Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marginalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marginalia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2011

Operowy słoń a sprawa polska


Nie aż tak dawno (na marginesie „Evity”) Dorota postawiła pytanie „Czy znalazłby się jakikolwiek epizod polskiej historii, który dałby się sprzedać w formie sztuki z piosenkami granej przez trzydzieści lat przed kolejnymi pokoleniami zachwyconej publiczności?” Nameste zaproponował Gaję i Jacka Kuroniów, Anglicy zaś Korczaka. Przerabianie Holocaustu na teatr muzyczny jest dość ryzykowne i trudno wyobrażalne inscenizacyjnie. „Pasażerka” Weinberga (wystawiona rok temu w Warszawie) zebrała dość mieszane recenzje. Wrodzony patos i umowność sceny operowej źle znosi dosłowność materiału, któremu zabrakło klucza interpretacyjnego innego niż "gruby morał" - o czym, w trochę innych słowach, napisał Dariusz Czaja w Dwutygodniku Strona Kultury.

Ale ja w zasadzie nie o tym chciałem. Warto może pozbierać - nieliczne bardzo - polskie wątki operowe. Libreciści złotego wieku opery często lokowali akcję swoich dzieł w Hiszpanii - bo na tyle blisko, żeby stworzyć pozory realności, ale na tyle daleko, żeby było egzotycznie i aby uzasadnić te głębokie i prawie zwierzęce emocje targające bohaterami „Carmen”, „Trubadura” czy „Mocy Przeznaczenia”. Polska tego szczęścia nie miała. Gdy potrzeba było „większej egzotyki” libreciści sięgali o wiele dalej („Afrykanka” Meyerbeera, „Lakme” Delibesa, „Aida” i „Nabucco” Verdiego)

Trochę o Polsce i Polakach jest w operze rosyjskiej. W „Borysie Godunowie” Musorgskiego jesteśmy źli i lubieżni, za to u Glinki („Iwan Susanin”) tylko bardzo źli (za co zresztą spotyka nas zasłużona kara). Glinka zmienił tytuł na „Życie za cara” po wizycie Mikołaja I na próbie generalnej. Po rewolucji z wiadomych względów wrócono do tytułu oryginalnego. Nie mam pod ręką „Mille et un opéras” Kamińskiego, ale wygląda mi na to, że nawet w czasach najciemniejszego stalinizmu nie odważono się pokazać „Iwana Susanina” w Polsce. W tym samym okresie historii Rosji umocowana jest opera Asafjewa „Minin i Pożarski” (premiera w 1936), której libretto napisał sam Bułhakow. Krytycy zarzucili libreciście nadmierne sympatie propolskie (a w konsekwencji brak patriotyzmu), dlatego na potrzeby transmisji radiowej (1938) dzieło musiało zostać przerobione a Polacy odpowiednio zezwierzęceni. 

Giacomo Orefice jest kompozytorem opery „Chopin” (1901), która oparta jest na dość swobodnie odnoszącym się do życiorysu libretcie. Problemem większym jest warstwa muzyczna, która pokazuje, że kompozytor miał wielkie kłopoty z orkiestracją utworów Szopena, nie mówiąc już o własnych nutach. Dziś dzieło słusznie zaklasyfikowane jako grafomania muzyczna spokojnie kurzy się na półce kuriozów. Miarą wielkości utworu jest chociażby to, że nikt nie odważył się go reanimować nawet na prowokujący do tego niedawny rok jubileuszowy Szopena. (Patrz komentarz PaulSzaj)

Akcja jednej z wersji „Balu maskowego” Verdiego dzieje się w... Szczecinie. Neapolitańska cenzura nie życzyła sobie oper o królobójstwie (nawet niepolitycznym, przez zdradzonego męża wykonanym), więc najpierw Gustawa III zdegradowano z króla na księcia i przeniesiono ze Sztokholmu do Szczecina, a potem, jak cenzorom było mało, uczyniono z niego gubernatora i przeprawiono za ocean, do Bostonu. Najczęściej stawia się wersję oryginalną, sztokholmską, niekiedy wersję bostońską. O szczecińskiej nikt już nie pamięta.

Inna opera Verdiego „Un giorno di regno ossia il finto Stanislao” dzieje się co prawda w Bretanii, ale jednym z jej bohaterów jest Stanisław Leszczyński, król Polski, tyle że, jak można się doczytać już w tytule, fałszywy. Ustawiony przez prawdziwego na przynętę, gdy ten w przebraniu woźnicy udawał się do Warszawy aby objąć tron (o czym mowa w przypisach do didaskaliów).

Amilcare Ponchelli wziął na warsztat „Konrada Wallenroda” i spłodził „Litwinów” („I Lithuani”). Rzecz święciła wielkie sukcesy w ostatniej ćwierci XIX wieku (nawet poszła w Rosji, pod zmienionym tytułem - „Aldona”), ale w początkach ubiegłego stulecia popadła w zapomnienie. 

Postać temperamentnej Polki, markizy Melibei znajdujemy w „Il viaggio a Reims” Rossiniego. Markiza, wdowa po włoskim generale zabitym w noc poślubną, emablowana jest przez rosyjskiego generała hrabiego di Libenskofa oraz Don Alvara, hiszpańskiego admirała. Miłość polsko - rosyjska nie była nigdy łatwa, ale ostatecznie triumfuje. Geopolityka ma swoje prawa. 

Zupełnie oddzielną półkę zajmuje operetka „Polenblut” napisana przez czeskiego kompozytora Oskara Nedbala do niemieckiego libretta Leo Rosensteina. Dzieło ma wymiar ekonomiczny, akcja dzieje się na terenie zaboru rosyjskiego. Hrabia Bolo Barański nie ma głowy do geszeftów, co kompensuje rozrywkowym charakterem i mocną głową. O względy hrabiego utracjusza rywalizują dwie kobiety. Po licznych perypetiach Barański żeni się z zaradniejszą, która pomaga mu uporządkować sprawy majątkowe i uchronić resztki fortuny (można więc balangować dalej). Rzecz miała premierę we Wiedniu w 1913.

Jako, że rozmawiamy o polskich odniesieniach w twórczości kompozytorów zagranicznych, pominąłem oczywiście krajowych twórców i ich dorobek operowy. O jednym z nich jednak chciałbym wspomnieć, a to o najpłodniejszym. O Apolinarym Szelucie, autorze 69 oper (w tym ani jednej wystawionej scenicznie). Wikipedia litościwie powiada „mimo postępującej choroby umysłowej, nadal komponował, lecz utwory z okresu po roku 1949 nie są już brane przez muzykologów pod uwagę”. Przypomnijmy kilka tytułów: „Gołąbek pokoju” op. 311, opera w 4 aktach (1954), „Gieroj truda” op. 256, opera w 3 aktach (1952), „Monter W-Z” op. 195, opera w 1 akcie (1951), „Nie wojna a pokój wszystkim” op. 272, opera w 5 aktach (1952). Szeluto oprócz oper komponował też inne, mniejsze formy, czasami ze zdumiewająco aktualnymi instrumentacjami („Pieśń o Stalinie” op. 165 na głos i kałasznikow [1950], Symfonia nr 25 „Pokojowa praca na wielkich budowach planu 6-letniego” op. 250 na orkiestrę i organy bezpieczeństwa [1951], „Kongres Pokoju w Wiedniu” op. 275, walc na orkiestrę symfoniczną [1952])

PS. Organy bezpieczeństwa pożyczone od Dąbrowskiej z Dzienników, kałasznikow zaś z arsenału Andsola.

niedziela, 1 lutego 2009

Historia jednej znajomości (archiwalia)

Czas jakiś temu zmuszony byłem odstać trochę w kolejce do okienka pocztowego. "Ogonkując" oddałem się lekturze wywieszonych na tablicy ogłoszeń 'Wzorów poprawnego adresowania'.

Uwielbiam zresztą lekturę rozlicznych informacji wywieszanych k'woli uświadomienia gawiedzi w różnych instytucjach państwowych. Poezją czystą był, na przykład wzór telegramu, wypełniony treścią (jeszcze w latach wczesnych siedemdziesiątych) "Przyjeżdżam we wtorek, wyślijcie konie na dworzec". Jeśli już kto trafił na dworzec to oczekując na przybycie koni mógł przeczytać np. "Tabelę stawek posługaczy bagażowych", gdzie w dwudziestu kilku pozycjach wyszczególniono wszelkie możliwe usługi jakie podróżnych mogły ze strony posługaczy bagażowych spotkać wraz z podaniem ich ceny. Najbardziej podobało mi się "Wyniesienie osoby niepełnosprawnej z budynku stacyjnego na peron przez dwóch posługaczy bagażowych" - 5.50 zł, dodatkowo za wniesienie niepełnosprawnego do pociągu 1.50 zł - chodzi o złotówki przeddenominacyjne, bo rzecz działa się w czasach kiedy nawet pół bagażowego trudno było uświadczyć, nie mówiąc już o dwóch (tak na oko początek lat osiemdziesiątych), a nawet jeśli jakiś się znalazł, to za nazwanie go "posługaczem" można było - zgaduję - zarobić w mazak.

No, ale kończąc dygresję - stałem sobie w kolejce i popatrywałem na te wzory. Rzecz dzieje się kameralnie, pomiędzy dwoma tylko osobami, Anną Nowak z ulicy Szarotkowej 25, 61-270 Poznań, a Janem Kowalskim z ulicy Sterniczej 12, 81-517 Gdynia. Na początku Anna Nowak wysłała do Jana Kowalskiego list zwykły, adresując go poprawnie, ba, pismem kaligraficznym, nalepiając znaczek o stosownym nominale w miejscu na to przewidzianym, podając zapobiegliwie adres zwrotny w górnym prawym rogu. Jan Kowalski bądź to (co dziwne) listu nie otrzymał, bądź nie raczył odpowiedzieć, dość, że Anna Nowak z ulicy Szarotkowej w Poznaniu zdecydowała się wysłać doń list polecony.

I tutaj wydarzenia nabierają impetu. Jan Kowalski z Gdyni nadal nie reaguje, Anna Nowak z Poznania wysyła mu przekazem zwykłym kwotę stu złotych. Nie dość tego, wkrótce wysyła mu przekazem, tym razem telegraficznym, następne sto złotych. I tu liczne pytania cisną się do gardła - odpowiedzi jednak brak. Anna Nowak z ulicy Szarotkowej 25 w Poznaniu jest osobą najwyraźniej dobrze sytuowaną materialnie - ślad tego widać w kolejnym przelewie dokonanym przez nią na konto Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, tym razem na kwotę 50 złotych jedynie. Czyżby Jan Kowalski był jej droższy niż wykształcenie? Nie wiadomo dokładnie, co Anna Nowak uzyskała za owe 50 złotych, wiadomo tylko, że ważyło to równo dwa kilogramy, bowiem o takiej wadze paczkę zwykłą Anna Nowak wysyła wkrótce Janowi Kowalskiemu. Jeszcze coś niewielkiego (500 gramów) dosyła Anna z Szarotkowej Janowi ze Sterniczej przesyłką ekspresową 'Pocztex'.

Wówczas Jan Kowalski najwyraźniej poczuł się molestowany przez Annę Nowak do tego stopnia, że zdecydował się na emigrację. Wybrał Francję, miejscowosc Le Loupe (kod pocztowy 24 280). Wzgardzona i odrzucona Anna Nowak, nadal z ulicy Szrotkowej 25 w Poznaniu, odnalazła jednak Jana Kowalskiego i do tegoż Le Loupe wysłała mu paczkę zagraniczną (zawartość: szal), dodając sarkastycznie dopisek: "upominek (cadeau), bez wartości celnej". Na tym historia się urywa. Jan Kowalski - jak zwykle - nie zareagował.

piątek, 24 października 2008

"Burn After Reading"

Wspólna wizyta w Warszawie w związku z premierą Fausta i przyjemnościami towarzyskimi. Szczątki sympatycznej jesieni.

Zaparkowanie samochodu gdziekolwiek w Warszawie wiąże się z późniejszym wyjmowaniem zza wycieraczek i z wszystkich możliwych szczelin samochodu reklam "namiętnych studentek", "profesjonalnych masażystek", "trzeciej godziny gratis" ilustrowanych zdjęciami wypiętych, napiętych i opiętych damskich tyłków opisanych imionami i numerami telefonów. Podobno zresztą ulotki te stały się collectors' items wśród kilkuletniej dziatwy. Mam więc w rękach taką ulotkę, czytam spodem adres przybytku rozkoszy: Chłodna 39. Chyba lepiej byłoby Gorąca 21.

Rzadko chodzimy ostatnio do kina. Nie lubię zwłaszcza przymusu oglądania półgodzinnego bloku reklam i tzw. zajawek przed seansem - ale z drugiej strony nie mam na tyle nonszalancji aby wejść na salę pół godziny po nominalnej godzinie rozpoczęcia umieszczonej na bilecie. Z trzeciej strony: w dawce homeopatycznej (telewizji nie oglądamy, internet sterylizuje nam firefoksiany adblock i filtr na skrzynce pocztowej) reklamy są nawet zabawne.

Ponieważ rzadko chadzamy, wszystko jest dla nas nowe i nieznane, w tym i tak zwany repertuar. Przez pewien czas (zanim zobaczyłem plakat) myślałem, że Świadectwo to po prostu polski tytuł filmu High School Musical III. Nie mogliśmy też pojąć dlaczego pojawiła się na ekranach animowana wersja jednego z odcinków Gwiezdnych Wojen (Atak Klonów). Po co robić kreskówkę z poniekąd kreskówki?

A co do samego filmu (vide tytuł wpisu) - zabawny, dobrze zagrany, sprawnie wyreżyserowany. Natomiast to, co we mnie zostanie na dłużej, to niemy podziw nad starszym ode mnie Bradem Pittem grającym nastolatka.