poniedziałek, 4 stycznia 2016

Nasi w Angoli

Maria Zamoyska  “Wyprawa na południe Angoli” (Warszawa 1935)
Boa-Serra, piątek, 9 października 1931. Wybieramy się na południe Angoli po zakup krów, a przy okazji mamy zamiar trochę zapolować. Od kilku dni wyciągnęliśmy namioty i musztrujemy naszych murzynów w szybkiem ich rozkładaniu i zwijaniu, ale nie idzie im to dość składnie […] 
Przebywszy od Huambo 634 km., przyjechaliśmy do miasteczka Mutano (lecz powszechnie nazywane Humbi, tak też i my nazywać je będziemy).  […] Humbi bardzo ucierpiało podczas wielkiej wojny, kiedy i tu w kolonji walczyli Portugalczycy z Niemcami z sąsiedniej Süd-West Afryki. Rok 1915 był rokiem klęski: głód, choroby, wojna, tak że biali uciekli prawie wszyscy, a murzynów dużo pomarło, inni zaś przenieśli się w spokojniejsze strony. Jak nam opowiadał miejscowy administrator, w jego okręgu liczba czarnych spadła z 60 do 3 tysięcy… Rok ten dobrze zapisał się w pamięci wszystkich, jako straszne “desastro”. 
Już w poprzednim roku rozpoczęła się wojna z Niemcami, lecz przedtem, póki w Europie Portugalja nie wypowiedziała się jeszcze przeciwko Niemcom, tu w kolonji pograniczne oddziały Niemców i Portugalczyków żyły ze sobą w zgodzie i często zapraszano się nawzajem. Była też między nimi umowa, że kto pierwszy dowie się o wojnie, ten lojalnie zawiadomi przeciwnika. Tymczasem Niemcy dowiedzieli się o tym pierwsi, lecz, choć poprzedniego dnia byli na obiedzie u Portugalczyków, w ich wojskowym pogranicznym posterunku, nie zawiadomili ich o tem i tejże samej nocy, bez ostrzeżenia, napadli na nich i w pień wycięli. Powtarzamy to, cośmy słyszeli od miejscowego mulata, który nam to opowiadał, jako fakt autentyczny. Mulat ów, Joakim d’Almeida, jest jednym z licznych synów Antonia d’Almeida, dzielnego wodza portugalskiego, który w 1878 r. walczył z murzynami w czasie okupacji i pacyfikacji południa Angoli. 
Rozpoczęła się w kolonji wojna z Niemcami, a obie białe armje miały za sobą podburzone plemiona murzyńskie, tak że czarni walczyli między sobą. Lecz odbyła się tylko jedna bitwa, pod Naulile, gdzie oddziały portugalskie zostały przez Niemców i murzynów rozbite. Co jednak najciekawsze, oto obaj przeciwnicy, błędnie informowani przez murzynów o wielkich siłach wroga, oddalali się pośpiesznie od pola walki, tak że Portugalczycy uciekli na północo-zachód, do Gambosz, Niemcy zaś na południe, gdzie potem zostali rozbici przez wojska angielskie. Tymczasem w całej tej części Angoli zapanowało zupełne bezkrólewie, z czego skorzystali królikowie murzyńscy, aby mordować białych, jak również aby walczyć między sobą. (I to nie przy pomocy łuków i oszczepów, lecz używając porządnych Mauzerów, dostarczanych ongiś przez Niemców).W końcu 1915 r. oddziały portugalskie zaczęły powoli wracać na południe, staczając krwawe bitwy z murzynami. Ażeby zrozumieć trudności białych wojsk w walce z tuziemcami, trzeba najprzód dobrze sobie przedstawić miejscowe warunki i tamtejszy klimat. […] Najgorsi zaś byli miejscowi murzyni - dzielni, lecz chytrzy i przebiegli. […] 
Jest tu ciekawy zwyczaj, że biali właściciele krów muszą kupować mleko od swoich własnych pastuchów, którzy nie dostają zapłaty za opiekę nad bydłem (płaci się za nich tylko podatek, 80 angolarów od murzyna rocznie), ale zato mogą zabierać sobie całe mleko. […] 
Prized obiadem pojechaliśmy z Patrem do niedalekiej wioski, gdzie mieszka czarna królowa Suaviti, władczyni tutejszego plemienia. Potężna stara murzynka (około 80 lat), o ciężkich i obfitych kształtach (podobno waży 120 kilo), cała błyszcząca od tłuszczu, przyszła do nas w towarzystwie swego wnuka i prawnuka. Bardzo uprzejmie pozwoliła nam się oglądać, rozmawiała z Patrem, wreszcie pozowała do fotografji. Prosiła tylko, żeby prędko ją fotografować, bo zbyt gorąco jest na słońcu. A cóż mówić o nas, skoro murzyni skarżą się na upał! […] 
Jeden ze szczepów Va-N’kumbi wybija sobie po dwa przednie zęby, więc żeby mówić ich językiem trzebaby także wybić sobie dwa zęby, bez tego bowiem nie można wymówić niektórych ich wyrazów. Ładna perspektywa! […]Buszmeni to zupełnie inna rasa murzyńska. Mają skórę o wiele jaśniejszą i więcej żółtą, są bardzo mali, drobni i brzydcy, podobni trochę do Chińczyków. Niczym się nie zajmują […]. Są przebiegli i bardzo sprytni i, jak twierdzą inni murzyni, bardzo złośliwi. […] 
Wogóle z tutejszymi murzynami bardzo trudno jest dojść do ładu, są strasznie przebiegli i chytrzy, a byle czem ich się nie zjedna. Domagają się ciągle matabiszu (napiwka), a nic za to nie chcą robić. […]


Wpis jest w pewnym sensie glossą do polskiego wątku kolonialnego, ale najbardziej zainteresowała mnie osoba autorki. Biblioteka Narodowa kieruje w stronę związanej z zamkiem kórnickim Marii Zamoyskiej, ale jest to trop ewidentnie mylny. Pomijając już to, że pobyt w Angoli nie daje się w żaden sposób wpasować w jej biografię, trudno sobie wyobrazić siedemdziesięciokilkuletnią damę wybierającą się na polowania. 

Długo nie trzeba było szukać. Autorką jest Maria z Belina Brzozowskich Zamoyska, żona pierwszego i najsłynniejszego polskiego osadnika angolskiego, hrabiego Michała Zamoyskiego, właściciela plantacji „Boa Serra”. W swoim gospodarstwie (oprócz kawy uprawiał rycynus, pszenicę, ziemniaki i marchew) miał własny agregat prądotwórczy oraz system urządzeń nawadniających, młyn i płuczkarnię ziaren kawy. Zamoyski prowadził także hodowlę bydła.
(...) Wiele się u nas mówiło o Polakach w Angoli, rzeczywistość jednak przedstawia się nieco odmiennie. Jeśli chodzi o plantacje stanowiące własność Polaków, to trzeba wymienić Boa Serra o powierzchni 1000 ha należącą do hr. Michała Zamoyskiego, Sandivi - należącą do p. Dekańskiego, który zamieszkuje tam wraz z żoną i synem. Plantacja ta ma powierzchnię 600 ha. Mniej więcej taką samą plantację posiada p. Jesionowski - (Chera) oraz obecnie niżej podpisany (o powierzchni 2000 ha) pod nazwą Maria Krystyna. Wspomnieć jeszcze należy o plantacji p. Rodziewicza, położonej w innym „posto: Quissala. Stosunek władz kolonialnych do Polaków jest bardzo życzliwy. Na plantacjach, jako najcenniejszy produkt uprawia się kawę. Kawa wymaga przynajmniej sześcioletniego hodowania, zanim przyniesie odpowiednie plony. Należy jednak przypuszczać, że już w niedługim czasie będziemy mieli w Polsce własną kawę, sadzoną przez polskich osadników. Poza tym nasi osadnicy zajmują się hodowlą pszenicy, kukurydzy, grau de bico (specjalny gatunek grochu) oraz owoców. Mamy wiele plantacyj ananasów, sadów mandarynkowych i pomarańcz. Plantacje można na ogół podzielić obecnie na następujące grupy. Mniej więcej 200 ha plantacji kawy, 600 ha pszenicy, eukaliptusów oraz wspomnianego grochu i 1000 ha owoców podzwrotnikowych. Tryb życia kolonisty jest bardzo jednostajny. O godzinie 6-tej rano budzi go tam-tam. Kolonista przydziela czarnych robotników do pracy, która trwa do godz. 7-ej wieczór z godzinną przerwą na obiad. System pracy jest zorganizowany w ten sposób, że każdych 10 Murzynów ma swego nadzorcę, tzw. „capatarza", który odpowiedzialny jest za całokształt pracy przed białym. Murzyni odnoszą się do białych na ogół przychylnie. Widzą w nich rasę wyższą, spełniają życzenia ich bez oporu. (...)
(Juliusz Gebethner, "Wspomnienia polskiego kolonisty", Morze 1938, nr 4, s. 21-22.)

Na przełomie 1934/5 w Boa Serra zatrzymał się polski kolarz - podróżnik, Kazimierz Nowak w trakcie swojej pięcioletniej podróży z północy na południe Afryki. W reportażu opublikowanym w czasopiśmie „Na Szerokim Świecie” pisał tak:
Biały dworek, przed nim fontanna i dużo, dużo kwiecia, a wokół, wyszeregowane niby bataljony wojska tkwiły drzewka kawowe o tej porze pokryte zielonemi owocami polskiej kawy. Pomiędzy kawą biegły szeregi bananowych krzewów, służących do ochraniania drzewek kawowych przed wiatrem. – Kilka dużych płacht sianej kukurydzy (na paszę dla bydła na porę suchą), pola kartoflane, warzywa, drzewka owocowe, a nawet z poza agaw i drzew eukaliptusowych, któremi obsadzono drogę wiodącą do dworku, błękitniał zagon lnu polskiego.
Nowak spędził w u Zamojskich kilka tygodni, odzyskując siły i przygotowując do dalszej drogi. Na odjezdnym gospodarze wpisują w dziennik Nowaka notatkę:
Naszej Boa Serze miło było powitać i ugościć dzielnego podróżnika! – Teraz na odjezdnym zamiast na koniu lecz znów na rowerze w daleką i pełna przygód wyprawę, z całego serca życzymy: Szczęśliwej drogi … aż w Polski progi!
Przed kolonistami zaczęły się jednak piętrzyć problemy. W 1935 r. dotkliwe straty spowodowała plaga szarańczy, w 1938 r. doszło do pięciokrotnego spadku cen kawy. Kilka rodzin zbankrutowało i wróciło do Polski, a wzorcową plantację hr. Michała Zamoyskiego uratowało jedynie finansowe wsparcie z Polski. Po śmierci męża (1957), Maria Zamoyska prowadziła plantację sama, aż do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to musiała uciekać przed wojną domową, początkowo do Hiszpanii, później, przez Kanadę do syna do Londynu, gdzie zmarła w 1987.

Wyprawa rowerowa śladami Kazimierza Nowaka odwiedziła w 2011 okolice Boa Serra i znalazła zarośnięte ruiny fazendy. W pobliskiej misji katolickiej (Quipeio) spotkano staruszka, który pamiętał Zamoyskich: że byli bogaci i że jeździli furgonetką volkswagena. I że miejscowi ich poważali oraz tytułowali hrabią i hrabiną (port: conde, condessa). No bo przecież bez sensu, jak napisali rowerzyści
Tubylcy mówili na nich Conde i Condencia, ponieważ w języku M’bundu Conde oznacza Michał. Condencia oznaczałaby wtedy Michałową.

2 komentarze:

andsol pisze...

Grão de bico -- cieciorka (hummus, hummus!)

Capataz -- nadzorca, ekonom.

To już wtedy te cholerne eukaliptusy zaciągnięto do Angoli? Żarcie dla termitów.

Był jakiś film o wojnie francusko-niemieckiej w tamtym stronach, tytułu nie spomnę, czy to nie Ty kiedyś mi go poleciłeś?

Michał Babilas pisze...

'Wojna francusko-niemiecka w tamtych stronach' - znaczy w Angoli, znaczy w Afryce, znaczy na Ziemi? Przy umiejętnej interpretacji to i 'Casablancę' można pod to podciągnąć...