Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lutego 2015

Król i my

Król Bhumibol Adulyadej czyli Rama IX z dynastii Chakri jest obecnie najdłużej panującym monarchą na świecie. Nawet idącej na rekord Elżbiecie II brakuje do Ramy kilku lat, choć nie jest bez szans, bo pochodzi z długowiecznej rodziny. Król ma lat osiemdziesiąt kilka, pokazuje się publicznie rzadko, przemieszkuje głównie w szpitalu i - zdaniem tubylców - ma już “dużo sztucznych organów”. Ewolucję wizerunku monarchy można śledzić na monetach - król w miarę młody jest en face, w miarę starzenia się odwracany jest coraz bardziej profilem. Gdyby doszło do kolejnej emisji bilonu, na przykład z okazji dziewięćdziesiątych urodzin, monarcha najpewniej ukazany byłby od tyłu.


Król otoczony jest publicznym i nieudawanym szacunkiem, obwarowanym zresztą legislacyjnie. Do niedawna z paragrafu o obrazę majestatu skazywano sporadycznie, obecnie coraz częściej, zwłaszcza że sądy stosują definicję rozszerzającą, co oznacza, że ochroną prawną nie jest objęty tylko aktualny monarcha i jego rodzina (i jego liczne biznesy), ale wszyscy historyczni królowie Tajlandii. Doszło do tego, że autor monografii poświęconej jakiemuś XVI wiecznemu królowi został oskarżony, bo ośmielił się napisać, iż ów król był kiepskim władcą i fatalnym strategiem (chodziło o złe rozmieszczenie słonnicy w którejś z licznych bitew z Birmą). Teraz zresztą historię konfliktów z Birmą omawia się dość enigmatycznie, można na przykad dowiedzieć się, że Tajlandia zajęła drugie miejsce w jakiejś tam kolejnej wojnie z sąsiadem (czy coś bardzo podobnego).


Król jest najbogatszym obywatelem Tajlandii, drugim pod względem majątku jest zapewne wytwórca portretów (bilboardów) królewskich, które witają przybysza na każdym kroku. Rankiem w dużych miastach mieszkańcy śpiewają hymn państwowy oddając cześć wizerunkom monarchy - nigdy nie wstajemy tak wcześnie żeby to zobaczyć, ale relato refero.

Następca tronu nie ma dobrej prasy, głównie z powodu wielokrotnych rozwodów, najnowszy odbył się w grudniu ubiegłego roku. Jest już jakaś nowa narzeczona, mieszkająca w Niemczech stewardessa Thai Airways. Czy dojdzie do następnego ślubu, nie wiadomo, na razie panią konkubinę mianowano pułkownikiem lotnictwa, żeby ten ewentualny mezalians nie był aż taki oczywisty. Przepisy dotyczące sukcesji nie są jednoznaczne. Książe ma trzy siostry, ale wszystkie również wielokrotnie rozwiedzione, za wyjątkiem jednej, która jeszcze nie zdążyła wyjść za mąż mimo szóstego krzyżyka na karku.

Ostatnio (maj 2014) odbył się w Tajlandii wojskowy zamach stanu, który w zasadzie jest niewidoczny dla turysty: posterunki wojskowe - podejrzewam - stały przy drogach i wcześniej, widać trochę wojska w miastach (“dyżury junty”). Tubylcy, przynajmniej ci, z którymi rozmawialiśmy, oceniają zamach pozytywnie; wojsko po prostu wzmacnia i pogłębia demokrację, którą wszyscy Tajowie umiłowali ponad wszystko, a nadto wojsko jest mniej skorumpowane niż politycy i policja.

Tajowie uporczywie powtarzają, że są jedynym narodem w Azji, który nigdy nie został podbity przez obce mocarstwo, ale zaraz potem dodają szeptem scenicznym, że to dlatego, że nigdy nie było takiej potrzeby - zawsze szli na ugodę i współpracę. W każdym muzeum eksponowana jest mapa Wielkiej Tajlandii z zaznaczonymi ziemiami, które były oddawane Anglii i Francji w zamian za pokój na następne półwiecze.

Nie lubią żadnych sąsiadów, najmniej nie lubią Laotańczyków (bo język podobny i bo bieda większa - coś na kształt stosunku Polaków do Słowaków). Nie lubią Birmańczyków bo są bezbożni (czy raczej bezbuddni), popędliwi, nerwowi i szybcy (skądś się te przedostatnie miejsca w wojnach musiały brać). Malajowie są bogaci i wydają ostentacyjnie pieniądze, co samo w sobie jest wystarczającym powodem do niechęci. Kambodża to nie kraj, tylko prowincja Tajlandii, poza tym Khmerowie mają okrągłe twarze i nie mówią po tajsku, choć powinni. Chińczycy natomiast, nawet jeśli się nauczą po tajsku, to i tak mówią ze śmiesznym akcentem.

Tajski jest językiem tonalnym, składającym się z czterdziestu kilku spółgłosek i kilkunastu samogłosek. Mimo bogactwa fonetycznego Tajowie nie są w stanie usłyszeć, odróżnić i reprodukować wielu fonemów języka angielskiego. I tak, na przykład, co w naszych uszach brzmiało “pisz pan pan free”, w ustach Taja miało brzmieć “fishtail palm tree” (Caryota mitis). Gdy pierwszy raz usłyszeliśmy o “helicopter Budda”, potraktowaliśmy to jako zabawne przesłyszenie. Gdy usłyszeliśmy tę frazę po raz trzeci, piąty i dziesiąty, podejrzewaliśmy, że mamy do czynienia z bardzo reformowanym odłamem buddyzmu. W rzeczy samej chodziło o “relics of the Buddha” (umieszczane w co ważniejszych pagodach). W restauracji kelnerka proponowała nam zamiast ryżu wszy do curry (“Lajs? Lajs? You want lajs?”). Przy tych wszystkich ograniczeniach Tajowie uważają się za absolutnych poliglotów, zdolnych do biegłego opanowania wszystkich języków (w odróżnieniu od takich, na przykład, Chińczyków czy Japończyków).

Dobre wiadomości w następnym odcinku (“Sto watów”).

czwartek, 7 sierpnia 2014

Dwa listy

Poznałem, że poza katolicyzmem nie ma nic, dla czego by żyć warto i umierać.
(Władysław Stanisław Reymont, list do o. Euzebiusza Rejmana, Rogów 20 II 1893)

Rzym to wielkie miasto na gwałt przerabiane na modłę europejską. Na ulicach aż się mrowi od księży - Jezus! Jeszczem nigdy tego robactwa nie widział tyle od razu.
(Władysław Stanisław Reymont, list do Franciszka Rejmenta, Rzym 25 IV 1895) 

Przeczytane w Muzeum Regionalnym w Lipcach Rejmontowskich.



wtorek, 13 sierpnia 2013

Jane Austen i świnie w kąpieli

Miasto Bath nie leży na morzem, bo nie o morskie kąpiele tu chodzi. Dobrze zachowane łaźnie w centrum zbudowali Rzymianie, ale legenda o odkryciu gorących źródeł - jedynych wciąż użytkowanych w Wielkiej Brytanii - sięga jeszcze dalej. Konkretnie do czasów, kiedy to królowie pasali świnie. Wersji tej opowieści jest kilka, różniących się od siebie szczegółami - ale we wszystkich pojawia się król Bladud (ojciec równie legendarnego, a rozsławionego przez Shakespeare’a króla Leara) i jego świnie, które pewnego chłodnego dnia z upodobaniem zaczęły się tarzać w ciepłym błotku. Król przyłączył się do nierogacizny i doznał wielu korzyści (w jednej wersji legendy został wręcz uzdrowiony z trądu). Rzymianie poświęcili źródło bogini Minerwie (sprytnie zmiksowanej z lokalnym bóstwem o imieniu Sulis) i tym sposobem Aqua Sulis zasłynęło na całą Brytanię.
Bath - rzymskie łaźnie na tle opactwa
Bath przeżyło ponowny okres świetności w wieku XVIII, kiedy pod wpływem Oświecenia ludność znowu zaczęła się bardziej regularnie kąpać. Do wód zaczęło zjeżdżać się eleganckie towarzystwo, dla którego wygody szybko zbudowano luksusowe rezydencje w klasycystycznym stylu oraz rozmaite atrakcje, takie jak pasaże handlowe i Assembly Rooms, czyli połączenie świetlicy z herbaciarnią, gdzie wypadało pokazać się i błysnąć jakimś modnym ciuchem. Dzisiaj mieści się tam bardzo ciekawe Muzeum Mody, prezentujące panoramę strojów od XVIII wieku do współczesności (znów przebieranki!).
Muzeum Mody - wczesne kolekcje Laury Ashley

Najsłynniejszą obywatelką Bath była Jane Austen - wykorzystywana dziś bez litości jako główny wabik na turystów, choć mieszkała tam tylko kilka lat. Sama zresztą tego miasta nie lubiła, czemu trudno się dziwić biorąc pod uwagę ilość nieszczęść, jakie ją tam spotkały: nagła śmierć ojca, bezpodstawne oskarżenie ciotki o kradzież w sklepie (uniewinniono ją po kilkumiesięcznej odsiadce w areszcie), przeprowadzki pod coraz mniej pożądane towarzysko adresy, wreszcie kompletny falstart w postaci nagłych oświadczyn dość dalekiego znajomego, które Jane najpierw (pod wpływem szoku?) przyjęła, a nazajutrz wycofała się rakiem. Nie wspominając już o kompletnej blokadzie twórczej.
Bath - georgiańska pijalnia wody mineralnej, obecnie na terenie restauracji The Pump Room
Specjalnością kulinarną Bath są Sally Lunn buns - bułeczki drożdżowe, serwowane nieprzerwanie od XVIII wieku w tej samej herbaciarni, do której nigdy nie udało się nam dostać, a to za sprawą długich, krętych i wijących się kolejek Japończyków i innych Azjatów. Legenda głosi, że przepis przywieziony został do Anglii przez hugenockich emigrantów. Legenda ta głosi również że nazwa pochodzi od zniekształconego francuskiego Soleil-et-Lune (że niby bułeczki czarne od spodu, a przypieczone na złociście od góry). Jak widać Anglicy nie mieli od zawsze talentu do języków.

Jane Austen bez żalu opuściła Bath i przeniosła się wraz z matką i siostrą do Chawton, gdzie pożyła jeszcze 8 lat zanim “coś jej się w czymś nie zrobiło” kładąc kres pięknie się rozwijającej karierze literackiej w wieku lat zaledwie 41 (fachowcy do dziś spierają się co to było). Ostatni “adres” Jane znalazła w katedrze w Winchesterze.
Przy tym gerydonie Jane Austen napisała prawie wszystko
Czytając powieści Jane Austen i pomijając tę najbardziej przemawiającą do czytelnika warstwę romansową (czy wybrać Darcy’ego czy też nie) widać wnikliwie zarysowany wizerunek społeczeństwa “starej, dobrej Anglii”, gdzie (z pierwszoplanowych bohaterów) “pracują” jedynie duchowni, a bieda polega na tym, że trzeba zredukować liczbę zatrudnianych służących. Troski materialne polegają na zamartwianiu się, skąd wziąć pieniądze na dalsze nic nie robienie, ewentualnie jak wydać za mąż córkę z kiepskim posagiem lub tegoż brakiem. O tym ostatnim akurat, Jane Austen - będąc sierotą po pastorze i (na owe czasy) starą panną - wiedziała najlepiej. Niestety, żaden pan Darcy się nie objawił, a dostępnych kandydatów sama Jane nie chciała. Aż się prosi o porównanie z żyjącymi w następnym pokoleniu siostrami Bronte. Jak chcesz partnera na swoją miarę, to go sobie napisz...
Winchester - Great Hall - Queen Victoria

Wzmiankowanym ostatnim adresem Jane Austen jest płyta w podłodze w katedrze winchesterskiej, która, jak się okazało, jest katedrą o najdłuższej w Europie nawie. Winchester był zresztą pierwszą stolicą Anglii, jeszcze przed Londynem, o czym zaświadcza wielki pomnik króla Alfreda (tego od spalonych ciastek) i “prawie prawdziwy” Okrągły Stół króla Artura w “prawie prawdziwym” zamku, a właściwie tym, co z niego się zachowało, czyli Great Hall. W kąciku sali skromnie stoi sobie jeden z najładniejszych jubileuszowych pomników królowej Wiktorii, dłuta Sir Alfreda Gilberta (tego od Erosa na placu Picadilly).
Stół z powyłamywanymi nogami (Winchester)
Nieopodal Winchesteru znajduje się Hinton Ampner - kolejna rezydencja zapisana przez bezpotomnego lorda na rzecz National Trust. Bardzo ładne ogrody, urządzone już w XX wiecznym stylu. Z miejscem tym wiąże się też historia o duchach. Ponoć właścicielom (w XVIII wieku) tak się złośliwości umarlaków dały we znaki, że ostatecznie uciekli w popłochu, kazali zburzyć starą rezydencję do samej ziemi i wybudować nową. Choć podobno tak naprawdę za duchy robili miejscowi, starający się wypłoszyć przywiezionych z Londynu służących właścicieli. Rzecz się udała, londyńscy służący uciekli, zostali zastąpieni przez miejscowych, którzy potem dalej straszyli, z nudów i z przyzwyczajenia.
Hinton Ampner

Potem już była tylko konferencja International Gothic Association, tym razem zorganizowana w Guildford - ładnym miasteczku z ruinami zamku przekształconymi w park, elżbietańskim szpitalem (bardziej przytułkiem) i wielgachną katedrą z lat 60tych XX wieku











piątek, 9 sierpnia 2013

W krainie smoka (4)


Zasługi Henryka VIII dla angielskiej architektury krajobrazu są wielkie i dotychczas nie do końca rozpoznane. Król ów bowiem w dwóch etapach (1536 i 1539) zlikwidował zakony i przejął ich majątek. Było co przejmować, na początku XVI wieku w rękach Kościoła było ponad ⅓ ziemi uprawnej w Anglii. “Złoto, srebro, płaszcze cenne, oraz różne dary inne” a także ziemia i budynki przeszły na własność Korony. Kruszce przetopiono, fanty spieniężono, ziemie wydzierżawiono lub rozdano lojalnym poddanym. Z budynków dzisiaj zrobionoby lofty, w tamtych, przedloftowych czasach, zrecyklowano wszystkie materiały, które można było wydłubać i wykorzystać. W ten sposób w trybie przyspieszonym powstały malownicze ruiny, które zdobią do dziś angielski (i walijski) krajobraz, między innymi opactwo w Tintern.

Kariera opactwa w stanie ruiny niewiele (jeśli w ogóle) ustępuje czasom jego największej świetności. Monumentalna budowla inspirowała malarzy (Turner) i poetów odkąd zaognione stosunki z Francją ograniczyły możliwości wyjazdowe elity, która zamiast na tradycyjny Grand Tour po kontynentalnej Europie zmuszona była docenić uroki własnego kraju. Rosnąca popularność miejsc pełnych romantycznej grozy sprawiła, że Tintern stało się modnym miejscem wycieczek.

Najsłynniejszym chyba wycieczkowiczem (i to co najmniej dwukrotnym) był William Wordsworth, jeden z czołowych przedstawicieli pierwszej fali Romantyzmu w literaturze angielskiej. Pod wpływem powrotu do Tintern Abbey po pięcioletniej nieobecności napisał on wiersz o długim tytule zazwyczaj skracanym do “Tintern Abbey” przez pokolenia filologów (a w krajach anglojęzycznych również nauczycieli dziatwy szkolnej). W wierszu, w najkrótszym skrócie, chodzi o zadumę, jak wiele mogło się zmienić w życiu autora w ciągu zaledwie pięciu lat (a zmieniło się sporo, wliczając w to romans z Francuzką, nieślubne dziecko i rejteradę z powrotem do Anglii przed nadciągającą wojną), a monumentalna ruina stoi tak jak stała i stać jeszcze pewnie będzie przez długie stulecia.

Opactwo Tintern wykorzystał także zespół Iron Maiden jako scenografię dla realizacji jednego z teledysków. Niestety nie ma tam pokazanych w teledysku podziemi (tych, po których chodzą monksters - © Dorota). Sceny w podziemiach nakręcono w sztolniach opuszczonej kopalni wapienia pod Londynem.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

W krainie smoka (2)

Blaenavon - dawna huta

Walia w XVIII wieku stała się jedną z kolebek rewolucji przemysłowej, a to za sprawą bogatych, płytkich i łatwo dostępnych (bliskość morza) złóż węgla i rudy żelaza. WielkoBrytyjczycy mają spore nabożeństwo do zabytków techniki.  W miasteczku Blaenavon zachowały się pozostałości huty z XVIII wieku oraz (do niedawna czynna) kopalnia węgla, obecnie udostępniona do zwiedzania. W pobliskich “czworakach” odtworzono wnętrza mieszkań robotniczych z lat 20 ubiegłego wieku na potrzeby nagrywanego dla BBC w 2007 reality show ‘Coal House’ (coś w rodzaju historycznego Big Brothera).


Big Pit - kopalnia w Blaenavon, obecnie muzeum
Pontcysyllte - akwedukt
Chirk - akwedukt i zbudowany w tym samym czasie most kolejowy
Jak już był węgiel i żelazo, to należało to jakoś przewieźć. Północna Walia wzbogaciła się w końcu XVIII wieku w sieć kanałów, po których pływały barki transportujące towary. Obecnie nie pełnią funkcji transportowej, można natomiast wynająć na kilka dni mini-barkę i miło spędzić wakacje. W kilku miejscach nad dolinami przerzucono akwedukty, tak więc zamiast rzeką na dole płynie się rynną z wodą na górze.  Podobna lecz całkiem współczesna rzecz jest pod Magdeburgiem, tyle że walijskie akwedukty są o dwa wieki starsze, w dodatku zbudowane z odlewanych żelaznych płyt.
Portmeirion
Z czasów, w których działa się akcja ‘Coal House’ pochodzi śródziemnomorska extrawaganza na walijskim wybrzeżu, czyli miasteczko Portmeirion, zaprojektowane przez znanego wówczas architekta, Williams-Ellisa. Rzecz wygląda trochę jak dekoracja filmowa, którą zresztą była - pod koniec lat 60 ubiegłego wieku kręcono tam serial fantastyczno-szpiegowski The Prisoner z Parickiem McGoohanem, raczej nieznany w Polsce, lecz cieszący się statusem filmu kultowego na Wyspach. Od czasu serialu za wstęp na teren wioseczki pobierane są opłaty, w sklepikach można nabyć gadżety związane z filmem a raz do roku odbywają się zloty fanów.

wtorek, 30 lipca 2013

W krainie smoka (1)

Walia przydarzyła nam się nieco znienacka, pomiędzy jedną konferencją (neowiktoriańska w Liverpoolu), a drugą (gotycka w Surrey). Póki co minął trzeci dzień wycieczki, a już widać, że kraina smoka ma do zaoferowania bardzo wiele. 

Zdumiewa, że język walijski przetrwał w niezłej formie siedemset lat ekspozycji na dominujący kulturowo i społecznie angielski. Jakoś Irlandczycy czy Szkoci nie mieli tego szczęścia. Wszędzie są dwujęzyczne napisy, a nazwy miejscowości potrafią zawiązać język na kokardkę - oczywiście, nie odmówiliśmy sobie przyjemności wizyty w wiosce o najdłuższej w Wielkiej Brytanii nazwie Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch (miejscowi te podwójne L czytają dość zaskakująco jako “hl”). Miejscowość ma własny przystanek kolejowy, a tabliczka z jego nazwą jest dłuższa od przystających tam pociągów. Poza tym brutalna prawda jest taka, że wioseczka nazywa się naprawdę Llanfair Pwllgwyngyll, a całą resztę dorobiono w połowie XIX wieku dla przyciągnięcia turystów. Działa do dziś.

Mała stacyjka z dużą nazwą
Walijski ma zresztą całkiem sporo słów zaczerpniętych z łaciny bez pośrednictwa angielskiego, na przykład ffenestr (okno), bont (most), perygl (niebezpieczeństwo), bresych (kapusta). Rzymianie tutaj mieli trochę pod górkę, zachodnie krańce Walii były strasznie zadruidzone, podbój Anglesey zakończył się dopiero tuż przed ewakuacją Rzymian.

Świadectwem podboju przez Anglików są zamki Edwarda I kolektywnie (we cztery: Beaumaris, Conwy, Caernarfon i Harlech) stanowiące jeden Unesco site. W Caernarfon urodził się pierwszy Książę Walii (w dzisiejszym rozumieniu). Król Edward obiecał podbitym Walijczykom, że ich nowy książę będzie urodzony w Walii, a także nie będzie mówił ani słowa po angielsku. Jak przyszło co do czego popisał się dowcipem prezentując im swojego syna-niemowlaka. Ostatnia inwestytura odbyła się w roku 1969 w zamku Caernafon. Książe Karol (do rozpoznania tylko po muskularnych uszach) wydaje się mówić “Mamo, daj spokój, nie wygłupiaj się”.

Conwy
Beaumaris
Caernarvon
Gdyby nie Henryk VIII to pielgrzymki zamiast do Lourdes wędrowałyby do Holywell, do obudowanego gotycką kaplicą źródełka świętej Winifredy. Święta została świętą, gdyż miejscowe książątko nastawało na jej cnotę, a gdy zabiegi okazały się bezskuteczne skróciło ją o głowę za pomocą miecza (to zresztą częsty topos w katolickiej mitologii dotyczącej produkcji świętych dziewic: jak nie prąciem, to mieczem, tertium non datur). Na tym nie kończą się przygody Winifredy. Otóż, w miejscu gdzie upadła głowa dziewicy wytrysnęło źródełko leczące wszelkie choroby - sytuację błyskawicznie wykorzystał wuj nowej świętej aby... przyczepić brakującą głowę do jej ciała za pomocą modlitwy oraz wody źródlanej. Ożywiona Winifreda żyła jeszcze rzekomo długie lata, jako przeorysza klasztoru. Przed kaplicą wykopano basenik do “świętych kąpieli”. 
Winifrieda przed dekapitacją

Holywell - źródło świętej Winifriedy
Na przełomie XIX i XX wieku miejsce zyskało nawet pewien rozgłos za sprawą obrotnego proboszcza, który postanowił rozkręcić kult (podupadły od średniowiecza) za pomocą procesji z chorągwiami zamówionymi u niejakiego Barona Corvo (kto wie o kogo chodzi, ten już się domyśla, że był to przepis na małą katastrofę - panowie skłócili się, a chorągwie wiszą dziś w maleńkim muzeum przy zapomnianym świętym kąpielisku).

Plas Newydd - obrazek prawdopodobnie autorstwa królowej Wiktorii

Klatka schodowa, którą przemykała się w ciemnościach królowa Wiktoria
Bywała tu też królowa Wiktoria. Jeszcze przed wstąpieniem na tron zwiedziła zamek Beaumaris, zatrzymując się w gościnie u markiza Angelsey w Plas Newydd. Z osobą gospodarza wiąże się zresztą ciekawa historia. Podczas bitwy pod Waterloo markiz został trafiony kulą armatnią. “Na Boga, Sir, właśnie urwało mi nogę!” - zawołał do stojącego nieopodal Wellingtona. “Na Boga, Sir, rzeczywiście” - odpowiedział Wellington. Markiz następnego dnia wystosował list do żony z przeprosinami, że niestety nie będzie mógł z nią niebawem zatańczyć. Markiz znany był z powściągliwości, komentował na bieżąco przebieg amputacji, dokonywanej - jak to w tych czasach bywało - bez znieczulenia. Drewnianą protezę wciąż można oglądać w gablocie w pałacu. Noga markiza została pochowana pod Waterloo, gdzie przez pewien czas była atrakcją turystyczną (historia nogi: tutaj). 

Penrhyn

Wiktoria była w Walii ponownie w 1859 roku, kiedy wraz z księciem Albertem odwiedziła zamek Penrhyn. Zachowała się opowiastka, jak to monarchini zaśmiewając się (czyli jednak bywała amused...) wchodziła w całkowitych ciemnościach do swojej sypialni klatką schodową przeznaczoną dla służby, bo oddelegowany do oświetlania jej drogi lokaj gdzieś się zawieruszył. Penrhyn jest pięknym przykładem neoromańskiej atrapy średniowiecznego zamku zbudowanego na przełomie lat 20 i 30 XIX wieku za pieniądze z niewolnictwa oficjalnego (plantacje trzciny cukrowej na Jamajce) i nieoficjalnego (kopalnie łupków w okolicy). Jest tam też melodramatyczna historia z lordówną zakochaną w ogrodniku. A jeśli o ogrody idzie - bardzo pomysłowo urządzony bog garden z okazałymi egzemplarzami Gunnera manicata.
Gunnera manicata - z ziemi brazylijskiej do walijskiej

środa, 15 lutego 2012

Salmagundi

Długie przeloty, oprócz licznych wad, mają też zalety. Otóż poniekąd zmuszają do oglądania filmów, czytania książek i spania. Śpi się po to, żeby nie jeść, ogląda się to, co Lufthansa wybrała pasażerowi do oglądania, za to w lekturach ma się całkowicie własny wybór. Ciągle jeszcze nie wiem, czy bardziej potrzebuję kundla czy srajpada (i dlatego nie mam ani jednego ani drugiego), tym bardziej istotna jest kwestia wyboru książek w podróż. Najczęściej bierzemy więc w drogę albo absolutne pewniaki, albo rzeczy już nadgryzione i smakujące zachęcająco (trzecią, dominującą kategorią są lektury zawodowe Doroty).

Zanim o książkach, będzie o filmach. Na początek męcząco steampunkowi "Muszkieterowie", cała historia gdzieś grzęźnie wśród tych latających żaglowców, a morał jedyny taki, że Orlando Bloom też potrafi się ładnie starzeć. Potem "Cowboys and Aliens", którego wystawiam do rywalizacji w kategorii najgłupszy film ever. Kiedyś widziałem jakieś dzieło z lat 70, w której zombiaki zawładnęły letnim obozem młodzieżowym gdzieś na amerykańskiej prowincji i mieszkańcy okolicznego miasteczka musieli w pocie czoła wymordować dziatwę, żeby cholerstwo się dalej nie plęgło, co pokazano niespiesznie, z dużym pietyzmem dla detalu, w stylu i za pomocą środków technicznych swoistych dla niskobudżetowych produkcji z lat 70. No, ale tym razem mamy budżet wysoki i trzydzieści lat później, Harissona Forda supportującego Daniela Craiga i ścigacze Obcych prujące niebo jak w "Gwiezdnych Wojnach". Tak, jak obiecuje już tytuł, rzecz jest o najeździe kosmitów na Dziki Zachód. Pokonanie najeźdźców możliwe jest dzięki solidarnej współpracy złych i dobrych rewolwerowców, archetypowych Indian oraz emisariuszki z jeszcze innej planety. Finałowa scena bitwy wciska w fotel: Indianie dzidami i tomahawkami, kowboje strzelbami, Obcy promieniami śmierci, zielona (jakżeby inaczej!) glutoplazma Obcych miesza się w powietrzu z fragmentami mózgów Ziemian, a na końcu jeszcze emisariuszka wysadza kolubrynę. Tadaaam! Potem już tylko możliwa była kreskówka ("Puss in boots"). A potem jeszcze próbowałem obejrzeć inny film: on wynajduje lekarstwo na raka, ona pisze książkę o jakichś Majach czy innych Inkach, ale - co za cholerny pech! - umiera na raka mózgu, więc on czuje się zobowiązany dokończyć ową książkę, co jednak wymaga stosowania jakichś neurostymulantów, rzecz robi się mocno oniryczna i w tym momencie porwał mnie w swe objęcia Morfeusz, więc nawet tytułu nie zapamiętałem. (Dorota oglądała i mówi, że nawet niezłe).

A teraz książki. "Saturn" Dehnela. Wszystko fajnie, z koncepcji książka przypomina mi "Picture this" Hellera, sprawnie zrealizowany pomysł z narracją równoległą, miłe też to, że autor potrafi przełamać konwencję i odejść od epatowania czytelnika zdaniami wielokrotnie złożonymi zawierającymi nadreprezentację wyrazów dłuższych niż trzysylabowe, ale jednak coś zgrzyta, niczym kreda o szybę. (Pomijam już fakt, że ekfrazy w "Saturnie" czyta się jak opisy przyrody u Orzeszkowej, po kilka kartek na raz). Zgrzyta mi wprowadzony metodą "zapisywania trupa do partii" wątek homoseksualnego romansu Goi, co do którego nie ma [albo i jest - informacja w komentarzu poniżej] nie tylko żadnego źródłowego (oprócz przeczuwanej przez Dehnela "oczywistej oczywistości"), ale i fabularnego uzasadnienia. (Dorota broni autora; mówi, że pewno chodziło o to, że syn Goi, który nie rozumiał i - z wzajemnością - gardził ojcem, odkrył po jego śmierci coś, co spowodowało, że spojrzał na jego postać w zupełnie inny sposób). Niektórzy nasi gejowaci znajomi z pasją godną lepszej sprawy zajmują się demaskowaniem współbraci w orientacji wśród różnej maści celebrytów ("ten nasz, i ten, i ten też!"). Nie wiem, może w ten sposób czują się mniej stygmatyzowani, skoro ta różowa orkiestra tak liczna, w każdym bądź razie - ku mojemu rozbawieniu - Dehnel się w ten nurt zupełnie naturalnie wpisuje. No i zabawna ta projekcja, co to z tej historii fabularnie wynika: furda żona i tabuny kochanek, jedyny prawdziwy afekt w życiu malarza to ten ciągnący się przez całe życie męski romans. 

Druga lektura to “Ameryka nie istnieje” Orlińskiego. Też zgrzyta, ale zupełnie z innych względów. Książka (przy wszystkich swoich zaletach, o czym w następnym akapicie) jest nieszczęściem i tragedią redakcyjną. Każdemu, kto pisze cokolwiek dłuższego niż SMSy zdarza się, że po wielokrotnej edycji tekstu rozjadą się przypadki, przyimki, czasy, a niekiedy i sens jako taki. Po to jest w wydawnictwie korekta, żeby to wszystko wyłapać, po to jest redaktor, żeby usiąść z autorem i ogólniejsze kwestie omówić. W wydawnictwie “Pascal” ktoś za to wziął pieniądze (nawet wiadomo kto, bo w stopce redakcyjnej są nazwiska - litościwie przemilczę), ale roboty nie wykonał. Abnegacja na poziomie redakcyjnym skutkuje też niestety pewnymi supozycjami co do chlujności autora. Gdy czytam o "uprawie bydła" czy "płaceniu za pszenicę jak za zboże" albo o "dosłownych słowach", to w normalnych okolicznościach podejrzewałbym (mniej lub bardziej udane) zabawy językowe i puszczanie perskiego oka do czytelnika. Czytając o "wojnie cywilnej" rozumiem (choć przypłacam to bólem zębów), że chodzi o wojnę secesyjną, gdy napotykam stwierdzenie "chwalebna rewolucja" wolałbym zapis "Chwalebna Rewolucja", chociażby dlatego aby umieć rozróżnić usunięcie Stuartów z tronu angielskiego od manifestacji ogólnie lewicowych poglądów autora. Gdy czytam o "wyburzeniu parku", to trudno oprzeć się refleksji, że parki (te klasyczne, z drzewami i trawnikami, a taki jest właśnie Overton w Memphis) się raczej zabudowuje, a nie burzy. Ale co to jest za funkcja "kurator nadzorujący sprawowanie wyroków zwolnionych zawodowo", tego już raczej nie zrozumiem. I tak dalej, ad nauseam. Niestety, sporo baboli. Szkoda.

Tym bardziej szkoda, że widać naprawdę benedyktyńską pracę autora włożoną w napisanie książki, widać erudycję i umiejętność zgrabnej syntezy. Dużo ładnie opakowanej informacji. Mnóstwo odniesień popkulturowych, nie zawsze dla mnie dostępnych; żartem mógłbym napisać, że dla mnie jedyne kulturowe odniesienia do USA to La Fanciulla del West Pucciniego i symfonia Z Nowego Świata Dvořáka, ale nie jest tak źle - oglądałem przynajmniej część filmów o których pisze Orliński (wymiękam dopiero przy serialach, piosenkach i grach komputerowych), choć nigdy nie przyszłoby mi do głowy oglądanie realnego świata przez pryzmat tego ekranowego (tym większa zasługa Orlińskiego, że pokazał, że tak można). Dla mnie Stany to przede wszystkim kraina wakacyjna (jak dla innych Tajlandia czy Indonezja), w dalszej kolejności miejsce zamieszkania krewnych Doroty i przystanek przesiadkowy w dalszych podróżach, nie ciągnie mnie tam - w odróżnieniu od autora “Ameryka nie istnieje” - chęć konfrontacji amerykańskich mitów z amerykańską rzeczywistością. Ale mimo to, a może właśnie dlatego - ciekawa lektura.

A tytułowe Salmagundi to tytuł XIX wiecznego periodyku redagowanego w Nowym Yorku przez Washingtona Irvinga, o którym tak pisze Orliński: "nie wiadomo, co oznacza ten tytuł - w pierwszym numerze Irving zadeklarował, że to tak oczywiste, że nie zasługuje na tłumaczenie". Irving miał rację, czego można się dowiedzieć chociażby z wikipedii (jeśli nie ze słownika Webstera - zresztą o innych niż leksykalne pasjach Noaha Webstera też można przeczytać u Orlińskiego).



PS. A na dowód, że nie zapomniałem o pieskach (które spokojnie czekają na swoją kolej) - "Wnętrze kościoła św. Piotra w Leiden" pędzla van Vlieta i cicho szemrzący bohater pierwszego planu (Ringling Museum, Sarasota).

poniedziałek, 7 marca 2011

Aleksander Wat - Spotkanie z padre Pio


Jak często spotykałem właśnie śród pobożnych dusze naturaliter chrześcijańskie! I odwrotnie, rzadko widziałem dusze tak antychrystusowe, jak osławiony padre Pio.

Wybraliśmy się do niego, wbrew jakimś głuchym oporom mojej żony, na wiosnę 1957 roku. Nie wytrzymywałem już wtedy swoich nieustających bólów, był to już piąty rok, jeden z najgorszych, z biegiem lat bóle zamiast stępić się w przyzwyczajeniu, na odwrót, kumulowały się. Bezsprzecznie, poszedłem na tę pielgrzymkę z rozterką w sercu, z niepełną wiarą. Przed samym wyjazdem z Warszawy odwiedził nas głośny ojciec Daniel, bohater najbardziej fantastycznej przygody za okupacji. Opowiedziawszy o sobie na pożegnanie, na wiatyk zalecał mi "ofiarować swoje bóle Panu Jezusowi". A był to czas, kiedy w bezsennych nocach każdej nocy zaciskałem w garści dużą fiolkę z nembutalem. Oboje z żoną byliśmy oburzeni i w zaleceniu poczciwego zakonnika widzieliśmy, zapewne niesłusznie, egzaltowane samozakłamanie.

Na decyzję pielgrzymki zbiegło się wiele pobudek. Nawet Ignazio Silone doradzał ją, znał wypadek cudownego uzdrowienia. Przygodnie poznany w robotniczej tratorii na Piazza Esedra nauczyciel gimnazjalny opowiedział: "Widzi pan mnie, nie jestem praktykujący, ale niedawno w krótkim odstępie czasu umarli moi kochani rodzice. Wpadłem w taką depresję, że i psychiatra nie mógł pomóc, zaniedbywałem się coraz bardziej, w końcu przyjaciel nieomal siłą zabrał mnie do San Giovanni di Rotonda i oto na sam widok padre Pio poczułem w sobie boski spokój wewnętrzny i niech pan na mnie popatrzy: spokój, spokój!" Bóle bólami, ale bodajbym i ja dostąpił spokoju wewnętrznego!

W Taorminie poznaliśmy kilka osób z kółka wiernych ojca Pio: był między nimi baron, potomek Marii Wodzińskiej, który obwoził nas po swoich ogromnych plantacjach pomarańczy i cytryn, była i współwłaścicielka jednego z największych hoteli, stara panna abnegatka, najczystsze uosobienie innocentich, która dwa razy rocznie na wielkie święta woziła do padre Pio chorych i ułomnych. Dała mi rękawicę cudotwórczą, abym przyłożył ją do bolącej twarzy. Była z uciętymi do połowy palcami, z twardej i grubej, kolącej, ciemnobrunatnej włosienicy, cała przepojona odorem starej jodyny i zakrzepłej krwi. W istocie całą noc trzymałem ją na twarzy, ale Ola nie mogła zmrużyć oka, mdlił ją ten odór, w ogóle czuła do tego wszystkiego instynktowną awersję, ona, tak otwarta na łaskę wiary. Zdawało mi się też, że słyszę w sobie głos starej drogiej przyjaciółki i w tych czasach opiekunki, siostry Katarzyny z Lasek, nakazujący mi iść tam. Był jeszcze jeden, jak mi się zdawało, znak. San Giovanni był w górach Gargan. Czy brzmienie tego słowa, czy historia o nich, którą we wczesnej młodości przeczytałem w Złotej legendzie, sprawiła, że w jakimś dalekim echu odezwała się nostalgia za nimi. Wspomniałem górę Gargan w prozie poetyckiej Piecyka. Teraz ta nostalgia, to zawołanie zabłąkane z młodości mogło się spełnić.

Padre Pio to na pewno święty, jeden z tych, których znało każde stulecie i w każdej prowincji średniowiecze. Świątek chłopski. Jego stygmaty na pewno były wywołane przez upodobnienie się do Chrystusa w Wielki Piątek, kiedy to nagle krew zaczęła broczyć na jego rękach i nogach, chociaż potem konserwował je smarując starą jodyną. Jak strasznie cierpiał, wystarczyło zobaczyć, gdy odprawiał, po piątej rano, długą, cichą mszę w zatłoczonym kościółku, śród wrzawy i swarów dewotek, płaczu niemowląt - widać było tylko czubek głowy nad spiczasto zakończonym ornatem i tylko te ręce, w półrękawiczkach z ciemnobrązowej, grubej, szorstkiej wełny, jak dziwne ptaki opędzały się co kilka chwil chmarze much.

Ale - poza mszą - jaka pycha, jaka pycha syna ubogiego wieśniaka, który poszedł w pany, w kondotiery Pana Jezusa! Sam widziałem, w czasie trzydniowego tam pobytu, jak brutalnie wypchnął z rzędu klęczących do komunii młodego beatnika amerykańskiego. Było to pacholę nadzwyczaj ujmujące, przebiegał przez miasteczko w pstrokatej koszuli, ze złotym na niej krzyżykiem, w blue jeansach, śpiewając ni to kantyczki, ni to negro spirituals własnej zapewne kompozycji. I ten dwór skłóconych i zazdrosnych, rodzina najdalsza, dumna i zbogacona, i nade wszystko to straszne miasteczko, które powstało na odludziu dokoła klasztoru niedawno jeszcze ubogiego, te fortuny, ogromne ponure hotele, które powstały przez noc, te sklepy z dewocjonaliami, sklepy fotografów, gdzie obraz padre Pio mnożył się, reprodukował się w każdym materiale, w każdej sytuacji jego kapłaństwa, ten ogromny, cały z marmuru szpital, wystawiony sumptem amerykańskich wielbicielek, w którym nie znaleźliśmy, oprowadzani przez siostrę, ani jednego kwiatka i gdzie padre Pio nie zajrzał ani razu od pół roku, odkąd posprzeczał się z naczelnym lekarzem, chociaż zjechali się tu z całego świata ciężko chorzy, aby ich uzdrowił.



Szpital w San Giovanni Rotondo

Miałem od barona taormińskiego list polecający do padre Agostino, który mówił biegle po francusku. Ten miły, rozumny zakonnik ofiarował się być tłumaczem, padre Pio bowiem mówił wyłącznie narzeczem neapolitańskim i nie rozumiał innego języka. Padre Pio przyjął mnie na korytarzu, przed swoją celą. Przywitał mnie ślicznym czułym uśmiechem (który przypominał mi uderzająco mojego nieodżałowanego przyjaciela Mariana Kistera), dotknął mojego czoła i policzka (wiedział już widocznie od padre Agostino o moich bólach) i zapytał (po neapolitańsku) "
Jakżeście się tam pozbyli Rosjan?" Było to wiosną roku 1957. Zaskoczony, zrobiłem znak głową i ramionami, że niestety nie pozbyliśmy się, chciałem to wypowiedzieć dokładniej, z niuansami, bo w jakimś stopniu była to prawda i nawet sprzedawcy błyskotek na Rialto weneckim proponowali nam swoje skarby z dużym opustem "dla uczczenia Gomułki", ale pobłogosławiwszy mnie, padre Pio znikł za drzwiami.


Cela ojca Pio

Nazajutrz odepchnął mnie od konfesjonału z krzykiem, kiedy dowiedział się, że ani razu się nie spowiadałem. I ta jakaś przytłoczona góra Gargan, okryta ubogą runią, to kramarskie miasteczko, wysuszeni, spaleni od słońca proletariusze wiejscy, ciężko ubijający szosę, moja nieuleczalna choroba psychosomatyczna, nieznośna woń jodyny i zakrzepłej krwi, cierpienia padre Pio podczas godzinnej mszy w kościółku, gdzie i muchy, i rozkrzyczani wierni byli diaboliczni, i bóle, bóle i - nie będzie cudu! - czułem się odtrącony przez Boga, skazany na mękę wiekuistą. 



Konfesjonał

Zrozpaczona Ola sprowadziła padre Agostino. "
Jest nie tylko padre Pio - powiedział i zajrzał mi głęboko w oczy - jest ktoś wyższy od padre Pio: Jezus Chrystus".

W autobusie, który nas odwoził, było bardzo tłoczno i krzykliwie. Kupiłem książkę o padre Pio rodaczki naszej Marii Winowskiej. Czytałem o tym, jak otacza świętego w dużym promieniu aura róż, fiołków, lilii. I w rzeczy samej, na czwartym kilometrze nasi sąsiedzi zaczęli sobie opowiadać o woni róż, fiołków i lilii, która otacza padre Pio.


(Aleksander Wat - "Mój wiek", tom 2, str. 321-322)

Tekst w wersji elektronicznej skopiowałem z repozytorium Andrzeja Krzemińskiego, które - nota bene - wszystkim polecam.

sobota, 5 marca 2011

Królowa Bona umarła


Bazylika św. Mikołaja w Bari wita potomków poddanych królowej Bony w szczególny sposób.


Sama zaś królowa (obecna, w formie nagrobka, za ołtarzem) czeka wciąż na zainteresowanie pionu śledczego IPN. Jest śmierć gwałtowna od trucizny, podejrzenia w stronę mocarstwa ościennego, jest potencjał ekshumacyjny, są wreszcie pieniądze do odzyskania, niechby i bez odsetek. Swoją drogą, przy okazji przypomnieliśmy sobie serial "Królowa Bona". Niesamowite, że Aleksandra Śląska przekonywująco grała młodą (w pierwszych odcinkach dwudziestokilkuletnią) Bonę mając lat... 55. 

Bona więc mieszka na parterze, natomiast patron wprowadził się do piwnicy. Święty Mikołaj trafił do Bari trochę przypadkiem, zajumany w XI wieku (w formie kostek) z Azji Mniejszej przez jakichś przypadkiem przepływających żeglarzy. Różnie o tym piszą, w Bari obowiązuje wersja, że uratowali świętego przed profanacją ze strony Turków. Sarkofag świętego wydziela... coś, co zbierane jest ceremonialnie do ampułki co roku w rocznicę przywiezienia świętego do Bari (nie, nie szóstego grudnia - dziewiątego maja). To coś, co podobno jest mirrą, nawet można w symbolicznych ilościach kupić za całkiem niesymboliczne pieniądze w przykościelnym negozio. Poza tym święty ma w różnych miejscach kościoła poustawiane skarbonki i różne szczeliny do wrzucania monet oraz banknotów (nam się wydawało, że to powinno iść w drugą stronę w tym szczególnym przypadku). Nic dziwnego, że ostatnio rząd turecki zgłosił się, żeby mu oddać trumnę do robienia pieniędzy, bo Włosi nieprawnie zawłaszczają spuściznę.

W wyścigu po kości Bari wygrało z Wenecją. Gdy wenecjanie wraz z Pierwszą Krucjatą dotarli do grobu świętego (nie mylić z Grobem Świętym), okazało się, że jest już pusty. No, prawie pusty. Zabrali zmiotki, ale i trzy inne pudełka (najprawdopodobniej resztki innych biskupów) i umieścili w kosciele San Nicolò al Lido.  Mikołaj jest patronem tak wielu zawodów, że chyba łatwiej byłoby wymienić, czyim nie jest. Jest jednak przede wszystkim patronem żeglarzy i złodziei (nie dziwota, biorąc pod uwagę sposób, w jaki trafił do Bari), ale także bankierów, dziewic, szpiegów, szewców, balsamistów, nauczcieli, studentów i bezpłodnych. I wielu, wielu innych. Każdy się załapie.

Pierwszy znany przypadek próby cybersquattingu miał miejsce pod koniec XI wieku. Gdy mieszkańcy niedalekiego Trani zobaczyli jakiej sławy i powodzenia doznaje za sprawą świętego Mikołaja Bari, pozazdrościli i sławy i świętego. Znaleźli szybko innego Mikołaja (Nicola Pellegrino - przewodniki piszą o nim mało znany cudotwórca, co tylko dowodzi jak rozpasane i zepsute było średniowiecze, bo nawet cuda nie wystarczały), po śmierci załatwili mu u papieża kanonizację w dwa lata (a z tym naszym subito to guzdrali się pięć lat) i w trybie cito wybudowali katedrę nad brzegiem morza. W końcu wygrał ten z Bari - ale na początku szli aureola w aureolę.

PS. Tytuł wpisu z Glogera.

czwartek, 3 marca 2011

Powracającemu z zagranicy zamek tanio wynajmę


Fryderyk II urodził się na placu w miasteczku Jesi (które wiele lat później było świadkiem przyjścia na świat Pergolesiego). Publiczne porody były dobrą tradycją wśród panujących (chodziło o to, aby byli świadkowie, że nikt nie podmienił noworodka), w tym przypadku podejrzany był również wiek położnicy (równo 40), tak więc dla uniknięcia wszelkich wątpliwości oraz oskarżeń o czary i machlojki zdecydowano się poród bardzo publiczny. 
Fryderyk był ośmiokrotnie obkładany ekskomuniką przez kolejnych papieży. I ośmiokrotnie ekskomunikę z niego zdejmowano, co tylko dowodzi, że nawet najgorsze przekleństwo jest odwracalne. Zresztą ekskomuniki zdarzały się wtedy nawet w najlepszych rodzinach, na przykład takiemu Robertowi II nie pomogło nawet to, że był tak pobożny, że aż nazwano go Pobożnym.
Fryderykowi przydarzyło się nawet w stanie ekskomuniki prowadzić wyprawę krzyżową. Co więcej, mimo, że wyprawa zakończyła się pozornym sukcesem (Jerozolima po raz drugi wyzwolona - i to na skutek negocjacji dyplomatycznych, a nie czynu zbrojnego), to jednak papież skłaniał się ku alternatywnej narracji, w myśl której sukces mierzy się wyłącznie ilością przelanej krwi, najchętniej pogańskiej.
Fryderyk miał również zainteresowania naukowe. I na nieszczęście dostatecznie mocną pozycję, aby je realizować. Znany jest głównie z tzw. “eksperymentu deprywacyjnego” polegającego na wychowaniu niemowląt bez kontaktu z językiem - w oczekiwaniu, że (podobnie jak Adam i Ewa) zaczną mówić w “języku naturalnym”. Inne doświadczenia dotyczyły szybkości i jakości trawienia u ludzi, niestety musiały być prowadzone na skazańcach, bo metodologia była mało przyżyciowa.
Teraźniejsi historycy zarzucają Fryderykowi małe zainteresowanie sprawami niemieckimi, co zresztą samo w sobie jest zupełnie zrozumiałe: klimat śródziemnomorski, jest znacznie bardziej przyjazny niż ten na północ od Alp (nie mówiąc już o kuchni i winach), wybór ten potwierdzają kolejne generacje niemieckich emerytów. Fryderyk większość czasu spędzał na południu Włoch, a problemy w Niemczech rozwiązywał kolejnymi ustępstwami i koncesjami wobec swoich lenników. Uważa się, że polityka Fryderyka była praprzyczyną petryfikacji rozbicia dzielnicowego na terenie Niemiec.
A w Apulii Fryderyk zajmował się głównie developerką i branżą budowlaną. Zbudował co najmniej kilka zamków od podstaw (Castello del Monte, Brindisi, Trani, Barletta), a szereg innych, ponormańskich, przebudował (Spinazolla, Canosa di Puglia, Minervino Murge). Najsłynniejszy z zamków, Castello del Monte, owiany jest atmosferą tajemnicy i różnych, często bardzo ezoterycznych, interpretacji. Z uwagi na lokalizację trudno przypisywać mu znaczenie obronne (brak mu zresztą fosy, zwodzonego mostu, podziemnych przejść), podejrzewa się, że był takim przerośniętym pałacykiem myśliwskim (Fryderyk był zapalonym sokolnikiem) albo po prostu budowlą symboliczną - idealny oktogon z ośmioma oktagonalnymi wieżami, osiem sal na pierwszym piętrze, osiem sal na drugim. Zwolennicy spiskowych teorii dziejów podnoszą fakt, że Fibonacci był osobistym przyjacielem monarchy, zauważają też, że zamek pozbawiony jest pomieszczeń gospodarczych i dla służby i z tego względu był praktycznie “niemieszkalny”.
Symboliczne znaczenia ośmioboku są liczne. Oznaczać on może odrodzenie, odnowienie, regenerację (stąd wszelkie baptysteria mają najczęściej taki kształt), kompromis pomiędzy kwadratem a kołem (czyli ziemią a niebem), żeby ograniczyć się do naszego kręgu cywilizacyjnego. Aedificium czyli najbardziej tajna część biblioteki w “Imieniu róży” Umberto Eco mieści się właśnie w ośmiobocznej wieży.
Dziś dla współczesnego Włocha Castel del Monte ma jednak znaczenie równe jednemu eurocentowi. Też dość symboliczne.

A Fryderykowi przepowiedziano, że umrze we Florencji. Dlatego ostatnich kilkanaście lat swojego życia spędził na południu Włoch, unikając podróży do Niemiec, aby nawet nie przejeżdżać przez Toskanię. Zmarł na dyzenterię w miejscowości Torremagiore w zamku Castel Florentino. Ta karczma Rzym się nazywa...