piątek, 8 listopada 2013

Alfabet gruziński: B jak Batumi (ech, Batumi)

Batumi's skyline
Najsłynniejsza polska pieśń o Gruzji jest w Gruzji niemal całkowicie nieznana a pośród wielu stojących w Batumi pomników nie ma pomnika Filipinek. Powód? Jest to melodia napisana przez ormiańskiego kompozytora do zupełnie innych słów. Herbaciane pola Batumi istnieją w rzeczywistości, choć historia ich powstania otoczona jest wieloma legendami. Bohaterem pierwszej z nich jest gruziński książe Miha Eristavi, który zakochał się w smaku chińskiej herbaty i łamiąc monopol Chińczyków przeszmuglował jej nasiona w bambusowej lasce do swojego kraju. Nic to, że tę samą historię opowiadają o larwach jedwabników (tam jacyś jezuici byli czynni), gałce muszkatołowej (którą Francuzi wykradli Holendrom z Moluków) i jeszcze paru innych roślinach i zwierzętach. Druga historia dzieje się podczas wojny krymskiej, kiedy to u wybrzeży gruzińskich zatonął angielski okręt wojenny, którego kapitan podczas pobytu w niewoli domagał się codziennie herbaty; import był dość kłopotliwy i aby ułatwić sobie zadanie zaczęto uprawę na miejscu (opowieść ma jedną wadę faktograficzną - podczas trwania wojny krymskiej Batumi należało do angielskiego sojusznika, Turcji). Trzecia, najnowsza odsłona herbacanej historii dzieje się pod koniec XIX wieku, kiedy to przedsiębiorczy kupiec nazwiskiem Popov sprowadził całkiem legalnie z Chin sadzonki herbaty oraz specjalistów od jej uprawy i przerobu. Oprócz herbaty Chińczycy przywieźli ze sobą uprawiane do dziś w okolicach Batumi bambusy, bananowce, palmy oraz persymony. W czasach realnego socjalizmu wspierano produkcję antyimportową, stąd “Moskwa tonąca w pomarańczach” (w rzeczywistości gruzińskich mandarynkach) u Gałczyńskiego (choć najprawdopodobniej stosunek przeciętnego obywatela ZSRR do dostępności owoców cytrusowych ilustruje lepiej tytuł opery Prokofiewa “Miłość do trzech pomarańczy”), stąd także rozwój uprawy herbaty w Gruzji. Po rozpadzie imperium uprawa herbaty podupadła, lecz ostatnio jest znów rozwijana.
Targ rybny - tu się kupuje i zanosi do pobliskiej knajpki celem usmażenia i podania
Widać wyraźnie, że współcześni władcy Gruzji chcą zrobić z Batumi okno wystawowe na świat. Dużo dobrej nowoczesnej architektury (między innymi hotele Radisson i Sheraton, zabudowa pasa przybrzeżnego), sporo dyskusyjnych historyzujących budowli (“burgundzki pałacyk”, wieża zegarowa, Piazza), wiele precyzyjnie zrekonstruowanych XIX wiecznych budynków (na przykład dom, w którym mieszkały trzy siostry, które jakoby zainspirowały Czechowa), wciąż jednak mnóstwo wielkiej płyty (tzw. leningrady), która w zasadzie nadaje się już tylko do wyburzenia. Dzięki pół miliardowi dolarów wpompowanemu w ciągu ostatnich lat w infrastrukturę miejską Batumi nie ma smutnego wyglądu post-sowieckiego potworka urbanizacyjnego.


Czasy pierwszej świetności Batumi związane są z boomem naftowym oraz rodzinami Rotszyldów i Noblów. Leżące nieco na uboczu muzeum braci Nobel daje ciekawy wgląd na rozwój technologii wydobycia, transportu i przetwarzania ropy naftowej. Fascynujące są losy wyścigu po azerbejdżańską ropę - budowa linii kolejowej pomiędzy Baku a Batumi, później rurociągu, rewolucja, wojna domowa, wreszcie Nobel sprzedający swoją firmę Rockefelerowi na dwa dni przed ostatecznym wkroczeniem bolszewików do Baku. Z ciekawostek: zanim wprowadzono obrót luzem ropę sprzedawano w blaszanych kankach; sułtan Turcji domagał się aby ropa sprzedawana Turcji była dostarczana wyłącznie w nowych, czystych i błyszczących kankach. A my dziś narzekamy czasami na trudnych klientów.

3 komentarze:

Wojciech Kubalewski pisze...

Jak zwykle - fascynujące i temat i podanie.Po co mi tygodniki, gdy jest Twój blog? Po nic. Ale nie mogę się powstrzymać, a liczę, że czepialstwo wybaczysz. Mianowicie: jak oni w tej bambusowej lasce nasiona zwierząt wykradali/szmuglowali?

Ze środka ponurej (wyłącznie) meteorologicznie niedzieli pozdrawiam,

Wojciech Kubalewski

Michał Babilas pisze...

Bambusy są, taksonomicznie rzecz biorąc, przerośniętymi trawami. Wnętrze źdźbła między kolankami jest puste (mój profesor od botaniki w tym momencie zazwyczaj poprawiał podniesionym głosem "Dęte! Dęte! Pusty to jest łeb studenta"), jak na załączonym obrazku widać. I tam można coś ukryć faktycznie.

Całą tę historię z przemytem jedwabników opisał Prokopiusz z Cezarei, na odpowiedzialność którego ją zacytowałem. Późniejsi historycy się krzywili i raczej uważali opowieść za zgrabnie wymyśloną lecz niekoniecznie prawdziwą.

Wojciech Kubalewski pisze...

Ah, rozumiem, zapomniałem, że owady to nie rośliny. Eh, te puste łby.

WK