Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Prerafaelici i mydło

Co wspólnego ze sobą mają: herbaty Lipton i Saga, proszek do prania Persil i Omo, lody Algida, mydła Dove i Lux, Marmite (angielskie mazidło do chleba), margaryny Flora, Delma i Kasia, środki do mycia Cif i Domestos, dezodoranty Axe i Rexona? Otóż, wszystkie one – i nie jest to kompletna lista – należą do koncernu Unilever. Lever w Unilever pochodzi od nazwiska Williama Levera (1851-1925) – przemysłowca (w branży mydlarskiej), zaprzysięgłego zwolennika ekspansji kolonialnej (co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę fakt, że głównym wykorzystywanym przez niego surowcem był olej palmowy) oraz filantropa, „ulordzonego” za swoje zasługi w 1922 roku. Współzałożycielem filmy był młodszy brat Williama, James, ale on lordem nie został (uchodził w rodzinie za stukniętego, co przy tej wielkości majątku traktowano jako drobną uciążliwość).

A co z tym wszystkim mają wspólnego Prerafaelici? Otóż mydlany lord William wpadł był na genialny w swej prostocie pomysł nabywania dzieł (wtedy) współczesnej sztuki celem przerabiania ich na reklamy środków czystości. I tak np. wnuczek malarza Johna E. Millaisa, William Milbourne James, jest dziś pamiętany głównie jako pięciolatek puszczający bańki mydlane a nie jako admirał Królewskiej Marynarki w obu wojnach światowych (do końca życia nieboraka różni majtkowie wołali za nim „Bubbles”).



Z mydła wyrosło też modelowe miasteczko Port Sunlight położone na obrzeżach Liverpoolu (tam była fabryka). Lord kazał wybudować blisko tysiąc domków (w różnym standardzie) dla robotników, kościół, szkołę, szpital, dom kultury, a także nazwaną na cześć żony Lady Lever Art Gallery, gdzie udostępniono zbiory dzieł sztuki (czynne do dziś, i to za darmo).



Lord urzędował w parlamencie z ramienia partii liberalnej (która wówczas głosiła poglądy zbliżone do socjalistycznych), bardzo szanował Gladstone'a i miał dziwną słabość do Napoleona (w galerii w Port Sunlight odtworzył - z oryginalnych elementów wyposażenia - jego gabinet). Tak więc jeszcze w początkach ubiegłego wieku można było być jednocześnie filantropem, socjalistą i zawziętym imperialistą.


piątek, 22 sierpnia 2008

Blizny

Wróciliśmy, choć jeszcze nie ostatecznie, z wakacyjnych wojaży. Chciałam napisać coś optymistycznego – na przykład o operach Verdiego w Arena di Verona – ale przypadkowo wpadł mi w ręce artykuł, który dał mi do myślenia.

Dwudziestoczteroletni sierżant Ty Zeilgel, żołnierz amerykańskich Marines, został ciężko ranny w Iraku. Atak terrorysty-samobójcy zmasakrował całą jego twarz oraz znacznie uszkodził ciało. Gdy chłopak nieco doszedł do siebie, wrócił do rodzinnego Illinois, gdzie w październiku 2006 poślubił swoją – jak mówią Amerykanie – „childhood sweetheart”, czyli narzeczoną „od zawsze”, dwudziestojednoletnią Renee Kline. Ich historią zainteresował się londyński Times .

Nieco bardziej mieszane uczucia budzi we mnie obecność na tym ślubie artystki fotograficzki Niny Berman, która napstrykała zdjęć, a potem umieściła je w swojej galerii. Za jedno z nich otrzymała w 2007 roku nagrodę World Press Photo. Może miała dobre intencje, może naprawdę chciała zwrócić uwagę na okrucieństwo wojny i potęgę miłości, ale być może kierowały nią mniej górnolotne motywy.

Rany wojenne potrafią być naprawdę paskudne, zresztą widok okaleczonych młodych męskich ciał jest pani Berman nieobcy, gdyż poświęciła im już cykl fotografii zatytułowany „Purple Hearts”, tak jak odznaczenie przyznawane w USA rannym w akcjach wojskowych. Konkurs World Press Photo zaś od lat zdaje się żerować na obrazach ludzkiego nieszczęścia i bólu, epatując nimi publiczność.

Przy każdej takiej okazji zwykle nasuwają się te same pytania o to, czy zmasakrowany fizycznie (i zapewne psychicznie) człowiek ma "prawo" do szczęścia, miłości, seksualności. Czy narzeczona, której oświadczył się będąc przystojnym chłopakiem w mundurze ma "obowiązek" z nim pozostać naprawdę mimo wszystko. Moim zdaniem, państwo Zeigel oboje wykazali się ogromnym hartem ducha, Renee być może nawet większym. Życzę im szczerze wiele szczęścia, wytrwania i ogromnego samozaparcia w pokazywaniu wszystkim okrutnym idiotom tego świata gdzie jest ich miejsce. Bo, że takich nie brakuje, to oczywiste - dobrze przynajmniej, że rany tego chłopaka mogą być uznane za świadectwo bohaterstwa na polu walki.

W tym artykule, który zwrócił moją uwagę, autorka, Lindsay Beyerstein, stara się analizować miny państwa młodych. W przypadku Ty trudno jest wręcz mówić o minie, jako że przez straszne blizny jego twarz niemal nie przypomina człowieka, a czułość wobec nowo poślubionej żony wyraża on raczej postawą całego ciała. Renee wygląda jakoby jak ktoś „uchwycony w chwili słabo skrywanej paniki.” Patrzy w obiektyw z wyrazem determinacji i niemalże straceńczej odwagi. „Trwa przy nim, stając naprzeciw nieznanej przyszłości” – komentuje dziennikarka.

Ja widzę w całej tej inscenizacji – każdy ślub, jak by na to nie patrzeć, jest inscenizacją, deklaracją dwojga osób wobec otaczającego ich świata – parę innych elementów. Nie wiem czyim pomysłem było zatrudnienie uznanego fotografa oraz, co ważniejsze, udostępnienie prywatnych zdjęć do szerokiego obiegu, wystawianie w branżowych konkursach. Mam nadzieję, że Ty i Renee sami na to wpadli, a nie zostali bezwzględnie wykorzystani w celach czystko komercyjnych.

Bowiem mamy tutaj do czynienia z odegranym mitem. Jest to opowiedziana w uwspółcześnionych dekoracjach historia Pięknej i Bestii, a może raczej – zwłaszcza, że rzecz dzieje się przecież w Ameryce – „musicalu wszech czasów”, czyli „Upiora Opery”. Dla każdego, kto widział sztukę Andrew Lloyda Webbera (czyli dla jakichś, lekko licząc, 8 milionów widzów) ta analogia będzie się nasuwała sama przez się. Przed premierą (1986 Londyn, 1988 Nowy Jork) prasę obiegły zdjęcia aktorów w kostiumach wykonane przez Terry’ego O’Neilla, w tym portret ślubny Erika i Christine (Michael Crawford i Sarah Brightman) - on w swej zwykłej masce, ona w welonie, trzymający się za ręce. W przedstawieniu takie romantyczne zakończenie nie ma miejsca, a główni bohaterowie po pożegnalnym pocałunku rozstają się, jak można mniemać, na zawsze. Christine ma wyjść za mąż za bogatego i przystojnego adoratora, a tytułowy Upiór zapewne – zgodnie z powieściowym pierwowzorem Gastona Leroux – umrze z miłości i rozpaczy. Dla sporej części publiczności takie rozwiązanie było zbyt okrutne, a bohaterowie francuskiej powieści z początku XX wieku funkcjonują od w amerykańskiej kulturze popularnej co najmniej 20 lat jako udręczeni kochankowie, którym bezduszny świat odebrał szansę spełnienia i szczęścia.

W porównaniu z Ty Zeigelem, bohater Webbera miał sporo szczęścia – a już w wersji filmowej musicalu, z Gerardem Butlerem w roli głównej (2005), wygląda przy nim jak ktoś, kto przedawkował solarium, a teraz urządza infantylne histerie. Zdjęcia Niny Berman są drastyczne, nawet bardzo drastyczne. Szacunek i sympatia, jaką budzą we mnie młodzi, miesza się z voyeurystyczną „guilty pleasure”, która przywodzi na myśl dziewiętnastowieczne jarmarczne pokazy „wybryków natury” (przedstawione, na przykład, w znakomitym i opartym na faktach filmie Davida Lyncha „Człowiek-Słoń”). Nie mam złudzeń, że dla większości odbiorców te portrety są apologią ludzkiej godności i stałości uczuć pomimo przeciwności losu. Inny, Obcy – nawet nie aż tak bardzo odbiegający od norm dotyczących wyglądu, jak sierżant Zeigel – nie spotyka się dzisiaj z tolerancją o wiele większą, niż sto lat temu. Może w miasteczku Metamora w Illinois, gdzie wszyscy się znają, a Ty cieszy się opinią zasługującego na szacunek bohatera wojennego, jest nieco lepiej. On sam, w rozmowie z „Timesem” przyznaje, że reaguje na gapiących się ludzi wzruszeniem ramion. Renee, w zdaniu podsumowującym artykuł, oznajmia dziennikarce Sarze Baxter, że zamierzają wkrótce „starać się o dzieci”, niczym typowa amerykańska „housewife” lub też relacjonująca swój uwieńczony ślubem romans „celebrytka”. Naprawdę życzę im szczęścia i przekonania się na własnej skórze, że stereotypy można przełamać – nawet jeśli z pomocą popkultury. Tak potraktowana popkultura czyni realne życie bardziej znośnym, a może nawet czasami ratuje zdrowe zmysły. Tego, czy ich młodzieńcza odwaga nie okaże się na dłuższą metę walką z wiatrakami, już raczej nie wystawią do nagrody World Press Photo.

sobota, 12 lipca 2008

Goło, niewesoło

Okropnie nie lubię wypowiadać się na tematy „aktualne” i „bieżące”, przede wszystkim dlatego, że mało co na świecie ma krótszy termin przydatności do spożycia. Wczorajsze sensacje, którymi ekscytował się świat pojutrze nic nikomu nie mówią. Pomysł, aby w ogóle napisać coś o burzy wywołanej publikacją w Australii aktu sześcioletniej Olympii Nelson wziął się stąd, że po pierwsze głos w tej sprawie zabrały dwie osoby, które szanuję i znam nie tylko wirtualnie, a po drugie temat aż tak „bieżący” nie jest.

Dwa lata temu, po powrocie z wakacji w USA, wypowiadaliśmy się na temat tamtejszych obyczajów plażowych. Ku naszemu zdziwieniu, na amerykańskich plażach obowiązywał – jedno lub dwuczęściowy - strój zakrywający biust, również dla „kobiet”, które wyglądały na około dwa lata życia. Ta dziwna ochrona moralności publicznej przed widokiem piersi, które do pokwitania mają przed sobą co najmniej pełną dekadę nałożyła mi się na dawne wspomnienie wizyty u moich krewnych w stanie Nowy Jork. Dwadzieścia lat temu z okładem mój – wówczas mniej więcej roczny – kuzyn beztrosko baraszkował na golasa po trawie na tyłach domu w willowym miasteczku dla średniej klasy średniej. Było lato (jak to w USA, gorące), był plastikowy basenik na trawie, ja (lat 8), kuzynka (lat 6) i nasze dwie matki – po prostu wakacyjna sielanka. Panie piły na tarasie zimne soczki o nieznanych w ludowej ojczyźnie smakach i robiły rozczulające zdjęcia gołego Petera do rodzinnego albumu (a zwłaszcza celem pokazania ich po powrocie z wakacji pozostałej w Polsce babci). Podobne zdjęcia, na których, na przykład, Ania i Peter (nazwiska przezornie nie podam) odbywali wspólną kąpiel w nowej wannie – rzecz jasna również bez odzieży – przychodziły do nas w większości listów od stryja.

Wtedy, lata temu, już można było zauważyć na horyzoncie pierwsze obłoczki nadciągającej burzy. Otóż pewnego dnia do ogrodu stryja i cioci wpadła sąsiadka, która przez kuchenne okno zobaczyła sceny gorszące, czyli owego gołego roczniaka na trawniku przy tarasie. I moja ciotka, z budzącą szacunek bezceremonialnością, odesłała wtedy lokalną L’Opinion Publique do wszystkich diabłów. Dzisiaj, obawiam się, sąsiadka wróciłaby w asyście policji. Bo mamy systemy ochrony wszystkich przed wszystkimi, wojnę z terroryzmem, wartości rodzinne itp. Mamy wyspecjalizowane instytucje, których jedynym sensem istnienia jest likwidowanie strachu przed własnym sąsiadem, pracownikiem, pracodawcą, członkiem rodziny. Strachu, który wzbudzają inne instytucje, rozpowszechniające obrazy zbrodni i zwyrodnienia czyhające ponoć na każdym kroku.

Kiedyś gołe dziecko było po prostu gołym dzieckiem. Wystarczy wspomnieć te niezliczone dziewiętnastowieczne pocztówki (w tym bożonarodzeniowe), te zdjęcia na niedźwiedziej skórze, które można było napotkać w niemal każdym rodzinnym albumie. Dziecięca nagość oznaczała jedno – niewinność. Niewinność odnoszącą się symbolicznie do doświadczeń widza wspominającego własne dzieciństwo, lub też widza jako rodzica, patrzącego z mieszaniną czułości i nostalgii na niewinność własnych dzieci.

Nie przeczę, że pornografia istniała (w tym dziecięca) – postać bardzo nieletniej prostytutki figuruje chociażby na osiemnastowiecznym obrazie Williama Hogartha „Marriage a la Mode, część 3” (1743-45). Może najbardziej szokujące jest w nim to, że wiekiem stręczonej bogatemu libertynowi dziewczynki nikt się nie przejmuje. Sto lat później (1885) dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Williama Thomasa Steada wykazało, że w Londynie wciąż za parę funtów można kupić nieletnią dziewicę. Ale nikt nie zakładał, że zboczeniec jest wszechobecny; że czai się na każdym kroku (jak jego inne współczesne wcielenia: złodziej i podkładający bomby terrorysta) aby najpierw podniecić się każdym, najbardziej niewinnym widokiem dziecięcego ciała, a potem, pod wpływem tych obrazów, dokonywać gwałtów, a kto wie czy i nie mordów, na niewiniątkach.

Tabu dziecięcego ciała jest częścią szerszego zjawiska we współczesnej kulturze. Nie chodzi mi nawet o zakłamanie i dwulicowość społeczeństwa, które z jednej strony promuje wybory „małych miss” a z drugiej cenzuruje tę samą sztucznie rozbudzaną na potrzeby komercji erotyzację dziecięcego ciała. Chodzi o przekonanie przeciętnego obywatela, że na każdym kroku jemu i jego bliskim grozi śmiertelne niebezpieczeństwo w postaci Obcego, przed którym chronić go będzie dobre i opiekuńcze państwo, drobnym druczkiem dodając, że za cenę rosnących podatków i malejących swobód obywatelskich.

Nie wiem, na ile obrazy będące sztuką czy pograniczem sztuki (a tym jest chyba kicz, czyli styl charakteryzujący inkryminowane zdjęcie Olympii) są w stanie rzeczywiście pobudzić kogokolwiek do popełnienia przestępstwa. Myślę, że jeśli tak by było, potencjalny zapalnik dla umysłu dewianta mogłoby stanowić cokolwiek, również susząca się na sznurze przed domem bielizna. Pomimo pewnego doświadczenia z akademicką historią sztuki nie zamierzam popierać swoich wypowiedzi tytułami naukowymi (więc nikt mi nie zarzuci, że się z nimi obnoszę). Podsumowując, powiem jeszcze jedno. Sam problem nie jest nowy – vide kontrowersje wokół zdjęć Lewisa Carolla, na których zresztą wzorowane jest zdjęcie Olympii. Ogarniająca świat coraz szerszym kręgiem psychoza jest.

Dorota Babilas