przed wojną domową, początkowo do Hiszpanii, później, przez Kanadę do syna do Londynu, gdzie zmarła w 1987.

Wyprawa rowerowa śladami Kazimierza Nowaka odwiedziła w 2011 okolice Boa Serra i znalazła zarośnięte ruiny fazendy. W pobliskiej misji katolickiej (Quipeio) spotkano staruszka, który pamiętał Zamoyskich: że byli bogaci i że jeździli furgonetką volkswagena. I że miejscowi ich poważali oraz tytułowali hrabią i hrabiną (port: conde, condessa). No bo przecież bez sensu, jak napisali rowerzyści
Tubylcy mówili na nich Conde i Condencia, ponieważ w języku M’bundu Conde oznacza Michał. Condencia oznaczałaby wtedy Michałową.

niedziela, 3 stycznia 2016

Pracujesz na lądzie - odpoczywaj na morzu

Letnie Wycieczki Morskie 1934 Okrętem "Warszawa" Bez Paszportów Zagranicznych i Wiz.
Folder Polskiego Transatlantyckiego Towarzystwa Okrętowego "Linja Gdynia - Ameryka" (Gdynia - Warszawa - Lwów - Kraków - Rzeszów).



[...]

Wreszcie Leningrad. Zarządowi Linji Gdynia - Ameryka po długich staraniach udało się nakoniec zorganizować pierwszą popularną wycieczkę do Rosji Sowieckiej. Witamy ją tem milej, że od pewnego czasu tak dobrze układają się stosunki między obu państwami. Któż nie ciekaw będzie zobaczyć plony 16-letnich rządów sowieckich i przyjrzeć się współczesnemu Rosjaninowi. Przy tej okazji zobaczymy byłą stolicę przedwojennej Rosji, dziś nieco inną, pozbawioną cech grozy. [...] 


Uczestnicy wycieczki do Leningradu winni wypełnić dodatkowo podanie o wizę na specjalnych formularzach (w 3-ch egzemplarzach) dostarczonych przez Linję, takowe podpisać i przesłać wraz z 4-ema fotografjami wymiaru paszportowego do biura Linji Gdynia - Ameryka najpóźniej na 20 dni przed odjazdem okrętu. Zaznaczamy, że kwestjonariusze niedokładnie, nieczytelnie lub też niezgodnie z prawdą wypełnione przez władze sowieckie przyjmowane nie będą. 


Przytem zaznaczamy, że w związku z wycieczką do Leningradu uzyskanie wizy sowieckiej uwarunkowane jest wykupieniem biletu zwiedzań lądowych w Leningradzie. Ceny tych zwiedzań wyniosą około zł. 125.- Ostateczna cena i dokładny program zostaną ustalone w terminie późniejszym. O ile który z turystów będzie chciał zrezygnować z udziału w zwiedzaniach lądowych, to może to uczynić zwiedzając miasto na własną rękę. Wpłacona jednak kwota za bilet zwiedzań lądowych nie będzie mu zwróconą. 


Uczestnikom wycieczki przysługuje wstęp bezpłatny na Wystawę Techniczno-Gospodarczą, otwartą w Leningradzie w związku z XVI-leciem istnienia Z. S. S. R. 


W czasie postoju okrętu "Warszawa" w Leningradzie uczestnicy wycieczki obowiązani są wrocić na noc na pokład okrętu najdalej do godziny 1-ej, - o ileby zaś z jakiejkolwiek przyczyny im to nie dogadzało, winni przenocować w jednym z hoteli Intouristu. 


Pożądanem jest by uczestnicy wycieczki do Leningradu nie obarczali się zbyt wielkim bagażem, zabierając tylko rzeczy niezbędnie potrzebne im w czasie podróży morskiej i trzydniowego pobytu w Leningradzie. W razie gdyby władze sowieckie odmówiły wydanie wizy Linja zastrzega sobie prawo potrącenia zł. 20.- tytułem kosztów manipulacyjnych. W tym ostatnim wypadku uczestnik wycieczki nie może rościć z tego powodu żadnych pretensji do Linji.


PS. Z kronikarskiego obowiązku - wycieczka doszła do skutku. Kurjer Warszawski z soboty, 2 czerwca (134/1934) donosił:



sobota, 2 stycznia 2016

Stare przygody pana Trelkovskiego?

Moje ostatnie mieszkanie też mnie nie zadowoliło. Zrazu zdawało się, że to przed czem uciekłem z dawnego, tutaj wykluczone bezwarunkowo, że bezpiecznym będę przed czemś nieznanem, które zmusiło do opuszczenia przedostatniej siedziby. Lecz kilka dni spędzonych w tym świeżo wynajętym pokoju przekonało, że nowe schronisko jeszcze gorsze od poprzedniego, gdyż pewne niepokojące cechy, jakie zraziły mię do tamtego, tu zaczęły występować w silniejszej, mocniej podkreślonej formie. Po tygodniowym pobycie w nowym lokalu doszedłem do przykrego wniosku, że wpadłem w matnię stokroć zawilszą od dawnej, że niemiły nastrój, jaki wypłoszył mię z byłego mieszkania, powtarza się znów i to w spotęgowanej znacznie mierze. 
Uświadomiwszy sobie ten niezbyt ponętny na przyszłość stan rzeczy, począłem w pierwszej chwili dopatrywać się przyczyny w samym sobie. Może pomieszkanie nie ma z tem nic wspólnego? Może to ja sam przywlokłem ze sobą przykry ton, z którego immanentności nie zdając sobie jasno sprawy, usiłuję zrzucić go na otoczenie i przypatrując się mu jako czemuś poza mną, w ten nieszczery sposób staram się zamaskować własną słabość? 
Lecz przypuszczeniu temu stanęło na przeszkodzie pełne poczucie wewnętrznej pogody ducha, jaką tchnęło w tym czasie całe moje jestestwo i wyjątkowo pomyślny stan zdrowia. Niebawem wpadłem na inną hipotezę, która wnet zmieniła się w pewność stwierdzaną codziennem doświadczeniem. 
Oto wiedziony trafnym przeczuciem, zasięgnąłem informacji, co do ostatniego lokatora, który bezpośrednio przedemną zajmował pokój, Jakież było me zdumienie, gdy wymieniono nazwisko Łańcuty. Był to ten sam człowiek, po którym wynająłem i poprzednie mieszkanie. Jakiś dziwny zbieg okoliczności kazał mi być dwukrotnie jego następcą. Poza tem nic mnie z nim bliższego nie łączyło, nie wiedziałem nawet, kim jest i jak wygląda. 
W ogóle nie było można dowiedzieć się o nim nic pozytywniejszego nad to, że nazywał się Kazimierz Łańcuta i mieszkał tu parę miesięcy. Na zapytanie, jak dawno temu i dokąd się wyprowadził, odźwierny bąknął mi jakąś nieokreśloną odpowiedź, widocznie nie mając najmniejszej ochoty zapuszczać się w dokładniejsze objaśnienia. [...] 
W każdym razie podobieństwo nastrojowe obu mieszkań, tak dziwnie schodzące się z tożsamością przedostatniego lokatora dużo dawało do myślenia. Z biegiem czasu nabrałem przekonania, iż dusza, że się tak wyrażę, obu pokoi nasiąkła jaźnią Łańcuty. 

(Stefan Grabiński, fragment opowiadania "Szary pokój" z tomu "Szalony pątnik", Kraków 1920) 

piątek, 1 stycznia 2016

Sprawozdanie z nieznanej wojny


Listy z Logrono pod dniem 22 października donosiły, że Cabrera odparty został (niektóre dzienniki mówią, że odpędzony) spod Caspe przez Van Halena, i przymuszony był odstąpić od oblężenia; - i że w tej rozprawie karliści mieli utracić 600 ludzi; a nawet Van Halen miał mieć ochotę jeszcze tej jesieni opanować Kantawieję. (Zapewne zechce pierwej wziąść [sic! Pawłowicz!] Morellę?) - Pokazało się atoli niezwłocznie, Że Cabrera mając przy sobie tylko 4000 ludzi, dowiedziawszy się, że Van Halen z ośmiu tysiącami idzie przeciwko niemu pod Caspe, - nieczekając go, powolnym krokiem wrócił ku Morelli, gdzie właśnie ma być przyjmowany z wielkimi fastynami przez mieszkańców, za pamiętną klęskę; zadaną wojsku Pordinasa w którym jeszcze większe rząd madrycki pokładał nadzieję, niż w Van Halenie. - Cała przeto wiadomość o potyczce, była zmyślona. - Proboszcz Merino z czterema batalionami piechoty i liczną konnicą, przeszedł za rzekę Ebro dla połączenia się z Balsamedą. Karliści sadowią się coraz mocniej po różnych punktach na zimę i widocznie górują wszędzie nad konstytucyonistami; - natomiast stronnicy tych ostatnich, piszą wiele przeciw karlistom po gazetach. - Wskutku też tych pism, podżegniony lud w Wallencyi, Madrycie, i podobno już Saragossie jakoby Kabrera niemiłosiernie, kazał rozstrzelać wciąż jeńców krystyninowskich, znowu popełnia okroponości na podejrzanych współmieszkańcach o karlistyzm, mordując ich okrutnie.

Tymczasem pokazuje się, że list jenerała San Miguel pisany do Kabrery, w którym wyrzuca mu mordercze rozstrzelanie 36 sierżantów z wojska konstytucyjnego, wziętych w pamietny bitwie z Pardinasem pod Moellą; był tylko owocem jego łatwowierności danej podżegaczom; teraz bowiem dopiero ogłoszona odpowiedź Kabrery na jego odezwę, najlepiej przekonywa, jak dalece ostrożnym bydź potrzeba w dawaniu wiary wielu artykułom gazet opozycyjnych, noszącym cechę najsumienniejszej nawet rzetelności. Oto jest cała odpowiedź Kabrery; bez żadnych gniewów i kommentarzy, na list San Miguela.

"Przyślij pan, mości jenerale jednego znajwierniejszych sobie officerów i jednego takiegoż urzędnika do mnie, - a ci przekonają się naocznie, że 36 sierżantów, których śmierć wkładasz na mój karb, - są w najlepszem zdrowiu, i tak jak moi właśni żołnierze, doznają jednakowego obejścia, i dostają tęż samę żywność i okrycie."

Gazeta paryżska codzienna donosi, że pospólstwo w Saragossie bardzo jest rozjątrzone rozsianemi przez podżegaczy fałszywymi wieściami o mniemanem rozstrzelaniu przez Kabrerę wiadomych sierżantów, i tylko czujność jenerała San Miguel wstrzymuje dotąd wybuchnienie nowych kanibalizmów.

Od granic hiszpańskich donoszą, że rząd francuzki miał kazać oświadczyć znanemu awanturnikowi Munagorris, (o którym już oppozycya tyle cudownych rzeczy popisała); że musi natychmiast, albo do Hiszpanii wnijść, - albo ludzie z jego bandy, na różne punkta Francyi rozprowadzeni zostaną.

Rząd madrycki nakazał jenerałowi Van Halen surowe ukaranie morderców w Walencyi.

Dowódca karlistowski Sopelano w sześć batalionów piechoty i 500 jazdy, wszedł do Kastylii. Rząd madrycki przymuszony był znowu 31 października cały garnizon stolicy trzymać pod bronią przeciwko wichrzycielom, którzy chcieli mordować podejrzanych o sprzyjanie karlistom.

Na dzisiejszej giełdzie paryzkiej, papiery 5 procentowe hiszpańskie, które już podźwignęły się były przez dwa tygodnie ciszy do 18 3/4, spadły nagle znowu do 18 za 100.

(Gazeta Krakowska, 1838, nr 263 z 17 listopada)

Czy to nie przypomina trochę radiowego sprawozdania z meczu piłkarskiego? Trzecioligowego, i na dodatek rozegranego przed kilkoma tygodniami.