Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Love Never Dies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Love Never Dies. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2014

Stephen Ward: inna Christine, inny Anioł


W ramach prezentu urodzinowego dostałam bilet do teatru na nowy musical Andrew Lloyda Webbera pt. Stephen Ward oparty na wydarzeniach „afery Profumo”. Rzecz miała premierę w grudniu zeszłego roku, ale pewnie nie zagrzeje miejsca na scenie, bo recenzje były takie sobie. A szkoda. Dzieło jest – przyznaję – nierówne, pierwszy akt jest znacznie lepszy od drugiego, ale ogólnie rzecz biorąc nie jest źle. Powiem więcej, jest zupełnie nieźle. I zwracam nadwątlony honor Lorda W. Z jednym zastrzeżeniem – to TO należało wystawić ZAMIAST Love Never Dies.
Afera Profumo nie jest poza Wielką Brytanią zbyt znana. Lata 1960-te, zamieszany w skandal seksualny minister obrony John Profumo podaje się do dymisji po tym, jak udowodniono mu kłamstwo. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że innym kochankiem panny Christine Keeler był radziecki attaché na usługach KGB. Rząd i policja szukają kozła ofiarnego – znajdują go w osobie tytułowego bohatera, cenionego osteopaty z koneksjami w bon mondzie. Stephen Ward zostaje oskarżony na podstawie sfabrykowanych dowodów o czerpanie dochodów z prostytucji i doprowadzony do samobójstwa.
Przede wszystkim Webberowi należy się duże uznanie za odwagę. W czasach, gdy teatry West Endu stawiają na „listy przebojów” (typu Mamma Mia) albo rozrywkę rodzinną, on proponuje musical nie tylko oryginalny (choć z jego melodiami jest trochę tak, że „heard one - heard all”, ale ja je lubię), ale przede wszystkim dla dorosłych. Typu: orgia na scenie albo aktorzy na golasa. Brudna polityka, brudny seks, postacie, których nie sposób polubić (brawa dla aktorów to inna kwestia).
No właśnie – postacie. Otóż mamy tu młodą, początkującą piosenkarkę imieniem Christine, pochodzącą ze wsi i szukającą swojego miejsca w stolicy. Kiedyś - w kabarecie, w którym śpiewa – zaczepia ją przystojny starszy mężczyzna i oferuje jej swoją bezinteresowną przyjaźń i pomoc. Odwiedza nawet jej matkę, którą oczarowuje drogim samochodem i komplementami. Mówi, że nie ma wobec Christine żadnych złych zamiarów, chce być jej „aniołem stróżem” (dosłownie). A potem zabiera ją nad jezioro i śpiewa z nią duet o tym, że raj można znaleźć również na ziemi… Komuś się włącza małe światełko? Jeśli coś takiego robi Webber to można mieć tylko jedno skojarzenie. Tylko że minęło 80 lat – i nie ma już niewinnej Christine i jej mrocznego, opiekuńczego, uwodzicielskiego Anioła. Ten londyński „anioł” to raczej śliski manipulator, typek mamiący panienki stylem życia nieco wyliniałego lowelasa, żeby potem przedstawiać je swoim bogatym i wpływowym znajomym. Dlaczego? Na pewno nie dla zysku. Stephen nie dostaje za sutenerstwo żadnych pieniędzy, wręcz utrzymuje z własnych dochodów Christine i jej psiapsiółę Mandy (Meg Giry?), pozwala im mieszkać w swoim apartamencie, bez żadnych dwuznaczności. Michał miał w przerwie hipotezę, że Stephen Ward jest impotentem – i coś w tym jest.
Ale Christine też tam już nie ma – jej młodsza o cztery pokolenia imienniczka jest dziewczyną do cna zdemoralizowaną, cyniczną, rozwiązłą, a przy tym poważną kandydatką na najgłupszą postać żeńską wszech czasów. Kultura europejska wytworzyła archetyp prostytutki nieszczęśliwej (Maria Magdalena, Fantyna), zmuszanej do tego procederu przez nędzę, zawstydzonej i pokutującej – a z drugiej strony rubasznej i jowialnej zawodowo „wesołej dziewczynki”. Christine pewnie bliżej do tego drugiego modelu – z tym, że jest ona zbyt wulgarna i tępa, żeby emanować beztroskim wdziękiem. To puszczalska nowego, powojennego typu – kopuluje z kim popadnie, czy to radziecki szpieg, czy zgraja „światowców”, z których po opadnięciu spodni zostają tylko zwiędłe, odrażające ciała. Jej „romanse” to alkoholowo-narkotykowo-seksualny ciąg z korowodem ciał bez znaczenia. Tylko ze Stephenem nie spółkuje, więc wydaje jej się, że tylko jego jednego kocha. Oczywiście, do czasu aż napatoczy się kolejny buhaj – tym razem czarny diler, a najlepiej od razu dwóch, więc do orgietek dochodzą jeszcze bijatyki i strzelaniny. No cóż – taka była historia… A przecież życie to nie bajka, ostatnich romantyków wystrzelano w dwóch wojnach światowych. I nie ma już naiwnych debiutantek, ani na wpół strasznych, na wpół wspaniałych aniołów – jest tylko pijana dziwka i eksponat w „gabinecie strachu” muzeum figur woskowych, stojący obok Hitlera (ponoć to właśnie spotkało wkrótce po śmierci Stephena Warda).
Gdyby Lord Webber pociągnął ten pomysł do końca, dostałby ode mnie 4 gwiazdki na 5 (londyńska metoda oceniania przedstawień teatralnych). Niestety, drugi akt niepotrzebnie się dłuży, do końca nie wiadomo, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi, ważne postaci znikają z pola widzenia, a na ich miejsce pojawiają się nie wiadomo skąd i po co kolejne, takie jak wyciągnięta z kulisy pani Profumo, która śpiewa obowiązkowy w drugim akcie „showstopper”, bo naprawdę nie ma nikogo innego, kto miałby jeszcze coś ciekawego do powiedzenia. Jeśli to miał być dramat polityczny na miarę Evity, to nie wyszedł – głównie dlatego, że historia banalnej małżeńskiej zdrady nieciekawego i pozbawionego charyzmy polityka nie ma w sobie potencjału na jakikolwiek ponadczasowy dramat. A Stephen Ward? No cóż, można go na końcu żałować, jak każdego, kto padł ofiarą sądowej nagonki. Grzeszył, ale nie popełnił żadnej zbrodni. Żałosny facecik, żaden tam demon. Ktoś liczył na demony w latach 60-tych? Przecież minęło całe 80 lat – albo jak kto woli 27 od premiery – i wszyscy trochę dorośliśmy, trochę zgorzknieliśmy, prawda? I nie wierzymy już w żadne muzyki nocy… No ale przecież to jest naprawdę zupełnie inna historia i o kimś zupełnie innym… I tak, Milordzie, trzeba było w 2010 roku!

PS. Dla zainteresowanych: co stało się potem. Prawie wszyscy uczestnicy tych wydarzeń już nie żyją. Major Iwanow rozpił się po tym, jak żona rozwiodła się z nim na wieść o skandalu. Zmarł w 1994 roku. John Profumo po wycofaniu się z polityki przez kilkanaście lat czyścił kible (sic!) w ośrodku pomocy społecznej, ale po latach otrzymał Order Imperium Brytyjskiego, a podczas 70-tych urodzin Margaret Thatcher siedział przy stole obok królowej Elżbiety. Zmarł po wylewie w 2006 roku. Czarnoskóry diler Johnny Edgecombe odsiedział pięć lat za napad z bronią w ręku, po wyjściu z więzienia zajął się jazzem. Zmarł na raka w 2010 roku. Obie panie, Christine i Mandy, żyją do dziś. Były obecne na premierze musicalu i pewnie starały się robić dobrą minę do złej gry (świetnych i bardzo urodziwych aktorek zresztą).

piątek, 30 lipca 2010

Madame Butterfly po stu latach

Będąc ostatnio w Toronto – o czym być może innym razem – mieliśmy okazję zobaczyć na scenie tamtejszej Opery gościnny spektakl teatru z Pittsburga „Miss Saigon”. Musical, w warstwie treściowej wzorowany na „Madame Butterfly” Pucciniego, wywołujący u mnie podobne wrażenia, jak jego operowy pierwowzór – uważam, że jest to sentymentalne do bólu, ale i tak ronię łzy za każdym razem. Jeśli przez blisko sto lat dzielące „Madame” od „Miss” coś się zmieniło, to najbardziej to, że tym razem mamy do czynienia nie tyle z potępieniem rasizmu, w myśl którego amerykański oficer Pinkerton sadystycznie wyrywa nóżkę po nóżce motylkowi-gejszy, zakochanej w nim z całą determinacją piętnastoletniej córki samuraja i lojalnej aż po grób, co jest opowieścią par excellence tragiczną, gdzie nikt nie jest winny, jednocześnie nie będąc kryształowym. W odróżnieniu od Pinkertona, Chris (jego dwudziestowieczny odpowiednik – żołnierz amerykański podczas wojny w Wietnamie) nie jest pozbawionym uczuć samcem traktującym podstawioną mu dziewicę jak prostytutkę, ale porządnym chłopakiem, który i prostytutkę potraktuje jak dziewicę. Kim (nowoczesna Cio-Cio San) popychają do kupczenia własnym ciałem okoliczności uwiecznione na najbardziej wstrząsających zdjęciach z wietnamskiej wojny. A co najważniejsze, tym razem kochanków z obskurnej tancbudy trafia – wraz z dźwiękami saksofonu – promień prawdziwej miłości, z rodzaju tych, co to po trzydziestu latach zamieniają burdelowe okoliczności poznania w romantyczną opowieść dla wnuków. „Ślub” więc jest obustronnie szczery, mimo że po dwóch tygodniach wyrwanej z działań wojennych sielanki Kim i Chris zostają rozdzieleni przez komunistów, bitewny chaos i inne plagi. Akcja urywa się na trzy lata, podczas których Kim (całkiem jak Butterfly) wygląda na wschodnią stronę i czeka aż powróci jej wybawca. Wybawcy tymczasem nie ma – jest za to ex-alfons z baru (pseudo: Inżynier), który z czasem został przyjacielem i dba o nią jak o własną siostrę (ten lawirujący na falach historii cwaniak, którego życiową ambicją jest wyjazd do USA, ma jednak w dossier stręczenie własnej matki…), jest ex-narzeczony z rodzinnej wsi, obecnie awansowany na komunistycznego komisarza, ale wciąż zakochany, no i (znów jak u Pucciniego) jest dziecię-niespodzianka, którego samo istnienie podtrzymuje nadzieję Kim na powrót Chrisa. Chris tymczasem – spędziwszy rok na bezskutecznych poszukiwaniach zaginionej ukochanej – ułożył sobie życie z kimś innym. Jego nowa żona Ellen nie ma pojęcia o jego przeszłości. Dla dwudziestoletniej Kim absolutnym priorytetem jest wysłanie synka do Stanów, gdzie jak sądzi miałby większe szanse na godne życie. Póki co, zastrzeliwszy z pozostawionego jej przez Chrisa pistoletu dawnego adoratora (przerażony faktem, że Kim urodziła mieszańca wrogowi narodu, próbuje zabić dziecko), Wietnamka ucieka wraz z „Inżynierem” do Bangkoku, gdzie z braku innych perspektyw kontynuuje pracę w domu publicznym.

I w tym miejscu drogi kochanków ponownie się krzyżują – i znów za sprawą przyjaciela Chrisa, Johna (odpowiednik Sharplessa), który w pierwszym akcie wyciągnął go do burdelu a teraz, najwyraźniej pokutując za dawną niemoralność, zbiera po całej Azji owoce łóżkowych potyczek dzielnych G.I.s. Chris, dowiedziawszy się, że ma syna, bynajmniej nie okazuje zachwytu, a perspektywa zabrania nieznanego mu dziecka do Ameryki wcale mu się nie uśmiecha. Owszem, przyznaje, naprawdę kochał Kim, ale to było dawno i na wojnie, a na wojnie jak na wojnie. Teraz ma nową żonę (póki co bez dzieciątka, ale Ellen nie kryje się z takimi planami) i nie zamierza od niej odchodzić, chociaż dawnej przyjaciółki jest mu szczerze żal. Ellen ewentualnie, choć bez entuzjazmu, wzięłaby dziecko, ale bez ciągnącej się za nim azjatyckiej girlaski zakochanej do szaleństwa w jej mężu. Postanawiają załatwić sprawę po amerykańsku, czyli poprzez przekaz walutowy. Doprowadzona do rozpaczy Kim aranżuje spotkanie z dawnym ukochanym, po czym strzela do siebie z jego własnego pistoletu. Umierając w ramionach skruszonego Chrisa, Kim wzdycha „Jak to możliwe, że doszliśmy tak daleko przez jedną noc…”.

Melodie są bardzo ładne, ekipę aktorską trafiliśmy przednią, strona inscenizacyjna bez zarzutu – nie jestem tylko pewna, czy ten osławiony helikopter, który miał „lądować” na scenie, został nam dostarczony w wersji oryginalnej, czy jednak nieco uproszczonej dla potrzeb tournee, ale przecież nie o helikopter tam chodzi. Jeśli chodzi o libretto – moim zdaniem pokonali Pucciniego (czego nie mówię lekko, bo to mój ulubiony kompozytor). Pomysł, że Butterfly/Kim zabija się po to, żeby ODDAĆ dziecko – a awans z tajskiego lupanaru do siedziby amerykańskiej middle-class jest zaiste nie do pogardzenia – a nie po to, że Pinkerton/Chris chce je jej zabrać (a czemuż miałby chcieć, do licha?) jest po prostu genialny. Tak jak Gounod poprawił Szekspira, dając Romeowi i Julii ostatni duet przed śmiercią (w oryginale się minęli ze zgonami), tak Schonberg i Boublil poprawili największy operowy wyciskacz łez wszech czasów. I to, że winni są wszyscy, czyli nikt, czyli tak naprawdę wojna, sprowadza opowieść na wskroś współczesną do poziomu antycznej tragedii.

I jeszcze jedno przyszło mi do głowy, kiedy szukałam po kieszeniach chusteczki. Nie tak dawno byliśmy w Londynie na najnowszym musicalu Andrew Lloyda (Lorda) Webbera „Love Never Dies” (którego kiepskie libretto całkiem popsuło mi miłe wrażenia z melodii, wokalu i inscenizacji, jak już kiedyś pisałam). Dotarło do mnie, do jakiego stopnia „LND” jest popłuczyną nie – jak podaje się oficjalnie – po „The Phantom of the Opera”, ale właśnie po „Miss Saigon”. Począwszy od centralnego trójkąta złożonego z rozdzielonych przed laty kochanków i małżonka jednego z nich (w tym wypadku bohaterki), aż do melodii solo na saksofonie w amerykańskim barze. Jest i dziecko-niespodzianka, i finał ze śmiercią pani w ramionach pana, ronieniem łez i pożegnaniem na zawsze. To dlaczego na „Miss S”, gdy Kim i Chris śpiewali o wspólnej nocy i dokąd ich to doprowadziło, ja robiłam z rzęs wycieraczkę, a podobne wspominki w „LND” w wykonaniu Christine i Erika (których, co nie raz pisałam, uwielbiam do nieprawdopodobieństwa we wszystkich ich wydaniach) powodowały u mnie narastającą wściekłość na librecistów? Bo w Sajgonie była, nawet w burdelu, prawdziwa miłość, prawdziwe emocje i prawdziwa walka z siłami historii, którą oboje bohaterowie tragicznie, acz chlubnie, przegrali – na Coney Island była zdzira zdradzająca arystokratycznego narzeczonego w przeddzień ślubu (to ja już wolę „szczerą prostytutkę) i drań, który porzucił ją pod byle pretekstem przed wschodem słońca. Bo amerykańsko-wietnamskie dziecko znienacka wzbudziło (niestety, lecz prawdopodobnie) obawy, opór i odrzucenie we wszystkich, z wyjątkiem własnej matki (i „Inżyniera”, dla którego chłopczyk jest potencjalnym „paszportem” do Stanów), podczas gdy być może największy gotycki bohater zachodniej cywilizacji w analogicznych okolicznościach (może nawet gorszych, bo tu naprawdę ma chodzić o „jednorazówkę”) demonstruje niewyjaśnioną niczym radość jakby wygrał w Totka nową gębę (na szczęście tego mu twórcy tego nieudanego sequela oszczędzili). Bo „wiecznej miłości” się nie porzuca – co innego, jeśli na przeszkodzie stanie przeznaczenie, a za kolejny mąż nie idzie się nazajutrz, założywszy czyste majtki. Niby te same motywy, niby równie ładne dźwięki, niby wokalno-aktorskie talenty na naprawdę światowym poziomie, ale „prawie robi wielką różnicę”. A Lord Andy, jak już chce zżynać (a dalibóg, ma dość własnych zdolności, że nie musiałby), to niech już pozostanie przy kopiowaniu własnych melodii.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Love Never Dies, Londyn: „visi d’arte, visi d’amore…”

Veni, vidi... czymże jest jeden mały wulkan o niemożliwej do wymówienia nazwie wobec pragnienia zobaczenia na własne oczy czegoś, co w zamierzeniach twórców miało być kontynuacją najpiękniejszej sztuki jaką widziałam w życiu? Było w londyńskim teatrze Adelphi wiele rzeczy: ci sami (a przynajmniej nazywający się tak samo) bohaterowie, a do pewnego stopnia nawet aktorzy, szczodrze cytowane melodie (rzec by można, cały program „Jaka to Melodia?” z fragmentów musicali Webbera), podobny układ formalny przedstawienia (prolog rozgrywający się w przyszłości, podobny układ scen zbiorowych itp.), ale kontynuacji tam nie było. Mała, najbardziej oczywista, próbka: oryginalny „The Phantom of the Opera” (POTO) rozgrywał się w roku 1881-82, teraz mamy rok 1907, więc… minęło równo dziesięć lat, a zatem… główny bohater jest młodszy niż poprzednio. To jest teatr, tu wszystko można, prawda? Ale samo wprowadzenie akcji w ten sposób sugeruje bez dwóch zdań, że znajdujemy się w śnie kierującym się swoją własną logiką. W śnie, w którym, jak w krzywym zwierciadle, pojawiają się wykrzywione odbicia znanych z oryginału postaci, by zaraz okazać się kimś innym; w którym szarmancki wcześniej Raoul de Chagny jest hazardzistą i pijakiem, kupczy talentem wokalnym żony Christine oraz twierdzi, że nosi maskę (sic!); tancerka baletu Opery Paryskiej Meg Giry zostaje prostytutką-striptizerką, za milczącą zgodą i zachętą swojej własnej matki, dawniej wymagającej i surowej nauczycielki tańca. Opery już tam nie ma, jest park rozrywki na Coney Island, zatrudniający podkasane kankanistki i „wybryki natury”. Upiora też nie ma – to mała Meg staje się prawdziwym „Upiorem Lunaparku”; osobą, którą obsesyjna miłość doprowadzi w końcu do zbrodni. Jakie Opery takie Upiory. Ten, który wcześniej jednoosobowo trzymał w ryzach całe przedstawienie w londyńskim Her Majesty’s Theatre, nie zasługuje już nawet na to miano; teraz nazywa się Mr Y – podobno miało z tego wychodzić „mystery”, ale każdy, kto choć trochę zna angielski nie przeczyta tego w inny sposób niż „Mister WHY” (aż się chce westchnąć „Oh God, why…? / Perche, perche, Signor…?”, a nie można było dać chociażby „Mr E” jak Erik?).

Cały ten dziwny sen odbywa się w takt naprawdę ładnej muzyki – nie tak porywającej, jak w „POTO”, ale na przyzwoitym poziomie kogoś, kogo wciąż uważam za największego żyjącego kompozytora musicali. Powiedzmy, że jest porównywalna z „Sunset Boulevard”, z którego zresztą Webber robi sporo autocytatów. Aktorzy dają z siebie wszystko. Niestety, na naszym przedstawieniu nieobecny był dochodzący do siebie po operacji wyrostka Ramin Karimloo (którego znam z nagrania płytowego „LND”, a dwa lata temu zrobił na mnie świetne wrażenie w „POTO”), ale zastępujący go Tam Mutu, pomimo wyraźnie mniejszej charyzmy scenicznej, był całkiem dobry. Pochwalić można właściwie wszystkich, najbardziej może Summer Strallen w roli Meg i Sierrę Boggess jako Christine. Inscenizacja ładna – znów nie tak porywająca jak „POTO” z olśniewającymi dekoracjami i kostiumami nieodżałowanej Marii Bjornson – z dużymi wpływami Art Nouveau i robiącymi wrażenie (choć ostatecznie trochę nadużywanymi) projekcjami multimedialnymi. Reżyseria dźwięku i świateł perfekcyjna, orkiestra zachwycająca. Bardzo łatwo dać sobie zawrócić w głowie przyjemną muzyką i oprawą wizualną. Ale… Jak napisał jeden z prasowych recenzentów (którzy byli odnośnie nowego dzieła dość podzieleni, ale w większości przyjęli je raczej chłodno), każda sztuka jest tak dobra lub zła jak opowiedziana przez nią historia. A ta historia jest – piszę to z bólem serca – ZŁA. Nie po prostu niemądra, nie pełna niekonsekwencji – ale zła i wypaczająca znaczenie oryginału niemalże do stopnia szyderstwa.

Od lat mi się marzyło, żeby ich historię opisał Puccini. Jestem pewna, że on potrafiłby oddać te wszystkie zawiłości (niestety niedocenianej w jego czasach) powieści Gastona Leroux; stworzyć obraz człowieka, który żyje sztuką i miłością, któremu ta sztuka wystarcza za wszystko inne, w granicznej sytuacji wręcz ratując życie. Artysty, który ma za nic społeczne stereotypy, który odrzuca banał i przyziemność pospólstwa, które wcześniej odrzuciło jego, bo nie byli w stanie zobaczyć nic więcej niż najpłytszy pozór, symbolizowany przez pozbawioną urody twarz. Tragedię dążenia do doskonałości w niedoskonałym ciele; potrzebę wzniesienia się ponad własne ograniczenia i strach, w być może jedyną dostępną człowiekowi transcendencję. A przy tym miłość, jedną z najpiękniejszych jakie zna kultura, miłość przez lustro. Związek dwojga bohaterów będących na jakimś głębokim poziomie nierozerwalną jednością, w sposób bardzo podobny do opisanego przez Emily Bronte w „Wichrowych Wzgórzach”. Tajemnicę identyczności przeciwieństw, związku duszy z bóstwem, artysty z natchnieniem, wzajemne i obopólne olśnienie na granicy mistycyzmu. Zawsze mi się wydawało, że tak wielka odwaga, tak straceńcze rzucenie wyzwania całemu światu oferującemu stereotypową małą stabilizację, zasługuje – przynajmniej w sztuce, jeśli nie w życiu – na zwycięstwo. Dlatego nigdy nie wierzyłam, żeby Christine (będąca też przecież artystką) odrzuciła szansę życia choć przez chwilę w glorii sztuki i miłości (choćby na przekór całemu światu) za obietnicę pieniędzy i arystokratycznego tytułu. Byłam pewna, że nawet wyrzucona z Domu nad Jeziorem, niby „dla swojego dobra”, wróci i nie da się więcej wygonić, bo od samej siebie (chociaż to być może straszne) nie ma ucieczki. W jakiś sposób oni oboje – a zwłaszcza Erik – byli naraz i Cavaradossim, i Scarpią, a nawet i Toscą.

Webber – wraz z resztą autorów „LND”: Frederickiem Forsythem (autor jednej z najgorszych literackich kontynuacji powieści Leroux, pt. „Upiór Manhattanu”), Benem Eltonem (libretto) i Glennem Slaterem (teksty piosenek) – czyni ten powrót motorem wydarzeń swojego sequelu, ale przedstawia go tak, jak zrobiłby to ktoś, kto obojga głównych bohaterów nienawidzi z całego serca i życzy im losu gorszego od śmierci (obstawiałabym tu Raoula de Chagny). Otóż, za jednym zamachem pozbawiono ich i sztuki, i miłości, zamiast tego wskazując im wyraźnie cele, które zdaniem typowych filistrów są w życiu najważniejsze: trzaskanie kasy i robienie dzieci. Sztuki w „LND” nie ma, zastąpiły ją sztuczki. Zamiast Opery występuje podrzędna tancbuda albo cyrk seksu i potworów. Mr Y od „dziesięciu lat” (czyli od 1882 do 1907) komponuje kiepskie kuplety pod publiczkę, wyśpiewywane przez skrzeczące nosowo amerykańskie girlsy. Nawet w wolnych chwilach - kiedy spodziewać by się można, że szuka ujścia dla swego wybitnego talentu - konstruuje groteskowe automaty: czterorękiego goryla grającego na organach (przedtem sam grał tak, że Bach by się nie powstydził), żyrandol złożony z mechanicznych głów Meduzy, stolik poruszany przez kościotrupa, czy lalkę do złudzenia przypominającą utraconą Christine (na szczęście zastosowanie owej zabawki pozostawiono na scenie w sferze domysłów). Wszystko to ma nawet pewien szalony wizualny urok, ale wysoką sztuką zdecydowanie nie jest. Gdzie się podział geniusz, przy którym Michał Anioł i Mozart stawaliby jak równi z równym? Nie ma artysty-buntownika, jest co najwyżej ekscentryczny milioner pochłonięty zarabianiem pieniędzy, żerujący na najniższych instynktach publiczności prymitywnej, niewykształconej i pozbawionej gustu. Christine wraca zaśpiewać na inauguracyjnym koncercie w lunaparku – ona, która powinna śpiewać w najwspanialszych operach dla koronowanych głów. Wraca jako żona-i-matka, z pasożytującym na niej Raoulem-utracjuszem i dziesięcioletnim (TAK, dziesięcioletnim!!!) Gustavem. Złamana, pozbawiona ambicji, z pokorą znosząca swój marny los.

Spotkanie po latach z panem Y rozwiewa resztki złudzeń. Okazuje się – w tej sztuce bardzo wiele rzeczy „okazuje się” wyłącznie na podstawie relacji różnych postaci, a mało tych nieprawdopodobnych wydarzeń jest pokazanych na scenie – że w noc przed swoim ślubem z Raoulem (sic!), Christine odszukała (jakoś) Upiora i oddała mu się w egipskich ciemnościach (ten fakt jest tak często podkreślany, że urasta do głównego powodu tego dziwnego rendez-vous). O świcie – i to jest zdecydowanie największe horrendum tego spektaklu – Erik porzucił ją na pastwę losu (gdyż zrobiło mu się wstyd jak wygląda), przez dziesięć lat nie zainteresowawszy się nawet jej losem (co oczywiście nie przeszkadzało mu użalać się nad sobą). W dodatku – gdyby ktoś na widowni jeszcze się nie domyślił – pozostawił po sobie pamiątkę w postaci ciąży (przynajmniej tak twierdzi Christine, a skąd może wiedzieć, skoro następnego dnia wyszła za mąż za pana de Chagny, tego nie wyjaśniono). Tak więc intymny związek, która mógł być nieomal apoteozą, glorią i tryumfem miłości nieprawdopodobnej, okazał się w tej kontynuacji przypadkową obłapką pod krzakiem, zakończoną niechlubną ucieczką i obowiązkowym zapłodnieniem. Nie potrafię nawet wyrazić jakim obrzydzeniem napawa mnie to rozwiązanie (tym bardziej, że gorąco popieram konsumpcję związku Aniołów Muzyki w stosownych ku temu okolicznościach i oprawie); chyba tylko rzucenie pieniędzy a’ la „Traviata” byłoby bardziej poniżającą rzeczą dla dziewiętnastowiecznej (!) dziewicy (!), która właśnie zdecydowała się stracić cnotę z kimś, kogo całe racjonalnie myślące społeczeństwo jej odradzało. Gdyby nie ten „okropny” Raoul, byłaby duża szansa na powtórkę tragicznego losu Fantyny z „Nędzników” Hugo (którą Webber powinien znać choćby z musicalu „Les Miserables”). W innej musicalowej wersji „Upiora” (autorstwa duetu Kopit i Yeston) nie kto inny, jak mamusia Erika o mało co nie topi się w Sekwanie będąc (1.) porzuconą i (2.) w ciąży. Zniosłabym ten cały nowojorski cyrk, zniosłabym zakochaną w panu Y na zabój niezauważaną Meg Giry (chociaż moim zdaniem ona najbardziej zazdrościła Christine miłości, i mniejsza już o to do kogo), zniosłabym goryla-organistę – tego nie zniosę.

Na tym niestety nie koniec (nawet nie środek), steku stereotypów i klisz, jakich pełne jest libretto „LND”. Tak naprawdę, to – pomimo szumnego, a trywialnego, tytułu – miłość umiera w tym spektaklu przez cały czas. O miłości Christine do Raoula i vice versa nawet nie ma co wspominać – najwyraźniej małżeństwo jest tutaj tylko pustym kontraktem, którego warunków nikt nie ma zamiaru honorować. Miłość Christine i Erika (pardon: Pana Y) przedstawiona jest jako żywy trup, wywołany na chwilę z przeszłości i przez moment chyboczący się na granicy między życiem i śmiercią, zanim nie wyjaśni się (a to zagadka!) kwestia ojcostwa dziecka. Potem, przez końcówkę pierwszego aktu i cały drugi – żadnej miłości, innej niż do dziecka, już nie ma. Są zabawki dla dziecka, jest walka o dziecko, jest niepokój o dziecko, jest nawet próba utopienia tego nieszczęsnego dziecka przez oszalałą z rozpaczy Meg Giry. Jak powiedziała – a raczej wywrzeszczała niczym Kościelnicha w „Jenufie”! – nieoceniona Madame Giry: ileż rzeczy byłoby inaczej „if that bastard had never been born!” Czasami warto dać sobie dorobić gębę naczelnego czarnego charakteru, żeby móc szczerze wykrzyczeć to, o czym wszyscy myślą po cichu!

Nie chciałabym wdawać się tu w dywagacje, dlaczego Webber sprokurował tę obłędną fantazję zemsty na Upiorze. Czy to tylko rozgoryczenie i zawiść kogoś, kto, sam dysponując wielkim talentem muzycznym, strawił całe lata na działania czysto komercyjne, sztampowe, odcinanie kuponów od dawnej sławy? Czy frustracja kogoś, kto pozwolił odejść miłości swojego życia (jak twierdzą o Sarze Brightman) i ruszył w korowód ślubów, rozwodów i prokreacji? Skoro Panu Autorowi się nie udało żyć sztuką i miłością, to i bohater, z którym się utożsamiał, nie będzie miał lepiej. Stereotyp goni stereotyp. Po dziecku-jednorazówce spłodzonym po ciemku z ukochanym nie następują żadne kolejne ciąże, pomimo dziesięciu lat dzielenia łoża z niechcianym mężem. Dzieciak – moim zdaniem przesunięto akcję aż o „10” lat wyłącznie dlatego, żeby nie „uszczęśliwiać” Upiora przedszkolakiem – „oczywiście” przejawia wszelkie talenty genialnego tatusia, a to zdolności muzyczne i zamiłowanie do straszydeł. Jedna z najciekawszych piosenek „LND”, kontrowersyjna i rockowa „Beauty Underneath”, stanowi hymn na cześć uwodzicielskiej mocy wyobraźni przekraczającej wszelkie granice – coś takiego miałoby rację bytu między parą wzajemnie inspirujących się bohaterów-artystów, ale nie, tutaj Pan Y śpiewa to do dziecka! Już jego reakcja na rewelację o potomku jest tak nieproporcjonalnie radosna, że aż skręca wnętrzności. Litości; każdy – tylko nie on! Nie wyobrażam sobie w całej kulturze bohatera, który miałby mniej powodów cieszyć się, że został ojcem – a Mr Y tonem zwycięzcy oznajmia, że „wszystko, co ma, będzie należeć do jego syna” (przepraszam, chodzi o ten kabaret ze striptizem?).

Odkąd urodził się Gustave, Christine spełniła swoje zadanie i wszyscy czekają tylko na to, w jaki sposób twórcy „LND” się jej pozbędą. Te małe, złowieszcze fragmenciki: obietnica, że po koncercie spędzi trochę czasu sam na sam z synem, sama „aria” z tekstem „life may be fleeting, love lives on!” Pewnie miał być „Hymn świętego Pawła do Miłości” - wyszło jak zwykle w tej sztuce… Cały ten nieszczęsny występ, rozgrywający się jako jeszcze jeden „pojedynek” pomiędzy Erikiem a Raoulem, o którym Christine, jak zwykle, nie ma zielonego pojęcia – jeśli zaśpiewa, mąż usunie się z drogi (co też czyni, nie pożegnawszy się nawet z dzieckiem, które przez „10” lat uważało go za ojca). Czy ktoś miał jakieś wątpliwości, że Christine zaśpiewa, zwłaszcza, że tuż przed tym „zakładem” w barze solennie obiecała to panu Y w ramach przeprosin za niestosowne zachowanie Gustava, który na widok twarzy gospodarza zaniósł się piskiem? W końcu następuje finał na nabrzeżu, gdzie Meg próbuje zepchnąć dziecko do wody, a ostatecznie strzela do Christine z pistoletu i rani ją śmiertelnie. Jak na kogoś, kto ostatnich kilkanaście lat spędził kochając ją i tęskniąc do szaleństwa, pan Y reaguje na zgon śpiewaczki bardzo spokojnie. Owszem, całuje ją na wieczne pożegnanie i roni symboliczną łezkę, ale z boku już niecierpliwie przebiera nogami następca. Zastanawiam się, czy Christine zginęła dlatego, że twórcy nie odważyli się pokazać tryumfu cudzołóstwa (formalnie wciąż jest żoną pana wicehrabiego), czy może po prostu po wydaniu na świat dziecka jedyne, na co zasłużyła to łabędzia pieśń i kula w brzuch. Dzieciak melodramatycznym gestem zdejmuje maskę ex-Upiora i patrzy na jego twarz bez strachu, a publiczność ma się tym wzruszać i uznać to za zapowiedź nowej nadziei i przyszłego szczęścia tatusia i synka. Być może, gdyby nie narzucony obowiązek w postaci dziecka, pan Y rzuciłby się do morza i skończył jak Tosca (z drugiej strony, nie sądzę, żeby nie umiał pływać…)?

Podsumowując – muzyka była bardzo ładna i nawet (co bardzo dobrze) dało się usłyszeć, że ktoś pracuje nad tekstami (na płycie były na żenująco niskim poziomie literackim). Wizualnie też do przyjęcia. Aktorzy bardzo dobrzy – oni w tej awanturze naprawdę są najmniej winni. Lord Webber spełnił jak sądzę swoją małą fantazję zemsty, obnażając przy okazji oblicze zgorzkniałego twórcy, który rozmienił talent na drobne i ugrzązł w banalnej codzienności (skąd u diabła pomysł, żeby nawet z „POTO” robić „rozrywkę rodzinną”?!). Mam nadzieję, że mu to wystarczy i teraz da im już spokój. Że będą kolejne wersje, reinterpretacje i kontynuacje – nie wątpię ani na moment i już się na nie cieszę. Mitu nie można zabić, a z każdego złego snu można się w końcu obudzić.