poniedziałek, 29 grudnia 2008

Notatki z szoku chlorofilowego (część trzecia)

Wyjeżdżamy z deszczowej Enny. Kierujemy się ku Acireale, ku termom siarkowym, gdzie moczył się Wagner. Utykamy w wąskich uliczkach Acireale, przez które przeciskamy się długie kwadranse w akompaniamencie klaksonów. Docieramy wreszcie do Terme Santa Venera, klasycystyczny budynek z 1873, Wagnera nawet pamiętają, o czym świadczy pamiątkowa tablica. Termy zabite deskami na głucho, rezydują tylko dwa głośne koty, obok piscina privata (non-termale), tamtejsi ciecie wysyłają nas do Term Santa Katherina. Termy św. Katarzyny wyglądają jak peerelowskie sanatorium, w recepcji czworo recepcjonistów, zmęczeni i źli domagamy się anglojęzycznego tłumaczenia. Po dziesięciu minutach pojawia się piaty recepcjonista. We are looking for thermal bath - zaczynamy bezpośrednio i roszczeniowo. There is no bus - oświadcza stanowczo zmartwony recepcjonista. Where do you live? - dodaje. Wychodzi na to, że ewentualnie mógłby nas podwieźć do domu, byle tylko się nas pozbyć. W koncu przechodzimy na włoski i wyjaśniamy, że chodzi nam o balneario thermale. Aha, powiada recepcjonista, i prowadzi nas na pokoje balnearyjne. Camere balnearie już zupełnie w klimatach Ciechocinka schyłku lat 60 ubiegłego wieku, obskurne, brudne, ciemne. Tutaj, powiada recepcjonista, operator obłoży nas gorącym błotem na tyle i tyle minut. A tam, powiada dalej, operator napuści nam kąpieli siarkowej na minut dokładnie siedem. Wanienka akrylowa, kozetka obita wytartym skajem, koce brudne, a przynajmniej mocno zmęczone. Quando costa? - pytamy, w nadziei, że cena będzie zaporowa. Venti euro - powiada recepcjonista, ale dodaje, że operator (znaczy ten, co to obkłada błotem i odkręca kurek) już sobie poszedł do domu, ale jutro będzie niezawodnie, od siódmej, i może nawet zostanie do dwunastej. Z pieśnią triumfu na ustach wracamy do samochodu. Ciekawe czy Wagner też musiał czekać na operatora.

Jarosław Iwaszkiewicz ("Ogrody"): "Sycylia była zawsze dla mnie ziemia urzeczywistnień. To, co było bajką, co było marzeniem, co było niemożliwością, tak jakoś zwyczajnie realizowało się tutaj, w tym ogrodzie, na tej ziemi [...] wszystko, o czym marzyło się, czego się lękało i czego potajemnie pożądało. Kiedy się było po części Penteuszem."

Jarosław Iwaszkiewicz ("Książka o Sycylii"): "Od pierwszej chwili polubiłem na Sycylii nie jej - imponujący zaiste - wielki aparat, ale jej codzienność: jej prostych mieszkańców, handlarzy, rybaków, hotelarzy, jej pejzaże, szare wzgórza, dymiące piece siarczane, osiołki na ulicach miast, muły i konie dzwigające kolorowe wozy"

niedziela, 28 grudnia 2008

Zapiski z szoku chlorofilowego (część druga)

Enna wita nas mgłą. Taką mgłą, którą znamy z San Marino, Urbino i Peruggi. Okno hotelowego pokoju wychodzi na placyk, na którym stoi pomnik. Pomnik stoi do nas tyłem, z powodu mgły czasami go widać lepiej, czasami gorzej, czasami wcale. Pomnik przedstawia Napoleona Colajanni - z uwagi na imię, styl przedstawienia i ubiór domniemywamy jakiegoś XIX wiecznego celebryta lokalnego. Włoska wikipedia szybko prostuje nasze wyobrażenia - ów Napoleon zmarł w 2005: szybciutko się sprawili z pomnikiem. Za pomnikiem sklepik z winem z kurka (vino sfuso e imbottigliato pomijamy drugi przymiotnik), dość szybko uczymy się topografii okolic. Nastepnego dnia wybieramy się do Piazza Armerina, aby zobaczyć mozaiki w Villa Romana w Casale. W Casale wita nas piekne słońce i niepiękny cieć - willa zamknięta z powodu renowacji, ponowne otwarcie w marcu. Wracamy jak niepyszni do Enny, do mgły i Napoleona Colajanni.

Na peryferiach Palermo znajduje się klasztor kapucynów, w którym za skromny, dwueurowy datek, zakonnik wpuszcza żądnych wrażeń do katakumb. W katakumbach kilkutysięczna kolekcja nieboszczyków z XIX wieku, wszelkiej profesji, płci, wieku, stopniu rozkładu. Wiszą na ścianach, leżą, stoją. Czasem w otwartych trumnach, przeważnie jednak "luzem". Zwyczaj zaczął się poniekąd przypadkowo - kapucyni, którzy sprowadzili się do Palermo w XVI wieku, chowali swoich zmarłych braci w krypcie pod klasztorem. Po kilkudziesięciu latach, przy konieczności przeniesienia zwłok do większego pomieszczenia, okazało się, że uległy rozkładowi tylko w niewielkim stopniu. Ówczesny przeor wpadł więc na pomysł ustawienia ich pionowo i udostępnienia katakumb żyjącym mnichom celem medytacji ("memento mori"). I tak się zaczęło. Wieść się rozniosła poza klasztor i w pewnym momencie trudno już było kolejnym przeorom odmawiać prośbom o pochówki osób świeckich, zwłaszcza, że byli wśród nich dobroczyńcy zakonu, osoby znane i zasłużone. Na początku zgody były półgębkiem, sporadyczne, ale od mniej więcej XVIII wieku obowiązywała zasada "kładź się, kto chcesz". Okazało się wkrótce, że cudowna ochrona przed rozkładem spowodowana była brakiem dostępu powietrza do trucheł i przy masowym dostępie (zarówno nieboszczyków do katakumb, jak i odwiedzających do nieboszczyków) należy wspomóc cudowność jakimiś zupełnie ziemskimi działaniami. W ten sposób Sycylijczycy odkryli na nowo mumifikację zwłok. Na początku dość prymitywną - podsuszanie, obsypywanie wapnem i kredą, obmywanie octem, później stosowano coraz bardziej zaawansowane techniki - kąpiele w arszeniku, nastrzykiwanie różnymi chemikaliami. Stąd też bardzo różny stan techniczny zwłok. Ostatnim wkładem, pochodzącym z 1920 roku, jest dwuletnia Rosalia Lombardo ("Śpiąca Królewna"), przygotowana przez słynnego balsamistę doktora Alfredo Salafię, który tajemnicę swojego warsztatu zabrał ze sobą do grobu.

Żywi odwiedzali umarłych, teraz - tak jak my - powodowani ciekawością, dawniej z innych, bardziej prozaicznych potrzeb. Niekiedy lokatorzy katakumb zastrzegali sobie w testamentach regularne przebieranie ("upiorny legat"); rodzice przyprowadzali potomstwo, aby zapoznało sie z dziadkami, do całkiem naturalnych obyczajów należało wnoszenie koszy z jedzeniem i urządzanie pikników w podziemiach. Moda na pochówki w katakumbach trwała przez dwa stulecia. Uważano wówczas, że taki sposób chowania zmarłych pomaga żywym utrzymać więź ze zmarłymi krewnymi. W polskiej obyczajowości trup jest rzeczą wstydliwą, należy go jak najszybciej ukryć, schować (etymologia słowa pochówek), usunąć z pola widzenia. A jednocześnie obowiązuje silny kulturowy nakaz "dbania o zmarłych" - dla cudzoziemca wizytującego Polskę największym szokiem jest widok ukwieconych i "uzniczonych" cmentarzy bez względu na porę roku. Czasami sobie myślę, że warto byłoby skonfrontować bezmyślnych niekiedy zwolenników lizania nagrobków, konkursu na ilość zniczy i odhaczania rodzinno-towarzyskiej listy obecności przy płytach w początkach listopada z perspektywą obyczajów sycylijskich. Chcecie? Lubicie? Proszę bardzo - ale idźcie na całość...

Zapiski z szoku chlorofilowego (część pierwsza)

Dobrze latać liniami lotniczymi o zszarganej reputacji. Pasażer nie ma wielkich oczekiwań, a w zasadzie oczekuje tylko najgorszego. Zbankrutowana (bądź wpółzbankrutowana) Alitalia wyleciała z Warszawy punktualnie a przyleciała do Rzymu pół godziny przed czasem. Owe pół godziny czekaliśmy za to w samolocie na podstawienie schodów. Przesiadka łatwa - wylot do Palermo o czasie, przylot również, bagaż nie zgubiony - podróż marzeń niemalże.

W hotelu pod Palermo otrzymaliśmy pokój o powyższonym standardzie - z kotem. Pierszego wieczoru kot czekał na nas na podwórzu i wyraźnie wiedział już, że idziemy do numeru 301. Kot zorientowany był co do rozkładu pokoju, a także pewien co do swojego miejsca w łóżku. W ramach układania sobie pożycia z kotem urządziłem mu poidełko w bidecie (standardowe wyposażenie włoskich łazienek). Jedzenia nie mamy, ale nasz związek z kotem nie ma charakteru pokarmowego.

Spanie z kotem dla nieprzywykniętego jest trudne. Kot nudzi się (jednak nie na tyle, żeby sobie pójść) i na każdy ruch ręką czy nogą reaguje zainteresowaniem. Zainteresowanie zaś manifestuje się wystawionymi pazurami. Łóżko jest duże, okiennice zamknięte - kot może być (i jest) z każdej strony. Trzeba więc spać nie ruszając się nadmiernie, snem katatonicznym. Nad ranem kot lituje się nad nami i wychodzi przez uchylone drzwi. Po południu, gdy wracamy z Palermo, kot czeka na nas na korytarzu. Po kolacji kot informuje nas (i cały hotel) głosem o przysługujących mu prawach. Zaczynamy zżywać się z kotem, kolejną noc przesypiamy już wszyscy bardziej spokojnie. Następnego dnia, w hotelu w Ennie, wita nas niewidzialny napis "W tym hotelu nie ma kota".

Palermo przypomina nam nieco Neapol - popadające w ruine palazzi i kościoły, śmieci, zapaszki i pranie suszące się na balkonach i sznurach pomiedzy nimi. Dość niesamowite - i niespotykane wcześniej - są normańskie świątynie, z ducha i kamienia ekumeniczne, łączące późnoromański idiom architektoniczny z arabskim ornamentem i bizantyjskimi mozaikami. Spośród różnych nacji władających Sycylią właśnie Normanowie konkurują z niemieckimi Hohenstaufami do miana najsympatyczniejszych okupantów - dla Greków Sycylia była kolonią na kresach znanego im świata, dla Rzymian spichlerzem imperium, dla Arabów i Bizncjum krótkotrwałym podbojem, dla Francuzów dojną krową, a dla władających wyspą najdłużej Hiszpanów, zapadłą prowincją, czymś w rodzaju wewnętrznej kolonii, mało atrakcyjnej wobec bogatego w skarby Nowego Świata.

Każdy zakątek Europy ma jakiś wątek polski, nie jest od niego wolna i Sycylia. Ludwik Mierosławski, XIX wieczny, nie bójmy się tego słowa, awanturnik i fantasta ma w swojej biografii epizod sycylijski. Historia nie poznała się na Mierosławskim wodzu czy dyplomacie, nie dane mu było - o co bardzo się starał - zostać wynalazcą nowych broni i stategii wojskowych, jedyne co mu wychodziło w miarę dobrze, to opisywanie wydarzeń, w których brał udział. W ten sposób Mierosławski już za życia wykreował się na postać historyczną i jednego z głównych bohaterów Wiosny Ludów.

Wynalazki wojskowe Mierosławskiego, jako sie rzekło, nie znalazły uznania u współczesnych, ani tym bardziej potomnych, zwłaszcza, że usiłował ponownie wprowadzić na pole walki kosę jako główną broń zaczepną piechoty. Lansował również noszenie plecaków, wbrew ich nazwie, z przodu, na piersi żołnierza, w charakterze puklerza, czy też, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, kamizelki kuloodpornej. Widział też świetlaną przyszłość dla "wozów wojennych" będących połączeniem uzbrojonego taboru, ruchomej warowni i rydwanu bojowego. Owe wozy, uzbrojone rzecz jasna w kosy i miotające na wszystkie strony fajerwerki miały stanowić czynnik rozstrzygający wojnę. Należy oddać sprawiedliwość Mierosławskiemu - osiemdziesiąt lat później Anglicy bezczelnie ukradli ten pomysł i wprowadzili na pocięte okopami pola Pikardii pod mylącą nazwą zbiornik, zmieniając napęd i rezygnując naszpikowania owych zbiorników kosami. Innym jeszcze projektem Mierosławskiego było wynalezienie hełmu, na razie w trybie połączenia łopaty z kaszkietem.

Dokonania dowódcze Mierosławskiego prezentują się równie mizernie. W powstaniu listopadowym służył w stopniu podporucznika "jako siedemnastoletni, ale żwawy chłopaczek". Po upadku powstania, przez Galicję dostaje się do Francji, gdzie konsumuje doświadczenia powstańcze publikując najpierw "Tableau de la premiere epoque de la revolution de Pologne" (1833), później trzytomową 'Historie de la revolution de la Pologne" (1836) a na koniec jeszcze "Rozbiór krytyczny kampanii 1831 roku i wywnioskowane z niej prawidła do prowadzenia wojny narodowej" (1845). W świecie nauki panują obecnie dobre obyczaje zakazujące pisania magisterki, doktoratu i habilitacji dokładnie z tego samego tematu. Tak więc Mierosławski, żądny czynu, przygotowuje powstanie w Wielkopolsce. Powstanie 1848 roku szybko upada, ale w międzyczasie podporucznik nadaje sobie tytuł szefa sztabu i "inspektora jeneralnego siły zbrojnej" (stąd już niedaleko do generała, nieprawdaż?). Mierosławski wywija się od pruskiego stryczka, jako obywatel francuski podlega wydaleniu do Francji.

Projektant nieudanych wypraw, dowódca przegranych kampanii i bitew, "general des causes perdues" otrzymuje oto wezwanie z Sycylii, która właśnie toczyła wojnę wyzwoleńczą przeciwko rezydującemu w Neapolu Ferdynandowi II z dynastii Burbonów. Nieszczęśliwe musiały być stosunki na wyspie i fatalne rozeznanie sytuacji, skoro ratunku spodziewano się od tak wybitnego stratega, opromienionego chwałą niezliczonych zwycięstw (do wyboru mieli Sycylijczycy prawdziwego generała francuskiego, z napoleońskim doświadczeniem, ale uznawszy go za niezbyt nasiąkniętego duchem narodowowyzwoleńczym i dość już leciwego, osadzili go w Palermo, nadając tytuł marszałka i dekorując wszystkimi możliwymi orderami). Mierosławski przybywa do Palermo, gdzie witany jak zbawca przejmuje dowództwo nad powstańcami. Geniusz strategiczny po raz kolejny dochodzi do głosu, Mierosławski mając do czynienia z przeciwnikiem o wiele liczniejszym, znacznie lepiej uzbrojonym i karnym, dzieli swe siły na cztery części i rzuca do nieskoordynowanego ataku. Ze skutkiem wiadomym. Sycylijski epizod Mierosławskiego trwał niecały miesiąc. Po powrocie do Paryża (bo talenta generała obejmowały również szybkie odwroty strategiczne; znany był także jako gadatliwy i skłonny do zwierzeń jeniec) Mierosławski zadbał o właściwe naświetlenie niedawnych wydarzeń. W "Relation de la campagne de Sicilie en 1849" Sycylijczycy przedstawieni są jako nieudolni tchórze, wyzbyci patriotyzmu i woli walki. Dla kompletności obrazu dodać jeszcze należy, że w tymże 1849 zdążył Mierosławski być jeszcze przywódca rewolucyjnych wojsk Badenii i Palatynatu. W lutym1863 powraca do Polski i zostaje dyktatorem powstania styczniowego. Po dwóch przegranych potyczkach składa urząd i wraca do Francji, gdzie wypisuje paszkwile na temat fatalnej organizacji powstania i jeszcze fatalniejszego jego przeprowadzenia. Zyje długo, umiera w Paryżu w roku 1878. Na współczesnej Sycylii raczej, na szczęście, nie znany.

sobota, 27 grudnia 2008

Święta Łucja, piórem księdza Piotra Skargi

"Gdy po wszystkiej Sycylii przebogosławionej Agaty, męczenniczki Chrystusowej, sława się ruszyła, a lud z Syracuzy do uczczenia jej grobu około pięćdziesięciu mil z ochotą czynił - między innymi szła tam Łucja, czci godna panienka, na święto jej, z matką swoją Eustachią, która już cztery lata płynienie krwi cierpiała. Padły przed grobem świętej dziewicy matka i córka, prosiły z płaczem przyczyny jej. Święta Łucja zasnęła i we śnie ujrzała świętą Agatę między Anioły, dziwnie drogo ubraną, stojącą i mówiącą: Siostro moja Łucjo, Dziewico Bogu poślubiona, czemu ode mnie prosisz tego, co sama zjednaćmożesz matce Twojej? Wiara twoja pomogła matce twej, a oto uzdrowiona już jest. A jako dla mnie Katania jako miasto od Chrystusa wsławione jest, tak dla Ciebie Syrakuza uczczona będzie, boś wdzięczne Chrystusowi mieszkanie dała w Twoim dziewictwie.

To słysząc Łucja ocknęła się i rzekła do matki: Matko moja, juz nigdy nie wspominaj męża, a nie czekaj śmiertelnego potomstwa i pociechy z ciała mego, wszystko to, coś w posagu dać miała człowiekowi dziewictwo moje psującemu i umierającemu, to daj Panu Jezusowi dziewictwo moje zachowującemu. A matka jej rzekła: Zamknij pierwej oczy moje, a czyn z tym potem, co chcesz. A Łucja święta odpowie: Nie tak ten jest Bogu miły, który to mu daje, czego z sobą wziąć a użyć nie może - chceszli Bogu być miłą, daj mu to, czego zażyć możesz. Pókiś tedy żywa jest a zdrowa, daj Chrystusowi, co trzymasz.

Gdy tedy co dzien o tym z matką mówiła, rozdawała swoje majętności i na potrzeby niedostatecznych obracała. Gdy już wsi i drogie perły przedała, doszło to do jej oblubieńca, który się pilnie od mamki jej począł pytać, co się dzieje. A ona ostrożnie zmyśliła: Oblubienica, pani twoja, kupuje lepsze mienie i kwoli temu te i inne rzeczy przedaje. Uwierzył temu głupiec i sam jeszcze do przedawania pobudzał. Lecz gdy widział, że wszystko ubogim wdowom, pielgrzymom, sługom bożym rozdano, pozwał ją do Parchazjusza, starosty, mówiąc: Moja oblubienica Łucja chrześcijanka jest, przeciw rozkazaniu cesarskiemu czyni. Karał ją słowy Parchazjusz i do ofiary diabelskiej przywodził. A święta Łucja rzekła: Ofiara żywa i niepokalana u Boga jest ta - wspomagać wdowy i sieroty w utrapieniu ich. Iż już nic nie mam, co bym jemu na ofiare dać miała, jemu się sama ofiarą żywą ofiaruję.

Parchazjusz rzekł: Te słowa mów takim, jakoś sama chrześcijanom. U mnie, który przestrzegam rozkazania cesarzów, próżne są te słowa. Łucja: Cesarskich ustaw strzeżesz, a ja bożych. Czyń co ci się zda, ja uczynię, co jest mi pożyteczne. Parchazjusz
: Ojczyznę twoją z gamraty, z którymiś dziewictwo utraciła, pożarła i rozproszyła; przetoż jako nierządnica mówisz. Łucja: Jam ojczyznę moją na dobrym miejscu zostawiła, a skazicielów duszy i ciała nigdym nie przyjęła. Parchazjusz: A kto kazi duszę i ciało? Łucja: Radzicie duszom ludzkim cudzołostwo
, aby męża swego opuszczały, to jest Stworzyciela swego, ażeby szły za diabłem i bałwanami. Parchazjusz: Ustaną słowa, gdy przyjdzie do kija. Łucja: Apostoł rzekł, iż ci, którzy w czystości żyją, są Kościołem Bożym i Duch Święty w nich mieszka. Parchazjusz: Każę cię do nierządnego domu prowadzić, gdzie czystości zbędziesz i uciecze od ciebie Duch Święty. A Łucja: Ciało się nigdy nie maże, chyba gdy serce przyzwoli. Jeśli mnie poniewolnie zniewolisz, czystość moja dwie korony mieć będzie. Parchazjusz: Każę cię na nierządzie umorzyć, jeżeli na ceremonie cesarzów nie zezwolisz. Łucja rzekła: Co z ciałem moim uczynisz, o to sługa Chrystusa dbać nie będzie.

Tedy starosta kazał przyjśc nierządnym gospodarzom i dał im Łucję świętą mówiąc: Weźmijcie, ludzie, czystość jej i tak długo urągać z niej każcie, aż umorzona będzie. A gdy ją ciągnąc nierządnicy poczęli, tak mocną dał jej wagę Duch Świety iż jej ruszyć z miejsca nie mogli. I gdy więcej żołnierzów przystapiło, trącając ja i ciągnąc, od potu ustawali, a Panna Boża niewzruszona zostawała. I nabrali powrozów, którymi ją za ręce i nogi uwiązali, i wszyscy ją ciągnęli, a ona jako góra, której ruszyć nikt nie może, stała. Trwozył się więc Parchazjusz i w smutku omdlewał, i przyzywał czarowników i swoich kapłanów. Kazał ją uryną lać, ale i to nie pomogło. Kazał wiele par wołów na pociągnienie jej zaprząc, lecz jej bynajmniej z miejsca ruszyć nie mogli. Rzekł tedy do niej Parchazjusz: Co to są za czary twoje? Co się dzieje, że jednej panny tysiąc mężów ruszyć nie może? I rzekła mu panna: Co się frasujesz, doznałeś, żem jest Kosciołem Bożym, uwierzże. Jeżeliś jeszcze nie doznał, przypatrzże się. A Parchazjusz tym więcej wzdychał, widząc, że się z niego pośmiewisko czyni. Tedy kazał około niej wielki ogien napalić i smoły żywicy i oleju nakłaść i na nią miotać. A panienka stała niewzruszona. Zatem przyjaciele Parchazjuszowi, patrząc na jego frasunek, przebić mieczem gardło panienskie kazali. Zraniona srodze, modliła się, póki chciała, rozmawiała z ludźmi, póki chciała, mówiąc: Jako kataneńskie miasto ma obronicielkę swoją Agatę, siostrę moją, także ja dana jestem miastu temu.

A gdy mówiła sługa boża Łucja, mając onę ranę przed oczyma, widziała związanego Parchazjasza, po którego cesarz przysłał. Bo w radzie rzymskiej na gardło skazany jest. A Łucja święta męczenniczka z miejsca się onego, na którym przebita jest, nie ruszyła ani umarła pierwej, aż przyszli kapłani i dali jej Najświętszy Sakrament, i rzekli wszyscy: Amen. Toż ona ducha wypuściła. Na tymże miejscu imieniem jej kosciół jest zbudowany, w którym kwitną modlitwy jej teraz i póki ten świat stać będzie. Amen."

Jednej informacji ksiądz Skarga oszczędził swoim polskim czytelnikom. Otóż Łucja wydłubała sobie oczy, aby owe Parchazjusza nie kusiły. Oczy symboliczne nosi się przed świetą na tacy na procesjach.

sobota, 20 grudnia 2008

Podróż na Sycylię czyli koniec świata

Kandyd mówił o Kunegundzie, że była gwałcona wiele razy, ale że jej cnota hartowała się od tego. Można by to powiedzieć o Sycylii. Wyspa, którą nazywają uśmiechniętą, codziennie kąpana w morzu, ciepła, kształtna, pachnąca migdałami, pogodna, z ciałem koloru pomarańczy z połyskiem oliwek, zachęcała do zdobywania. Leżała przy samej drodze do Europy od południa. Była bramą do niej po prostu, skoro los Europy rozstrzygał się przez trzy tysiące lat tu, nad Morzem Śródziemnym. (...)

Oto, gdy mówimy o Germanach jako budowniczych Germanii, albo o Polanach zamieszkujących dawną Polskę, to chcemy w tym znaleźć ciągłość i jedność narodu, jego charakter, wskazówkę na przyszłość. Germanie byli wojowniczy, odważni, okrutni, podczas gdy Polacy, mieszkańcy słonecznych polan, odżywiani kwietnym miodem, musieli zostać na zawsze łagodni, leniwi i dobroduszni. Świadomie, nieświadomie żyjemy w historiozofii Starej baśni. Dla mitologii Sycylii teoria taka nie przynosi pożytku. W historii wyspy nie ma konsekwencji rozwoju ludu czy narodu. Lud pierwotny tak zmieszał się z najeźdźcami, tak im uległ, że nic z niego nie zostało. Nawet ruiny. Sycylia była teatrem, na którego scenie wstępowały po kolei wszystkie wielkie europejskie narody, starając się godnie pokazać siebie i tylko siebie. Bez troski o jedność tragedii. W tym na pewno leży urok wyspy. (...)

Podróż do obcych miast to codzienne sprawdzanie obiektywnych pojęć i subiektywnej wyobraźni. Przeczytaliśmy książkę o Sycylii, mamy o niej szereg informacji, jakiś sąd ogólny, i nasza wrażliwość oczekuje niespodzianki. Czy rzeczywistość będzie tylko zrealizowaniem znanego słowa, czy odkryciem, może nawet wynalazkiem? Z jednej strony tautologia, z drugiej kontrast z marzeniem. Oto granice podróży. Niepotrzebne jest podróżowanie z wynikiem, że jest tak, jak jest, tak jak być powinno. (...)


(Andrzej Banach)


"Bez Sycylii Włochy nie pozostawiają żadnego obrazu w duszy. Sycylia jest kluczem do wszystkiego..."

Johann Wolfgang Goethe

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Zapomniane operowe polonicum

Swego czasu pisałem o "wątkach polskich w operach niepolskich", wymieniąjąc "Lodoiskę" Cherubiniego, markizę Melibeę w "Il viaggio a Reims" Rossiniego oraz panopticum typów spod ciemnej gwiazdy w "Borysie Godunowie" Musorgskiego i "Śmierci za cara" Glinki (wystawianej w czasach stalinowskich pod tytułem "Iwan Susanin"). Jest jeszcze operetka Nedbala "Polenblut" no i "Der Bettelstudent" Milockera z wątkami polskimi.

Najnowszym moim odkryciem w tej kategorii jest "Pan Wojewoda" Rimskiego - Korsakowa. Dalekim źródłem inspiracji librecisty, niejakiego Tiumeniewa, są "Czaty" Mickiewicza. Na wyraźne życzenie kompozytora tekst libretta pozbawiony jest jakichkolwiek odniesień historycznych i pozbawiony politycznych podtekstów, w ten sposób, aby operę można było stawiać po obu stronach Bugu. Wyszła więc historyjka dość banalna - on kocha ją, ale ona innego; ten inny jest biedny, ale miłość wszystko pokona, nawet przemoc zbrojną - ale w sumie banalna wyjść miała: jak napisał Piotr Kamiński ("Mille et un operas") "Tiumieniew splądrował niedbale podręczną biblioteczkę librett operowych". Warstwę muzyczną opery określono niezbyt pochlebnym epitetem "powierzchowna".

Rzecz nie miała większego szczęścia, prapremiera odbyła się w St. Petersburgu w 1904, w 1905 opera trafiła na scenę Teatru Bolszoi (dyrygował Rachmaninow), w tym samym roku zaplanowano premierę polską w Warszawie, którą dyrygować miał sam kompozytor. Zamiast Rimskiego - Korsakowa przyszła jedynie do Warszawy depesza, w której życzył powodzenia artystom i orkiestrze. Życzenia się nie spełniły - wydarzenia wiosny 1905 roku rzuciły się cieniem na próbę artystycznego pojednania polsko - rosyjskiego, dzieło bardzo szybko zeszło z afisza. Opera nie miała też sukcesu w Rosji, przegrywającej właśnie wojnę z Japonią, a potem wstrząsanej paroksyzmem rewolucji 1905 roku. Nad operą Rimskiego - Korsakowa zaczął gromadzić się kurz. Sporadycznie trafiała do repertuaru koncertowego suita orkiestrowa z tego dzieła (wydana w latach 90 ubiegłego wieku przez Naxos). W czasach stalinowskich niekiedy stawiano "Pana Wojewodę" na scenach teatrów operowych ZSRR. Z tych czasów pochodzi też nagranie płytowe Melodii (1951).

Czy doczekamy się renesansu "Pana Wojewody" w Polsce? Trudno orzec, teraz Rosjanie, nawet puszczający perskie oko, są niemodni. Nie sposób jednak przy tej okazji powstrzymać się od refleksji nad dość umiarkowanym obiegiem polskich oper za granicą. Czasami gdzieś w Niemczech pokażą "Halkę", traktując jednak rzecz całą jako przedsięwzięcie wielce egzotyczne. Drugi, spróchniały filar sceny narodowej, "Straszny dwór" nie cieszy się nawet i tym powodzeniem (nagranie EMI Classics pod Kaspszykiem sprzed kilku lat niewiele pomogło). "Król Roger" Szymanowskiego jest tutaj chlubnym wyjątkiem, głównie za sprawą inscenizacji Trelińskiego (Edynburg) i Warlikowskiego (Paryż). Pewnym niszowym zainteresowaniem cieszą się również opery Pendereckiego.

Porównajmy teraz światowy status Janaczka, Smetany i Dworzaka z pozycją naszych koryfeuszy kompozycji operowej. Wnioski same się wyciągają...

środa, 19 listopada 2008

Non omnis moriar

Swego czasu popełniłem tekst, w którym zawarłem pewne machinalne i bezmyślne proroctwo, które to słowo, jak się dowiedziałem wczoraj, dawno już stało się ciałem. Nie wiem, czy nauczka z tego miałaby być taka, że cokolwiek wymyślimy, dawno już istnieje we wszystkich możliwych wariantach (urok i udręka postmodernizmu) - chyba jednak nie, bo udało nam się (na przykład) wymyślić kilka słów, które przedtem nie istniały. Natomiast zawsze warto jest zrobić trochę więcej riserczu przed publikacją, bo różne kwiatki w różnych niespodziewanych miejscach mogą kiełkować.

Ale po kolei. Najpierw ów archiwalny tekst. Fragment profetyczny wytłuszczony.

Piszę do Was z Dobrą Nowiną. Czechosłowacja istnieje. Co prawda ma tylko 3 hektary i to w Hamburgu, ale istnieje. I to mocą bardzo poważnego traktatu międzynarodowego. Myślę, że istnienie Czechosłowacji pozwala z optymizmem patrzeć na odtworzenie DDR, PRL, a niewykluczone również, że ZSRR. W każdym bądź razie precedens istnieje (non omnis moriar) i istnieć będzie jeszcze jedenaście lat. Coś by trzeba było z tym zrobić, póki nie jest za późno, i póki lokomotywa historii jest jeszcze pod parą. A pogłoski chodziły, ze w geografii nic odkryć już nie można.

Ale po kolei. Otóż bobrując po internecie dotarłem do tekstu traktatu wersalskiego z 1919 - i jakimś zupełnym przypadkiem oko moje spoczęło na punkcie 363 (na 440 możliwych), który stanowi, ze Niemcy wydzierżawią Czechosłowacji, na lat 99, niczym Chińczycy (*) Brytyjczykom HongKong, tereny w porcie w Hamburgu, na których Czechosłowacja urządzi sobie wolnocłową składnicę tranzytową towarów eksportowanych i importowanych drogą morską. Coś jak Westerplatte, tylko Czechosłowacja tego nigdy żadnymi Szwejkami nie obsadziła. Natomiast dość intensywnie korzystała, do roku
1938. Niemcy wywołały wojnę pod hasłami rewizji traktatu wersalskiego, natomiast traktat jako taki nigdy nie był przez sygnatariuszy odwołany. Wynika z tego, że punkt 363 nadal obowiązuje i to jeszcze do (1919+99=) 2018 roku.

Republika Federalna, z tego, co mi wiadomo, od momentu swojego powstania, nie bardzo wiedziała, co z tym fragmentem Czechosłowacji w porcie w Hamburgu zrobić, wiec pozwoliła mu zarastać zielskiem. Czechosłowacja zaś po drugiej wojnie wolała korzystać z bliższego ideologicznie i geograficznie portu w Szczecinie (**) i nie podniosła roszczeń wobec Hamburga. Nasi południowi sąsiedzi przy okazji aksamitnej rewolucji zaniedbali uporządkować status enklawy, w związku z powyższym, formalnie, podzielili sie na trzy państwa: Czechy, Słowację oraz Czechosłowację w Hamburgu (istniejącą jeszcze przez jedenaście lat).

Wiec, jak widzicie, nie wszystko stracone, o czym zapewnia,

Michał Babilas
-------------------------------------------------------
(*) I jeszcze jedna ciekawostka związana z traktatem wersalskim: Chiny, nie będąc usatysfakcjonowane przyznaniem niemieckiej kolonii Tsingtao w Chinach Japonii, odmówiły podpisania traktatu i formalnie znajdowały się w stanie wojny z Niemcami az do września 1919. Tacy ci Azjaci zawzięci.

(**) A co do Szczecina - jedną z rozważanych tuż po wojnie koncepcji "dyplomatycznych" było podzielenie Szczecina na trzy strefy okupacyjne - polską, radziecką i czechosłowacką (Czesi mieli nam za to oddać Zaolzie); stąd dziwne przepychanki wokół miasta w 1945. Doszło w końcu do utworzenia czegoś w rodzaju obszaru wolnocłowego pod zarządem czechosłowackim na tzw. półwyspie Ewa (cześć portu), ale dość krótkotrwałego (oddali nam to bodaj w latach 50tych). Pozostałością nomenklaturowa tej zaszłości jest tzw. Nabrzeże Czechosłowackie w porcie szczecińskim.


A teraz kilka słów współczesnego komentarza. Otóż DDR odtwarzać nie potrzeba, albowiem Niemiecka Republika Demokratyczna przetrwała. Jest, istnieje. W tropikach. W czerwcu 1972 odwieczny Fidel odwiedził swojego przyjaciela znad Szprewy, który w kręgach pierwszych sekretarzy może nie miał najlepszej opinii, ale za to jak całował... Fidel miał gest - ofiarował narodowi enerdowskiemu (składając ten dar na ręce ukochanego przywódcy) wysepkę przy południowym wybrzeżu Kuby (25 km na zachód od Zatoki Świń). Wysepkę zaraz przemianowano (z dotychczasowej Cayo Blanco del Sur) na Ernst-Thälmann-Insel, względnie Isla Ernesto Thaelmann. Wysepka ma 15km długości, w najszerszym miejscu osiąga pół kilometra szerokości. Zamieszkują ją liczni przedstawiciele fauny i flory, brak wśród nich człowieka (jeśli nie liczyć betonowego popiersia patrona wyspy, odsłoniętego na plaży staraniem ambasady NRD w Hawanie w sierpniu 1972). Innym śladem pobytu człowieka enerdowskiego na wyspie jest teledysk (dziś uznany za zaginiony) „Insel im Golf von Cazones“ nagrany na wyspie w 1975 przez Franka Schoebla, wschodnioniemieckiego Karela Gotta.

W traktacie zjednoczeniowym (Einigungsvertrag) nie ma wzmianki o wysepce. W ten sposób Isla Ernesto Thaelmann jest formalnie niezjednoczoną częścią NRD. Kuba dziś zresztą utrzymuje, że gest przekazania wysepki miał wymiar symboliczny i nie należy go obecnie traktować w innym niż rytualny wymiarze. W ubiegłym dwudziestoleciu niemieckie gazety sporadycznie wzmiankowały o jedynym od ukończenia I Wojny Światowej niemieckim terytorium zamorskim, odnotowały też przypadek odmowy udzielenia wizy pewnemu dziennikarzowi, który wpisał w kwestionariuszu w rubryce "cel wyjazdu" - "tranzyt na Ernst-Thälmann-Insel". Jeden z huraganów (1998) mocno uszkodził popiersie patrona wyspy, które od tamtego czasu pozostaje nieodbudowane. Zaznaczyć należy, że w owej wymianie prezentów w 1972 NRD przekazało Kubie całkiem realne udziały w firmie Nordsternzucker VEB Halle, które ułatwiały reeksport kubańskiego cukru na rynki zachodnio - europejskie. Inną ciekawostką jest istnienie (przynajmniej wirtualne) "ziomkostwa karaibskiego", które proponuje zbiórkę kasy na wykup wysepki ze stygnących rąk Fidela Castro ("Wir wollen unsere Insel zurück!")

Tak więc, mili moi, Czechosłowacja istnieje, NRD również, odbudową ZSRR straszą nas już prawie wszyscy a PRL wciąż istnieje w naszych głowach, co jest bytem o wiele bardziej realnym niż tropikalne fantasmagorie na Karaibach.

wtorek, 28 października 2008

Mój własny Faust (szkic inscenizacji)

Słyszeliśmy w niedzielę w warszawskim Teatrze Wielkim wykonanie Fausta Gounoda – słyszeliśmy, bowiem na tę „inscenizację” nie dało się patrzeć. Ja Fausta uwielbiam i naprawdę nie spodziewałam się, że taki "samograj" można zepsuć - a jednak można. "Tworzę teatr nie-interpretujący, to zadanie pozostawiam widzom" - puszył się reżyser w przedpremierowej rozmowie z jakąś gazetą. Ja w takim razie zdecydowanie wolę mieć do czynienia z interpretacją, z którą się nawet nie zgadzam, niż z kimś, kto by udowodnić swą wielkość od reżyserii się powstrzymuje (ale chyba już od brania kolosalnych honorariów nie, bo z tego co słyszałam, z uwagi na wysokość tantiemy spektakl pójdzie w Warszawie tylko 4 razy). Wizji jakiejkolwiek - dramaturgicznej czy plastycznej - jako rzekłam, nie było. Były groteskowe makijaże i miny takie jaką demonstruje sam twórca w tym wywiadzie . Była pusta przez większość przedstawienia scena niewypełniona kompletnie niczym, z zawieszoną w dalekim tle płaską dekoracją w stylu "pikseloza". Było "odkrywcze" spostrzeżenie kostiumografa (Wilson przecież nie-interpretuje!) że Faust i Mefisto to w istocie ta sama osoba (ja na to wpadłam jakieś 15 lat temu). Po jedynym ciekawym plastycznie fragmencie przedstawienia - pierwszym akcie w olbrzymiej bibliotece, gdy wszystko opustoszało, a na scenę wykuśtykał chór ubrany w identycznie skrojone szarobure kostiumy, wyłączyłam wizję i uznałam, że znalazłam się na wykonaniu koncertowym. I wtedy zaczął się zupełnie inny Faust - taki, jakiego nikt, nigdy i nigdzie zapewne mi nie zagra. Symboliczny, intertekstualny, zwielokrotniony i par excellence operowy. Ale ja nie nazywam się Wilson…

Faust - jak nie było w Warszawie

Akt I

Scena podzielona jest na trzy obszary: na dolnym poziomie po lewej stronie gabinet Fausta, po prawej inne pomieszczenie chwilowo zaciemnione - ponad oboma poziom górny.
W gabinecie Fausta panuje nieład. Na podłodze walają się książki, nuty, ubrania, rekwizyty teatralne, jakieś naukowe przybory. Pod ścianą stoją nieduże organy (to ważne i jeszcze się przyda), z drugiej strony, obok zaciemnionego pomieszczenia, na ścianie umocowane jest duże lustro.

Faust nie jest ani młody ani stary – a raczej dość dojrzały żeby czuć zgorzknienie, ale wciąż dość młody, by być w stanie wielkim wysiłkiem woli się z tego podnieść. Ubrany w czarny garnitur i białą koszulę (koniec XIX wieku). Nie wierzy w nic i chce umrzeć. Gdy śpiewa o wstającym nowym dniu, powoli rozświetla się górna część sceny i okazuje się, że jesteśmy w teatrze, na próbie – „rolnicy” są przebranymi w kostiumy chórzystami, „młode dziewczęta” to corps de ballet. Faust od niechcenia bawi się buteleczką trucizny; już niemal nalewa płyn do typowo teatralnego kielicha i przymierza się, by spełnić toast do swojego odbicia w lustrze, kiedy za lustrem zapala się światło (widać jakąś garderobę) i wchodzi Mefistofeles. Wygląda identycznie jak Faust. Grzebie w stercie rzeczy, wyciąga jakąś partyturę, wciska doktorowi w ręce. Wskazuje ręką w stronę sceny, gdzie właśnie próbuje solistka-Małgorzata. W chwili, gdy Faust odkłada truciznę na bok i wznosi toast do Małgorzaty pustym kielichem, Mefisto przebiera się w leżący gdzieś na podłodze długi szkarłatny płaszcz, kapelusz z piórami i zakłada maskę (jakąkolwiek, byle wyglądał dostatecznie teatralnie i diabelsko). Faust się nie przebiera, w ogóle się nie zmienia; zmieniło się jedynie to, że po raz pierwszy od dawna (i zapewne ostatni) poczuł nadzieję, że jego życie może się zmienić.

Akt II

Zmiana dekoracji. Scena teatralna. Właśnie dobiegła końca próba. Studenci, żołnierze, mieszczanie, kobiety to tylko aktorzy ćwiczący do przedstawienia. Teraz odpoczywają, piją, jedzą, flirtują. Walenty jest jednym z nich – śpiewając swoją arię wręcza Małgorzacie, swojej narzeczonej, pierścionek na łańcuszku. Ona reaguje na to bez namiętności, po bratersku, ale przyjmuje podarunek i wychodzi odprowadzana szarmancko przez Siebela. Ważne: Siebel i Walenty ubrani są w identyczne stroje; Siebel jednak zachowuje się bardziej wyraźnie jak wielbiciel, a nie jak kolega z zespołu.

Nadchodzi Mefisto w czerwonym płaszczu. Robi duże zamieszanie – przy arii o złotym cielcu (dla efektu dodałabym nad sceną kołyszący się żyrandol) rzuca Wagnerowi (reżyser? dyrygent?) partyturę (na okładce napisane: FAUST). Dokucza Walentemu i Siebelowi (zdążył wrócić). Musi być widać, że Walenty i Siebel to ta sama osoba: wykonują te same gesty itp. Gdy scena pustoszeje, przychodzi Faust – Mefisto każe mu stanąć z boku, z reżyserem. Zespół kontynuuje próbę, tańczą walca. Gdy przychodzi Małgorzata, Faust wręcza jej partyturę (zabrał Wagnerowi) oraz różę. Solistka jest spłoszona, ale wkłada kwiatek w dekolt, potem oddala się. Balet dalej tańczy walca.

Akt III

Na dolnym poziomie znajdują się drzwi do garderoby Małgorzaty i zaciemniona przestrzeń (już wiemy, że to gabinet Fausta). Powyżej opustoszała w tej chwili scena.

Mefisto niepostrzeżenie dostaje się do garderoby przez ruchome lustro i podkłada szkatułkę z klejnotami. Siebel zostawia swój bukiet pod drzwiami. Faust patrzy przez lustrzaną szybę na pokoik Małgorzaty (aria Salut demeure chaste et pure…) Małgorzata zabiera szkatułkę z garderoby i śpiewając pieśń o królu Thule idzie na scenę – jest bardzo zaskoczona, że w środku jest prawdziwa biżuteria. Podczas arii z klejnotami reszta sceny jest zaciemniona, w tle widać siedzącą publiczność, która na koniec bije brawo. Marta (garderobiana) rozmawia z Małgorzatą po udanym przedstawieniu. Już ma z nią iść do garderoby, gdy nadchodzą Mefisto z Faustem. Marta z Mefistem zostają na scenie, siadają z boku przy stoliku (ewentualnie w bocznej loży), Mefisto przynosi jej bombonierkę. Flirtują i rozrzucają złotka od czekoladek, podczas gdy druga para schodzi na dół.

Faust odprowadza Małgorzatę do jej garderoby, oboje są strasznie onieśmieleni, w końcu Małgorzata żegna się i odchodzi, niemal ucieka. Mefistofeles wychodzi na proscenium i odprawia swoje czary – scena zjeżdża na dół, widać teraz tylko ją. Jest całkiem pusta, po deskach snuje się dym. Małgorzata i Faust wspólnie próbują do przedstawienia - Faust stoi z nutami i patrzy w partyturę, Małgorzata śpiewa (duet Laissez-moi… aż do „eternelle”, wtedy książka wypada Faustowi z ręki). Do duetu „oh nuit d’amour” stoją obok siebie, Faust tuż za Małgorzatą, obejmując ją. Kiedy już mają się pocałować, na moment gaśnie światło, a kiedy się zapala, okazuje się, że Małgorzata obejmuje Mefistofelesa. Odpycha go przestraszona, scena podjeżdża do góry. Mefisto znika, a Faust nadbiega z kulisy i kontynuują duet (divine purete…). Ponieważ Małgorzata jest mocno zalękniona, Faust znów odprowadza ją do garderoby, z pełną rewerencją, umawiają się na jutro.

Faust ma ochotę przylać Mefistowi, gdy się spotykają, ale ten ciągnie go natychmiast do jego gabinetu, skąd we dwóch patrzą jak Małgorzata wspomina swoją schadzkę, wdzięcząc się przed lustrem. W kulminacyjnej scenie, za sprawą Mefista lustro otwiera się, a Faust i Małgorzata padają sobie w ramiona.

Akt IV

Garderoba Małgorzaty/ gabinet Fausta. Małgorzata rozpacza przed zamkniętym lustrem; siedząc przy toaletce, ze smutkiem rozpakowuje paczuszkę, gdzie znajdują się buciki niemowlęce. Tu może nastąpić – wycinana zazwyczaj – scena z Siebelem, który nieskutecznie próbuje ją pocieszyć, Małgorzata jednak wciąż czeka na Fausta. Na scenie powyżej trwa próba chóru. Fausta nigdzie nie ma, natomiast za ścianą jest Mefistofeles, który gra sobie na organach, a potem dręczy znękaną wyrzutami sumienia Małgorzatę, odzywając się do niej zza lustra. Rolę chóru demonów odgrywają artyści próbujący piętro wyżej, plotkujący o Małgorzacie.

Powrót żołnierzy odbywa się jako „teatr w teatrze”, Siebel-Walenty (czyli jednym słowem Rywal) bije się z myślami – oczywiście ktoś „życzliwy” już mu doniósł o zdradzie Małgorzaty. Jej samej nie ma, siedzi w garderobie i płacze. Gdy scena pustoszeje (zostaje tylko Walenty i Siebel) pojawiają się Faust i Mefisto. Mefisto machając nogami buja się na żyrandolu i śpiewa swoje złośliwe kuplety, Faust bezskutecznie stara się go uciszyć; Walenty nie słuchając błagań Siebela wciska Faustowi do ręki szablę (rekwizyt teatralny) i zmusza do pojedynku. To jest moment na stereotypowe powiewające koszule i porządną bijatykę. Gdy Walenty pada ciężko raniony, widz zauważa, że na piersi Siebela też jest krwawa plama. Faust ucieka, Mefisto znika (wraz z żyrandolem), na scenę wbiega chór, a za nimi Małgorzata. Walenty zrywa jej z szyi łańcuszek z zaręczynowym pierścionkiem, przeklina ją i umiera; w tej samej chwili Siebel również pada martwy.

Akt V

Pusta scena. Mefisto ustawia rekwizyt-tron i każe Faustowi siadać. Faust czyni to niechętnie i rozpoczyna się Noc Walpurgii. Corps de ballet występuje jako corps de ballet i wdzięczy się przed Faustem ile się da. Mefisto prezentuje solistki: bliskowschodnią piękność, potem jedną z baletnic, romantyczno-gotycką królewnę, uczennicę w mundurku (całkiem współczesnym). Faust patrzy na to wszystko coraz bardziej przerażony, z rosnącym niedowierzaniem. Piękne dziewczęta wpychają mu się na kolana, próbują go całować - Faust stara się je odgonić, Mefisto się śmieje. Tymczasem Małgorzata piętro niżej rozbija lustro w garderobie i przechodzi do gabinetu Fausta. Przerażona ogląda panujący tam nieład, widzi organy, w końcu znajduje buteleczkę trucizny, którą Faust chciał zażyć na początku pierwszego aktu. Nalewa do kielicha i pije.

We fragmencie instrumentalnym po tym, jak Faust rozkazał Mefistofelesowi prowadzić się natychmiast do Małgorzaty, ma miejsce scena zbiorowa w teatrze. W obecności chóru, na scenie, Małgorzata ma krwotok (duża, rozmazana plama na deskach plus pobrudzona cała dolna połowa białego kostiumu do „sceny więziennej”) i mdleje. Chór rozchodzi się, Faust i Mefisto znajdują Małgorzatę leżącą nieprzytomną na scenie. Mefisto oddala się i kochankowie zostają sami. Scena zmienia się podobnie jak w III akcie do sekwencji ogrodowej (gwiaździsta noc, dym na deskach, ogólnie bardzo romantycznie). Małgorzata rozpoznaje Fausta i padają sobie w ramiona; wtedy okazuje się, że ona nie rozumie co się z nią dzieje, majaczy w gorączce. Gdy próbuje wstać, ciągnie się za nią krwawa smuga; leci Faustowi przez ręce, kiedy ten stara się wyprowadzić ją na zewnątrz. Nadbiega Mefistofeles (bez swojej czerwonej peleryny, tylko w kapeluszu i masce), chce pomóc Faustowi uratować Małgorzatę. W czasie szamotaniny dziewczyna zrzuca mu kapelusz (więc coraz bardziej widać, że Mefisto to w istocie sam Faust). W finałowym tercecie Małgorzata praktycznie omdlewa, wiesza się na Fauście, który osuwa się na kolana i błaga ją o przebaczenie (ona wydaje się mu wybaczać, ale trudno ustalić, na ile jest świadoma). Mefisto krzyczy na Fausta i Małgorzatę, żeby się pospieszyli, ale bez efektu. Na dole, na poziomie garderób, zbiera się tłumek chórzystów. W ostatnim wysiłku Małgorzata wstaje, podchodzi do Mefista i ściąga jego maskę – teraz widać bez żadnej wątpliwości, że jest identyczny jak Faust. Swoją ostatnią kwestię „Va, tu me fais horreur!” Małgorzata wrzeszczy do obydwu, po czym pada nieżywa. Faust rozpacza łapiąc się za głowę, Mefistofeles odchodzi w kulisę. Ostre światło na dolny poziom sceny, gdzie gapiący się na nich od pewnego czasu chórzyści wykonują finałowy chór aniołów przekonani o własnej moralnej wyższości.

Kurtyna

piątek, 24 października 2008

"Burn After Reading"

Wspólna wizyta w Warszawie w związku z premierą Fausta i przyjemnościami towarzyskimi. Szczątki sympatycznej jesieni.

Zaparkowanie samochodu gdziekolwiek w Warszawie wiąże się z późniejszym wyjmowaniem zza wycieraczek i z wszystkich możliwych szczelin samochodu reklam "namiętnych studentek", "profesjonalnych masażystek", "trzeciej godziny gratis" ilustrowanych zdjęciami wypiętych, napiętych i opiętych damskich tyłków opisanych imionami i numerami telefonów. Podobno zresztą ulotki te stały się collectors' items wśród kilkuletniej dziatwy. Mam więc w rękach taką ulotkę, czytam spodem adres przybytku rozkoszy: Chłodna 39. Chyba lepiej byłoby Gorąca 21.

Rzadko chodzimy ostatnio do kina. Nie lubię zwłaszcza przymusu oglądania półgodzinnego bloku reklam i tzw. zajawek przed seansem - ale z drugiej strony nie mam na tyle nonszalancji aby wejść na salę pół godziny po nominalnej godzinie rozpoczęcia umieszczonej na bilecie. Z trzeciej strony: w dawce homeopatycznej (telewizji nie oglądamy, internet sterylizuje nam firefoksiany adblock i filtr na skrzynce pocztowej) reklamy są nawet zabawne.

Ponieważ rzadko chadzamy, wszystko jest dla nas nowe i nieznane, w tym i tak zwany repertuar. Przez pewien czas (zanim zobaczyłem plakat) myślałem, że Świadectwo to po prostu polski tytuł filmu High School Musical III. Nie mogliśmy też pojąć dlaczego pojawiła się na ekranach animowana wersja jednego z odcinków Gwiezdnych Wojen (Atak Klonów). Po co robić kreskówkę z poniekąd kreskówki?

A co do samego filmu (vide tytuł wpisu) - zabawny, dobrze zagrany, sprawnie wyreżyserowany. Natomiast to, co we mnie zostanie na dłużej, to niemy podziw nad starszym ode mnie Bradem Pittem grającym nastolatka.

środa, 8 października 2008

Jak hrabia z biskupem winem handlowali i co z tego wynikło

Ostatnio byliśmy w księstwie, które nie ma księcia, tylko dwóch półksiążąt. Monarchia jest półelekcyjna (bo druga połowa jest nominacyjna), przy czym elekcja odbywa się mocarstwie ościennym (nominacja zresztą też). Mało kto uświadamia tego ościennego wyborcę, że wybierając sobie prezydenta, wybiera też komuś półksięcia. Księstwo nie utrzymuje sił zbrojnych, a mimo to toczyło długą acz bezkrwawą wojnę z Niemcami, wypowiedzianą w 1914. W pospiechu zapomniano dopisać księstwo do Traktatu Wersalskiego i tak pierwsza wojna światowa trwała na tym małym obszarze aż do 1958, ignorując zupełnie fakt, że w międzyczasie zaczęła sie i skończyła druga. Rozwiązanie tej zagadki znajduje się w Pirenejach, na pograniczu hiszpańsko - francuskim i jest jednym wielkim straganem pod firmą Andora. Ponieważ księstwo nie jest członkiem "unii brukselskiej, nierządnicy europejskiej" i jako obszar wolnocłowy kusi niskimi cenami, na granicy odbywają się szczegółowe kontrole bagażników i w ten sposób pieniądze zaoszczędzone w Andorze wydaje się na opłaty celne we Francji lub Hiszpanii. Według traktatu z 1278 ludność Andory ma płacić swoim co-princepsom rocznie cztery szynki, czterdzieści bochenków chleba i sześć galonów wina. To, co służby celne obu państw rekwirują podróżującym na granicy znacznie przekracza wartość daniny.

Raz jeden podjęto próbę zespawania dwóch półksiążąt w jednego księcia. W 1934 pewien słowiański awanturnik ogłosił się pełnym księciem, przyjął tytuł Borysa I i wypowiedział wojnę biskupowi hiszpańskiego Urgel (pierwszemu półksięciu). Wojny prezydentowi Francji (drugiemu półksięciu) nie wypowiadał, bo uważał się za regenta króla francuskiego, którego nieprawnym sukcesorem był właśnie prezydent republiki francuskiej. Biskup uśmiechnął sie i zadzwonił po sanitariuszy. Sanitariusze zabrali jego Książęcą Mość do Madrytu, gdzie go, przede wszystkim wylegitymowali. W papierach Jego Książęca Mość miał napisane Borys Michajłowicz Skosyriew i jako miejsce urodzenia Wilno. Na terenach Półwyspu Iberyjskiego nawet dziś trudno o dobrą znajomość geografii Europy Wschodniej, więc zarejestrowali Skosyriewa jako Polaka. On sam uważał się raczej za Białorusina. W 1917 wraz z falą białej emigracji przedostał się do Anglii. Niewiele wiadomo o jego zajęciach i źródłach dochodu. Na pewno współpracował z Olivierem Locker-Lampsonem, który był jednym z dowódców brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego w Rosji. Po wielu latach Skosyriew utrzymywał, że wykonywał tajne zlecenia Rządu Jego Królewskiej Mości. Z pewnością rząd brytyjski nie zlecał Skosyriewowi puszczania w obieg fałszowanych czeków - pod takim zarzutem był przesłuchiwany przez londyńską policję w 1919. Zaprotokołowano wówczas, że przesłuchiwany pracuje jako tłumacz w japońskiej misji wojskowej.

W 1925 Skosyriew na "nansenowskim paszporcie" wyjeżdża do Holandii. Nie wiadomo, co tam robi. Sam później twierdził, że oddawał usługi na dworze królowej Wilhelminy, która nadała (!) mu tytuł "comte d'Orange". Z pewnością Skosyriew otrzymał wówczas holenderski paszport, bo legitymował się nim w latach trzydziestych. Tradycyjnie niewiele wiadomo o jego podróżach. Twierdził, że nauczył sie hiszpańskiego w Kolumbii, gdzie prowadził firmę eksportową. Na początku lat 30 Skosyriew przebywa na Balearach, gdzie podaje się za profesora literatury angielskiej. Żeni się, ale nie przeszkadza to mu w licznych romansach, miedzy innymi ze świeżo rozwiedzioną multimilionerką amerykańska, Florence Marmon. W 1933, zagrożony wydaleniem z Hiszpanii, przybywa do Andory.

Pirenejskie księstwo przeżywa wówczas okres niepokojów społecznych, napływowi robotnicy hiszpańscy (anarchiści, syndykaliści i anarcho–syndykaliści) wzniecają strajki, zbliżają się wybory do parlamentu, podatki rosną, ceny nie maleją - w Andorze musza interweniować francuscy żandarmi. W takiej atmosferze Skosyriew przygotowuje swoje entree. W porozumieniu i za zgodą francuskich monarchistów ogłasza się władcą Andory w imieniu prawowitego półksięcia, pretendenta do tronu Francji. Ogłasza również plan rewitalizacji gospodarki, poprzez zniesienie ceł i budowę kasyn (na wzór Monako) oraz wielce socjalistyczną w duchu konstytucję. Biskupowi już kasyna kwaśno smakowały, ale ta swoboda wyznania i poglądów przebrała miarkę. Skosyriewa aresztują hiszpańscy gwardziści, mimo że podobno przypadł nawet do gustu tubylcom.

W Madrycie nie bardzo wiadomo, co zrobić ze Skosyriewem – ma wiele paszportów, powołuje się na rozliczne wpływowe znajomości, co więcej, twierdzi, że z tym księciowaniem to był tylko żart i (jakbyśmy to dziś powiedzieli) happening. Jedyne, co można zrobić, to wydalić delikwenta. Najbezpieczniej do Portugalii. Na granicy portugalskiej Skorsyriew jest znów aresztowany i wydalony, tym razem do Francji. Która - tak, tak, czytelnik zgadł – aresztuje Skorsyriewa i wydala go, przewidywalnie, do Hiszpanii. Tak więc Skorsyriew błąka się po okolicy (zahacza jeszcze o Maroko), aż w końcu, w 1938 władze francuskie zezwalają mu na osiedlenie się.

I tak Skorsyriew dożyłby może spokojnej starości w pachnącej lawendą Prowansji, gdyby nie pewien austriacki wegetarianin. W 1939 wraz z innymi elementami politycznie niepewnymi trafia do obozu internowania pod Tuluzą, z którego wychodzi po klęsce Francji. Archiwa Wehrmachtu rejestrują obecność Skorsyriewa wśród oddziałów niemieckich na froncie wschodnim, w charakterze „cywilnego specjalisty”. Trop urywa się w 1943. Następny ślad datowany jest na kwiecień 1945 – wówczas Skorsyriew trafia do amerykańskiej niewoli. Zwolniony, po przesłuchaniach, jako nie-Niemiec i nie-nazista. W 1948 aresztowany przez Rosjan w Eisenach, na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej. Z Syberii wraca w 1956, osiedla się w RFN, w Boppard, gdzie umiera w 1989. Zdecydowanie postać z potencjałem na bohatera filmu sensacyjnego.

Inne jest jeszcze ciekawe zjawisko geograficzne w pobliżu, zwie się Llivia. Jest to hiszpańska eksklawa na terenie Francji. W najwęższym miejscu „dużą Hiszpanię” od Llivii oddziela pas Francji mniej więcej dwukilometrowej szerokości. Przed Schengen rozwiązane to było tak, że na skrzyżowaniu „drogi hiszpańskiej” z „drogą francuską” stały sobie nakazy jazdy na wprost (i zakazy skrętów w lewo i w prawo). Dziś już oczywiście wszyscy jeżdżą sobie jak chcą – a i podejrzewam, że dawniej też tak robili. Skąd się to wzięło? Na mocy traktatu pirenejskiego z 1659 Hiszpania zobowiązywała się oddać Francji, między innymi, 33 wsie powiatu (comarca) Cerdanya. Hiszpanie podpisali traktat, ale coś im tak chytrze z oczu patrzało. No i wyjmują z czarnej aktówki akt nadania Llivii praw miejskich datowany na 1528. I mowią „ha! – bierzcie wsie, i bierzcie kmiotów, ale przecież Llivia to miasto. Miasto!”. Tu Francuzi się zmieszali i mówią, że dobrze, zostawcie sobie Llivię, tylko nie budujcie tam murów, zamków ani umocnień. Na co Hiszpanie mogliby odpowiedzieć, że jakie tam mury budować po wsiach, a jakie zamki na 13km kwadratowych, ale że byli ludźmi dobrze wychowanymi i nie chcieli przedłużać rozmowy, na tym się traktat pirenejski zakończył.

Potem jeszcze Francuzi pokazali, że są równie dobrze wychowani, bo całkiem za darmo dali Hiszpanom łąkę – gdzieś przecież ci miastowi musieli paść owce i krowy – oraz szereg innych udogodnień (las, dostęp do strumienia). W 1939, pod koniec wojny domowej, był nawet pomysł, aby rząd republikański schował się na terytorium Llivii i tam sobie rządził snując plany rekonkwisty, ale ostatecznie upadek republiki był tak szybki, że do niczego nie doszło.

poniedziałek, 22 września 2008

Czytanki z prehistorii internetu

Daniel Wilczyński pojawił się na soc.culture.polish latem 1994. Przebywał tam krótko, niecałe dwa miesiące, ale pisał dużo i na różne tematy. Szczególnie upodobał sobie geopolitykę, motoryzację i stosunki społeczne. Był Daniel przykładem pozytywnie zaangażowanego w sprawy kraju Polonusa, najprawdopodobniej drugiej lub może nawet trzeciej generacji.

Ponieważ sam Daniel pouczał (bodaj p. Juliana Ilickiego) "I nie wycagaj jedna fraze i patrz izolowano na ta", chcąc przybliżyć twórczość Daniela zdecydowałem się wycągnąć wszystkie możliwe frazy. Rzucają one wiele światła na to, co nazwano na sciepie później 'syndromem szfeckim'.

Swego czasu Joanna Chmielewska (autorka kryminałów, najpopularniejsza polska pisarka w Rosji) bawiła swoich czytelników polszczyzną inspektora Muldgaarda. Daniel przebija Muldgaarda, chociażby dlatego, że jest autentyczny.

Pisownia oryginalna (pisało się wtedy bezrobaczkowo), interpunkcja nieomal też - pozlepiałem tylko 'myślociągi' w akapity.

Ale teraz już światła gasną, szmer na widowni cichnie, powoli unosi się kurtyna. Proszę Państwa, monodram Daniela Wilczynskiego pod tytułem "Szwety". Voila!




Duzo Polakuch i antiPolske sily mowi zle o Polsce na zachodzie. Tak w Polsce jak i na zachodzie. Dlaczego ? W historjy tam duzo przykladow ale ja wybram te co w mojim czasu sie ujawnialy: Ja tam kiedys slyszalem nie tak dawno voice of america po Polsku i tam mowiono ze w tej Americe jest tak piekne i tak dobrze i wszystko majom etc.. To znaczy ze w Polsce jest ochydnie . Ja rozumiem.


Radio wolna europa tez dobrze pomaga. Oni troche zaduzo prawdy mowial w troncajal sie. Rzad Polski musi byc ten co trzyma waznom informacje a nie ludzie biegem. Jak rzad cos chce cos zrobic a wolna europa sie wtronca no to efekt tej decyzji wyplynie jak pjach. Jak to by wygladalo jak twoj sadsiat by chodzil 2 metry po tobie co dzien.


Polacy kochajom egzotyzm "mandarinki i Polo" Duzo Polakuch uwaza: Lepiej jeden Polo w lesie jak dzesiec Polonezow w renku. W szwecji sie tylko jedzenie szwecke sie je mimo ze nie powinno (malo ludzi polnocny kraj etc..) W Polsce powinno sie jesc to co
Polska produkuje: mleko zamias herbata ,kawa,czy te ruzne orenzady. jagody,truskawki zamiast mandarynki,pomarancze,cytryny.
etc..


Brak w Polsce nationalyzm ,to znaczy konstruktywny . Na zachodzie ludzie sie bardzo interesujom o swojom narodzie za duzo imigracja obcokrajowcow ,EWG, ekonomia narodowa, swoje zaklady ,etc.. I otych rzeczach co dzien sie o tym mowi,w pracy na wolnym czsie etc.

Reklama telewizijna pokaze prawie tylko szwedske rzeczy. Ludzie maja reklame na swetrach .Jak by bylo Krakus czy Jelcz,Star. Ten konstruktywny nationalyzm jest wazny bo reguluje stosunki medzy indywydem (obywatelem) i Panstwem (kolektywem) . Jak indywydzi majal czesc panstwa u siebie to sie lipiej rozumial (bez ogromnej dyskucji i wytlumaczenia) i tez co jest wiecej wazne ze panstwo niebedze budowalo
straszne arsenaly zeby wewnetrzno otrzymowac te stosunki.


Jak pozatem panstwo jest slabe to ludzie bedal wybudowac straszny revir zeby utrzymowac pewnosc przeciwko inym czlowiekem. Jak masz jezoro z rybami i ludzie lowiom i ryby sie konczom jak nie masz panstwa no to sie ryby skonczom i wszyscy pozniej glodzom. Nikt nie szkonczy bo traci (twierdzenie dezyzja grania) A jak masz dosyc silne panstwo i dotego konstruktywny nationalyzm to sytuacja bedzie
regulowana i stabylna. Rybaki sie beda rozumic ze saba i panstwo. Troche miej sie bedze lowilo i ryby sie nie skonczom.


Co ja zarobiem no to panstwo a co panstwo to i ja. Waznie dodac to wszystko musi budowac na demokracje. Ludzie muszom wybierac ten najlepszy rzad. Inny rzecz, brak "idiosyncratetic knowledge" miedzy Polakami szczegulnie na zachodzie. Inny rzecz, Polacy za duzu wiedzo co mowi do nich na zachodzie. Polacy powinny zobaczyc dokladnie jak sie robi i mysly na zachodzie. Polska musi mocniej powiedzic gdzie
stoji w stosunkach przciwko zachod i rzeczysce inne marody i odrazu wysoko reagowac jak cos nie dobrze. Bo tak bedze marginalizowana i bedzie sie deptac na nia.


Polacy powinny tez wiecej szerszej mowic o ekonomji i polytyky i nie wstydzic co sie na zachodzie uwaza o tym. Za malo sie mowi o za duzo imigracja obcokrajowcow ,EWG, ekonomia narodowa, swoje zaklady ,etc.. Dlaczego sie nic nie mowi o cienzarowka STAR czy JELCZ co sie nimy stalo jak im idzie etc..


Ja sie cieszem ze tam ktos daje zwoje argumenty przeciwko (czy moze za) moje bo to roby dyskusce otwartom i zywom obogaca i stego moze cos konstruktywne wyjdzie.Zegarek co stoji tez pokazuje czas kiedys dobrze. Ale zegarek co chodzi za szybko tez nie pokazuje czas dobrze. I ten zegarek trzeba troche powolnic. (sensu ekonomicznej)


Ja nie chcem zmienic zdanie ludzi bo trzeba powiedzic co sie uwaza argumenty i anti argumenty. Wszysci mamy ten samy cel zeby postawic Polske silnom i stabilnom. I biegamy na swojich scieszkach na polach ,przed lasach do tego celu . Tylko nikt nie moze byc cichy ,wszycy muszom dawac swoje argumenty i muszum tez brac inne argumenty zeby zmienic kierunki. Przy samym koncu prawdobodobnie wszyscy stojimy blyzel ze sobam i ten co wygra moze lepiej przekonac innych.

koniec zartow powaznie FSM 126 (MALUCH) jest bardzo dobry samochod w sensach narodowo ekonomicznej. Tansza prudukcja,miej materialu ,prosta konstrukcja etc. Bieze malo palywa (okej powinnem brac miej) Tarcze miej na ulicach (kto placi za tarcienia ulic ?) Bieze malo miesca ,kto biedzie placil za szersze drogi, garaze, parkingy etc. budowanie bardzo kostuje niestety ludzie tego nie wiedzom. Dlaczego ten fantastyczny Mercedes chce takom koncepcje miec dzisaj i produkowac take MALUCY ?


Trzeba sie przyznac ze te male samochody majal slabosci Okej ktos tam mowil ze sie siedzi na silniku na MALUCU ale jak ja jechalem takim Polo to ja myslalem ze mialem silnik na kolanach. Nie to powazne jest ze te samochody male nie sa pewne przy wypatkach. Te samochody sie nadajom na okriegach duzo mieszkancow (miastach) i do tego tez te argumenty z gory.


Powino sie przed podatki,paliwo,ubespieczenie na samochody wykierowac ze male samochody w miastach a duze samochody pod miastach. Naszy duzy samochod jest POLONEZ. Inna rzecz moze nie dotego. Autostrady powino sie miedzy duze miasta (okrega) dosyc blisko lezance. Tym wieksze okrega tym dalej mogom lezyc zeby motiwanie budowania autostrady.(duze okrego w sensu ludnosc. przemysl, administracja, strategja etc..)


STAR i JELCZ sa dobre cienzarowki oni sa nie zaduze i nie zamale. Na zachodzie takich niema .Dzisaj francuzi beda take stej klasy produkowac. Jak w Polsce jusz sie zaczyna budowac to take cienzarowki sa idealistyczne. Po co miec za duze i kolorowe (i droge rzeczywisce) cienzarowki zeby transportowac rzeczy dosyc brudne (cement polwyrobki etc.) w Polsce. Te duze i kolorowe cienzarowki nadajom sie za maksymalny export. Jak ja by bylem Polytykem z jakas potegom to ja odrazu przed 2 miesancow postawilem te dwa zaklady na maksymalnom produkcje.


W tamtym tygodnu taki maly szweti Bialy Niedzwiedz masakrowal 8 ludzi do smierci na zalym miesce i on byl w stanu bardzo pragmatycznym i dokladnym.


Ja jednak muszem troche opowiedzic i tych szwetach dlaczego oni maja tak "dobrze". Od roku 1860 do pierwszej wojny swiatowej szweca brala straszne pozyczki od angli, niemcach, franzusuch. I stego czasu te wszystke znane szwetcke firmy zaczely i ich duzo bylo. Tez sie budowala infrastrukture (linje pociagowe,drogi,elektrofikacja,
kopalnie zelazne etc..)


Kiedy wojna pierwsza zaczela i potem ,te dlugi zniknely (nic nie byly wartosciowe) i jak by wojna sie nie zaczela to by oni nigdy nie splacily te dlugi. Na pierwszej wojnie to szweti za bardzo droge pienodze sprzedawaly wyrobky i zelazo etc.. do narodow w wojnie i strasznie zarabialy. Pamietac ze szweti sie strasznie bogacily na
pierwszej wojnie. Ale tez sie bogacily na niemcow. A prawica (obserwuj prawica ,tak prawica szwetska) byla (i jeszcze jest) ogromnie pro niemiecka (historycznie hitlerostwo powstala szwetcji ale to jest inna historia) zaczela ogromne nationaliziwanie wszystkej wiekszych zakladach infrastrukturalnych (kopalnie ,koleje,elekrofkowanie..) Wolne tylko te priwatne firmy istniec co byly 100% lojalne prawicy polytyky.


Dlaczego ? Zauwazyly ze te priwatne firmy sprzedawaly tez drogo do niemcow. Juz miedzy wojnamy to juz niemiecki przemysl byl faworizowany przed szwetce. A kedy druga wojna zaczela sie to szwetcki przemysl tanej z przedawal do niemcow jak to koszta produkcji. szwety jescze tez tak ogromnie szmugel prowadzily ze Rossjani museli wsiakac te statki .szwety do dzisaj nazekajom bo mowily ze byly NEUTRALNI +:-) (i mowiom ze dzisaj sa ,te karole) Szwetzi asz tak pomagali niemcom na
drugej wojnie ze glod byl wiekszy szwetcji jak w Polsce na wojnie drugej swiatowej. szwetcja sie bogacila na pozyczkach z tamtego wieku i przed pierwszom wojne swiatowom .


Na drugej nie bagacili sie bo oni strasznie pomagali niemcom. Odrazu po drugej wojne zaczela szwetcja tez siejescze bogacic . Tym razem to bylo "hitlerowske zloto" . Niemcy wszystko wziely od zschodu i szwedzi zaczely sprzedawac duzo do niemcow i oba zarabialy jeden drugego pomagal. Prawa i lewa reka pomaga .Dlaczego? Bo to siedzi w te same cialo .


No zpowrotem do Polski . Plan Balczerowicza jest fiasko w ekonomicznem sensu. Psykologycznie moze jeszcze : Chciely zachod no to majom zachod. Te wszystke reserwy od czasu Mazowieckego i Suchocki buduje na czas Jaruzelskego. W tym czase byla ogromna reprezja polytyczna i to nie dobrze. Ale ekonomiczne rzad musal agerowac "demokratycznie" bal sie robic bledow i sie jakos optimalnie sie staral.


Mimo polytycnej reprezji to modernizacja sie pospieszala. Wszystko ekonomyczne kierowanie jednak nie tych powojennych rzaduch wina. Co Polski rzad mogl z robic po wojne drugej jak tylko piach zostal. Co Polski rzad mogl z robic ze swiat bojkotowal Polske od roku 1980 za wojne w afganistanu.


Polacy dotego sa Slowianie. Co Polski rzad mogl z robic ze na zachodzie szcegulnie szwecji sie nie kupuje Polski Krakus i Polskom Szynke etc.. . dlaczego szwety jedzom farbowana gelatine z cukrem i farbowana moka zemiakowa z tluszczem. Ja jednak je havregryn i siadle mleko . Na zachodzie szczegulnie szwecji nie kupuje Polske towary mimo ze sa lepsze bo wszystke kierowniki o organizacje so lojalne do szwecji i do
niemiec.

Co Polski rzad mogl z robic ze Rossja musala karmic centralnom azje co tylko rosla strasznie demgrafycznie i nigdy sie nie skonczylo. Co Polski rzad mogl z robic ze Rossja musala pomagac z Polskom caly ten 3 swiat co zachodu nie oplacalo sie miec. Co Polski rzad mogl z robic ze ameryka po wojne zaczela ogromne zbrojenie po wojnie z Rossjom. Co Polski rzad mogl z robic ze zachodnie umuwienia sie tak dlugo
trzymajom jak paczka Tetra Paku. Jak arabowie podwyszyly olej to zachod szybko dawal straszne pozyczki zeby wybudowac przemysl energie gazowom i weglowom na export na zachod. Ale jak pozniej olej poszet nadol to dollar poszet nagore i porzyczki taksamo . Zachod nie kupowal tej energi momo ze tana byla. Co Polski rzad mogl z robic ze niemcy i szwedzi grozily caly czas.


Jak juz Rossja troche puscila to juz zaczely te kraje nachodzic. Komuna wiedzala ze tak bedze i dlatego jak naj pozniej chcaja poscic wladze .Ludzie tego nie wiedzely i ruznica miedzy zachodem i zschodem byla wieksza ekonomicznie i zachod by mogl wykupic Polske. I zachod zaja tak Polske jak z Indianamy za jeden BMW. Pamietac co Komuna robila polytycznie i ekonomycne to trzeba odruznac. Powina budowac
demokrackje i w puszczac wiecej prywatany rynek. Ekonomycznie zachod jest wiecej panstwowy jak sie daleka widzy. Polytycznie sie zachod zaczyna ciemnic.


Co zachod teskni o Polsce zeby byla dziky nieswobodny rynek i niedemokratyczna systema. Patrzyc na te kraje uruguay argentyna Te kraje byly po wojnie bardzo bogate i polytcznie demokratyczne. Ale im nie wolno bylo exportowac na zachod i co : bieda i diktatura Jeszcze na duzo miescach w uruguayu sie urzywa samochody z latach 1920.
Dlatego trzeba isc na retret plana Balczerowicza w ekonomicznym sensie i wybudowac jakas strategie narodowom. Bo ten plan buduje ze Polsce wolno exportowac. A Polska jest nie tylko bojkotowana oficialnie tylko tez mentalnie. Polska naj wiecej wygra z handlem Rossjom,Amerykom i Daleki zchodem. A nie krencic sie zachodniom europom i 3 swiatem.


Moja rada jest zeby prawica i lewica sie w Polsce jakas umuwila o strategje wspolnom na pare lat wybudowala a pozniej mogly ludzie wybrac co chcom bo jednak bedzie demokracja. szwedzi tylko chcom platac sie i czas zabierac za Polske.


Czy naprawde to jest prawda ze leszek z Polski pojecha do turcji zeby zpolprace robic o produkowania starego grata F16. Sie pozniej martwi z kolegom z turcji o demokracje w Rossji. Ja dzienkuje. turcja naprawde nie jest demokratycznym krajem o duzo miej jak Rossja . Plemionka Polske w tym kraju nie wolno wcale mowic po Polsku. Bardzo duzo ludzi siedzi wtym kraju w wiezeniu (i w jakich warunkach). Ten kraj przecziesz ma wojne domowom . turcja jest historycznym wrogem do Polakow i ogulnie do Slowianow. Dzisaj ten kraj wszedzie ma wrogow : grozi na Bulgarie,Grecje,Arabow etc.. F16 nalezy do turcji bo oni maja wrogi co maja nie specialnie dobre samoloty.


Dla Polski potrzeba samoloty latach poznych 80 czy 90 . Polska bedze musala bic sie przeciwko lepszych samolot w europie. (prawdopodobnie przeciwko niemcow w wladze republikanuch) Polska tez potrzebuje wiecej anty-tankowych broni zeby umiec przebic polmetrowych panzar w niemieckim leopardzie. Tez potrzebuje anty-samolotowe instalacje. Potrzebuje instalacje radary, zeby szybko ostrzegac ale tez ludzi na
miescu do okolo Polski zeby widzic sytuacje na miescu. Wybudowac wszedzie komunikacje, zeby nikt sie nie na slepo bil. Wojsko musial bedze umiec robic szybke ,koncentrowane ataky przeciwko wroga i musi by elastyczne na caly kraju.


Koniec te czasy kiedy studia przerywal sluzbe i desertera nie trzeba bic bo to jest slaba reklama tylko dac cywylnym rzadzie reke i wlozyc desertera na pol roku do wiezenia ,poscic pol rok, i jeszcze raz do wiezenia jak deserter nie chce do wojska i tak dalej. Koniec tez te czasy kiedy zolniesz kopal i robil extensyvne rzeczy w wojsku zolniesz musi konsentrowac sie jeden rzecz : wroga wyzucic z Polski. Musi tez
dzisaj tworzyc jakas policje co moze operowac na duzych terenach bo przyslowisci bedze duze infiltrowanie z zachodu i niekontrolowana imigracja 3-swiata. Wojsko ,Policja i terenowa Policja powina sie zrobic bardzo popularnia przes reklama szczegulnie do kobiet.


To jest naprawde wstyt ze rodzice i szczegulnie matka nie chce puscic swoj syn do wojska. Dzisaj wojsko powino nie byc za mocne tylko musi byc wiecej efektywne. Bardzo waznie zeby umiec mobilizowac pare X miljonow ludzi na X godzin i trzeba uczyc sie panowac take sytuacje : naprzyklad : stare babsko co niema 10 kg kelbasy i dostaje panyke i zaczyna krzyczic i wrzesczyc. Koniec tez tego czasu ze gwiazdy sie chowaly z boku frontu wszyscy nagure do generalu musza agerowac przy samu froncie. Ogulno polytycznie to Polska dzisaj robi hystoryczny blad. Polska powina sie zblyrzac sie do Rossji a nie do turcji i weger.


Polska musi dawac gwarancje faktyczne ze nie jest przeciwko Rossji jeden taky rzecz moze byc ze kupic spaniale Rossijske samoloty Mig-29 czy Sukhoi-27 prawie zadarmo i tez inne sprzedy. Ja myslem ze zachod tez by sie niegniewal bo lepiej uspokojic Rossje i Polska bedze lokalnym stabylnym ,silnym narodem. Polacy powiny pakazac solidarnosc do Rossji i liberalna prasa powina przeprosic Jeltsyna. Dlaczego Polska nie handluje wiecej Rossja w okregach Kaliningradu i dawac dobre mozlywosci Rossji dochod miec do Kaliningradu przes Polske zeby wymanewrowac tych litwinuch co sami probuja wykorzystowac ten handel z Rossja. w Polsce to jak by Leszek W, by troche wiecej byl pragmatyczny i nie sluchal tych liberalnych doktorow, to by odrazu jego partia BWDR spolke jakas by zrobila z Pawlakem i Lewica zeby wymanewrowac ten liberalny wpyw co grozi na lewice. BWDR by przezyla jak socialkonserwatywna partja. Ja nie jestem jakis komuna etc tylko ja
chcem miewiencej jak sie na zuchodu mysly.


Niestety jeszcze duzo Polakow mysly ze na zachodu szczegulnie w nowym jorku ulicy sa z zlota i nikt nie pracuje. Czy lepiej jeden Polo wlesie jak dziesec Polonezuw w reku. Obudz sie Lech Walesa !! Ja mowiem jeszcz raz : Walesa i stronictwo do oko jego (Katolici,Konserwatywne etc.) powiny dawniej i dzisaj jak naj szybciej
zpolpracowac Lewica i z Pawlakem . Dlaczego. Te liberale i anty-Polske sily sie plontaja do Lewicy i do stronictwa Walensy i siedza rzeczywiscze w unji demokratycznej. To znaczy ze te liberaly i anty-Polske sily siedza ze wszystkich stron.


Jak Lewica ,Pawlak i stronictwo co do okola Walensy, sie zbiora no to nikt znich nie beda opirac sie na tych liberaluch i anty-Polskich sil i beda miec wiekszasc glosuw w Sejmu i Senatu. Bo trzeba pamjat ze tam jest jakis czesc Lewicy co sa liberaly i czesc stronictwa Walesy liberaly i anty-Polske sily. Przyslosci te wszystke liberaly
,anty-Polske sily, i inne destruktywne sily beda sie zbierac do unji-demokratycznej i to jest dobrze bo ludzie beda wiedziely gdzie ich sie ma. unja-demokratyczna bedze miala gdzies miedzy 6% - 16% glosuw w Polsce. Stronictwo do okalo Walensy bedzie partja centrum-konserwatywna co beda miec glosy Katolycke (ale te anty-polske
sily do unji) social-konserwatyne,konserwatyne,jakes intelektulne etc.. no i bedzie bral pro-Polske liberaly od unji. miewiecej 20% bedzie mial.


Tylko to wszystko zelezy czy Walensa i Kosciol sie obudza pojdal na retret i sie zrabia szersze i zaczna zpolpracowac Lewica i z Pawlakem. Lewica to bedzie miala 30% - 35% glosow przyszlosci Pawlak (rolnictwo ) bedzie mial 20% -25% I tak jest na zachodzie i bardzo dobrze funkcionuje. Tak szczerze powiedzic ze Pawlak jest dzisaj
Super-Polakem. I ja mowoiem Pawlak obudz tego Leszka co juz zasnol i ten Kosciol co sie zacza wiezyc liberala i anty-Polaka bo jednak masz ciche wiekszasc pod saba. I niedaj sie za jakas artyficilna multy-medialny,multy-narodywy krzyk z samodobrych figur co mysla ze cos odpowiadaja. bo to co ty (Pawlak) robisz to lezy wczasu. Ameryka nie jest tylko nowy jork a samochod nie jest tylko Polo i Rossja nie jest tylko trotzki i EWG nie jest caly swiat.


Przed zjednoczeniem niemca to jusz badanie w zachodnich niemca pokazalo ze 15% otwarto bylo za hitlera i 10% bylo neutralnie do hitlerstwa. To znaczy 10+15=25% z BDR


Czy naprawde to jest wina tych rencistow co nazekaja na wszystko ze hitlerowcy graza, przeciesz rentyscy wszedzie i ciagle nazekaja. A w exDDr to jusz bardzo duzo nieorganyzowanych hitlerowcuch grozy. Ja tu niemam zyfry na to ale to jest bardzo wysoka zyfra.


Dobrze ze jeszcze szwecja zaczyna slyszyc na malego ptaka Polskiego. Do sprawy :Szwedzi po prostu odrazu zabieraja Polska identyfikacje to znaczy ze tu ogulnie nie ladnie byc Polakem. Ale jak biezesz od kogos identyfykacje no to musisz jakas inna identyfykacje dawac. rzeczywisce szwecji powina to byc szwecka identyfikacja. ale tak prosto to nie jest.szwedzi wcale nie dawaja Polakom jakies identyfikacji
(szczegulnie nie dawaja szwedskiej) tylko nazucaja im kolektywne multykulturalna identyfikacje. Pszeciesz Polak w szwecji nic niema spolnego z afrykanem czy czlowiek z orientalji.(Polska jak kraj tez jest nazucona ten samy prozez od zachodu jak Polacy w szwecji)


Ogulnie Polacy nie mieszkaja w tych lepszych miesc tylko mieszkaja albo w gettach imigracyjnych albo jakies cienkej skorupy miedzy "kolorowymy" i szwedamy a Polki zginely do oba stron. Nic sie niedziwic ze Polki uciekaja od Polaka i Polskosci. Bo od 1960 latach zaczelo sie od jakis feministycznych grup z ameryky nazucac dziwna tradycje na Polakow I to bylo zeby chlopa wyzucic z domu i skonczyc pic piwo i zaczac brac narkotyke i skoncyc robic dzieci. Dzieci absolutnie nie wolno miec.Tylko wolno bylo 3-swiatem miec dzieci ale nie europa (w 70 lataach)


Te rzeczy juz w Polsce zczynaja przebijac. Ten feminyzm powino byc rzucone na 3-swiat bo tam zachod zepsol rolnictwo i jakis sie zrobil feodalyzm i tam sie zrobil za mocny tradicionalyzm i sie za duzo rodzi. Na zachodzie ten femynyzm bylo jakas krotky czas a w Polsce i miedzy Polakamy to jeszcze nie zginelo. Tez w Polsce bylo nazucone ultrastare tradycje jak babka mowila do curki-curki zeby ona miala siedzic wdomu i szyc.


I to niedziwno ze tak byla jak w domu nie bylo chlopa doroslego tylko femynysteczna i stara babcia. Tu szwecji nie tylko feminyzm grozi na Polaka tylko tez systema szwecka. Polski meszczyzna nie dostaje jakies normalnej pracy i ztego jego sytuacja w domu sie robi niska i ze jeszcze ma feministiczke w domu i to juz znaczy koniec rodziny. Te dzieci musza puzniej pomagac domowe rzeczy za femynysteczke i dla stara ultratradycna.


To dziecko (curka do femystycznej) rzeczywisce bedze prawie rekomendowana(od babki i matki) wziasc kogos z orientalji. A feminystyczka sie "zeni" swojim synem i nie chce puscic go bo jest sama.Dlaczego Taki orintalyczny meszczyzna (mowmy iranczyk) jest wychowany zeby sie robic dorosly od rodzicow . Rzeczywisce ma dwa rodzice a nie jeden. Nie pomaga w domu tylko juz od mlodych lat sie nastawia po trochu sie dojrzalac. Zaczyna sie uczyc,spotykowac ludzi (przeniewasz z swojich) ,i uczyc sie dobrze i pewnie jak brac kontakty naprawde jak zblyzac sie do ludzi,trenowac swoje osobyste sile. Rodzice dawaja jemo dobre jedzienie (nie processed food) i nie myje
sie jakis tanym mydlem tylko urzywa lepsze starodawne mydlo. Ubiera sie bardzo dobrze. Pracuje tesz ale nie w domu ,tylko juz ma otwarte oczy na spoleczenstwo ,zaczyna probowac ogulnie w roznych zaklad. I przy koncu dostaje dabra prace.


Dzisejsza sytuacja szwecji jest ze Polacy pojechaly nadol na tej socialnej drabince. Polycy sa przejechane od tych "kolorowych" dzisaj. Te pracy co Polaki i inne Slowiany powinny dzisaj miec sa dane do "kolorowych". Te "kolorowe" pszyjechaly tutaj do szwecji z straszna sila na jeden raz i odrazu byla dyskusja o imigracji. Oni byly reprezentowanie jak imigranci i oni byly postawiaone wysoko na drabine
socialnej z szwedskim spoleczenstwu zeby szwedzi niebrane byly jak razysty. Rzeczywisce wszysci nie moga siedzic wysoko. Ktos musal nadol.I to byly te "stare" imigranci szczegulnie Slowianie(Polacy).

Te "kolorowe" tez sie niedali rospruszyc gegrafycznie tylko sie trzymaja i kupuja rzeczy miedzy saba ,sklepy maja, importuja towary etc. Oni maja kompletnie niezalezna ekonomie od szwecji. Oni tez niedawaja sie rozumic szweduch zeby rzeczwisce nie byc rozpruszone.


Jak ja nie tak dawno mieszkalem w studetckim mieszkaniu to pokazalo sie ze strasznie smierdzalo przy wejscu i szwedzi muwili ze myszy weszly nagure do sciany (sciany sa z gypzu,z gredy). Mie nazucaly zeby isc do administora mimo ze ja bylem nowy w korytazu i smierdzalo juz dlugo. I tam ine rzeczy tez co mi sie niechce tutaj muwic bo szkoda czytacza meczyc bagatelja. Dlaczego, szwedzi sie po prostu sie baly byc rejistrowane od administracje tej firmy mieszkaniowiej. To znaczy jak juz szukasz moze ine mieszkanie w tym miescie no to widaj ze cos tam nazekales na cos. I to jest typikalne za szwecje. nic nie mow ,nie wtroncaj sie bo bedziesz zapisany. Oni naprawde kochaj wszystko rejistrowac i kochaja po sobje postawc monumenty jak tylko oni by byly na swiece.


Mimo tego to mi sie bodobaja szwedki. statystyka szwedska jest znana na calym swiece ,tylko niestety jeszcze za duzo Polakuch jeszcze ja wieza. taka sama statystyka mowi ze szwedzi normalnie nie pija Wodki i Piwa co grupy "anty-polnocne-europeyczne" zabronily. Przeciesz oni raba strasznie duzo Wodki w domu , co minute szwecji sie lapa z alkoholem. Organyzacje liberalne zabronily szwedom pic alkohol. Wolno tylko pic alkohol w domu. Jak ktos ma jakies bardzo slabe piwo w reku i zaczyna troche pic
no juz kara albo do aresztu mimo ze on siedzi gdzies w lesie. Szwedzi jada do dani i do innych kraj zeby sie napic otwarto. Dunczycy maja 5milj ludzi a pija za 14 milj fajna statystyka :-)


Taka sama prasa liberalna ciagle pokazuje social-pornograficzne rzeczy z Polski. Jak to nie Katowice no to staryzne aborcja bieda nedza choroby it.d ostatnio czytalem prase liberalna rano i wymjot (zygalem) prawie dostalem (nie, to nie byla Wyborcza,ja zygalem a nie gazeta) pokazala ta prasa , prawie polowe strony, polowe nogy pod amputacji jakegos grubego,ciemnieszego chlopaka. Obraz byl taki ze prawie tylko pol nogy sie na calym obraz widac. Temat byl trafyka w Polsce i jak trzeba pomagac. Wcale sie nie dziwjem sie ze szwedzi dostawaja Pawlowske reakcje z Polakuch i z Polski.


Czy taki wydactwa kziazek w szwecji chce robic kziazke o Warszawie. No i rzeczywisce bierze jakegos clonka do tej ksianzki z turcji i czytacz po tych duzo obras fotografycznych mysly (ja niewiem jak Praga dzisaj wyglada) ze Warszawa jest Praga. Czarno biale obrazy,stare ludzie,pomarszczone ludzie,tylko prawie konie ,tylko zalamane domy ,nedza, it.d . (ta ksiazka nie jest zrobiona odrazu po wojnie)


szwecji zycie nigdy niebylo dobre dla Polaka i nie jest i nie bedze. szedzi i Polacy sie nigdy spezialnie rozumiely. to znaczy ze mentalny odleglosc miedzy Polakem i szwedem jest za daleko. I dotego masz ze szwedzi sie ruszaja mentalnie na zachod-poludnie mimo ze zajely estonje it.d Polska sie rusza na zschod-polnoc mimo ze zachod sie zrobil popularny it.d. szwecji sie duzo pisze o wszystkim ale nie
otym co nie wyglada estetycznie w szwecji.


Bardzo duzo rzeczy tutaj sa formalizowane i z daleko to wladnie wyglada ale jeszcze wiecej rzeczy sa nienapisane. Ktos powiedzal ze polytyka jest teatr ze polytycy graja
teatr. Tu szwecji to luidzie musza tanczyc a rzady patrza sie i rzadza kogo im sie podoba. Tancz tancz moj kolego ale nie miej pretencji jak ktos zgory cie nie wybra,probuj innym razu. jak "kolorowym" nie cos niepozwalja no to strasz pozarna wychodzi (czytaj liberalna prasa) gasi i "kolorowy" jest uratowany. ale jak Polkl czy iny Slowian nie tylko ze pozwolony ze jeszcze wykopany nadol na mocna ulice no kto tam cos pisze ,przeciesz on nie jest "kolorowy" i to nie razyzm.


Pacz historje ile miljonow wymordowanych Slowian i to sie o tym nic nie muwi. szwedzi nie miely wojny w szwecji na 500 lat. raczej chcialem powiedzic nigdy tam bardzo dawno przed Waza to wszed jakis dunczyk ale dosyc krotko siedzal i pozatem niekontrolowal zaly kraj. szwedzi miely bardzo duzo czasu zeby wyslyfowac rzad tak zeby tylko na szwecke warunky agerowac. byrokracja jest tutaj bardzo stara i
agerowala tutaj bez interupcji ,caly czas kontynualnie. Rzad,zaklady,ludzie it.d sa integrowane do jednosci. (to nie jest jakas mystika z indji )


Jak cos z szwecji to juz znasz szwecje mozna powiedzic jak hologram. Duzo Polakow tu bardzo cienszke zycie dostaly bo w pracy ciagle dostawaly cienzejsze i nudniesze prace jak szwedzi mimo ze juz byly uwazane jak szwedzi i miely te same obowiazky jak szwedzi. I tak ogulnie za Polakuch szwedskim spoleczenstwu. A jak zauwazom ze
rozumiesz ze cos niedobrze , no to jusz mobilizaja i wszyscy sie dostosowoja szybko. szwedzi niemcy sa bardzo dobre na masywna i szybka adaptcje wszyscy moga sie szybko dostosowac do bardzo kepskich sytuacj. szwecke rzady i zaklady it.d nigdy nie zmienysz jak Polske bo szwecke institucje czy byrochracja czy zaklady sa ogromnie stare jak bardzo stare dzewo. to jest bardzo cienszko ruszac cos na tym starym
drzewje. Szczegulnie jak dotykasz kozenie jak to boly i jaky krzyk. A w Polsce to nie stety to taka femynstyczka i taka stara czarownica da rade kompletnie orkany dawac. powinny w Polsce przeciesz miec jakies meteorologyczne stacje z dosyc dobrymy meteorologamy zeby podawac te wszystke nazuty co wychodza od zachodu.(nie zapomiec tez te lokalne)

I stego wychodzi ze Polacy sie rozpruszaja i mimo ze moze jakas prace maja lepsza poruwnac do duzo "kolorowych" to jak socialna grupa oni leza nizej jak kolorowe i rzeczywisce duzo nizej jak te "niekolorowe" (czytaj biale zachodnie). Polska i Polacy maja dwa blysze wrogi i to jest szwety i niemcy. szwetamy sie bierze albo z peinadzem albo sie przestrasza ich.W historji to ciagle te dwa kraje nachodzily na Polske i Polakow. Dzisaj to takzamo rabia.


ten faszyzm powstanie w szwecji i niemiec ale on nie bedze agerowal tutaj szwecji czy niemiec tylko bedzie eksportowany do 3-swiata. Ja wiem ze duzo zydow z stanowiskach czy intelektualnych czy z zakladach chciely nawiazac europe do 3-swiata tak ekonomicznie jak polytycznie. I co maja dzisaj. wszyscy ich gonial na zalym swiecie. A co maja zrobyc jak moze taki hitler pszyjdzie z 3-swiata. A Slowianie ich juz nie uratuja bo beda za slabe dzienki ciemno-niebieske i liberaly.


Take republikanie (ciemno-niebieske) w ameryce tak nie nawidzyly Slowian w ameryce. ze favorizowaly chinczycy czy afrkanie zeby nie dawac glosow do demokratow. Bo demokraci reprezentuja tez zschodna europe (czytaj Slowian). Te anglosaxy,niemcy czy skandynawy nigdy nie podziela wladze z Slowianamy czy europie czy w ameryce. Nachalne
sa,wszystka chca,jak naj wiecej chca zajac ale nie chca sie dzielic (oni lepiej z diablem pojda spac jak maja sie dzielic z Slowianami)


Dzisaj opadla poludniowa afryka jak troche by sie podzelyly i nie byly tak nachalne to jeszcze oni by miely troche ziemi. Dobry nachalny adenauer byl co nie zgadzal sie propozji od Rossji ( europa taka by 50latach byla jak dzisaj jest ). nie adenauer chcial wszystko i dzienki jego to Polska i Rossja mesely sie cierpic jescze te 40 lat
zeby uratowac zachod na atakach anty-kolonialnych.


niemcy czekaja na buchanana w ameryce. zeby poscic swoje republikanie. bedze moze stalo miedzy buchanana i jakis "kolorowy" a na nakogo zachodnio-europeiczne (czytaj slowianie) beda glosowac ?. na buchanana ?? niech te republikanie w minesota czy kansas zaczna glosowac na demokratuch i skoncza trzymac za mocno na niemca bo tak to dostana "kolorowego". I moze stego wszyscy biale chcal byc Slowianie zeby sie
schowac bo "kolorowe" nie sa glupie co tutaj sie mysli.


Niech zachod przeprosi co on zrobil Rossji i Slowianom szczegulnie ciemno-niebieske i liberaly i powiny pojechac i pokleknac do Patrarka Prawoslawnego w Moskwije.


maly notys I te finczycy powiny miec Rossijski jak trzeci jezyk (dzisaj maja finsky i szwedski) i sie konczyc chowac sie zboku szweduch. Bo Polski czytacz musi wiedzic ze kiedy finlandja byla czesc szwedzji to tam nic niebylo (tylko szwedski sie
mowilo) i tylko sie bralo ludzi do wojska. Jak Rossijski Czar zaja ta czesc z szwecji ztych wszystkich wojen, to zaczela tam sie cywylizacja. Rossja postawila stolice Helsinki, finczykuch nauczyla finski saune,dragspel im dali, nauczyl jich wszystko unywersytety it.d postawil straszny przemysl. finlandja byla to najlepsze miesce z calym Czarstwu. W calej Rossji to Czar byl najwyszy ale finczycy byly na
drugim miescu do okolo jego. Dzisaj te finczycy pluja na Rossje i udawja jak nic bo oni sa "nordic" (te slowo jest stuczne zrobjone bo finczycy nie sa skandynawamy) (nordic = skandynawja + finladja) to co nordic dal do finczykuch jest alvar alto i tove janson. te dwa osoby naprawde pedagogicznie wykrencily finczykuch na zachod. Te dwa wiecej byly zachod jak zachod sam.

czwartek, 18 września 2008

Odpryski operowe

Na pewnym forum poświęconym operze wywiązała się mała dyskusja o niemieckiej szkole reżyserii operowej, dyskusja z moim udziałem, albowiem i ja czerpię pełną chochlą z garnca kultury wysokiej, który stawia się przed mieszkańcami Berlina, Hamburga i innych miast niemieckich.

Rozmowa tym razem o najnowszej premierze Turandot w berlińskiej Deutsche Oper.


Legat napisał na forum, między innymi
„Zastanawiałem się, jak z BAJKI o Turandot (...)”

Święty Paweł napisał do Koryntian (1 Kor 13,11) Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce. Może gdybym zobaczył Turandot jako siedmiolatek, byłaby dla mnie BAJKĄ. Zainteresowałem się jednak operą jako dorosły już człowiek i nie potrafię widzieć bajki nawet w „Hansel und Gretchen”. Jednym z uroków opery jako syntezy sztuk jest pewna wielowarstwowość. Nie każdy musi przez wszystkie warstwy kroić, ba – nie każdy musi mieć świadomość istnienia wszystkich warstw, żeby cieszyć się tymi, które wybrał. Ot, po prostu jeden zje wisienkę z tortu, inny zliże krem z góry, inny podziubie trochę widelczykiem a jeszcze inny odwróci do góry nogami, wyje ciasto, a krem i wisienkę z obrzydzeniem odsunie. I żaden nie jest lepszy, pełniejszy czy kompletniejszy. Jednego w operze interesuje bardziej muzyka, drugiego bardziej teatr, trzeciego jeszcze możliwość spotkania z przyjaciółmi. Nic nie jest obiektywnie lepsze. Ja przyzwyczaiłem się do niemieckich wystaw, trochę nawet łatwiej niż do zgłaszanego wcześniej w tym wątku (a propos Holendra) postulatu wyrzucania inscenizacji na śmietnik. Cóż, to są Niemcy, zawsze będą ci, którzy chcą książki czytać i ci, którzy chcą je palić.

Pyta Legat
„skoro buczą, to czy to oznacza, że te eksperymenty są przyjmowane z entuzjazmem?”
Zauważ, że nie wszyscy buczą. Zawsze jest jakaś krzywa Gaussa, abstrahując od tego, że (zwłaszcza na premierze Holendra) „buczałów” była większość. A ci, co buczą to przecież pod przymusem nie przychodzą. I raczej nie przychodzą zwabieni nadzieją, że wreszcie będzie jak w Metropolitan.
Pisze też Legat o „braku pokory dla muzyki i dzieła”. Oczywiście można dyskutować, czy bardziej niepokorne są inscenizacje alla tedesca czy – stanowiące smutną większość w Polsce – spektakle, w których chałturnicy niewprawną ręką prowadzą orkiestry akompaniujące „solistom o coraz bardziej niesprawnych aparatach głosowych” (że zacytuję pewną osobę passe) a nuty pana Mozarta uszlachetnia się kompozycjami zespołu BoneyM.

Mała paralela. Każdorazowe wystawienie jakiegokolwiek musicalu Andrew Lloyda Webbera w jakimkolwiek teatrze wiąże się z wykupieniem licencji na replica production. (Wyjątkiem akurat jest „bieda z nędzą” non replica Phantoma w warszawskiej Romie, ale tu też wchodziła w grę licencja i dziesięć lat starań). W replica productions kupuje się nie tylko prawo do wystawienia, ale i kostiumy, dekoracje oraz reżyserię – słowem, całą inscenizację jako nienaruszalny pakiet. Dzieje się tak, dlatego, że w czasach Webbera prawa autorskie łatwiej egzekwować niż w czasach Webera. Wyobraźcie sobie teraz, Najmilejsi, hipotetyczną sytuację, w której w świecie opery obowiązują ściśle egzekwowane prawa autorskie do inscenizacji. I zostańcie na chwilkę sami z tym waszym przerażeniem…

Skoro godzimy się na to, że Kalaf chodzi po scenie albo w kimonie albo w kusym garniturze albo dresie albo w szatach buddyjskiego mnicha, to – konsekwentnie – powinniśmy się godzić na cokolwiek, co nie ingeruje w partyturę i libretto (w sensie śpiewanego tekstu, a nie didaskaliów). To przynajmniej jasne kryterium. I obiektywne.

Z faktu, że z opery można zrobić w warstwie teatralnej wiele, nie wynika jeszcze, że trzeba to wszystko robić. Widziałem w Niemczech wiele spektakli, które mi się nie podobały, których nie rozumiałem, które kłóciły się z moim poczuciem estetyki i zdrowego rozsądku (Nabucco molestujący seksualnie swoje córki, Trubadur z Leonorą podcinającą sobie żyły na koniec każdego aktu i karzełkiem tłuczącym gipsowe figurki). Ale właśnie dlatego że wychodzi to raz lepiej a raz gorzej będę bronić prawa reżyserów operowych do ich własnej interpretacji – na zasadzie: „zrób, pokaż, a potem pogadamy”.

Kiedy byłem małym chłopcem wydawało mi się, że droga ku dorosłości przebiega równolegle do szlaku ku stetryczeniu. Z niekłamaną radością zauważam, że im jestem starszy tym, paradoksalnie, więcej we mnie tolerancji, pogody ducha, ciekawości świata i ludzi. Mniej we mnie kostycznej kategoryczności w osądach i chęci do narzucania innym swoich poglądów. Wygląda na to, że jestem na tym forum jedynym bodaj apologetą wspomnianej przez Legata wielkiej rewolucji. Ale nie mam zamiaru się przy tym upierać…

sobota, 6 września 2008

Tekst przypadkowo okolicznościowy na rocznicę 11 września

Koniec sierpnia tego roku, samolot z Denver do Tulsa w stanie Oklahoma. Wysłużony Boeing United Airlines z rzadziej (Economy Plus) rozstawionymi fotelami. W rzędzie przede mną siada typowa rodzina muzułmańska - trzy kobiety w hidżabach w nieokreślonym (od tyłu!) wieku, osesek oraz głowa rodziny. Facet wczesna trzydziestka - późne dwadzieścia, ubrany z europejska, rysy dobitnie bliskowschodnie, przycięta bródka, słowem typowy "dwudziesty porywacz".

Samolot kończy przyjmowanie pasażerów (żeby nie napisać z angielska boarding), Pan Arab wstaje i udaje się do toalety (siedzimy z przodu samolotu), gdzie rezyduje przez czas dłuższy. Samolot zaczyna kołować na pas, stewardessy odbębniają safety presentation, gdy nagle z toalety wychodzi Pan Arab i wraca na swoje miejsce.

Wśród pasażerów uśmieszki, ale załodze do śmiechu nie jest. Start zostaje przerwany, samolot zawraca do gejtu (jak to się nazywa po polsku? brama?). Kapitan ogłasza, że jest security concern i zaczem concern się nie rozwiąże nigdzie nie polecimy.

Drzwi otwierają się, na pokład wkracza facet w długich niebieskich gumowych rękawiczkach i zamyka się w toalecie. Następnie facet wychodzi (będzie jeszcze potem wracał dwa razy), a na jego miejsce wchodzi facet z psem. Najpierw spacerują po przejściu (tutaj pies współpracuje chętnie), a później facet usiłuje wepchnąć psa do toalety - teraz pies nie wykazuje entuzjazmu.

Na pokład wchodzi dwóch smutnych panów i zabierają Pana Araba. A potem jego paszport. Teraz następuje półgodzinna przerwa na reklamy, w trakcie której nie dzieje się nic.

Po pół godzinie jeden ze smutnych panów przyprowadza Pana Araba, sadza go na miejsce, tak jakby otrzepuje i tak jakby mamroce "sorry". Kapitan, uradowany jakby wygrał co w totolotka, zapodaje, że zaraz lecimy i że wszystko w porządku. FBI tripple checked i dało clearance. W porządku jak w porządku - godzina opóźnienia.

Historyjka ma dwa ciekawe elementy. Pierwszy element to kontrast pomiędzy pasażerami oklaskującymi smutnych panów wyprowadzających Pana Araba a tymi samymi pasażerami zachowującymi grobową ciszę na ponowne wprowadzenie Pana Araba. Drugi element to komentarz siedzącej obok mnie pasażerki:

- If he was wearing a kippah they would have stopped and returned the plane as well. To bring him medical assistance.

piątek, 22 sierpnia 2008

Blizny

Wróciliśmy, choć jeszcze nie ostatecznie, z wakacyjnych wojaży. Chciałam napisać coś optymistycznego – na przykład o operach Verdiego w Arena di Verona – ale przypadkowo wpadł mi w ręce artykuł, który dał mi do myślenia.

Dwudziestoczteroletni sierżant Ty Zeilgel, żołnierz amerykańskich Marines, został ciężko ranny w Iraku. Atak terrorysty-samobójcy zmasakrował całą jego twarz oraz znacznie uszkodził ciało. Gdy chłopak nieco doszedł do siebie, wrócił do rodzinnego Illinois, gdzie w październiku 2006 poślubił swoją – jak mówią Amerykanie – „childhood sweetheart”, czyli narzeczoną „od zawsze”, dwudziestojednoletnią Renee Kline. Ich historią zainteresował się londyński Times .

Nieco bardziej mieszane uczucia budzi we mnie obecność na tym ślubie artystki fotograficzki Niny Berman, która napstrykała zdjęć, a potem umieściła je w swojej galerii. Za jedno z nich otrzymała w 2007 roku nagrodę World Press Photo. Może miała dobre intencje, może naprawdę chciała zwrócić uwagę na okrucieństwo wojny i potęgę miłości, ale być może kierowały nią mniej górnolotne motywy.

Rany wojenne potrafią być naprawdę paskudne, zresztą widok okaleczonych młodych męskich ciał jest pani Berman nieobcy, gdyż poświęciła im już cykl fotografii zatytułowany „Purple Hearts”, tak jak odznaczenie przyznawane w USA rannym w akcjach wojskowych. Konkurs World Press Photo zaś od lat zdaje się żerować na obrazach ludzkiego nieszczęścia i bólu, epatując nimi publiczność.

Przy każdej takiej okazji zwykle nasuwają się te same pytania o to, czy zmasakrowany fizycznie (i zapewne psychicznie) człowiek ma "prawo" do szczęścia, miłości, seksualności. Czy narzeczona, której oświadczył się będąc przystojnym chłopakiem w mundurze ma "obowiązek" z nim pozostać naprawdę mimo wszystko. Moim zdaniem, państwo Zeigel oboje wykazali się ogromnym hartem ducha, Renee być może nawet większym. Życzę im szczerze wiele szczęścia, wytrwania i ogromnego samozaparcia w pokazywaniu wszystkim okrutnym idiotom tego świata gdzie jest ich miejsce. Bo, że takich nie brakuje, to oczywiste - dobrze przynajmniej, że rany tego chłopaka mogą być uznane za świadectwo bohaterstwa na polu walki.

W tym artykule, który zwrócił moją uwagę, autorka, Lindsay Beyerstein, stara się analizować miny państwa młodych. W przypadku Ty trudno jest wręcz mówić o minie, jako że przez straszne blizny jego twarz niemal nie przypomina człowieka, a czułość wobec nowo poślubionej żony wyraża on raczej postawą całego ciała. Renee wygląda jakoby jak ktoś „uchwycony w chwili słabo skrywanej paniki.” Patrzy w obiektyw z wyrazem determinacji i niemalże straceńczej odwagi. „Trwa przy nim, stając naprzeciw nieznanej przyszłości” – komentuje dziennikarka.

Ja widzę w całej tej inscenizacji – każdy ślub, jak by na to nie patrzeć, jest inscenizacją, deklaracją dwojga osób wobec otaczającego ich świata – parę innych elementów. Nie wiem czyim pomysłem było zatrudnienie uznanego fotografa oraz, co ważniejsze, udostępnienie prywatnych zdjęć do szerokiego obiegu, wystawianie w branżowych konkursach. Mam nadzieję, że Ty i Renee sami na to wpadli, a nie zostali bezwzględnie wykorzystani w celach czystko komercyjnych.

Bowiem mamy tutaj do czynienia z odegranym mitem. Jest to opowiedziana w uwspółcześnionych dekoracjach historia Pięknej i Bestii, a może raczej – zwłaszcza, że rzecz dzieje się przecież w Ameryce – „musicalu wszech czasów”, czyli „Upiora Opery”. Dla każdego, kto widział sztukę Andrew Lloyda Webbera (czyli dla jakichś, lekko licząc, 8 milionów widzów) ta analogia będzie się nasuwała sama przez się. Przed premierą (1986 Londyn, 1988 Nowy Jork) prasę obiegły zdjęcia aktorów w kostiumach wykonane przez Terry’ego O’Neilla, w tym portret ślubny Erika i Christine (Michael Crawford i Sarah Brightman) - on w swej zwykłej masce, ona w welonie, trzymający się za ręce. W przedstawieniu takie romantyczne zakończenie nie ma miejsca, a główni bohaterowie po pożegnalnym pocałunku rozstają się, jak można mniemać, na zawsze. Christine ma wyjść za mąż za bogatego i przystojnego adoratora, a tytułowy Upiór zapewne – zgodnie z powieściowym pierwowzorem Gastona Leroux – umrze z miłości i rozpaczy. Dla sporej części publiczności takie rozwiązanie było zbyt okrutne, a bohaterowie francuskiej powieści z początku XX wieku funkcjonują od w amerykańskiej kulturze popularnej co najmniej 20 lat jako udręczeni kochankowie, którym bezduszny świat odebrał szansę spełnienia i szczęścia.

W porównaniu z Ty Zeigelem, bohater Webbera miał sporo szczęścia – a już w wersji filmowej musicalu, z Gerardem Butlerem w roli głównej (2005), wygląda przy nim jak ktoś, kto przedawkował solarium, a teraz urządza infantylne histerie. Zdjęcia Niny Berman są drastyczne, nawet bardzo drastyczne. Szacunek i sympatia, jaką budzą we mnie młodzi, miesza się z voyeurystyczną „guilty pleasure”, która przywodzi na myśl dziewiętnastowieczne jarmarczne pokazy „wybryków natury” (przedstawione, na przykład, w znakomitym i opartym na faktach filmie Davida Lyncha „Człowiek-Słoń”). Nie mam złudzeń, że dla większości odbiorców te portrety są apologią ludzkiej godności i stałości uczuć pomimo przeciwności losu. Inny, Obcy – nawet nie aż tak bardzo odbiegający od norm dotyczących wyglądu, jak sierżant Zeigel – nie spotyka się dzisiaj z tolerancją o wiele większą, niż sto lat temu. Może w miasteczku Metamora w Illinois, gdzie wszyscy się znają, a Ty cieszy się opinią zasługującego na szacunek bohatera wojennego, jest nieco lepiej. On sam, w rozmowie z „Timesem” przyznaje, że reaguje na gapiących się ludzi wzruszeniem ramion. Renee, w zdaniu podsumowującym artykuł, oznajmia dziennikarce Sarze Baxter, że zamierzają wkrótce „starać się o dzieci”, niczym typowa amerykańska „housewife” lub też relacjonująca swój uwieńczony ślubem romans „celebrytka”. Naprawdę życzę im szczęścia i przekonania się na własnej skórze, że stereotypy można przełamać – nawet jeśli z pomocą popkultury. Tak potraktowana popkultura czyni realne życie bardziej znośnym, a może nawet czasami ratuje zdrowe zmysły. Tego, czy ich młodzieńcza odwaga nie okaże się na dłuższą metę walką z wiatrakami, już raczej nie wystawią do nagrody World Press Photo.