Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sycylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sycylia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2023

Z dala od domu (45): Sycylia na trzecią nóżkę

 

Chodzi oczywiście o trzecią nogę Trinakrii, symbolu wyspy, nawiązującego do jej wpisującego się w trójkąt kształtu (z greckiego τρία άκρα - trzy końce). W zeszłym roku ominęliśmy z braku czasu Palermo, a zachodnich krańców Sycylii (Trapani, Marsala) nie widzieliśmy nawet przy naszej pierwszej podróży na wyspę (na przełomie 2008/2009). A więc - na trzecią nóżkę! - nadszedł czas przypomnieć sobie uroki stolicy, a przy okazji zobaczyć coś nowego.

Część I - Zachód

Część II - Środek

Część III - Palermo 

Zdjęcia




piątek, 6 maja 2022

Z dala od domu (35): Suplement sycylijski

A więc wróciliśmy na Sycylię po kilkunastu latach, czego opis w trzech częściach poniżej. Pandemia się (na szczęście - niestety; podkreślić właściwe) kończy, czego skutkiem są tłumy turystów, zdążyliśmy się odzwyczaić trochę od tego. 

Link do zdjęć nareszcie tutaj.

1. Syrakuzy - Noto - Modica - Ragusa

2. Villa Romana di Casale - Enna - Agrigento - Selinunt - Segesta - Bagheria - Cefalu - Tindari

3. Mesyna - Taormina - Katania




czwartek, 8 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część ósma - Sycylia mitologiczna)

Enceladus był synem Gai i Uranosa. Podczas walki bogów olimpijskich z gigantami trafiła go dzidą Atena. Na rannego, uciekającego z pola walki, rzuciła Sycylię, która pogrzebała najpotężniejszego wśród gigantów. Stąd wybuchy Etny są po prostu oddechami Enceladusa, a dość częste na Sycylii trzęsienia ziemi powodowane są przewracaniem się giganta z boku na bok. Zdjęcie ilustrujące Enceladusa pochodzi z parku w Wersalu (Ludwik XIV lubił tematykę mitologiczną).

Inni uważali, że wewnątrz Etny mieści się kuźnia Hefajstosa, w której – w ramach prac zleconych (jeśli wierzyć Eurypidesowi) – cyklopi wykuwali pioruny dla Zeusa. Inni jeszcze wierzyli, że Aetna była lokalną nimfą, którą bogowie powołali jako arbitra w sporze Demeter z Hefajstosem o władanie Sycylią. Zresztą Aetna miała jakieś dzieci z Hefajstosem, więc jako taka nie mogła być obiektywna.

U Homera, w Odysei, na Sycylii mieszkał, pośród innych cyklopów, Polifem. Polifem kochał się w nimfie (to taka smutna rola nimf w mitologii – kochają się w nich) Galatei. Która z kolei kochała się w Acisie (Owidiusz – w księdze XII Metamorfoz - uważa, że był on synem Dionizosa). Rozeźlony Polifem zabił Acisa kamieniem, jego krew Galatea zmieniła w rzekę. Stąd miasteczko Acireale, na północ od Catani. I stąd opery Lully'ego i Haendla. I obrazy Poussina i Lorraina. I rzeźba w paryskim Ogrodzie Luksemburskim.

No ale dobrze, stało się. "A kto umarł, ten nie żyje". Polifem na starość zgorzkniał, zdziwaczał, przeszedł na emeryturę i zajął się hodowlą owiec. I w ogóle nie pojawiłby się już nigdzie „w pierwszym obiegu”, gdyby nie pewna grecka banda pod przywództwem Odyseusza, której wyczyny opisał Homer. Polifem, oślepiony, miotał skały za odpływającym herosem – tak powstały Wyspy Liparyjskie. Polifem przeklął Odyseusza, a realizacji klątwy miał dopilnować jego ojciec, Posejdon. Zanim wrócił do Itaki, Odyseusz musiał przepłynąć Cieśninę Messyńską, gdzie starożytni lokalizowali Scyllę i Charybdę. Dorota w latach studenckich parkowała prom w porcie Messynie (kapitan był pod wrażeniem bella bionda pollaca) i zaświadcza, że przynajmniej historie o Scylli są mocno przesadzone.

Przed Odyseuszem na Sycylię trafił Argonauta, Butes. Argonauci podróżowali, niczym Lech Kaczyński, do (obecnej) Gruzji, zresztą towarzystwo tam było jak na teraźniejszych paradach równości: same zboczeńce (Edyp), transwestyci (Atalanta), dziady (Nestor) i pedały (Jolaus). Wśród nich Butes był w miarę najnormalniejszy, zajmował się hodowlą pszczół, był heteroseksualny i wyrwał niezłą laskę (Afrodytę), z którą miał syna, Eryxa. Eryx założył opisywane wcześniej Erice. Później znokautował go znany starożytny łobuz, Herakles.

Po Odyseuszu na Sycylię trafił Eneasz. Głównie dlatego, że Wirgiliusz chciał spleść Eneidę z Odyseą, więc Eneasz podróżował śladami Odyseusza. Eneasz nie dokonał nic wielkiego na Sycylii: jak donosi księga V Eneidy bohater dotarł na wyspę tuż po zerwaniu z Dydoną. Na Sycylii Trojanie rozdzielili się: młodzi i silni mężczyźni popłynęli dalej z Eneaszem, natomiast pozostali zostali na wyspie. Rzuca to dość nieciekawe światło na pulę genetyczną Sycylijczyków.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część siódma - Sapori di Sicilia)

W Erice (znanym przez wiele stuleci pod normańską nazwą Monte San Guiliano), do którego jedzie się przez kilkanaście kilometrów pod górę, gęsto wykręcając serpentyny, znajduje się, jak ktoś policzył, sześćdziesiąt kościołów. Tutejszy zamek zbudowany jest na ruinach świątyni Wenus erycyńskiej, założonej, jak legenda głosi, przez Eneasza. Trochę to nam przypomniało Korynt, gdzie świątynia Afrodyty, w której obowiązki pełniły damy, zwane później córami Koryntu, znajdowała się na szczycie dość sporej góry: w ten sposób doszli tam albo młodzi, sprawni i silni, albo tacy, których było stać na wniesienie do świątyni. Tak czy tak - selekcja była, jak to się dziś mówi, na wejściu.

W Erice trzeba spróbować cuscus con pesce, który jest jednym z arabskich śladów w kulinarnej kulturze Sycylii. Innym śladem jest bottarga, czyli suszona, sprasowana ikra, najczęściej tuńczyka, niekiedy cefala [red mullet] lub miecznika. Dają to tutaj najczęściej wkruszone do makaronu, niekiedy w cieniutkich plasterkch, skropione sokiem z cytryny, jako starter. Bottarga jest znana w różnych miejscach basenu Morza Śródziemnego, ale pochodzi jego wschodniej części (arabskie: batarekh). Pierwszy raz zaprzyjaźnilismy się z tym kawiorem dla ubogich (choć wcale nie tanim) na bazarze w Stambule. W Palermo spotyka się też niekiedy arabskie napisy na ulicach, ale to raczej nie dla tych, co zostali, tylko tych, co przyemigrowali nie aż tak dawno. Za czasów Rogera II Sycylia była tyglem, w którym koegzystowały kultury arabska, chrześcijańska zachodnia i wschodnia oraz żydowska. Historyczny Roger był - jak wszyscy władcy Średniowiecza - człowiekiem dość okrutnym, ale jednak na tyle rozsądnym aby nie podkopywać społecznych i ekonomicznych fundamentów swojego królestwa. Jego syn (William I Zły) i wnuk (William II Dobry) spoczywają w sarkofagach w zdobionej cudnymi mozaikami katedrze w Monreale pod Palermo. Po wygaśnięciu Hautevillów, władza nad Sycylią przeszła, przez małżeństwo, w ręce Hohenstaufów. Fryderyk II był prawdopodobnie jedynym Cesarzem Niemieckim (poprawnie: Cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego), który mówił płynnie po arabsku. Wpływy cywilizacji chrześcijańskiej były już wtedy na Sycylii na tyle silne, że Fryderyk rozpoczął w ramach eksperymentu demograficznego wysiedlenia wyznawców Islamu, na włoski stały ląd, do miasteczka Lucera (taka ichniejsza 'akcja Wisła'). W ogóle Fryderyk miał predylekcje do doświadczeń na dużą skalę - był pomysłodawcą pierwszego przeprowadzonego i opisanego eksperymentu deprywacyjnego. W XV wieku, gdy Sycylią zaczęli rządzić władcy hiszpańscy pozostało jeszcze wypędzić wszystkich Żydów, co nastąpiło w skadinąd istotnym w historii powszechnej roku 1492, dekretem Ferdynanda i Izabelli.

No, tyle dygresyjnie smaczków, teraz wracamy do smaków. Zupełnie lokalnym pomysłem jest tzw. chinotto, czyli napój (najczęściej gazowany) produkowany z soku pomarańczy pachnącej (Citrus myrtifolia) z dodatkiem ekstraktu z ziół. W smaku jest to zbliżone do campari (ten sam gorzkawy komponent), ale oczywiście bezalkoholowe i niestety słodsze. Dokładnie nie wiadomo, kto i kiedy zaczął produkować chinotto, nie jest to w każdym bądź razie napój starożytnych Sikulów, bo ślady i tropy urywają się w latach 50 ubiegłego wieku. Chinotto produkowane było przez szereg mniejszych lokalnych firm, później przez San Pellegrino (na bazie ichniejszej wody mineralnej), od pewnego czasu the evil corporation położyła na tym łapę i produkuje pod nazwą Fanta Chinotto. Jeszcze bardziej słodkie. Całkiem podobnym wynalazkiem jest maltańska Kinnie, którą zapijaliśmy się ładnych pare lat temu. I albo Kinnie jest o wiele lepsza, albo nam się smak zmienił.

Wspomniana wczesniej katedra w Monreale jest scenografią wspomnianego (jeszcze wcześniej) pierwszego aktu Króla Rogera Szymanowskiego. Drugi akt dzieje się - tak to widzę - na dziedzińcu palacu królewskiego w Palermo, a trzeci w teatrze greckim, najchętniej oczywiście w Taorminie. Nasze zdjęcie z Taorminy jest kulawe, bo nie widać zasłoniętej chmurą i mgłą Etny. Wychodząc od Króla Rogera zaczęlismy się zastanawiać nad operami, których akcja lokalizowana jest na Sycylii - oczywiste są Nieszpory sycylijskie Verdiego, dość oczywista Cavaleria Rusticana Mascagniego, po chwili zastanowienia dodaliśmy również Tankreda Rossiniego. Ponieważ nic już więcej nie mogliśmy dorzucić, rozpuściliśmy wici na podczytywanym blogu muzycznym. Nieoceniony passpartout uzupełnił listę o Bianca e Fernando Belliniego, a także o Gli Amici di Siracusa Saveiro Mercadantego i Eufemio di Messina autorstwa bliżej ani dalej nam nie znanego Michele Carafa di Colobrano. Brawa i podziękowania! Sam Bellini urodził się zresztą na Sycylii, w Catani. Zmarł pod Paryżem, pochowano go na Père Lachaise, ale po 40 latach przeniesiono szczątki do katedry w Catani.

Na grobowcu Belliniego (przy wejściu, po prawej stronie) płaskorzeźba ze sceną zbiorową z Purytan.

Całkiem spory pomnik kompozytora znajduje się przy via Etnea - na cokole postaci z oper (od przodu Norma, z tyłu Sonanbula, z boku - ktoś z Purytan i ktoś z Korsarza).

Polska wikipedia zawiera kuriozalne dość zdanie, kuriozalne nie tylko składnią, ale i sensem, czy raczej jego brakiem "Wydajna twórczość zwłaszcza operowa Belliniego poniekąd zawdzięcza się może bardzo udanej głębokiej przyjaźni z Feliksem Romanim, który napisał libretta do prawie wszystkich oper Belliniego; kryzys tej przyjaźni pod koniec krótkiego życia Belliniego zaważył ciężko na nim; zmarł na zapalenie otrzewnej." Konia z rzędem temu, kto wynajdzie związek pomiedzy Romanim a otrzewną Belliniego.

Na pograniczu opery i gastronomii znajduje się spaghetti a'la Norma, danie wymyślone ku czci premiery dzieła sycylijczyka. Magicznym składnikiem są bakłażany, zresztą król sycylijskich warzyw. Innym (oprócz Normy) pomysłem zagospodarowania bakłażanów jest caponata - danie warzywne na cieplo bądź na zimno. Z caponatą na Sycylii jest mniej więcej tak, jak z bigosem w Polsce; co dom, to przepis. Kanonicznym elementem są bakłażany i kapary, a reszta już dowolna (pomidory, cebula, rodzynki, pinie, seler naciowy, cukinia, papryka).


Z niejakim rozbawieniem czytamy literaturę podróżniczą sprzed dziesiecioleci, na której to pożółkłych kartach spotkać można uwagi o "małych, sennych miasteczkach". Dziś miasteczka te obudziły się, zaroiły swoje ulice setkami małych, trąbiących i poobtłukiwanych samochodzików, obrosły liszajami sklepików z tandetą w wersji artisanale, obstawiły kościoły i zabytki cieciami i dozorcami, którzy traktują turystę jak dwunożny portfel. I nawet nie chodzi o ten kilkueurowy datek, ale o tę dość przygnębiającą atmosferę (nic z klimatu do ut des). Dorota pamięta Kalabrię swoich lat studenckich - i dalibóg te jej wspomnienia nijak się mają do współczesnej pospolitości sycylijskiej. Tym bardziej cenimy coś, co dostaliśmy całkiem za darmo. Otóż pisaliśmy wcześniej o cannoli. Do reprodukowania cannoli w warunkach polskich wszystkie potrzebne ingrediencje są dostępne - ciasto jak na chruściki, do nadzienia ricotta, różne tam ekstrawagancje typu pistacje, czy gorzka czekolada też się znajdą. Trzeba natomiast mieć koniecznie formi per cannoli, czyli te cylinderki, na których owija się ciasto, aby powstała z niego rurka. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy w Palermo fabryczkę rurek, (takich prefabrykowanych, które potem cukiernie nadziewają sobie we własnym zakresie) gdzie dostaliśmy, całkiem za darmo, sporą garść drewnianych (bo myśleliśmy, że są metalowe) foremek do cannoli. Za wszystko inne zapłacilismy kartą mastercard.

sobota, 3 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (część szósta)

Niższe partie stoków Etny obsypane są muszlami klozetowymi w całości i fragmentach, fotelami oraz fragmentami mebli, starego obuwia, oponami samochodowymi (stąd etymologia polskiego terminu "wulkanizacja") i wszelkiego rodzaju śmieciem. To jest duża różnica w porównaniu z tym, co zauważali na Sycylii chociażby Iwaszkiewicz i Banachowie kilkadziesiąt lat temu (nie mówiąc już o Goethem). Społeczeństwo było biedne i przedmioty się używało do zniszczenia, a potem i tak naprawiało się je i używało dalej, da capo al fine. Niezamożność Sycylijczyków mierzyła się też nieobecnością typowych pchlich targów - bo nie było czym na nich handlować. Dziś Sycylia jest wciąż biedniejsza od północnych Włoch, za to o wiele brudniejsza od Polski. To jest jednak dość krzepiąca konstatacja (i aby do niej dojść trzeba gdzieś na dłuższą chwilę wyjechać i potem wrócić), że nie jest u nas tak najgorzej. Nadal mamy z niektórymi sprawami boleśnie pod górkę, z klimatem chociażby, ale tego się nie zmieni, mimo wszelkich pogróżek.

Jest sobie dość przykre zwierzątko, mało lubiane przez kąpiacych się tego świata, zwane jeżowcem. W niektórych miejscach pozyskiwane i zjadane. Pierwszy kontakt z jeżowcem na talerzu mieliśmy ładnych kilka lat temu na zachodniej Krecie, są one tam zwane "achinos". W smaku porównywalne z kawiorem, bardzo "skoncentrowanie morskie", zdecydowanie uzależniające. Czytaliśmy w literaturze podróżniczej o egipskich chłopcach, nurkujących po jeżowce w porcie w Aleksandrii, ale relacje te miały już kilkadziesiąt lat, chłopcy zdążyli zapewne wyrosnąć i się zestarzeć, poza tym jakoś nigdy nie złożyło nam się być w Aleksandrii. Mówiono nam też, że w Kalabrii (konkretnie w Crotone) ktoś kiedyś słyszał, że ktoś widział, że ktoś jadł, ale jeżowce stały się dla nas gastronomicznym świetym Gralem. I oto spotkaliśmy się z nimi - twarzą w talerz. Ricci di mare, bo tak się zwą po włosku, uświetniają menu knajpek południowo - wschodniego wybrzeża Sycylii (Noto, Siracusa). Więc kolejne słowo stało się ciałem.

"Anyone but a fool would realize it's Sicily" (Winston Churchill)

czwartek, 1 stycznia 2009

Zapiski z szoku chlorofilowego (odcinek specjalny, noworoczny - Sycylia pedałów i gruźlików)


Tom wierszy Jarosława Iwaszkiewicza Dionizje 1921 ilustrowany jest pewną szczególną fotografią. Tomasz Cyz, autor książki "Powroty Dionizosa" opisuje ją tymi słowy: "Oto nagi mężczyzna leży wśród wody, ziemi i twardych kamieni. Z twarzą przywartą do podłoża. Jego ciało jest wygięte, jakby czuwał i wił się jednocześnie, jakby był wężem i kotem", co jest dowodem na to, że humanisty nie należy zostawiać zbyt długo samego z dziełem, bo znajdzie tam to, czego nie ma, nie zauważając oczywistości, które są. Model na zdjęciu (Iwaszkiewicz) pije wodę z potoku, co jest być może banalniejsze od grandilokwencji Tomasza Cyza, ale wiele bliższe prawdy.

Dość łatwo jest znaleźć źródło inspiracji zdjęcia. W 1878 na Sycylię przybywa młody niemiecki arystokrata, baron Wilhelm von Gloeden. Osiedla się w Taorminie, gdzie mieszka, z kilkuletnią przerwą podczas wojny światowej, do śmierci w 1931 roku. Baron cierpiał na gruźlicę, suchy ciepły i słoneczny klimat Sycylii powstrzymywał rozwoj choroby. Von Gloeden był jednym z pionierów fotografii. Początkowo zajmował się nią amatorsko, później, gdy stracił inne źródła utrzymania (około 1895), zawodowo. Baron fotografował scenki rodzajowe, krajobrazy i pejzaże sycylijskie, ale sławę zdobył jako fotograf nasyconych homoerotyzmem aktów męskich.

Von Gloeden nie czynił tajemnicy ze swoich upodobań seksualnych. Mieszkańcy Taorminy polubili ekscentrycznego barona, mimo, że ich synowie spędzali w otoczeniu Niemca i dnie i noce. Fotograf nie dość, że hojnie opłacał swoich modeli to również skrupulatnie rozliczał prowizje za sprzedane odbitki. Wielu młodym ludziom sfinansował start ku lepszemu życiu (wykształcenie, założenie własnych biznesów), fundował również posagi dziewczynom, które wychodziły za jego efebów. Dzięki von Gloedenowi i jego atelier fotograficznemu, Taormina zaczęła być sławna i odwiedzana. Barona i jego studio wizytowali możni ówczesnego świata: Kajzer Wilhelm II, król Edward VII, hiszpański monarcha Alfons XIII, król Syjamu, pisarze Anatol France, Rudyard Kipling, Oskar Wilde, Gabriele d'Annunzio, kompozytor Richard Strauss, naukowcy i przemysłowcy (Marconi, Rottschild, Krupp). Prace von Gloedena zdobyły popularność, sam baron został członkiem wielu towarzystw fotograficznych, ma również pewien wkład w teorię fotografii - był pionierem zastosowania filtrów i makijażu modeli w fotografii portretowej.

Jednym z modeli i kochanków von Gloedena był niejaki Pancrazio Buciuni, zwany (dla ciemnej karnacji) Il Moro. Był on również sekretarzem barona i spadkobiercą jego spuścizny. Gdy Mussolini uzdrawiał moralnie Włochy, wiele prac von Gloedena uległo zniszczeniu a sam Il Moro trafił przed trybunał. Grób zmarłego w 1963 Buciuniego ozdobiony jest zupełnie konwencjonalnym zdjęciem.

Von Gloeden nie jest jednak - bo nie mógł być - autorem zdjęcia Iwaszkiewicza. Iwaszkiewicz trafił po raz pierwszy na Sycylię w 1932, rok po śmierci von Gloedena. Brakującym ogniwem jest najpewniej Karol Szymanowski, kompozytor, kuzyn pisarza. Szymanowski, który także był chory na gruźlicę, odkrywał mroczne zakamarki swej seksualności również na Sycylii, którą odwiedził po raz pierwszy w 1911 (później ponownie w 1914). Jest raczej pewne, że Szymanowski odwiedził Taorminę i przywiózł do domu odbitki prac von Gloedena, które zainspirowały Iwaszkiewicza.

W wierszu "Włóczęga" Szymanowski pisze:


Miłości szukam - i niezmiennie
Przebiegam miejsca podejrzane (...)
Noc jest to wielka czarownica
Szeherezada, wróżka Maja...
Śmiało wiec zaczep ulicznika
Co się za długo prosić nie da
Noc go zamieni boska, dzika
W Bachusa albo Ganimeda
To młody bóg, co się nie spłoszy
I dozna z tobą upojenia (...)
Mniej piekny jest, gdy się rozwidni
Bo noc odmienia ci spojrzenie
Lecz ja nic nie chcę poza chwilką
Więc mnie i zawód nie dosięga
Nazajutrz gorzki uśmiech tylko...
Eros to zwodnik i włóczęga.

Oprócz młodzieńczych spełnień, sycylijskie podróże natchnęły Szymanowskiego pomysłem napisania opery o królu Rogerze. Pomysł dojrzewał długo - pierwszy szkic zamysłu dzieła datowany jest na rok 1918, kiedy to kompozytor zwraca się do Iwaszkiewicza z propozycją napisania libretta. Zamęt powojenny i porewolucyjny powoduje opóźnienie prac: libretto gotowe jest w 1920 a partytura w 1924. Premiera dzieła miała miejsce w Warszawie w 1926, główna partię sopranową śpiewała Stanisława Korwin - Szymanowska, siostra kompozytora.

Jest "Król Roger" dziełem mało typowym dla swojego gatunku, operą - można powiedzieć - psychologiczną, operą w której dramat oparty jest o kumulacje emocji postaci, a nie o zwroty akcji scenicznej. Już sam pomysł rozpoczęcia pierwszego aktu od sceny chóralnych śpiewów a capella zrywa z dotychczasowymi regułami gatunku. Z braku pomysłu inscenizacyjnego (choć didaskalia bardzo precyzyjnie opisują miejsca akcji poszczególnych aktów) dzieło wystawiane było najczęściej w postaci koncertowej. Dopiero w XXI wieku Mariusz Treliński zaproponował dwa różne zestawy kluczy interpretacyjnych do "Króla Rogera" (inscenizacje warszawska i wrocławska), które, jak napisała Dorota Szwarcman, zmieniają całkowicie perspektywę odbioru dzieła.

A historyczny król Roger II spoczywa spokojnie w porfirowym sarkofagu w katedrze w Palermo. W niemal osiemset lat po jego śmierci (1949), Teatro Massimo w Palermo wystawiło "Króla Rogera". Na premierze twórców opery reprezentował autor libretta, domniemany kochanek kompozytora, Jarosław Iwaszkiewicz.

Notatki z szoku chlorofilowego (część czwarta)

René Girard w książce "Początki kultury" (Wydawnictwo Znak) wprowadza termin "mord założycielski", dość nieszczęśliwie funkcjonujący w angielskim ("scapegoat mechanism"), w oryginale francuskim po prostu "le sacrifice". Mord założycielski Katanii to mord na świętej Agacie. Historia banalna, znana we wszelkich możliwych wariantach, te dziewice męczennice to zjawisko często spotykane - mamy więc połowe trzeciego wieku naszej ery, chrześcijaństwo szerzy się pokątnie po różnych kątach imperium. Agata urody wielkiej, ale ku chłopom się nie garnie, tylko ku temu haremikowi, co wokół Chrystusa już jest. Miejscowy starant wzgardzony, a że człowiek to wpływowy i mściwy, więc używa wpływów, aby się zemścić: Najpierw Agata trafia do burdelu, prowadzonego przez kuplerkę, niejaką Afrodizję, która sześcioma własnymi córkami frymarczy, zaczem do więzienia, na końcu na tortury. Piersi świętej szczypcami odejmowali, ogniem żywym smażyli, nic nie pomagało - święty Piotr nocami zjawiał się i uleczał. Aż w końcu mu się znudziło, bo ile razy można przyprawiać piersi (gębę to jeszcze), i Agata umarła. Przepraszam: oddała ducha (żeby w stylistyce księdza Skargi się utrzymać).

Różne Kościół wyczynia ekwilibrystyki, żeby świętych jakoś ze światem żywych powiązać. Wymyślono świętej Klarze patronat nad telewizją, bo się w różnych miejscach jednocześnie pokazywała, niczym Oprah Winfrey. Świętego Józefa ożeniono z pochodami pierwszomajowymi i ruchem robotniczym. Średnio natomiast jest smaczne czynienie ze świętej Agaty patronki kobiet po mastektomii, bo to sprawa poważna i wiązać jej z bajdurzeniem nie należy. To ja już wolę, aby pani Marianna Skiermont z Mlądza ugasiła kolejne dwa pożary za pomocą obrazu świętej w myśl ludowego "Święta Agata pożary zgniata". Welon świętej, wyciągnięty z trumny (katedra w Catanii), nie raz wstrzymał erupcje Etny, a także pogonił pohańców z Malty. Jakby ktoś miał obecnie problemy z wulkanami lub Turczynami - na allegro za jedyne 32 złote skuteczną pomoc znajdzie.

Święta przedstawiana jest najczęściej z obcęgami (na takiej samej zasadzie święty Wawrzyniec łazi z grilem), albo z piersiami na tacy. Piersi (w narzeczu miejscowym - i minni i virgini) można też kupić w cukierniach, oblane marcepanem, w trupio-seledynowym kolorze i z perwerersyjną wisienką w roli brodawki. Innym wynalazkiem miejscowej kuchni jeśli idzie o słodycze są cannoli - rurki z nadzieniem z sera ricotta. Ciekawe którego świętego to rurki?

Właśnie uzmysłowiłem sobie, że Dedal z Ikarem ("Dał ci Ikarus znać swym testamentem, byś się nie bawił cudzym elementem" - Klonowic) uciekali na skrzydłach na Sycylię. Gdyby lecieli gdzieś bliżej, może i Ikar doleciałby bez szwanku.


"Wciąż o Ikarach głoszą - choć dolecial Dedal
Jakby to nikłe pierze skrzydłem uronione
chuda chłopięca noga zadarta do nieba
- znaczyła wszystko. Jakby na obronę
dano nam tyle męstwa, co je ćmy gromadą
skwiercząc u lampy objawiają...
- Jeśli
poznawszy miękkość wosku umiemy dopadać
wybranych brzegów - mijają nas w pieśni.
Tak jak mijają chłopa albo mu się dziwią,
że nie patrzy w Ikary...

Breughel, co osiwiał
pojmując ludzi, oczy im odwracał
od podniebnych dramatów. Wiedział, że nie gapić
trzeba się nam w Ikary, nie upadkiem smucić
- choćby najwyższy...
- A swoje ucapić.
- Czy Dedal, by ratować Ikara, powrócił?
"

(Ernest Bryll)

Zaczyna się ciekawie, ale kończy bez sensu? Dlaczego wieszcz Ernest (Jak nie będzie wołowiny, nałapiemy kryla, jak nie będzie wieszczów innych, poczytamy Brylla - to już Ryszard Marek Groński) wbija Dedala w poczucie winy? A poniżej, w temacie, wiersz Stefana Sokołowskiego, który (zarówno Stefan, jak i wiersz) zasługuje na szersze rozpowszechnienie:


Przechodniu, podróż wstrzymaj i uroń łzę czystą,
wsłuchaj się w szept, co z ruin antycznych dobiega. . .

Oto grób. A w nim gnije Ikar, humanista,
który nie umiał pojąć zasad Bernoulliego.
Ojciec, inżynier Dedal, mówił: ,,-- Ruszaj głową.
Zadbaj o kąt natarcia, by malał z prędkością.
Każde skrzydło z osobna tworzy siłę nośną,
więc bacz, jak się układa siła wypadkowa.''

A Ikar po schematach wodził wzrokiem błędnym
i zazdrościł jastrzębiom, co w niebo się wzbiły. . .

Dedal nudził: ,,-- Leć równo i zachowuj siły,
ten model skrzydeł nie jest energooszczędny.
Jesteś większy od ptaka, więc gdy w górę wzlatasz,
nie trzepocz, tylko szybuj. Przy tym się zastanów,
że siła twoich mięśni wzrosła do kwadratu,
podczas gdy twoja masa wzrosła do sześcianu,
więc w porównaniu z ptakiem masz deficyt mocy.''

Ikar oczyma duszy już odwiedzał Olimp,
i jedną nogą duszy deptał gwiazdy nocy
a drugą nogą duszy z nimfami swawolił. . .

,,-- Słuchaj mnie!'' -- krzyczał Dedal. -- ,,Nie rwij się w niebiosa!
Nie próbuj akrobacji! Źle skończysz, idioto!
Mamy się tylko wymknąć z niewoli Minosa.''

Następnie mu do ramion przyczepił prototyp
i w drogę.

Ikar pognał na spotkanie zorzy
ku srebrzystym obłokom skrytym w mglistej dali,
tam, gdzie rydwan Heliosa zanurza się w morzu.
Potem sfrunął nad wodę nisko. Musiał przecież
swe ramiona omdlałe dać ochłodzić fali
i sól zaczerpnąć w płuca. . .
A Dedal doleciał.



Wczoraj w miasteczku Savoca spotkaliśmy się z panią, która grała świadka na filmowym ślubie Michaela Corleone (Ala Pacino) z Apollonią Vitelli. Siedzieliśmy w barze Vitelli, w którym Al Pacino prosił signora Vitelli o rękę córki.

Ślub kręcono w miejscowym kościele Santa Lucia. Inne, nieodległe miasteczko, Forza d'Agro użyczyło swych ulic i placów jako scenerii do innych ujęć podczas kręcenia trylogii Ojca Chrzestnego. Wcześniej w tym roku, w lombardzkiej Mantui, widzieliśmy Casa Rigoletto, będące domniemanym domem garbatego błazna z opery Verdiego. Dalej, za rzeką, znajduje się Casa Sparafucil, oberża mająca być widownią finałowych scen tejże opery. Sam Sparafucil, zawodowy morderca, który wrzucał trupy ofiar do wody, uzyczył swego imienia lokalnemu klubowi wioślarskiemu. Czymże gorszy jest Rigoletto jako patron Mantui, albo Michael Corleone jako najslynniejszy obywatel Savoki i Forza d'Agro od świętej Agaty patronującej Catanii? Jak napisał Oscar Wilde, to nie sztuka naśladuje życie, ale odwrotnie, życie naśladuje sztukę.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Notatki z szoku chlorofilowego (część trzecia)

Wyjeżdżamy z deszczowej Enny. Kierujemy się ku Acireale, ku termom siarkowym, gdzie moczył się Wagner. Utykamy w wąskich uliczkach Acireale, przez które przeciskamy się długie kwadranse w akompaniamencie klaksonów. Docieramy wreszcie do Terme Santa Venera, klasycystyczny budynek z 1873, Wagnera nawet pamiętają, o czym świadczy pamiątkowa tablica. Termy zabite deskami na głucho, rezydują tylko dwa głośne koty, obok piscina privata (non-termale), tamtejsi ciecie wysyłają nas do Term Santa Katherina. Termy św. Katarzyny wyglądają jak peerelowskie sanatorium, w recepcji czworo recepcjonistów, zmęczeni i źli domagamy się anglojęzycznego tłumaczenia. Po dziesięciu minutach pojawia się piaty recepcjonista. We are looking for thermal bath - zaczynamy bezpośrednio i roszczeniowo. There is no bus - oświadcza stanowczo zmartwony recepcjonista. Where do you live? - dodaje. Wychodzi na to, że ewentualnie mógłby nas podwieźć do domu, byle tylko się nas pozbyć. W koncu przechodzimy na włoski i wyjaśniamy, że chodzi nam o balneario thermale. Aha, powiada recepcjonista, i prowadzi nas na pokoje balnearyjne. Camere balnearie już zupełnie w klimatach Ciechocinka schyłku lat 60 ubiegłego wieku, obskurne, brudne, ciemne. Tutaj, powiada recepcjonista, operator obłoży nas gorącym błotem na tyle i tyle minut. A tam, powiada dalej, operator napuści nam kąpieli siarkowej na minut dokładnie siedem. Wanienka akrylowa, kozetka obita wytartym skajem, koce brudne, a przynajmniej mocno zmęczone. Quando costa? - pytamy, w nadziei, że cena będzie zaporowa. Venti euro - powiada recepcjonista, ale dodaje, że operator (znaczy ten, co to obkłada błotem i odkręca kurek) już sobie poszedł do domu, ale jutro będzie niezawodnie, od siódmej, i może nawet zostanie do dwunastej. Z pieśnią triumfu na ustach wracamy do samochodu. Ciekawe czy Wagner też musiał czekać na operatora.

Jarosław Iwaszkiewicz ("Ogrody"): "Sycylia była zawsze dla mnie ziemia urzeczywistnień. To, co było bajką, co było marzeniem, co było niemożliwością, tak jakoś zwyczajnie realizowało się tutaj, w tym ogrodzie, na tej ziemi [...] wszystko, o czym marzyło się, czego się lękało i czego potajemnie pożądało. Kiedy się było po części Penteuszem."

Jarosław Iwaszkiewicz ("Książka o Sycylii"): "Od pierwszej chwili polubiłem na Sycylii nie jej - imponujący zaiste - wielki aparat, ale jej codzienność: jej prostych mieszkańców, handlarzy, rybaków, hotelarzy, jej pejzaże, szare wzgórza, dymiące piece siarczane, osiołki na ulicach miast, muły i konie dzwigające kolorowe wozy"

niedziela, 28 grudnia 2008

Zapiski z szoku chlorofilowego (część druga)

Enna wita nas mgłą. Taką mgłą, którą znamy z San Marino, Urbino i Peruggi. Okno hotelowego pokoju wychodzi na placyk, na którym stoi pomnik. Pomnik stoi do nas tyłem, z powodu mgły czasami go widać lepiej, czasami gorzej, czasami wcale. Pomnik przedstawia Napoleona Colajanni - z uwagi na imię, styl przedstawienia i ubiór domniemywamy jakiegoś XIX wiecznego celebryta lokalnego. Włoska wikipedia szybko prostuje nasze wyobrażenia - ów Napoleon zmarł w 2005: szybciutko się sprawili z pomnikiem. Za pomnikiem sklepik z winem z kurka (vino sfuso e imbottigliato pomijamy drugi przymiotnik), dość szybko uczymy się topografii okolic. Nastepnego dnia wybieramy się do Piazza Armerina, aby zobaczyć mozaiki w Villa Romana w Casale. W Casale wita nas piekne słońce i niepiękny cieć - willa zamknięta z powodu renowacji, ponowne otwarcie w marcu. Wracamy jak niepyszni do Enny, do mgły i Napoleona Colajanni.

Na peryferiach Palermo znajduje się klasztor kapucynów, w którym za skromny, dwueurowy datek, zakonnik wpuszcza żądnych wrażeń do katakumb. W katakumbach kilkutysięczna kolekcja nieboszczyków z XIX wieku, wszelkiej profesji, płci, wieku, stopniu rozkładu. Wiszą na ścianach, leżą, stoją. Czasem w otwartych trumnach, przeważnie jednak "luzem". Zwyczaj zaczął się poniekąd przypadkowo - kapucyni, którzy sprowadzili się do Palermo w XVI wieku, chowali swoich zmarłych braci w krypcie pod klasztorem. Po kilkudziesięciu latach, przy konieczności przeniesienia zwłok do większego pomieszczenia, okazało się, że uległy rozkładowi tylko w niewielkim stopniu. Ówczesny przeor wpadł więc na pomysł ustawienia ich pionowo i udostępnienia katakumb żyjącym mnichom celem medytacji ("memento mori"). I tak się zaczęło. Wieść się rozniosła poza klasztor i w pewnym momencie trudno już było kolejnym przeorom odmawiać prośbom o pochówki osób świeckich, zwłaszcza, że byli wśród nich dobroczyńcy zakonu, osoby znane i zasłużone. Na początku zgody były półgębkiem, sporadyczne, ale od mniej więcej XVIII wieku obowiązywała zasada "kładź się, kto chcesz". Okazało się wkrótce, że cudowna ochrona przed rozkładem spowodowana była brakiem dostępu powietrza do trucheł i przy masowym dostępie (zarówno nieboszczyków do katakumb, jak i odwiedzających do nieboszczyków) należy wspomóc cudowność jakimiś zupełnie ziemskimi działaniami. W ten sposób Sycylijczycy odkryli na nowo mumifikację zwłok. Na początku dość prymitywną - podsuszanie, obsypywanie wapnem i kredą, obmywanie octem, później stosowano coraz bardziej zaawansowane techniki - kąpiele w arszeniku, nastrzykiwanie różnymi chemikaliami. Stąd też bardzo różny stan techniczny zwłok. Ostatnim wkładem, pochodzącym z 1920 roku, jest dwuletnia Rosalia Lombardo ("Śpiąca Królewna"), przygotowana przez słynnego balsamistę doktora Alfredo Salafię, który tajemnicę swojego warsztatu zabrał ze sobą do grobu.

Żywi odwiedzali umarłych, teraz - tak jak my - powodowani ciekawością, dawniej z innych, bardziej prozaicznych potrzeb. Niekiedy lokatorzy katakumb zastrzegali sobie w testamentach regularne przebieranie ("upiorny legat"); rodzice przyprowadzali potomstwo, aby zapoznało sie z dziadkami, do całkiem naturalnych obyczajów należało wnoszenie koszy z jedzeniem i urządzanie pikników w podziemiach. Moda na pochówki w katakumbach trwała przez dwa stulecia. Uważano wówczas, że taki sposób chowania zmarłych pomaga żywym utrzymać więź ze zmarłymi krewnymi. W polskiej obyczajowości trup jest rzeczą wstydliwą, należy go jak najszybciej ukryć, schować (etymologia słowa pochówek), usunąć z pola widzenia. A jednocześnie obowiązuje silny kulturowy nakaz "dbania o zmarłych" - dla cudzoziemca wizytującego Polskę największym szokiem jest widok ukwieconych i "uzniczonych" cmentarzy bez względu na porę roku. Czasami sobie myślę, że warto byłoby skonfrontować bezmyślnych niekiedy zwolenników lizania nagrobków, konkursu na ilość zniczy i odhaczania rodzinno-towarzyskiej listy obecności przy płytach w początkach listopada z perspektywą obyczajów sycylijskich. Chcecie? Lubicie? Proszę bardzo - ale idźcie na całość...

Zapiski z szoku chlorofilowego (część pierwsza)

Dobrze latać liniami lotniczymi o zszarganej reputacji. Pasażer nie ma wielkich oczekiwań, a w zasadzie oczekuje tylko najgorszego. Zbankrutowana (bądź wpółzbankrutowana) Alitalia wyleciała z Warszawy punktualnie a przyleciała do Rzymu pół godziny przed czasem. Owe pół godziny czekaliśmy za to w samolocie na podstawienie schodów. Przesiadka łatwa - wylot do Palermo o czasie, przylot również, bagaż nie zgubiony - podróż marzeń niemalże.

W hotelu pod Palermo otrzymaliśmy pokój o powyższonym standardzie - z kotem. Pierszego wieczoru kot czekał na nas na podwórzu i wyraźnie wiedział już, że idziemy do numeru 301. Kot zorientowany był co do rozkładu pokoju, a także pewien co do swojego miejsca w łóżku. W ramach układania sobie pożycia z kotem urządziłem mu poidełko w bidecie (standardowe wyposażenie włoskich łazienek). Jedzenia nie mamy, ale nasz związek z kotem nie ma charakteru pokarmowego.

Spanie z kotem dla nieprzywykniętego jest trudne. Kot nudzi się (jednak nie na tyle, żeby sobie pójść) i na każdy ruch ręką czy nogą reaguje zainteresowaniem. Zainteresowanie zaś manifestuje się wystawionymi pazurami. Łóżko jest duże, okiennice zamknięte - kot może być (i jest) z każdej strony. Trzeba więc spać nie ruszając się nadmiernie, snem katatonicznym. Nad ranem kot lituje się nad nami i wychodzi przez uchylone drzwi. Po południu, gdy wracamy z Palermo, kot czeka na nas na korytarzu. Po kolacji kot informuje nas (i cały hotel) głosem o przysługujących mu prawach. Zaczynamy zżywać się z kotem, kolejną noc przesypiamy już wszyscy bardziej spokojnie. Następnego dnia, w hotelu w Ennie, wita nas niewidzialny napis "W tym hotelu nie ma kota".

Palermo przypomina nam nieco Neapol - popadające w ruine palazzi i kościoły, śmieci, zapaszki i pranie suszące się na balkonach i sznurach pomiedzy nimi. Dość niesamowite - i niespotykane wcześniej - są normańskie świątynie, z ducha i kamienia ekumeniczne, łączące późnoromański idiom architektoniczny z arabskim ornamentem i bizantyjskimi mozaikami. Spośród różnych nacji władających Sycylią właśnie Normanowie konkurują z niemieckimi Hohenstaufami do miana najsympatyczniejszych okupantów - dla Greków Sycylia była kolonią na kresach znanego im świata, dla Rzymian spichlerzem imperium, dla Arabów i Bizncjum krótkotrwałym podbojem, dla Francuzów dojną krową, a dla władających wyspą najdłużej Hiszpanów, zapadłą prowincją, czymś w rodzaju wewnętrznej kolonii, mało atrakcyjnej wobec bogatego w skarby Nowego Świata.

Każdy zakątek Europy ma jakiś wątek polski, nie jest od niego wolna i Sycylia. Ludwik Mierosławski, XIX wieczny, nie bójmy się tego słowa, awanturnik i fantasta ma w swojej biografii epizod sycylijski. Historia nie poznała się na Mierosławskim wodzu czy dyplomacie, nie dane mu było - o co bardzo się starał - zostać wynalazcą nowych broni i stategii wojskowych, jedyne co mu wychodziło w miarę dobrze, to opisywanie wydarzeń, w których brał udział. W ten sposób Mierosławski już za życia wykreował się na postać historyczną i jednego z głównych bohaterów Wiosny Ludów.

Wynalazki wojskowe Mierosławskiego, jako sie rzekło, nie znalazły uznania u współczesnych, ani tym bardziej potomnych, zwłaszcza, że usiłował ponownie wprowadzić na pole walki kosę jako główną broń zaczepną piechoty. Lansował również noszenie plecaków, wbrew ich nazwie, z przodu, na piersi żołnierza, w charakterze puklerza, czy też, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, kamizelki kuloodpornej. Widział też świetlaną przyszłość dla "wozów wojennych" będących połączeniem uzbrojonego taboru, ruchomej warowni i rydwanu bojowego. Owe wozy, uzbrojone rzecz jasna w kosy i miotające na wszystkie strony fajerwerki miały stanowić czynnik rozstrzygający wojnę. Należy oddać sprawiedliwość Mierosławskiemu - osiemdziesiąt lat później Anglicy bezczelnie ukradli ten pomysł i wprowadzili na pocięte okopami pola Pikardii pod mylącą nazwą zbiornik, zmieniając napęd i rezygnując naszpikowania owych zbiorników kosami. Innym jeszcze projektem Mierosławskiego było wynalezienie hełmu, na razie w trybie połączenia łopaty z kaszkietem.

Dokonania dowódcze Mierosławskiego prezentują się równie mizernie. W powstaniu listopadowym służył w stopniu podporucznika "jako siedemnastoletni, ale żwawy chłopaczek". Po upadku powstania, przez Galicję dostaje się do Francji, gdzie konsumuje doświadczenia powstańcze publikując najpierw "Tableau de la premiere epoque de la revolution de Pologne" (1833), później trzytomową 'Historie de la revolution de la Pologne" (1836) a na koniec jeszcze "Rozbiór krytyczny kampanii 1831 roku i wywnioskowane z niej prawidła do prowadzenia wojny narodowej" (1845). W świecie nauki panują obecnie dobre obyczaje zakazujące pisania magisterki, doktoratu i habilitacji dokładnie z tego samego tematu. Tak więc Mierosławski, żądny czynu, przygotowuje powstanie w Wielkopolsce. Powstanie 1848 roku szybko upada, ale w międzyczasie podporucznik nadaje sobie tytuł szefa sztabu i "inspektora jeneralnego siły zbrojnej" (stąd już niedaleko do generała, nieprawdaż?). Mierosławski wywija się od pruskiego stryczka, jako obywatel francuski podlega wydaleniu do Francji.

Projektant nieudanych wypraw, dowódca przegranych kampanii i bitew, "general des causes perdues" otrzymuje oto wezwanie z Sycylii, która właśnie toczyła wojnę wyzwoleńczą przeciwko rezydującemu w Neapolu Ferdynandowi II z dynastii Burbonów. Nieszczęśliwe musiały być stosunki na wyspie i fatalne rozeznanie sytuacji, skoro ratunku spodziewano się od tak wybitnego stratega, opromienionego chwałą niezliczonych zwycięstw (do wyboru mieli Sycylijczycy prawdziwego generała francuskiego, z napoleońskim doświadczeniem, ale uznawszy go za niezbyt nasiąkniętego duchem narodowowyzwoleńczym i dość już leciwego, osadzili go w Palermo, nadając tytuł marszałka i dekorując wszystkimi możliwymi orderami). Mierosławski przybywa do Palermo, gdzie witany jak zbawca przejmuje dowództwo nad powstańcami. Geniusz strategiczny po raz kolejny dochodzi do głosu, Mierosławski mając do czynienia z przeciwnikiem o wiele liczniejszym, znacznie lepiej uzbrojonym i karnym, dzieli swe siły na cztery części i rzuca do nieskoordynowanego ataku. Ze skutkiem wiadomym. Sycylijski epizod Mierosławskiego trwał niecały miesiąc. Po powrocie do Paryża (bo talenta generała obejmowały również szybkie odwroty strategiczne; znany był także jako gadatliwy i skłonny do zwierzeń jeniec) Mierosławski zadbał o właściwe naświetlenie niedawnych wydarzeń. W "Relation de la campagne de Sicilie en 1849" Sycylijczycy przedstawieni są jako nieudolni tchórze, wyzbyci patriotyzmu i woli walki. Dla kompletności obrazu dodać jeszcze należy, że w tymże 1849 zdążył Mierosławski być jeszcze przywódca rewolucyjnych wojsk Badenii i Palatynatu. W lutym1863 powraca do Polski i zostaje dyktatorem powstania styczniowego. Po dwóch przegranych potyczkach składa urząd i wraca do Francji, gdzie wypisuje paszkwile na temat fatalnej organizacji powstania i jeszcze fatalniejszego jego przeprowadzenia. Zyje długo, umiera w Paryżu w roku 1878. Na współczesnej Sycylii raczej, na szczęście, nie znany.

sobota, 27 grudnia 2008

Święta Łucja, piórem księdza Piotra Skargi

"Gdy po wszystkiej Sycylii przebogosławionej Agaty, męczenniczki Chrystusowej, sława się ruszyła, a lud z Syracuzy do uczczenia jej grobu około pięćdziesięciu mil z ochotą czynił - między innymi szła tam Łucja, czci godna panienka, na święto jej, z matką swoją Eustachią, która już cztery lata płynienie krwi cierpiała. Padły przed grobem świętej dziewicy matka i córka, prosiły z płaczem przyczyny jej. Święta Łucja zasnęła i we śnie ujrzała świętą Agatę między Anioły, dziwnie drogo ubraną, stojącą i mówiącą: Siostro moja Łucjo, Dziewico Bogu poślubiona, czemu ode mnie prosisz tego, co sama zjednaćmożesz matce Twojej? Wiara twoja pomogła matce twej, a oto uzdrowiona już jest. A jako dla mnie Katania jako miasto od Chrystusa wsławione jest, tak dla Ciebie Syrakuza uczczona będzie, boś wdzięczne Chrystusowi mieszkanie dała w Twoim dziewictwie.

To słysząc Łucja ocknęła się i rzekła do matki: Matko moja, juz nigdy nie wspominaj męża, a nie czekaj śmiertelnego potomstwa i pociechy z ciała mego, wszystko to, coś w posagu dać miała człowiekowi dziewictwo moje psującemu i umierającemu, to daj Panu Jezusowi dziewictwo moje zachowującemu. A matka jej rzekła: Zamknij pierwej oczy moje, a czyn z tym potem, co chcesz. A Łucja święta odpowie: Nie tak ten jest Bogu miły, który to mu daje, czego z sobą wziąć a użyć nie może - chceszli Bogu być miłą, daj mu to, czego zażyć możesz. Pókiś tedy żywa jest a zdrowa, daj Chrystusowi, co trzymasz.

Gdy tedy co dzien o tym z matką mówiła, rozdawała swoje majętności i na potrzeby niedostatecznych obracała. Gdy już wsi i drogie perły przedała, doszło to do jej oblubieńca, który się pilnie od mamki jej począł pytać, co się dzieje. A ona ostrożnie zmyśliła: Oblubienica, pani twoja, kupuje lepsze mienie i kwoli temu te i inne rzeczy przedaje. Uwierzył temu głupiec i sam jeszcze do przedawania pobudzał. Lecz gdy widział, że wszystko ubogim wdowom, pielgrzymom, sługom bożym rozdano, pozwał ją do Parchazjusza, starosty, mówiąc: Moja oblubienica Łucja chrześcijanka jest, przeciw rozkazaniu cesarskiemu czyni. Karał ją słowy Parchazjusz i do ofiary diabelskiej przywodził. A święta Łucja rzekła: Ofiara żywa i niepokalana u Boga jest ta - wspomagać wdowy i sieroty w utrapieniu ich. Iż już nic nie mam, co bym jemu na ofiare dać miała, jemu się sama ofiarą żywą ofiaruję.

Parchazjusz rzekł: Te słowa mów takim, jakoś sama chrześcijanom. U mnie, który przestrzegam rozkazania cesarzów, próżne są te słowa. Łucja: Cesarskich ustaw strzeżesz, a ja bożych. Czyń co ci się zda, ja uczynię, co jest mi pożyteczne. Parchazjusz
: Ojczyznę twoją z gamraty, z którymiś dziewictwo utraciła, pożarła i rozproszyła; przetoż jako nierządnica mówisz. Łucja: Jam ojczyznę moją na dobrym miejscu zostawiła, a skazicielów duszy i ciała nigdym nie przyjęła. Parchazjusz: A kto kazi duszę i ciało? Łucja: Radzicie duszom ludzkim cudzołostwo
, aby męża swego opuszczały, to jest Stworzyciela swego, ażeby szły za diabłem i bałwanami. Parchazjusz: Ustaną słowa, gdy przyjdzie do kija. Łucja: Apostoł rzekł, iż ci, którzy w czystości żyją, są Kościołem Bożym i Duch Święty w nich mieszka. Parchazjusz: Każę cię do nierządnego domu prowadzić, gdzie czystości zbędziesz i uciecze od ciebie Duch Święty. A Łucja: Ciało się nigdy nie maże, chyba gdy serce przyzwoli. Jeśli mnie poniewolnie zniewolisz, czystość moja dwie korony mieć będzie. Parchazjusz: Każę cię na nierządzie umorzyć, jeżeli na ceremonie cesarzów nie zezwolisz. Łucja rzekła: Co z ciałem moim uczynisz, o to sługa Chrystusa dbać nie będzie.

Tedy starosta kazał przyjśc nierządnym gospodarzom i dał im Łucję świętą mówiąc: Weźmijcie, ludzie, czystość jej i tak długo urągać z niej każcie, aż umorzona będzie. A gdy ją ciągnąc nierządnicy poczęli, tak mocną dał jej wagę Duch Świety iż jej ruszyć z miejsca nie mogli. I gdy więcej żołnierzów przystapiło, trącając ja i ciągnąc, od potu ustawali, a Panna Boża niewzruszona zostawała. I nabrali powrozów, którymi ją za ręce i nogi uwiązali, i wszyscy ją ciągnęli, a ona jako góra, której ruszyć nikt nie może, stała. Trwozył się więc Parchazjusz i w smutku omdlewał, i przyzywał czarowników i swoich kapłanów. Kazał ją uryną lać, ale i to nie pomogło. Kazał wiele par wołów na pociągnienie jej zaprząc, lecz jej bynajmniej z miejsca ruszyć nie mogli. Rzekł tedy do niej Parchazjusz: Co to są za czary twoje? Co się dzieje, że jednej panny tysiąc mężów ruszyć nie może? I rzekła mu panna: Co się frasujesz, doznałeś, żem jest Kosciołem Bożym, uwierzże. Jeżeliś jeszcze nie doznał, przypatrzże się. A Parchazjusz tym więcej wzdychał, widząc, że się z niego pośmiewisko czyni. Tedy kazał około niej wielki ogien napalić i smoły żywicy i oleju nakłaść i na nią miotać. A panienka stała niewzruszona. Zatem przyjaciele Parchazjuszowi, patrząc na jego frasunek, przebić mieczem gardło panienskie kazali. Zraniona srodze, modliła się, póki chciała, rozmawiała z ludźmi, póki chciała, mówiąc: Jako kataneńskie miasto ma obronicielkę swoją Agatę, siostrę moją, także ja dana jestem miastu temu.

A gdy mówiła sługa boża Łucja, mając onę ranę przed oczyma, widziała związanego Parchazjasza, po którego cesarz przysłał. Bo w radzie rzymskiej na gardło skazany jest. A Łucja święta męczenniczka z miejsca się onego, na którym przebita jest, nie ruszyła ani umarła pierwej, aż przyszli kapłani i dali jej Najświętszy Sakrament, i rzekli wszyscy: Amen. Toż ona ducha wypuściła. Na tymże miejscu imieniem jej kosciół jest zbudowany, w którym kwitną modlitwy jej teraz i póki ten świat stać będzie. Amen."

Jednej informacji ksiądz Skarga oszczędził swoim polskim czytelnikom. Otóż Łucja wydłubała sobie oczy, aby owe Parchazjusza nie kusiły. Oczy symboliczne nosi się przed świetą na tacy na procesjach.

sobota, 20 grudnia 2008

Podróż na Sycylię czyli koniec świata

"Kandyd mówił o Kunegundzie, że była gwałcona wiele razy, ale że jej cnota hartowała się od tego. Można by to powiedzieć o Sycylii. Wyspa, którą nazywają uśmiechniętą, codziennie kąpana w morzu, ciepła, kształtna, pachnąca migdałami, pogodna, z ciałem koloru pomarańczy z połyskiem oliwek, zachęcała do zdobywania. Leżała przy samej drodze do Europy od południa. Była bramą do niej po prostu, skoro los Europy rozstrzygał się przez trzy tysiące lat tu, nad Morzem Śródziemnym. (...) Oto, gdy mówimy o Germanach jako budowniczych Germanii, albo o Polanach zamieszkujących dawną Polskę, to chcemy w tym znaleźć ciągłość i jedność narodu, jego charakter, wskazówkę na przyszłość. Germanie byli wojowniczy, odważni, okrutni, podczas gdy Polacy, mieszkańcy słonecznych polan, odżywiani kwietnym miodem, musieli zostać na zawsze łagodni, leniwi i dobroduszni. Świadomie, nieświadomie żyjemy w historiozofii Starej baśni. Dla mitologii Sycylii teoria taka nie przynosi pożytku. W historii wyspy nie ma konsekwencji rozwoju ludu czy narodu. Lud pierwotny tak zmieszał się z najeźdźcami, tak im uległ, że nic z niego nie zostało. Nawet ruiny. Sycylia była teatrem, na którego scenie wstępowały po kolei wszystkie wielkie europejskie narody, starając się godnie pokazać siebie i tylko siebie. Bez troski o jedność tragedii. W tym na pewno leży urok wyspy. (...) Podróż do obcych miast to codzienne sprawdzanie obiektywnych pojęć i subiektywnej wyobraźni. Przeczytaliśmy książkę o Sycylii, mamy o niej szereg informacji, jakiś sąd ogólny, i nasza wrażliwość oczekuje niespodzianki. Czy rzeczywistość będzie tylko zrealizowaniem znanego słowa, czy odkryciem, może nawet wynalazkiem? Z jednej strony tautologia, z drugiej kontrast z marzeniem. Oto granice podróży. Niepotrzebne jest podróżowanie z wynikiem, że jest tak, jak jest, tak jak być powinno. (...)"
(Andrzej Banach)
"Bez Sycylii Włochy nie pozostawiają żadnego obrazu w duszy. Sycylia jest kluczem do wszystkiego..." 

(Johann Wolfgang Goethe)