Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 grudnia 2023

Ogrodnik podmiejski (24): Szalone azalie


(Zdjęcie z Wikipedii)

Obejrzeliśmy dziś trzeci film z serii realizowanej przez Kennetha Branagha, który miał kaprys i fantazję wcielać się w Herculesa Poirot (Duchy w Wenecji - A Haunting in Venice). Nam się Poirot skleił już nieodwołalnie z Davidem Suchetem, który (chyba!) był najbliżej zamysłu autorki - nieco groteskowy ekscentryk, zgodnie z archetypem postrzegania cudzoziemców przez Anglików - co przed Suchetem próbował skutecznie imitować Peter Ustinov. (Zresztą i panna Marple, mimo że angielska z krwi i kości, była trochę komiczna w swoim staropanieństwie). Tutaj Branagh odgrywa nam postać heroiczną, ale jednak targaną hamletowskimi wątpliwościami i (nomen-omen) duchami mrocznej przeszłości. Tego naprawdę nie można grać na serio - choć akurat film jest najlepszy z wszystkich trzech (a może po prostu przywykliśmy już do tego ujęcia postaci).

Film oparty jest na motywach powieści Wigilia Wszystkich Świętych (Hallowe'en Party) - ale przenosi akcję z angielskiej prowincji do Wenecji (na czym zyskuje strona wizualna filmu) i trochę inaczej ustawia figury na szachownicy, niektóre usuwa, a inne dodaje. Najciekawszym dla mnie nowym elementem był wątek botaniczny, który został poniekąd wprowadzony przez realizatorów w charakterze ukłonu wobec Agaty Christie. Otóż pisarka bardzo lubiła mordować swoje ofiary za pomocą trujących roślin. Cis, tojad, lulek czarny, pokrzyk wilcza jagoda - z tego, co sobie przypominam, niektóre wykorzystywane wielokrotnie. Znała się bowiem i na truciznach (w czasie wojny była pomocą aptekarską) i na ogrodnictwie. Tym razem Branagh rozszerza repertuar o trujący miód z azalii pontyjskiej (Rhododendron luteum).

To akurat mnie zainteresowało, bo to jest jedyny gatunek z rodzaju Rhododendron we florze Polski. (Język polski precyzyjnie rozróżnia azalie od różaneczników, łacina i systematyka botaniczna wrzuca wszystko do jednego rodzaju). W dodatku jeszcze występuje ta azalia na jednym jedynym stanowisku naturalnym, pod Leżajskiem, gdzie uczyniono zresztą rezerwat ścisły dla jej ochrony. Wieś w pobliżu tego rezerwatu nazywa się od niedawna Wola Zarczycka, do niedawna Wola Żarczycka. Miejscowi włościanie, wiedzeni jakimś niezrozumiałym uporem pisali petycje do wszystkich możliwych i niemożliwych instancji, żeby im tę nazwę zmienić. Sprawa otarła się nawet o miejscowego posła z PSLu, który (jeszcze w czasach pomiędzy pierwszym a drugim PiSem) zaniósł w tej sprawie interpelację do Sejmu. Minister spraw wewnętrznych powoływał się na opinię ekspertów z zakresu toponimiki i językoznawstwa, że Zarczycka to zmazurzona wersja wymowy prawidłowej (Żarczycka), ale chłopi się upierali, więc w końcu machnął ręką i klepnął zmianę.

Co więcej, to stanowisko jest trochę dziwne, bo oddalone od najbliższych innych stanowisk (Podole, Wołyń, ale także Austria) o co najmniej kilkaset kilometrów. W dodatku nasiona, które zawiązują azalie pontyjskie w Polsce rzadko kiedy kiełkują (kwestia klimatu). Oficjalne stanowisko nauki jest więc takie, że azalia pontyjska jest w Polsce reliktem trzeciorzędowym (na poparcie czego paleobotanicy znajdują dowody, że w czasach przedlodowcowych azalie były bardziej powszechne na terenach obecnej Polski). Są też różne alternatywne próby tłumaczenia obecności tego izolowanego stanowiska, najbardziej spektakularna jest legenda, że Tatarzy obsadzili azaliami kurhan grobowy zmarłego wodza (co jest projekcją współczesnych polskich obyczajów cmentarnych, nawiązującą do tego, że azalie w rezerwacie rosną głównie na niewielkim piaszczystym pagórku; już widzę, jak Tatarzy w przerwach między grabieniem, paleniem, braniem w jasyr i mordowaniem jadą tygodniami po sadzonki azalii, bo zmarły tak je lubił). Inni spekulują, że to owszem, Tatarzy, ale z paszą dla koni, przypadkiem, zawlekli. To już jawna bzdura, o czym poniżej.

Utworzenie rezerwatu było potrzebne, bo chłopi wypalali zarośla azaliowe, argumentując tym, że roślina jest trująca dla pasącej się na pobliskich łąkach zwierzyny gospodarskiej. Argument skądinąd słuszny, swoją drogą dziwne, że Tatarom się udało tak wiele, skoro karmili swoje konie trującymi roślinami. Cała azalia jest trująca, również jej nektar i pyłek (zawiera neurotoksyny) - ale nie dla pszczół. Miód azaliowy był przyczyną zatrucia greckiej armii w Turcji podczas tzw. wyprawy dziesięciu tysięcy, co opisał Ksenofont w swojej “Anabasis” (tytuł polski “Wyprawa Cyrusa”). Małe dawki miodu powodowały objawy podobne do upojenia alkoholowego, większe skutkowały halucynacjami, wymiotami i biegunką. Historia powtórzyła się podczas wojen Rzymu z Mitrydatesem (tak, to ten od opery Mozarta). Wojska perskie prawdopodobnie podrzuciły Rzymianom dzbany z miodem azaliowym (Mitrydates był znany w starożytności ze swojego zainteresowania truciznami), a potem wykorzystały sytuację. Porażka nigdy nie smakowała słodziej.

Celowe zatrucie azalią pontyjską (dla sfingowania własnej śmierci) występuje też w Sherlocku Holmesie (film z Robertem Downeyem Jr), ale to już pomysł scenarzystów, a nie Conan Doyle’a. Pomysł się zresztą spodobał i w pewnym sensie wszedł tylnymi drzwiami do kanonu szerlokizmu, bo został zaimplikowany w tym najnowszym serialu BBC z Cumberbatchem (druga seria, odcinek trzeci).

Od czasu do czasu media donoszą o podtruciach miodem azaliowym (jest nawet nośny termin: Mad Honey Disease), ale nigdzie, poza może czarnomorskim wybrzeżem Turcji, azalia pontyjska nie rośnie w ilościach, które byłyby “miodotwórcze”. Obecnie, choć w uprawie występuje mnóstwo odmian azalii (pochodzących głównie z krzyżówek azalii pontyjskiej z azalią japońską), charakteryzujących się większymi kwiatami o rozszerzonej palecie barw (od ceglastoczerwonej przez różową do kremowej i białej), mimo wszystko warto mieć w ogrodzie gatunek wyjściowy. Choćby z patriotyzmu.

Oprócz rezerwatu pod Leżajskiem (najmniejszego w Polsce, ledwie 10 arów) są też inne, całkowicie antropogeniczne stanowiska azalii pontyjskiej na terenie obecnej Polski. W roku 1928 Jan Krystyn hrabia Ostrowski, właściciel dóbr Ujazd w powiecie tomaszowskim sprowadził z Wołynia sadzonki azalii pontyjskiej i posadził w należącym do siebie lesie “celem upiększenia”. Azalie przetrwały, mają się dobrze, w latach 80 dla ich ochrony powołano rezerwat przyrody (Małecz). Ostrowski (pasjonat ogrodnictwa) posadził azalie kilka lat później także w samym Tomaszowie Mazowieckim (obecnie rezerwat przyrody Niebieskie Źródła). Najprawdopodobniej tej samej proweniencji są azalie posadzone wokół pałacu Raczyńskich w Złotym Potoku pod Częstochową (rezerwat Parkowe). Być więc może, że i to stanowisko pod Leżajskiem jest antropogeniczne, ale na tyle dawne, że nie zachowały się żadne źródła, które mogłyby świadczyć o jego powstaniu czy pochodzeniu, zwłaszcza że odkryte zostało dopiero w roku 1909 przez miejscowego nauczyciela.

Tropy są zresztą zagmatwane i mylące. Występowanie azalii pontyjskiej na Wołyniu zostało stwierdzone dopiero pod sam koniec XVIII wieku. I tutaj na scenę wkraczają dwaj gentlemani - jeden z nich jest spolszczonym Brytyjczykiem, drugi zangielszczonym Polakiem. Pierwszy, Denis McClair był botanikiem i projektantem ogrodów, którego do Polski sprowadziła Izabela Czartoryska w roku 1790, zachwyciwszy się jego kreacjami ogrodowymi podczas swojego pobytu w Anglii. McClair miał też inny powód podróży do Polski: podobnie jak Janek Kos szukał ojca. John McClair jako członek irlandzkiej konspiracji (tzw. Whiteboys) uciekł do Prus, a potem do Polski, gdzie służył jako major artylerii. Gdy McClair junior dotarł do Warszawy, okazało się, że senior (ułaskawiony przez Anglików) wrócił pół roku wcześniej do Irlandii. Denis McClair trafił na dwór Stanisława Augusta Poniatowskiego, gdzie stał się Dionizym Miklerem. Projektował i realizował liczne ogrody dla najsławniejszych rodów w Polsce i na Ukrainie. I właśnie na Wołyniu w roku 1795 odnalazł i opisał stanowiska azalii pontyjskiej nad rzeką Słucz (w międzywojniu powiat kostopolski). W roku 1797 przywiózł krzewy azalii z Wołynia do ogrodu Czartoryskich w Puławach, a rok później udał się z sadzonkami do ówczesnej Mekki botanicznego świata - Londynu. (Miał też pojechać z Londynu do Irlandii w końcu spotkać się z ojcem, ale dotarła go tam wiadomość o jego śmierci w kolejnym irlandzkim powstaniu.)

To jest jedna wersja historii odkrycia wołyńskich stanowisk azalii pontyjskiej. Druga wersja (nieco bardziej tajemnicza) związana jest z człowiekiem nazwiskiem Anton P. Howe, przy którym uporczywie podaje się wszędzie, że był Polakiem w służbie angielskiej. Mało to polskie nazwisko, imię jeszcze ujdzie (Antoni), więc wybrałem się na kwerendę internetową, żeby owemu pochodzeniu zaprzeczyć, lubo też je potwierdzić. Znalazłem zaraz rozwinięcie inicjału drugiego imienia - Pantaleon; też jakoś polskość z niego szczególna nie bije, ale przecież pod koniec XVIII wieku różne bywały imiona, więc niczego wykluczyć nie można.

Głównym źródłem informacji o tej tajemniczej postaci jest opracowana i wydana w latach 50 zeszłego stulecia korespondencja sir Josepha Banksa (botanik, podróżnik, uczestnik pierwszej wyprawy Cooka, główny proponent osiedlania kryminalistów w Australii). Nazwisko Howe’a pojawia się tam po raz pierwszy we wrześniu 1785 związku z przygotowaniem wyprawy do wybrzeży Zachodniej Afryki. Sir Joseph Banks zlecił zarządcy ogrodu w Kew znalezienie odpowiedniego kandydata na stanowisko okrętowego „łowcy roślin”. Ówczesny ogrodnik królowej Neapolu (?!) polecił młodego Polaka o nazwisku Au (później na jego własne życzenie nazwisko zmieniono na Howe - spotyka się również wersję Hoveau, a także Hove). Personalia polskiego przyrodnika nie są jednak łatwe do ustalenia. W zachowanej korespondencji mowa jest wręcz o nazwisku trudnym do wymówienia, a w dodatku ortografia nie jest jednorodna. Au (czy Hoveau) jest prawdopodobnie pisownią fonetyczną, to właśnie kłopoty z wymawianiem nazwiska przez Anglików stały się przyczyną jego zmiany. (Skądinąd nazwisko Au wcale nie jest obce w Polsce: niejaki Juliusz Leon Au był pierwszym dyrektorem szkoły rolniczej w podpoznańskim Żabikowie założonej przez Augusta Cieszkowskiego w roku 1870).

Od kandydata wymagano wiedzy ogrodniczej, zdolności obserwacji i znajomości elementów botaniki. W przypadku Hove’a podkreślano także jego pogodny charakter i wiedzę medyczną. Ponieważ wyprawa oprócz celów botanicznych miała również podtekst polityczny (przygotowanie angielskiej kolonizacji na terenie obecnej Ghany i Burkina Faso), Home Office wyraziło obiekcje co do udziału w niej cudzoziemca. Polaka udało się jednak przepchnąć, a wyprawa zakończyła się sukcesem.

Wkrótce po powrocie z Afryki Hove wypływa do Indii z kolejną ekspedycją, tym razem już w charakterze osoby obdarzonej pełnym zaufaniem, bowiem powierzono mu bardzo delikatną misję. Oprócz bowiem pozyskiwania roślin dla ogrodu botanicznego w Kew, miał zapoznać się z uprawą bawełny i pozyskać jej nasiona dla stworzenia plantacji na Karaibach. W tym czasie Indie były zarządzane przez Kompanię Wschodnioindyjską, prywatną korporację niezależną od rządu brytyjskiego, który próbował dyskretnie zdywersyfikować źródła, z których spływały do metropolii surowce. Stąd urzędnicy Kompanii w Indiach, świadomi prawdziwego celu wizyty, próbowali dyskredytować Hove’a, utrudniać mu pobyt i mnożyć przeszkody biurokratyczne w pracy - wszystko oczywiście w białych rękawiczkach, z zachowaniem wszelkich form i pozorów. Pomimo szykan misja Hove’a kończy się pełnym sukcesem, drogą powrotną przyrodnik zahacza o Ceylon, gdzie również prowadzi eksploracje botaniczne, a także o wybrzeża obecnej Namibii skąd przywozi kilkanaście gatunków pelargonii.

W początkach lat 90 XVIII wieku Hove przenosi się do Niemiec, gdzie praktykuje jako lekarz. Zapewne musiał również odwiedzić, czy też wręcz osiedlić się w Polsce, bo następny list do Banksa pisze z… Petersburga (wrzesień 1795), komentując wybuch “polskiej rewolucji”, która przeszkodziła mu w pracach i doprowadziła do zniszczenia jego zbiorów. Niewykluczone, że obecność Hove’a w Rosji miała również drugie, dyplomatyczne dno. Wniosek ten można wysnuć z łatwości, z jaką poruszał się w kręgach zbliżonych do dworu (był, między innymi, przedstawiony carycy Katarzynie II), a i z kordialnych relacji z urzędnikami carskimi.

Kolejny, ostatni list do Banksa nadany został w sierpniu 1796 w Odessie. Zawierał nasiona i opis nieznanego w Anglii gatunku azalii (Rhododendron luteum - azalia pontyjska) wraz z opisami stanowisk, na których występuje i zastosowaniami jej przez miejscową ludność. Oprócz tego Hove informował swojego protektora, że zatrzymał się na dłużej w majątku Potockich w Humaniu, skąd prowadził krótkie wycieczki w różne strony Ukrainy.

Wzmianka o nim pojawia się jeszcze w liście Banksa do przewodniczącego London Horticultural Society, Thomasa Knighta z 1812, w którym informuje o roli Hove’a w sprowadzeniu azalii pontyjskiej z Krymu do Anglii, a także podawał przytoczone wyżej szczegóły biograficzne, podkreślając raz jeszcze, że Hove był Polakiem z pochodzenia i dobrym ogrodnikiem, pracującym wiele lat w (i na rzecz) Kew Gardens.

Później Hove znika w odmętach historii, a wypływa dopiero za sprawą “zapozewu edyktalnego” drukowanego w Gazecie Krakowskiej 25 listopada 1837 (nr 270 tego rocznika), z którego wynika, że ówże zmarł w styczniu 1830 roku w Bath (hrabstwo Somerset), a odpowiedni sąd brytyjski ubezwłasnowolnił wdowę po nim, Joannę Howe jako “lunatyczkę (obłąkanych zmysłów)” i wzywa pozostałych potencjalnych spadkobierców do stawienia się przed obliczem londyńskiego sądu pod groźbą wyłączenia ze spadku. Trudno o lepszy dowód na pochodzenie botanika, skoro angielscy prawnicy zdecydowali się szukać spadkobierców w Polsce i po polsku. Z kolei The Gentleman’s Magazine z października 1841 (volumen 170, strona 442) w dziale Obituary informuje o śmierci owej wdowy (określanej już jako Jane) w podlondyńskim Kensington, w wieku lat 86.

Mamy więc potencjalnych dwóch ojców ogrodniczej kariery azalii pontyjskiej - a to nie koniec tajemnic. Otóż Denis McClair nie pojawia się w żadnych źródłach brytyjskich czy irlandzkich. Księgi parafialne w Fairfield, gdzie miał się urodzić, nie odnotowały nikogo o takim, bądź zbliżonym nazwisku na przestrzeni co najmniej pięćdziesięciu lat wokół domniemanej daty urodzenia. Nie ma jakichkolwiek śladów studiów w Dublinie, ani podróży do Indii Zachodnich. Wszystko, co wiemy o Miklerze sprzed jego przyjazdu do Polski najprawdopodobniej opiera się o informacje, których sam był źródłem. Mistyfikator, posługujący się fałszywym nazwiskiem i nieprawdziwym życiorysem? Ale także - o czym świadczą jego dokonania - utalentowany ogrodnik i architekt krajobrazu. A z drugiej strony Anton P. Hove - całkowicie nieznany w Polsce Polak, o którym nie wiemy nawet, jak się naprawdę nazywał, gdzie i kiedy się urodził i dlaczego oraz w jaki sposób trafił do Anglii.

Mamy więc azalie na Wołyniu, które nie wiadomo kto pierwszy opisał. Ale i Wołyń na mapie występowania azalii pontyjskiej stanowi plamkę oddaloną od dużej plamy obejmującej czarnomorskie wybrzeże Turcji (ów historyczny Pont) oraz Kaukaz. Tak więc nasuwają się również pytania o genezę i tego stanowiska. Oddajmy głos ludowi, który - jak powszechnie wiadomo - “rozumowi bluźni”. Miesięcznik “Orli Lot”, organ Kół Krajoznawczych Młodzieży w jednym ze swoich ostatnich przedwojennych numerów (maj 1939) oddaje swoje łamy korespondentowi z Kostopola, Eugeniuszowi Sew., który donosi, że azalie wśród miejscowych nie cieszyły się względami, a to za sprawą, rzecz jasna, Tatarów:

Dawno - bardzo dawno - lat temu nie pamiętał ile, opowiadał dziadek, że w naszych stronach plądrowali pogańcy. Straszny miał to być naród. Ludzie na wieść o Tatarach porzucali osady, dobytek - a życie chronili po debrach i wertepach, co dalej od szlaku, którym dzicz ciągnęła. Tego razu wypadła im droga tędy. Tymczasem wskutek długotrwałych, wiosennych deszczów Słucz wystąpiła z brzegów. Pogańcy spalili wioskę. Potem rozbili obóz i tak czekali na spadek wody. Wpław rzeki nie mogli odrazu przebyć. Nie wiadomo, jak długo Tatarzy popasali. Dosyć, że na polu, gdzie obozowali, wyrosły dziwne, karłowate krzaki. Do tych pór ich u nas nie było. Mało kto zwracał uwagi na nie, ale jak zakwitły - bardzo silnie woniały i czepiały się uparcie odzienia. Jakoś na prażnik dziewczęta ze sąsiedniej wioski, co to teraz po tamtej stronie, a kiedyś do Polski należała nazbierały tych kwiatów i przybrały ołtarz w cerkiewce. Dopust boży sprawił, że wtedy akurat spłonęła w nocy cerkiewka, a stary batiuszka umarł. . We wsi zwołali schód. Długo dochodzili przyczyny nieszczęścia, aż pokazało się, że córka diakona, niejaka Pałaszka - przybrała ołtarz i carskie wrota tatarskim zielskiem. Tu przyczyna! - oznajmił dziad-prowodyr, najstarszy wiekiem we wsi. Pałaszka winna! Jakże święty ikonostas przybierać plugawym zielem? Wiadomo - od pogańców nie można dobrego się spodziewać... - Nazbierano dużo - bardzo dużo tego ziela, zwalono na kupę i na niej spalono dziewczynę. Dlatego co roku wyrywa się z korzeniami krzaki i pali, by nie było nieszczęścia.

Pan Eugeniusz rozpoznał też praprzyczynę związku Tatarów z azaliami: “Nasionom azalii przypisywali Tatarzy moc czarowną, sprowadzającą nieszczęścia, dlatego przy odwrocie rzucali na nieprzyjaciela ziarna tego dziwnego krzewu.” Korespondencja ujawnia także ludowe nazwy azalii: tatarskie ziele, durne bagno, draposztany (sztany - spodnie po ukraińsku).

O zwalczaniu azalii przez miejscowych pisze również Sławomir Łotysz w swojej najnowszej książce “Pińskie błota. Natura, wiedza i polityka na polskim Polesiu do 1945 roku”.

Im dalej od Wołynia, tym życzliwość dla azalii większa. Warszawski Kurjer Poranny z 11 kwietnia 1939 opatruje co prawda swoje doniesienie nagłówkiem “Egzotyczne kwiecie w lasach Wołynia potrafi zdusić życie ludzkie zapachem”, ale informuje w jego treści, że: “Z najdalszych części Polski napływają pytania i zgłoszenia o wycieczkach młodzieży szkolnej i osób starszych, które chcą zwiedzić lasy posiadające jedyne w Polsce obszary porośnięte dzikimi egzotycznymi azaliami”.

Umocujmy jeszcze wołyńskie azalie w literaturze polskiej. Helena Miszkówna (urodzona w majątku Kurczyce nad brzegami Słuczu) opisała je w powieści “Gehenna” (z roku 1914):

pojechaliśmy do majątków po tatusiu. Cudnie tam jest, takie wielkie bory cieniste, jak puszcze, w nich przedziwne krzewy kolczaste, żółto kwitnące, azalje się nazywają; duże, pojedyńcze i po kilka na gałęzi, kielichy pomarańczowe, lepkie u osady i z białem piórkiem w środku. Wszystkie lasy podszyte są gęsto azalją, zapach silny, piękny, aż odurzający. (tom 1, rozdz. III)

Tam teraz kwitną azalje: żółto-pomarańczowe, strzeliste kielichy lepkie z białem piórkiem w środku, nęcące czarem kształtu, bogactwem barwy i przepychem woni.  Jakiż tam teraz aromat w borze z bujnych krzewów azalji, które wśród podłużnych liści ciemno-szmaragdowych, na wysokich łodygach uzbrojonych w kolce, panują na parterze lasów. Pyszne, królewskie podszycie sosen tytanów, sięgające wysoko, jakby do kolan tych masztowych kolosów. Krzewy azalji, gdy wyrosną bujnie, potrafią skryć w swym gąszczu jeźdźca na małym włochatym koniku chłopskim. (tom 2, rozdz. XXVII)

Trzeba jednak nadmienić, że opisy przyrody nie były mocną stroną pisarki, znacznie lepiej radziła sobie z relacjami międzyludzkimi (tenże sam rozdział XXVII):

Widywała go często przy stołach gry w otoczeniu pięknych kobiet w stylu dawnej Lory, obecnie już nie pysznej kurtyzany, lecz wypędzonej przez męża i rozwiedzionej, zwykłej, upadłej kokoty kasynowej. Po orgjach zmysłowych z francuską heterą, wyzuty z wszelkich etycznych i ludzkich względów pastwił się nad żoną, opluwając ją resztą swych żądz nienasyconych, ohydnych. Anna pozbawiona zupełnie sił, woli własnej i pieniędzy, była jak prosta nędzarka w jego niewoli, żebrząca litości u swego tyrana, już nie dla duszy, ale dla ciała. Sam zdeprawowany doszczętnie ciągnął żonę do ostatecznej ruiny moralnej, chcąc ją wtłoczyć we własne błoto. Pochłonął ją jak hydra, zostawił włókno, zabite duchowo, bez wiary, bez krzty dawnych złud, nadziei, z resztkami fizycznych sił i zarodkiem nieuleczalnej choroby piersiowej. Gdy stała się już dla niego ciężarem bezużytecznym, cieniem ludzkim, gdy w rozpaczy porwała się raz na swe życie, wówczas odwiózł ją z Paryża do Hurlestone-House, chorą prawie beznadziejnie, kopnął ją jak psa zdychającego, zostawiając pod opieką najętej pielęgniarki.

A na sam koniec, wróćmy do naszej azalii. W roku 1865 grupa niemieckich botaników ogłosiła sensacyjną informację o odnalezieniu stanowiska azalii pontyjskiej w pobliżu szczytu Giewontu. Okazało się, że rośliny te posadził tam wcześniej Maksymilian Nowicki, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, badacz fauny i flory tatrzańskiej, pionier ochrony przyrody w Polsce, współtwórca Towarzystwa Tatrzańskiego. Nie ma żadnych późniejszych doniesień dokumentujących istnienie tego stanowiska, a cała sytuacja prowokuje do refleksji - czego to Polak nie zrobi, żeby zaimponować Niemcom.

Rhododendron luteum nie jest naszym jedynym krajowym przedstawicielem tego rodzaju. Powojenne przesunięcie granic włączyło w obręb Polski karkonoską Sowią Dolinę, gdzie rośnie niewielka, lecz ponad wszelką wątpliwość naturalna populacja różanecznika alpejskiego (Rhododendron ferrugineum) - ale to już zupełnie inna historia.







wtorek, 11 lipca 2023

Ogrodnik podmiejski (22): Figa (ględźba biblijno-botaniczna)

Bardzo rzadkie są przykłady, że główny bohater Nowego Testamentu „wyszedł z nerw” i zareagował impulsywnie. Ale jednak są. Mt 21:18-19 (Wracając rano do miasta, uczuł głód. A widząc drzewo figowe przy drodze, podszedł ku niemu, lecz nic na nim nie znalazł oprócz liści. I rzekł do niego: «Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc!» I drzewo figowe natychmiast uschło). Przyczynę objaśnia racjonalnie drugi Ewangelista (Mk 11:13): A widząc z daleka drzewo figowe, okryte liśćmi, podszedł ku niemu zobaczyć, czy nie znajdzie czegoś na nim. Lecz przyszedłszy bliżej, nie znalazł nic prócz liści, gdyż nie był to czas na figi. A trzeci (Łk 13:6-9) informuje, że w kwestii owocowania fig nasz bohater zachowywał przy innej okazji zupełnie stoickie podejście: I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”». (Wszystkie cytaty biblijne – o ile nie zaznaczono inaczej – pochodzą z Biblii Tysiąclecia).

Wiele tysiącleci zajęło ludzkości zrozumienie skąd się biorą dzieci (choć intuicje najczęściej były prawidłowe), rozwiązanie zagadki owocowania fig nastręczało o wiele więcej kłopotów. Głównym z nich jest ten, że kwiaty figowca jadalnego (Ficus carica) są nie dość, że niepozorne, to tworzą się wewnątrz takiej mięsistej struktury w kształcie worka (sykonium), która botanicznie jest przekształconą (rozrośniętą i wywiniętą do wewnątrz) osią kwiatostanu. Aby przysporzyć dodatkowych komplikacji figowiec występuje w wersji chłopiec i dziewczynka. Przy czym chłopcy nie są takimi stuprocentowymi facetami, ale nie będziemy tutaj szerzyć dżenderu (choć jest to dość istotne, ale o tym później).

Normalne rośliny mają łatwo – pyłek z kwiatu męskiego na kwiat żeński przenosi się za pomocą wiatru albo jakiegoś zwierzątka (najczęściej ze skrzydełkami). Rośliny eksponują kwiaty i zachęcają zapylaczy – nektarem, kolorem, zapachem, albo wszystkim naraz. Figowce mają kwiaty zamknięte (niemal dosłownie) w bunkrach, więc ich strategia musi być bardziej wyrafinowana i uwzględniać precyzyjną współpracę z pewnymi niewielkimi błonkówkami z rodziny Agaonidae (zwanymi dalej bleskotkami). I zacznijmy naszą opowieść od zapłodnionej samicy bleskotki, która w celu złożenia jajeczek wewnątrz sykonium wgryza się (od dołu, bo tam jest jakiś nie do końca zarośnięty otwór) do sykonium. Rzecz jest mozolna i wcale niełatwa, najczęściej samice tracą w jej trakcie skrzydła, niekiedy i czułki, a także odnóża (ale jak powszechnie wiadomo, kobiety lubią się poświęcać dla potomstwa) – ale w końcu przedostają się do wnętrza i składają jaja.

Bleskotka nie wie, czy wlazła do figi męskiej (niedogmatycznie męskiej, przypominam), czy też żeńskiej – są one dla nich nieodróżnialne. Chwilowo załóżmy, że jest to figa męska. Samica wykonawszy obowiązek wobec gatunku umiera, a ze złożonych jaj rozwijają się młode bleskotki. Pierwsze wylęgają się samce – one mają dość uproszczoną budowę, bo nie mają ani skrzydeł, ani oczu. Mają natomiast dobrze rozwinięty aparat gębowy oraz ten położony na drugim końcu bezskrzydłego tułowia. W oczekiwaniu na wyląg samic wygryzają otwór w sykonium, a jak już samice się wylęgną, to odbywa się orgia. Zapłodnione samice wylatują poprzez otwory wykonane przez samce, a samce, cóż, obumierają wewnątrz sykonium. Ale przynajmniej mają miłe wspomnienia.

No i teraz jeśli samica bleskotki trafi znów do męskiego sykonium, to historia powtarza się dokładnie tak, jak było to opisane powyżej. Natomiast jeśli trafi na dziewczynkę, to kończy się dość dramatycznie – zapyla kwiaty żeńskie przyniesionym pyłkiem, ale zarówno ze złożonych jaj nic się nie wylęga, jak i sama samica umiera uwięziona wewnątrz sykonium. Szkoda żeby marnowało się białko – figowiec wydziela enzym (ficynę), który rozkłada trupki bleskotek i zużywa pozyskane aminokwasy (w ten sposób figowiec można również zaliczyć do roślin owadożernych). Teraz przychodzi ten moment, żeby wyjaśnić, czemu bleskotki rozwijają się w sykoniach męskich, a w żeńskich wcale nie. Otóż sykonia żeńskie zawierają kwiaty żeńskie o długich szyjkach – tam rozwijać się mogą tylko nasiona fig. Sykonia męskie, oprócz kwiatów męskich zawierają również kwiaty żeńskie o krótkich szyjkach – tam pięknie rozwijają się larwy bleskotek (a na wszelki wypadek te kwiaty są sterylne, czyli płonne).

Klimat Bliskiego Wschodu jest taki, jaki jest i panie bleskotki mają mocno pod górkę. Żeby im trochę ułatwić robotę rolnicy z czasów biblijnych zawieszali gałązki z męskimi sykoniami (kapryfigi – czyli kozie figi) na drzewach żeńskich. Ale i tak rzecz była mocno zawodna. Tyle, że postęp postępuje, napiera i gniecie; kto wejdzie pod koła ten uciec nie zdoła. I tutaj, na skrzyżowaniu nauki i mitologii chrześcijańskiej, powstały figi partenokarpiczne, czyli takie, które nie potrzebują owadziego wspomagania i wiążą nasiona w sposób niepokalany, bez jakiegokolwiek seksu (czy to swojego, czy bleskotek). Co rozwiązuje problem regularności i obfitości owocowania, a przy okazji ułatwia życie ortodoksyjnym weganom, którzy burzyli się i szemrali przeciwko staromodnym figom. Teraz już nic nie zakłóca czystości doktryny vege.

Figi zaś w Starym Testamencie występują od samego początku (Rdz 3:7) A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. Zaraz, zaraz: gałązki? To ci wszyscy malarze przez tak liczne wieki malowali LISTKI figowe na genitaliach Adama i Ewy przez pomyłkę? Nie, to raczej tłumacze Biblii Tysiąclecia puścili trochę wodze fantazji. U Jakuba Wujka jest I otworzyły się oczy obojga. A gdy poznali, że byli nagimi, pozszywali liście figowe i poczynili sobie zasłony. A w Biblii Brzeskiej podobnie: Zatym się oczy obiema otworzyły i poznali, że byli nagiemi i spletli liście figowe, a poczynili sobie szorce. (Po szorce musiałem pójść do Glogera i Doroszewskiego, ale warto było).

Anglosasi mają spory szacunek dla tzw. proroków mniejszych. W Księdze Micheasza jest taka ładna fraza (Mi 4:3-4) Naród przeciwko narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny, lecz każdy będzie siadywał pod swą winoroślą i pod swym drzewem figowym. Czego wszystkim naszym PT Komentatorom i Czytelnikom życzymy nie tylko tego lata. Nota bene, nasze drzewo figowe (wyhodowane z nasionka z figi przywiezionej z któregoś wyjazdu) ma formę przemarzającego co zimę do gruntu krzewu – ale co wiosnę bujnie odbija i cieszy zielenią liści, co załączone zdjęcie ilustruje. Jednak o owocowaniu nie ma mowy.


sobota, 24 grudnia 2022

Ogrodnik podmiejski (21): Odcinek świąteczny czyli Christmas Special - Gwiazdkowa róża

 


Zakwitła nam właśnie w ogrodzie zimowym "marszenilka" (co dokumentuje powyższe zdjęcie), czyli róża odmiany "Marechal Niel". Marszałek Adolphe Niel walczył w wojnie krymskiej, za udział w bitwie o kurhan Małachow otrzymał order Legii Honorowej. później brał udział w wojnie francusko-austriackiej, walcząc pod Magentą i Solferino. W jesieni życia zajął się polityką, przez kilka lat był - między innymi - ministrem wojny. Nie dożył klęski armii cesarstwa w wojnie francusko-pruskiej, zmarł w roku 1869 na stole operacyjnym (nieudana operacja usuwania kamieni nerkowych).

Pochodzenie odmiany jest nie do końca ustalone, ładna legenda głosi, że generał Niel ofiarował cesarzowej Eugenii (żonie Napoleona III) żółtą różę, która wyrosła z bezimiennej szczepki podarowanej mu we Włoszech.
- Jak się nazywa ta róża? – spytała cesarzowa.
- Nie ma jeszcze imienia – odparł wojskowy.
- W takim razie niech się nazywa „Marszałek Niel”.
- Ależ, pani, nie jestem marszałkiem!
- Teraz już jesteś! 

Tyle legenda. Ale róże te zrobiły prawdziwą karierę nie we Francji, ale na polskich kresach wschodnich, bo wzmianki o nich spotyka się co i rusz w literaturze. Zofia Kossak-Szczucka (“Pożoga”, KSW, Warszawa 1996, s. 14) tak wspomina park przy pałacu w Nowosielicy na Wołyniu (jej mąż był ostatnim dzierżawcą tego majątku):

Dość daleko za pałacem, na końcu ciemnej, żywicą pachnącej i zwartej alei świerkowej, stała pochylona ze starości oranżeria, pełna staroświeckich cytryn, kamelii i innych, niegdyś modnych roślin, o sztywnym, dziwacznym listowiu. Osobliwością jej była niezmiernie sędziwa i sękata palma, o której mówiono, że jest jeszcze jedną z tych, które niegdyś pożyczała hetmanowa Rzewuska dla ustrojenia pałacyku w Hrehorówce na przyjazd Aleksandra I. Prawdziwą jednak ozdobą starej oranżerii nie było to tragiczne w swym zmarnieniu drzewo, ale przepyszna róża „Marechal Niel” na głównej ścianie rozpięta, o pniu grubości ludzkiego ramienia, cały strop obejmująca zieloną, gęstą kopułą. Nikt nie umiał oznaczyć jej wieku, ale zapewne musiała ona pamiętać lata bardzo odległe i dawne. Pomimo to corocznie kwitła obficie, począwszy od pierwszych dni kwietnia do ostatnich czerwca. W przeciwieństwie do pnia jędrnego i krzepkich konarów, kwiaty miała wiotkie, bezsilne łodygi i mocną woń, właściwą kwiatom konającym. Nawet kolor ich nie był żółtawy, ale zielono-biały. Miały w sobie wdzięk i piękność rzeczy, które giną. Nieraz wówczas, patrząc na kwitnącą starą różę, mówiliśmy sobie, że umrze niedługo, nie przypuszczając, że razem z nią zginie wszystko, co rosło i kwitnęło.

Ksawery Pruszyński, syn ostatniego właściciela Wolicy Kierekiszynej na Wołyniu tak wspomina ("Na czarnym szlaku", w: „Kraj lat dziecinnych”, wydawnictwo Puls, Londyn 1987):

Był to majątek bez tradycji, kupiony dla mego właśnie ojca. W środku parku niszczała wielka, niedokończona rezydencja pałacowa, której budowę rozpoczęli poprzedni właściciele Czaccy, a rodzina Pruszyńskich mieszkała w wielkim, niskim, starym dworze. Latem wszystko wokół rosło bardzo bujnie, z niezwykłą żywotnością, a zimą wszystko zasypywał śnieg. Pod oknem mojej matki, niskim oknem, chwiał się tylko melancholijnie dziwny stwór w miejscu, gdzie latem kwitły róże „Marechal Niel”.

Róże "Marechal Niel" są nieomal głównym botanicznym bohaterem "Trędowatej" Heleny Mniszkówny. W pierwszym tomie ordynat Waldemar Michorowski wręcza żołte róże Stefci, podczas jej pierwszej wizyty w jego zamku w Głębowiczach na Wołyniu. Później między innymi te róże wysyła do domu jej rodziców w Ruczajewie tuż przed ślubem ze Stefcią. Oto opis kwiatów od Waldemara stojących w salonie w Ruczajewie (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 155): 

Wówczas przemówili monarchowie tej poddańczej rzeszy, pachnącej i rozgwarzonej, w pierwszym rzędzie pyszne królowe-róże, nęcące barwami i bogactwem kształtów, więc wspaniała „Marechal Niel” w złotożółtych aksamitach, wdzięczna „La France” w różowych jedwabiach i wytwornisia „Tebried” w ślicznych tunikach barwy herbacianej. Była tam i „Pani Druzgi” w śnieżnobiałej sukni, „Księżna Liberty” w karmazynach i strojna w aksamitne purpury królowa-piękność z haremu sułtana Maroko.

W cieplarni w Głębowiczach (Ibidem, s. 157):

Sam ordynat wybierał najpiękniejsze z jakimś radosnym i szczęśliwym uśmiechem w oczach. Nad różami „Marechal Niel, które najlepiej lubił, pochylił się i szepnął miękko: - Idźcie służyć Stefci.” 

Po raz trzeci Waldemar obdarował Stefcię tymi różami już po jej śmierci. Posłużyły do dekoracji jej trumny.

No i są marszanilki również u Musierowcz (“Kalamburka”, Akapit Press, Łódź 2001, s. 278):

Kasztan pośrodku podwórza bielił się w ciemnościach, a z okien padały na roziskrzony śnieg żółte plamy, nakrapiane gęstymi płatkami. Pod oknem państwa Makowskich, jak gromadka zmawiajacych się krasnoludków, przycupnęły chochoły, otulające krzewy róż. Ta Makowska to romantyczna pani – wiosną siała przed oficynką słoneczniki, „żeby się śmiały”, i pachnący groszek, który uwielbiała i o którym wciąż mówiła wiersze. Latem całe okno miała spowite tymi liliowymi i białymi kwiatkami, a żółte róże Marechal Niel opierały jedwabiste główki o parapet…

Znalazłem te róże także u Kiplinga (“Księga dżungli” opowiadanie "Riki-Tiki-Tavi”):

Po śniadaniu Riki udał się do ogrodu, w celu zbadania rzeczy ciekawych. Był on obszerny, w połowie zaniedbany, pełen krzewów róż Maréchal Niel, wielkich i rozrosłych. Pozatem rosły tam gojawy i drzewa migdałowe, kępy bambusów i całe łany wysokiej, gęstej trawy

Początkowo się zastanawiałem czy to Kipling umieścił w ogrodzie w Indiach tę różę, czy też tłumacz – Franciszek Mirandola (1923) – podstępnie wprowadził ulubioną różę swojej epoki do polskiego przekładu. Ale jest i w późniejszym przekładzie Józefa Birkenmajera, a co najważniejsze w oryginale u Kiplinga (It was a large garden, only half cultivated, with bushes as big as summer-houses of Marshal Niel roses).

O tej odmianie wspomina również Oskar Wilde ("The Importance Of Being Earnest", w scenie, w której Algernon dyskutuje z Cecily wybór kwiatu do butonierki - niestety w polskiej ścieżce dźwiękowej filmu z 2002 "Marechal Niel" zamieniony jest bezsensownie na... nagietek).

Iwona Domańska-Kubiak we wstępie do swojej monografii "Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych” (Iskry, 2004) tak pisze: 

Zmiany ustrojowe, jakie zaszły po drugiej wojnie światowej, sprawiły, że zniknąć musiał na zawsze styl życia majętnych ziemian nie do odtworzenia w innym czasie i miejscu. Patriarchalny dom z zapracowanym ojcem, dziadem wspominającym młodzieńcze wojowanie, kobietami drepczącymi cały dzień po domu. Razem z owym stylem życia poznikały drobne szczegóły tego świata, przedmioty codziennego użytku jak szkandela czy lampa naftowa, a nawet niektóre gatunki kwiatów jak róża Mareshal Niels.

No więc żaden ze mnie nostalgik kresowy, ani majętny ziemianin, ani tam bardziej ordynat Michorowski - ale jednak “marszenilkę” od zapomnienia uratowałem!

I tym optymistycznym akcentem kończymy, życząc czytelnikom abyśmy uratowali jak najwięcej miłych wspomnień przemijających lat, a ostatni tydzień roku okazał się lekkostrawny i beztroski.

Michał Babilas (z Dorotą w tle)




 



poniedziałek, 21 czerwca 2021

Ogrodnik podmiejski (20) - Nasięźrzał

Istnieje mnóstwo roślin o nazwach (ludowych) z konotacjami religijnymi: lilia św. Józefa (Lilium candidum), gwiazda betlejemska (Euphorbia pulcherrima), judaszowe srebrniki (Lunaria annua), buciki Matki Boskiej (Aconitum firmum), trąby jerychońskie (Datura stramonium), łzy Hioba (Coix lacryma-jobi). I tak dalej, na co najmniej kilkanaście stron.

Jest jednak jedna roślina (a w zasadzie para roślin), która zdenerwowała pewnego księdza. Ksiądz nazywał się Jan Krzysztof Kluk, żył w XVIII wieku i do historii przeszedł raczej w swojej świeckiej roli – jednego z ojców polskiej botaniki. Roślinami zaś były dwie paprocie, których nazwy mogą służyć jako szybolet do odróżniania nie-Polaków od Polaków (soczewica, koło, miele, młyn) – podejźrzon księżycowy (Botrychium lunaria) i nasięźrzał pospolity (Ophioglossum vulgatum).

Cykl rozmnażania paproci (sporofit, gametofit i te klimaty) to zmora licealnych lekcji biologii. Mało kto wie, że pierwszym naukowcem, który rozpoznał i opisał cykl rozwojowy paprotników w połowie XIX wieku był (zniemczony) Polak, Michał Leszczyc-Sumiński. Wcześniej było to przedmiotem hipotez, domysłów, legend, i baśni, z których najbardziej znana jest ta o kwiecie paproci, powiązana zresztą z nocą Kupały (bo kiedyś te kwiaty musiały przecież zakwitać). Kościół Katolicki walczył z alternatywnymi wobec własnych przesądami, obrzędami i mitami, najczęściej próbując je przechwycić (aż do czasów niemal współczesnych: 1 maja – świętego Józefa Robotnika).

Ale wróćmy do naszych baranów, to znaczy paproci. Znakomita większość paproci polskiej flory tworzy (skupione w zarodniach) zarodniki na dolnej powierzchni liści. Wszystkich liści. Niektóre jednak, w tym podejźrzon i nasięźrzał wytwarzają oddzielne liście asymilujące (trofofile) i zarodnikonośne (sporofile). Taki nierozwinięty sporofil wyglądać może jak rozwijający się pąk kwiatowy. Stąd właśnie kwiat paproci, który w obrzędowości ludowej miał moc lubczyka do kwadratu, albo i do sześcianu: gwarantował znalazcy (znalazczyni – bo zbierała go płeć piękna) niemal natychmiastowo afekt wybranka. Zbiory kwiatu paproci opisał Zygmunt Gloger (Encyklopedia staropolska, tom IV, rozdział: Rośliny miłośnicze), podając nawet słowa stosownego zaklęcia: 

Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,
Pięcią palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże.[*]

Zwróćmy uwagę: do zaklęcia zainkorporowano pana Bozię. Nic to nie pomogło, kler intensywnie walczył z pozyskiwaniem kwiatów paproci, bo nie mógł w żaden sposób zmonetyzować tego procederu. W walkę tą zaangażował się również ksiądz Kluk, a to za pomocą sprytnego fałszerstwa: w swoim Dykcyonarzu roślinnym zamienił ze sobą nazwy nasięźrzała i podejźrzonu, aby utrudnić chłopstwu praktykowanie konkurencyjnych zabobonów. 

Dość to było naiwne (wątpliwym jest, aby XVIII wieczni chłopi czerpali wiedzę o otaczającym świecie z książek), ale przynajmniej ksiądz Kluk miał spokojne sumienie, bo rzucił kłodę pod nogi na miarę swoich możliwości. Bawi mnie to również przez pryzmat całkiem współczesnych klechów katolickich, którzy walczą z przywożonymi przez Polaków z mniej lub bardziej egzotycznych podróży figurkami Buddy, amuletami, maskami i innymi durnostojkami, argumentując, że mogą być „omodlone przez szamanów”. Co oznacza, że kler katolicki uznaje ich skuteczność, ale uważa za wrogie.

Co do ewentualnej uprawy i zastosowania w ogrodach - rzecz raczej trudna, głównie z uwagi na to, że obydwa gatunki mają status roślin chronionych i zagrożonych wyginięciem. Wartość ozdobna raczej wątpliwa, ergo dostępność w szkółkach zerowa. Jedynie jako ciekawostka etnobotaniczna. Jeśli już chcemy mieć w ogrodzie "kwiaty paproci", sugeruję zainteresowanie się długoszem królewskim (Osmunda regalis). Paproć ta, znacznie wyższa (do półtora metra) i bardziej okazała, również wytwarza sporofile. Jest związana ze stanowiskami nadwodnymi.  W miejscach o dostatecznej wilgotności może rosnąć na stanowisku słonecznym. Preferuje gleby kwaśne.

---

[*] - tak w oryginale u Glogera. W różnych wersjach "niekanonicznych" spotyka się również wers taki: 

Karczmarze, owczarze, sołtysi,
A potem z całej wsi

Co już zdecydowanie rują i poróbstwem zatrąca. Ale wskazuje na zmysł ekonomiczny ludu polskiego i daje do zrozumienia, że dobre partie były w cenie bez względu na epokę i szerokość geograficzną.

piątek, 14 maja 2021

Ogrodnik podmiejski (19) - Czosnek niedźwiedzi

W drugim akcie „Trzech sióstr” Czechow umieścił taki dialog:

Czebutykin: I poczęstunek też był czysto kaukaski: cebulowa zupa, a na pieczyste czechartma.
Solony: Czeremsza to wcale nie mięso, tylko roślina podobna do naszej cebuli.
Czebutykin: O nie, mój aniele. Czechartma to nie cebula, tylko pieczeń z baraniny.
Solony: A ja panu mówię, że czeremsza to cebula.
Czebutykin: A ja panu mówię, że czechartma to baranina.
Solony: A ja panu mówię, że czeremsza to cebula.
Czebutykin: Co się będę z panem spierał! Pan nigdy nie był na Kaukazie i nie jadł czechartmy.
Solony: Nie jadłem, bo nie cierpię. Po czeremszy zalatuje jak po czosnku.

W zasadzie obydwaj dyskutanci się trochę mylili. Чихиртма, czyli wzmiankowana przez Czebutykina czechartma, nie jest pieczenią, tylko zupą. Najczęściej z kurczaka (bywają jednak faktycznie warianty baraninowe), zaciągniętą jajami (bądź tylko żółtkami) i sokiem cytrynowym. Mnie bardziej zainteresowała czeremsza (черемша), czyli – jak się okazało - znany i lubiany czosnek niedźwiedzi (Alium ursinum). Nota bene, wszyscy polscy tłumacze Czechowa (powyższy fragment przełożyła Natalia Gałczyńska) pozostawiają obydwie rosyjskie nazwy w oryginalnym brzmieniu, bo inaczej spór sztabskapitana Solonego z Czebutykinem nie miałby sensu. Skądinąd, najwyraźniej słowo czeremsza zawędrowało do rosyjskiego z tureckiego (sarımsak - czosnek).

Czosnek niedźwiedzi jest akurat w pełni swojego pożytku gastronomicznego, pomału zaczyna tworzyć pędy kwiatowe – gdy zakwitnie, skończy się jego sezon. Pierwszych kilka cebulek dostałem jeszcze w ubiegłym stuleciu od Łukasza Łuczaja (razem z żywcem gruczołowatym, Cardamine glandulosa). Zwłaszcza czosnkowi niedźwiedziemu bardzo spodobało się u mnie i zaczyna tworzyć rozszerzające się, zwarte płaty, co jest zjawiskiem miłym, bo gdy spojrzeć na mapę naturalnego występowania tego gatunku w Polsce, to w moich okolicach jest to roślina znajdowana raczej rzadko. Wynika to ze sporych wymagań co do wilgotności środowiska – polski czosnek niedźwiedzi to roślina pogórza, na niżu występuje sporadycznie, najczęściej w pasie nadmorskim.

Czosnek niedźwiedzi jest tzw. rośliną efemeryczną, to znaczy szybko kończy swoją wegetację (zwykle po połowie czerwca liście żółkną i zanikają). Stąd duże potrzeby pokarmowe (jeść trzeba szybko, więc na talerzu musi być dużo) i preferencja wobec żyznych stanowisk (grądy, buczyny). Czosnek unika borów iglastych – nie lubi gleb kwaśnych (opadające igliwie zakwasza podłoże), nadto jeszcze potrzebuje sporo światła w czasie swojej krótkiej wegetacji, o co pod świerkiem czy sosną trudno – ale późno rozwijający liście buk czy dąb są idealnymi towarzyszami.

Czosnek niedźwiedzi ma stosunkowo duże i ciężkie nasiona, pozbawione aparatu lotnego czy wyrostków, które pomagałyby w roznoszeniu nasion na większe odległości – stąd czosnek występuje płatami, a jego ekspansja, jakkolwiek metodyczna, jest dosyć powolna.

Nazwa gatunkowa pochodzi od przesądu, w zgodzie z którym czosnek ten miał być pierwszym pokarmem niedźwiedzi po obudzeniu się i wyjściu z gawry. Stąd nawiązanie do niedźwiedzi w większości języków zachodnioeuropejskich (oprócz angielskiego – na Wyspach Brytyjskich niedźwiedzie wytępiono już w V wieku). Linde (Słownik języka polskiego, 1855) notuje również nazwy czosnek babczy względnie psi (co jest o tyle dziwne, że akurat dla psów ten czosnek jest bardzo trujący).

Zastosowania gastronomiczne czosnku niedźwiedziego są wielorakie, jest również surowcem zielarskim. Od niepamiętnych czasów, zwłaszcza w Niemczech, gdzie jest znacznie bardziej popularny niż w Polsce, dochodzi na wiosnę do wielu zatruć, a to na skutek pomylenia liści czosnku niedźwiedziego z (trującą) konwalią bądź (jeszcze bardziej trującym) zimowitem. Nie bardzo rozumiem, jak można te rośliny ze sobą mylić – ale statystyki toksykologiczne niemieckich szpitali nie kłamią. W Polsce czosnek niedźwiedzi od roku 2014 podlega tzw. ochronie częściowej (wcześniej objęty był ochroną ścisłą) – zbiór liści z populacji dzikich możliwy jest tylko w województwach śląskim, małopolskim i podkarpackim.

piątek, 23 kwietnia 2021

Ogrodnik podmiejski (18) - Forsycje

Słowami księdza Chmielowskiego: forsycja jaka jest, każdy widzi. A widzi ją często, bo dla łatwości rozmnażania, wytrzymałości oraz obfitości kwitnienia jest powszechnie stosowana, nie tylko w ogrodach prywatnych, ale i w masowych nasadzeniach w terenach zieleni. 

Trudno dziś sobie wyobrazić wiosenne ogrody bez forsycji, ale warto zaznaczyć, że zaczęto je sprowadzać do Europy dopiero około połowy XIX wieku, a odmiany i mieszańce obecnie stosowane w uprawie zaczęły powstawać pod koniec tego stulecia.

Rodzaj Forsythia obejmuje kilkanaście (prawie wyłącznie) azjatyckich gatunków (botaniczną sensacją było odkrycie w roku 1897 w górach Albanii nowego gatunku forsycji, który nazwano oczywiście Forsythia europea), a historia ich odkrycia (w rozumieniu opisania przez europejskich botaników) i sprowadzenia do Europy związana jest z nazwiskami wielkich przyrodników XVIII i XIX wieku. Pierwszym z nich był uczeń Linneusza, absolwent uniwersytetu w Uppsali, Carl Thunberg, który w służbie Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (na etacie lekarza okrętowego) dotarł w roku 1775 do Japonii. Tam zobaczył i opisał (Flora Japonica, 1784) żółto kwitnący krzew, któremu nadał (mylną) nazwę Syringa suspensa. Dwadzieścia lat później inny uczeń Linneusza, Martin Vahl (wówczas profesor botaniki uniwersytetu kopenhaskiego), studiując dzieło Thunberga doszedł do wniosku, że opisany przez niego krzew nie jest lilakiem (Syringa), tylko należy do oddzielnego rodzaju, któremu nadał nazwę Forsythia dla uczczenia pamięci świeżo zmarłego Williama Forsytha, szkockiego botanika, który pełnił funkcję dyrektora ogrodów przy pałacu Kensington.

Kolejnym „zasłużonym dla forsycji” obcokrajowcem w służbie holenderskiej był niemiecki lekarz Phillipp von Siebold, który przebywał w Japonii w latach 1825-1830. W tym czasie badał i opisywał florę japońską – zawdzięczamy mu pierwszą kolorową ilustrację kwitnącej forsycji zamieszczoną w publikacji pod przewidywalnym tytułem Flora Japonica (1835). Na zupełnym marginesie: podczas swojego pobytu w Japonii von Siebold został ojcem – ale w odróżnieniu od operowego Pinkertona, historia skończyła się bardziej optymistycznie: przed powrotem do Holandii hojnie zaopatrzył matkę swojej córki, a samej córce przesyłał regularnie z Europy książki i łożył na jej edukację. Dziewczyna została pierwszą w Japonii kobietą-lekarzem w stylu zachodnim. Obsługiwała, między innymi, dwór cesarski. Utrzymywała przyjazne relacje z ojcem (który wrócił na krótko do Japonii w latach 60 XIX wieku) i swoim przyrodnim rodzeństwem.

Żywe egzemplarze Forsythia suspensa trafiły do Holandii (ogród botaniczny w Leiden) w latach 30 XIX wieku. Pierwsze kwitnienie forsycji w Anglii zanotowano (szkółki Veitcha) w roku 1857. Do Nowego Świata (Arboretum Arnolda) forsycja zawędrowała w roku 1876. Podstawowym problemem ogrodniczym gatunku Forsythia suspensa jest, jak sama nazwa wskazuje (forsycja zwisła), pokrój rośliny: krzewy mają wiotkie, pokładające się pędy. Ogranicza to nieco ich zastosowanie – brzegi cieków i zbiorników wodnych, skarpy.

Do rozwiązania tego problemu przyczynił się inny słynny „łowca roślin” – szkocki botanik, wysłany w roku 1845 przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską do Chin w celu wykradzenia nasion lub sadzonek herbaty, Robert Fortune. Misja udała się znakomicie (i dała początek plantacjom herbaty na Cejlonie, w Indiach i innych zakątkach Imperium Brytyjskiego), a przy okazji herbaty Fortune opisał i zebrał wiele innych roślin, w tym i inny gatunek forsycji, który nazwano Forsythia viridissima. Nazwa (forsycja zielona) cokolwiek na wyrost – faktycznie kwiaty nie są czysto żółte jak u poprzedniego gatunku, mają nieco bananowy odcień, ale do zieleni im naprawdę wiele brakuje. Krzew ma jedną zaletę – wzniesiony, sztywny pokrój, ale i kilka wad: kwitnie później i mniej obficie niż forsycja zwisła. Fortune wysłał forsycję zieloną do Anglii, co było kłopotliwym przedsięwzięciem, bo żywe rośliny źle znosiły wielotygodniową podróż morską (pomógł tutaj wynalazek tak zwanych skrzyń Warda, które były miniaturowymi, szczelnymi szklarniami). 

Następny krok uczyniła sama natura. W roku 1878 w ogrodzie botanicznym w Göttingen znaleziono siewki forsycji, które były rezultatem krzyżówek pomiędzy rosnącymi po sąsiedzku Forsythia suspensa i Forsythia viridissima. Mieszańca tego nazwano Forsythia x intermedia i jest on formą wyjściową dla wszystkich obecnie uprawianych w naszych ogrodach forsycji. Łączy w sobie zalety rodziców (wczesne, obfite kwitnienie, ładny pokrój), nie ma ich wad, nadto jeszcze jest bardziej wytrzymały niż każde z nich. Jak już wcześniej zaznaczyłem, rodzaj forsycja zawiera jeszcze kilkanaście innych gatunków, próbowano je ze sobą krzyżować, ale żadna z tych krzyżówek (nie mówiąc już o gatunkach wyjściowych) nie może konkurować co do walorów ozdobnych z forsycją pośrednią.

Instrukcje uprawowe dla forsycji są proste i krótkie, bo jest to krzew niewymagający i bezproblemowy. Radzi sobie na każdej glebie (struktura, zasobność, odczyn), cieszy się ze stanowiska słonecznego (na półcień reaguje mniej spontanicznym kwitnieniem). Dobrze zadomowiona toleruje suszę. Łatwo rozmnaża się z sadzonek, zarówno zielnych, jak i zdrewniałych.

Jedyny problem w uprawie ma charakter antropogeniczny. Często próbuje się prowadzić forsycje w formie ciętego szpaleru czy wręcz formowanego żywopłotu – to są duże krzewy i powinno zostawiać się im sporo miejsca na swobodne rozrastanie się. Forsycje kwitną na dwuletnich i trzyletnich pędach, dlatego cięcie (jeśli już konieczne) należy przeprowadzać na wiosnę po przekwitnięciu – a najlepiej w ogóle nie dotykać forsycji sekatorem.


sobota, 3 kwietnia 2021

Ogrodnik podmiejski (17) - Dzikie tulipany

Trudno o bardziej popularny wiosenny kwiat niż tulipan; wraz z narcyzem i hiacyntem stanowi wiosenną „cebulową świętą trójcę” ogrodów, doniczek, pojemników i kwiaciarni. Wszyscy słyszeli o XVII wiecznej holenderskiej bańce spekulacyjnej – tulipanomanii, większość z nas wie, że dzikie gatunki tulipanów, przodkowie obecnie uprawianych odmian, pochodzą z obszarów Azji Mniejszej. Nota bene, mody ogrodnicze zatoczyły już pełne koło i po dekadach królowania odmian pełnych, liliokształtnych, papuzich, wielokwiatowych, tych z grup viridiflora, Triumf i mieszańców Darwina, do łask wracają tzw. tulipany botaniczne, czyli owe niskie i drobne gatunki wyjściowe i ich bezpośrednie potomstwo.

Mało kto jednak wie, że jeden z gatunków, Tulipa silvestris (tulipan – nomen omen – dziki, choć przymiotnik silvestris oznacza leśny) jest elementem flory Polski (czy ogólnie, Europy Środkowej). Jak mówią policjanci, „w posądzeniu” są i Rzymianie (którzy mieli przenieść te tulipany na północ od Alp – choć dowodów brak), jak i Maurowie, których literatura opiewa piękno uprawianych w ogrodach Andaluzji basal-al-maqdunis (co by znaczyło po polsku ‘cebul macedońskich’ – jakkolwiek nie przybliża nas to do identyfikacji botanicznej, ale również nie wyklucza, że był to Tulipa silvestris). Niemieccy botanicy ustalili jako prawdopodobne, że antropogeniczna migracja tulipana dzikiego z Włoch na tereny obecnych Niemiec nastąpiła na fali renesansowego zainteresowania przyrodą, w połowie XVI wieku, a przypuszczalnym źródłem był ogród botaniczny w Bolonii. Dlaczego? Ano, dlatego, że zachował się spis gatunków tego herbarium, który obejmował właśnie te tulipany. Typowa niemiecka precyzja, której skutkiem jest zaliczenie Tulipa silvestris do grupy tzw. kenofitów (czyli gatunków zadomowionych we florze w ostatnich czasach, przy czym datą graniczną jest tutaj odkrycie Ameryki, które zapoczątkowało masową migrację flory pomiędzy kontynentami).

Obserwacje na temat rozprzestrzenienia Tulipa silvestris na terenach obecnej Polski prowadzi od kilkunastu lat profesor Stanisław Czachorowski z Olsztyna, którego ustalenia postaram się poniżej streścić. Zaczęło się od lektury książki Edwarda Martuszerwskiego Coś z życia, które minęło (Wydawnictwo Pojezierze, Olsztyn 1986), w której autor wspomina o notatkach kucharza von Dönhoffów pracującego w pałacu w Drogoszach pod Kętrzynem, w których wspomniany jest „sok z leśnych tulipanów” (Waldtulpen). Natchnęło to profesora do kwerendy w poszukiwaniu polskich populacji Tulipa silvestris, która przyniosła dość ciekawe efekty. Znaleziono leśne tulipany na Śląsku, Ziemi Lubuskiej, a także na Mazurach i Żuławach. Lokalnie zadomowiony, ale nieinwazyjny. Rośnie w lasach, na łąkach, w zaroślach (w Niemczech upodobał sobie winnice), często też na terenach dawnych cmentarzy. Wygląda na to, że są to populacje „zbiegłe” z uprawy ogrodowej, poniemieckie (a może i – Żuławy! – pomennonickie).

Innym, wciąż otwartym pytaniem, wymagającym zapewne rekonstrukcyjnego eksperymentu (przepis zachował się w całości*) jest czy ów sok był deserem czy lekarstwem (a może wręcz trucizną?) – niektóre gatunki tulipanów zawierają trujące alkaloidy, ale z drugiej strony Holendrzy podczas głodu lat 1944-45 zjedli z apetytem znaczną część swoich plantacji. Bardzo alternatywne wobec nauki i medycyny zakątki polskiego internetu reklamują „maść z żółtego tulipana” przeciwko „nowotworom i innych chorobom”. (Ciekawe skądinąd, że największa proponentka tej „terapii” zmarła przed sześćdziesiątką).

Pasją (lub, w łagodnej formie, zainteresowaniem) najłatwiej zakazić się można przez kontakt z pasjonatem. Czytając dociekania profesora Czachorowskiego zapragnąłem mieć u siebie Tulipa silvestris – ale rzecz niestety nie sprowadza się do prostego „chcieć to móc”. Najpierw sprowadziłem sobie nasiona – wykiełkowało, ale dość opornie (nasiona tulipanów wymagają chłodnej stratyfikacji, czyli przełamania okresu spoczynku: praktycznie rzecz ujmując, wysiane na jesień kiełkują dopiero następnej wiosny). Siewki kwitną po 5-7 latach od wysiewu. Tutaj drugoroczna młodzież własnej produkcji.



Aby szybciej cieszyć się kwitnieniem (jak na zdjęciu poniżej) poszukam cebulek – i nie mam na myśli metody szabrowniczej, tylko zakup w wyspecjalizowanej szkółce. Specjalizują się najczęściej Anglicy (bo i masowo naturalizują te tulipany w swoich parkach i ogrodach), co niestety przysparza obecnie dodatkowych kłopotów z powodu brexitu (wiele tamtejszych firm zrezygnowało z obarczonych dodatkowymi papierami wysyłek poza Wyspy).

(źródło ilustracji: gardenia.net)
--

[*] - zerwij leśne tulipany skoro tylko się pojawią zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.


czwartek, 28 listopada 2019

Ogrodnik podmiejski (16). Suchy cień


Ogrodniczym świętym Graalem (jednym z, ale niemal tak ważnym jak wyhodowanie niebieskiej róży) jest znalezienie byliny, która tolerowałaby tzw. suchy cień, to znaczy rosłaby zadowalająco w warunkach niedostatku zarówno światła, jak i wody. A przy tym jeszcze przedstawiała sobą jakieś wartości ozdobne.

Pomińmy tutaj geofity i efemeroidy zasiedlające runo leśne - najniższe piętro lasów liściastych (zawilce, przylaszczki, kokorycze, złocie i ziarnopołony), bo to jest zupełnie inna bajka: nam chodzi o rośliny zajmujące tę niszę przez cały sezon wegetacyjny (a nie o oportunistów, którzy kombinują jak cykl życiowy zamknąć zanim drzewa rozwiną liście).

Kandydatem niemal idealnym jest tutaj liriope szafirkowate (Liriope muscari), ma nawet dodatkową zaletę (zimozieloność), która bywa też jej wadą, przynajmniej w Polsce. Ta niska (około 40 cm), jednoliścienna bylina spokrewniona ze szparagami występuje we wschodniej Azji (Japonia, Korea, Chiny). Jej purpurowo-fioletowe kwiaty pojawiają się późnym latem i przypominają kształtem kwiatostany szafirków (stąd nazwa gatunkowa, zarówno po polsku, jak i po łacinie). Jesienią i na początku zimy rośliny zdobią czarne jagody. Niestety na nieosłoniętych od wiatrów stanowiskach liriope ma tendencje do przemarzania. Dużo szkody wyrządza także ostre słońce na przedwiośniu (ta nieszczęsna w naszym klimacie zimozieloność - ziemia zmarznięta, korzenie śpią, a słońce zmusza liście do transpiracji i fotosyntezy).

Innym dobrym pomysłem jest cyklamen bluszczolistny, zwany także neapolitańskim (Cyclamen hederifolium), pochodzący, jak sama nazwa wskazuje z basenu Morza Śródziemnego. Tutaj dodatkowym walorem są późno rozwijające się kwiaty (w naszych warunkach od września do listopada) o różnych odcieniach różu. Potencjalnym kłopotem (oprócz niepełnej zimotrwałości w klimacie Polski) jest zapewnienie dobrego drenażu w miesiącach zimowych - każda stagnująca woda szkodzi. Bardziej dostosowany do naszych zim jest kwitnący latem cyklamen purpurowy (Cyclamen purpurascens), którego naturalny zasięg zahacza o Polskę (dwa izolowane stanowiska w Sudetach). Pochodzący z Małej Azji cyklamen dyskowaty (Cyclamen coum) jest bardzo atrakcyjny z uwagi na porę kwitnienia (przedwiośnie), ale najbardziej delikatny spośród gatunków możliwych do uprawy w gruncie.

Warto rozważyć też paprocie, zwłaszcza te najodporniejsze na suszę, jak paprotnik szczecinkozębny (Polystichum setiferum) czy różne gatunki z rodzaju nerecznica (Dryopteris), albo po prostu nasza krajowa paprotka zwyczajna (Polypodium vulgare). Warto mieć na względzie, że - gdy już się przyjmą i rozgoszczą - potrafią być bardzo ekspansywne, więc czasami lekarstwo okazuje się być gorszym od choroby. Uwaga ta dotyczy również roślin używanych często jako “zastępczy trawnik” w miejscach, gdzie ten prawdziwy nie dałby sobie rady: podagrycznik (Aegopodium), runianka japońska (Pachysandra terminalis), dąbrówka rozłogowa (Ajuga reptans), czy też jasnota plamista (Lamium maculatum).

Rzadko natomiast spotykane w naszych ogrodach - i godne wszelkich poleceń - są rośliny z rodzaju Epimedium. Nie ma  on przedstawicieli we florze Polski, więc i polska nazwa rodzajowa - epimedium - jest kalką łacińskiej. Pochodzenie i znaczenie nazwy jest niejasne - Linneusz pożyczył ją sobie od Piliniusza (epimedion: Historia naturalis, ks. XXVII, rozdz. 53), słusznie konstatując, że skoro nie można już ustalić jaką roślinę opisywała, to jest do wzięcia i recyklingu. Ładną legendę, że oznacza ona coś ponad (epi-) przeciętnego (-medium) można nawet wyjaśnić tym, że kwiaty wyrastają ponad niewysokie liście - ale to już całkiem współczesna racjonalizacja. Za to angielski ma wiele nazw dla epimedium, mniej lub bardziej poetyckich, zaczynając od barrenwort (ten termin sugeruje roślinę leczniczą - wort rosnącą na nieużytkach - barren) poprzez nawiązujące do wyglądu kwiatów bishop's hat (biskupią mitrę) i fairy wings (skrzydełka wróżki), aż do horny goat weed (wszystkie kozy są rogate, więc chodzi tu raczej o kozę podnieconą) - co wreszcie objaśnia te lecznicze właściwości epimedium (tak, chodzi o ziołową viagrę). Język niemiecki wyjątkowo poetycki, nazywa epimedia Elfenblumen (kwiaty elfów).

Epimedia to byliny należą do rodziny berberysowatych (Berberidaceae), charakteryzujące się czterokrotną symetrią kwiatów (cztery zewnętrzne i cztery wewnętrzne działki okwiatu, cztery zaopatrzone w ostrogi płatki kielicha i cztery pręciki). Linneusz nie miał wielkiego wyboru - gatunkiem typowym został jedyny europejski przedstawiciel rodzaju, epimedium alpejskie (Epimedium alpinum), rosnące w zachodnich Bałkanach i na Półwyspie Apenińskim, na północy zasięgu dochodzące do Austrii. Gatunek ten ma znaczenie ogrodnicze jedynie jako forma wyjściowa mieszańca Epimedium x rubrum (wbrew nazwie kwiaty są raczej różowe niż czerwone) powstałego w Belgii połowie XIX wieku ze skrzyżowania z dalekowschodnim gatunkiem Epimedium grandiflorum (tutaj nazwa nie kłamie, kwiaty są relatywnie duże, a przynajmniej największe spośród epimediów). Ten gatunek, jego liczne odmiany i mieszańce jest bardzo odporny na suszę.

Wiek XIX to czas, w którym europejscy botanicy coraz śmielej eksplorowali zasoby flory Azji, a zwłaszcza dopiero otwierających się na Europejczyków Chin i Japonii. Wiele ze sprowadzonych stamtąd gatunków epimediów zadomowiło się w europejskich ogrodach, a niekiedy zostało wykorzystane do krzyżowań. Rodzaj liczy niemal 70 gatunków, większość z nich występuje w chińskiej prowincji Syczuan, niektóre z nich zostały odnalezione i opisane dopiero pod koniec ubiegłego stulecia. Dalekowschodnie gatunki to raczej wciąż pole dla hobbystów i specjalistów; należy pamiętać, że niektóre z nich lubią podłoże wapienne, inne zaś, wręcz przeciwnie, kwaśne.

W powszechnym obiegu ogrodowym znajdują się przeważnie mieszańce międzygatunkowe i odmiany o nieznanym szerzej pochodzeniu. Na Kaukazie, w Anatolii i Iranie rośnie epimedium pierzaste (Epimedium pinnatum), które też radzi sobie dobrze z suszą. Skrzyżowane z E. grandiflorum dało mieszańca Epimedium x versicolor (epimedium pstre - znane w kilku odmianach barwnych. Epimedium warlejskie (E. x warleyanum) to mieszaniec E. rubrum i E. pinnatum.

Królewski Ogród Botaniczny w Kew wydał w początku naszego wieku monografię "The genus Epimedium and other herbaceous Berberidaceae including the genus Podophyllum" pióra Williama Stearna, która do dziś jest ostatecznym kompendium wiedzy botanicznej i ogrodniczej w zakresie (między innymi) epimediów.

Rozmnażanie epimediów jest dość banalne - przez podział, po kwitnieniu albo wiosną, przed rozpoczęciem wegetacji. Gatunki azjatyckie i ich mieszańce najczęściej nie wiążą żywotnych nasion w naszym klimacie. Co do odporności na suszę - chyba są jednak trochę przereklamowane; przynajmniej przez pierwszy sezon wegetacyjny, dopóki się nie przyjmą, wymagają stabilnie wilgotnego podłoża. System korzeniowy jest zwarty, ale dość płytki; mogą więc tracić liście w okresach suszy, ale zazwyczaj później je regenerują.

W kontekście suchego cienia mówi się często o hostach - ale moje doświadczenia są nie do końca zachęcające (być może to kwestia wyboru odpowiednich odmian). Nieźle radzą sobie w takich warunkach naparstnice (Digitalis), żurawki (Heuchera) i "żurawkopodobne" (Heucherella, Tiarella). Czytałem też o ciemiernikach (Helleborus), ale trochę szkoda byłoby mi robić takie eksperymenty z moją populacją.

Cóż, jeśli zmiany klimatu będą nadal przyspieszać, niektórzy zainteresują się roślinami bagiennymi, albo wręcz wodorostami, ale większość ogrodników będzie musiała porzucić rośliny ozdobne i zająć się produkcją żywności w warunkach stepowych względnie pustynnych. Pomidory będą udawać się znakomicie - tym, których stać będzie na wodę do ich podlewania. Ale to już zupełnie inny temat.

środa, 7 sierpnia 2013

W krainie smoka (3)

Erddig House

Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy do zwiedzania w Wielkiej Brytanii są rezydencje. Domy, ogrody - często jedno i drugie - zachowane jak pudełeczka ze skarbami minionych epok. Ostatnia wojna, która się tamtędy przewaliła, to wojna domowa w XVII wieku.

Bodelwyddan
Bodelwyddan. Wiktoriański zameczek z kolekcją portretów pędzla G.F. Wattsa. Ostatni właściciel sprzedał zamek prywatnej szkole żeńskiej, która funkcjonowała do początku lat 80 ubiegłego wieku. Obecnie wnętrza mieszczą regionalną filię National Portrait Gallery, a w budynkach gospodarczych otwarto hotel. W parku ciekawostka - ćwiczebne okopy z czasów I Wojny Światowej, wykorzystywane przez żołnierzy stacjonujących w pobliskim obozie wojskowym (Kimmel Park), znanym głównie z powojennego buntu kanadyjskich żołnierzy.
Plas Newydd (Llangollen)

Llangollen. Malowniczo położone miasteczko w dolinie rzeki Dee (o rzut kamieniem od akweduktu). Pod koniec XVIII wieku zasłynęło jako miejsce zamieszkania dwóch irlandzkich arystokratek, które wspólnie uciekły od swoich rodzin, a także perspektywy aranżowanych małżeństw czy przymusowego umieszczenia w klasztorze. Odwaga opłaciła się, bo Ladies of Llangollen przeżyły szczęśliwie niemal 50 lat w swoim wygodnym domku pełnym zdumiewających kolekcji sztuki, przyjmując gości (wśród nich Wordswortha i Wellingtona) i na kolejne dwa stulecia dając ciekawskim temat do plotek. Amerykanie określali takie relacje (o wiele później) terminem Boston marriage. Damy prywatnie miały bardzo konserwatywne poglądy, na przykład nie widziały niczego złego w niewolnictwie i nie wahały się wyrzucić służącej, która zaszła w ciąże.
Powis Castle (akurat trochę padało)
Powis. Zamek zbudowany jeszcze przez walijskich książąt, zaadaptowany do w miarę wygodnego mieszkania. Kolejny punkt na trasie wycieczki śladami Wiktorii (była tam jako księżniczka). Znajdująca się z boku sala balowa została przekształcona w muzeum Roberta Clive’a, zdobywcy Indii dla korony brytyjskiej. Dodatkowym powodem wizyty są piękne ogrody umieszczone na tarasach na stromym zboczu wzgórza zamkowego.
Erddig - pokój dziecięcy
Erddig. Cuda-wianki jeśli ktoś lubi podglądać życie codzienne poprzednich pokoleń. Dość skromny pałac z XVII wieku, ostatnio modernizowany w wieku XIX, a potem (z powodu bankructwa właścicieli) oddany pod opiekę National Trust z całą zawartością. Zachowały się naprawdę niesamowite ilości przedmiotów codziennego użytku, zagadkowych utensyliów, plus oczywiście typowych dla tego rodzaju zabytków mebli i obrazów (w tym portret antenata, któremu wizytujący posiadłość Gainsborough uprzejmie poprawił dłonie). W doskonałym stanie są też zabudowania gospodarcze. W jednym z nich trafiliśmy na zabawną wystawę o epoce wiktoriańskiej, połączoną z “przymierzalnią” krynolin (urocza rozrywka, dość popularna w brytyjskich muzeach).
Erddig
Bodnant. Do zwiedzania jest tylko ogród, bo pałac wciąż jest zamieszkały. Najciekawszym elementem ogrodu jest ponad pięćdziesieciometrowej długości pergola obsadzona złotokapem, przyciągająca w porze kwitnienia rzesze zwiedzających. Formalny ogród przy rezydencji przechodzi płynnie w naturalistyczne założenie leśne w dolince lokalnej rzeczki. Właśnie budowano tam “przełazy” dla węgorzy.

Bodnant House
Craig-y-Nos. Na koniec gratka - kolejna wiktoriańska bombonierka zakupiona przez słynną primadonnę, Adelinę Patti. Obecnie mieści się tu hotel, ale obsługa przyjaźnie patrzy na zwiedzających dobrze zachowane sale na parterze, obwieszone pamiątkami po diwie. Przetrwał też prywatny teatr zbudowany dla zabawiania gości Adeliny. Dziś służy jako miejsce ślubów. Postać gospodyni zasłynęła nie tylko za sprawą wyjątkowego głosu, szerokiego repertuaru czy burzliwego życia uczuciowego (sopranistka wychodziła za mąż trzykrotnie, ostatni raz za znacznie młodszego od siebie arystokratę) - z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że to Adelina Patti stała się pierwowzorem kapryśnej Carlotty w powieści Upiór Opery Gastona Leroux. Ciekawe, czy kiedykolwiek dowiedziała się, że tak ją bezceremonialnie obsmarowano...

Craig-y-Nos Castle, z lewej strony budynek teatru
Craig-y-Nos, teatr
Krynolinowy bonus