Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczytajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczytajki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2012

Psy 2




Vittore Carpaccio, dla wielu będący tym, który udzielił swojego imienia przystawce z surowego mięsa (tak przynajmniej chce Arrigo Cipriani), malował w Wenecji na przełomie XV i XVI wieku (pisaliśmy już o nim przy okazji św. Urszuli). Jednym z jego dzieł jest obraz wiszący w Museo Correr, a znany obecnie jako “Two Venetian Ladies”. Tytuł jest dość dyskusyjny, wielu historyków sztuki dopatruje się na obrazie znudzonych kurtyzan - pionierem tej szkoły był (mający kłopoty z własną seksualnością) John Ruskin a ostatnim, późnym prorokiem jest Waldemar Łysiak (dla którego - zdaje się - każda kobieta jest kurwą; oprócz żony, ale i ta też kurwa). Apologeci na poparcie tej interpretacji dopatrują się agregacji różnych artefaktów, a to że paw, a to że papuga, że szopeny (buty na koturnowym obcasie), a to że piesek mordkę ma znudzoną, a to że jego pani też wiele mądrzej z oczu nie patrzy. Obecnie, a odkrycia pomogła dokonać gałązka z kwiatem lilii, rozdzielona pomiędzy dwa obrazy, uważa się, że jest to fragment większej całości. I teraz już wiadomo, o co chodzi: mężczyźni popłynęli na lagunę, polować na kormorany (czy z kormoranami, to nie jest jasne) a panie zostały na tarasie. I tylko piesek patrzy się z wyrzutem na Ruskina czy innego Łysiaka: “Kurtyzany? Weź się człowieku ogarnij!”.

Jest też francuski malarz, Louis Le Nain (i jego dwóch braci, precyzyjne atrybucje są trudne, bo podpisywali się tylko nazwiskiem), który znany jest z przedstawień francuskich wieśniaków. Obrazy Le Nainów są o tyle ciekawe, że kontrastują z widzeniem chłopów przez, na przykład, współczesnego im Breugla. Chłopi flamandzcy to rubaszni morlokowie, z karykaturalnymi nosami, brzuchami i mordami, podglądani przez malarza w trakcie jakichś mrówczych zajęć. U Le Nainów pozują ze spokojną zamyśloną godnością, niczym bohaterowie wierszy Tadeusza Nowaka. I zawsze ktoś na czymś gra i zawsze zamyślony piesek, wschłuchany w dźwięki fletu.

Jako się rzekło poprzednio, Landseera nie poważam, choć uznaję wielkość. Chodzi o przedmiotowe traktowanie piesków. Piesek ma być częścią jakiejś opowieści, bohaterem drugiego (albo i pierwszego planu), jakąś kotwicą, która pozwala mi zapamiętać obraz i przypomnieć go sobie po latach. Nie lubię piesków - durnych modeli, malowanych tylko dlatego, że (w myśl starej prawdy teatralnej) zwierzęta i dzieci zbierają największe brawa. Zrobię jednak mały wyjątek. Chodzi o dwóch akademickich animalistów - Charlesa Burtona Barbera i Britona Rivière.

Pierwszy z nich znany jest głownie jako malarz dokumentujący okrucieństwo małych dziewczynek, które zmuszają niewinne zwierzęta do uczestnictwa w obrządkach religijnych. Przy takich wyczynach blednie karmienie psa miodem, ubieranie psa w czepek czy też przymuszanie do słuchania rzępolenia. Piesek się potem zrewanżował na miarę swoich skromnych możliwości budząc dziewczynkę bladym świtem. Ale i tak nadaremnie, bo pada i nici ze spaceru (więc pozostają nam jakieś dziwne zabawy albo tańce). Gdy dziewczynki niegrzeczne, idą do kąta. Wtedy wiadomo, piesek jedyny towarzysz i pocieszyciel. Czasami kara trwa tak długo, że piesek zdąży nieźle wyrosnąć.

Briton Rivière pokazywał, oprócz znanych motywów z małymi dziewczynkami, również i to, że pieski przydają się większym nieco chłopcom, zwłaszcza gdy trafią do więzienia. Swoją drogą, obraz rzuca ciekawe światło na obyczaje w brytyjskich więzieniach u schyłku XIX wieku.

Później już psami zajęła się X Muza i stały się bohaterami masowej wyobraźni (Szarik, Reksio, Lassie, Scooby Doo, Pluto, pies Cywil - choć ze 101 dalmatyńczyków to najbardziej i tak pamiętamy Cruellę). A trzy najlepsze pieski Banksy’ego to Burek obszczymurek, kubistyczny Azor i otrzepujący się z wody / farby Rex.

środa, 15 lutego 2012

Salmagundi

Długie przeloty, oprócz licznych wad, mają też zalety. Otóż poniekąd zmuszają do oglądania filmów, czytania książek i spania. Śpi się po to, żeby nie jeść, ogląda się to, co Lufthansa wybrała pasażerowi do oglądania, za to w lekturach ma się całkowicie własny wybór. Ciągle jeszcze nie wiem, czy bardziej potrzebuję kundla czy srajpada (i dlatego nie mam ani jednego ani drugiego), tym bardziej istotna jest kwestia wyboru książek w podróż. Najczęściej bierzemy więc w drogę albo absolutne pewniaki, albo rzeczy już nadgryzione i smakujące zachęcająco (trzecią, dominującą kategorią są lektury zawodowe Doroty).

Zanim o książkach, będzie o filmach. Na początek męcząco steampunkowi "Muszkieterowie", cała historia gdzieś grzęźnie wśród tych latających żaglowców, a morał jedyny taki, że Orlando Bloom też potrafi się ładnie starzeć. Potem "Cowboys and Aliens", którego wystawiam do rywalizacji w kategorii najgłupszy film ever. Kiedyś widziałem jakieś dzieło z lat 70, w której zombiaki zawładnęły letnim obozem młodzieżowym gdzieś na amerykańskiej prowincji i mieszkańcy okolicznego miasteczka musieli w pocie czoła wymordować dziatwę, żeby cholerstwo się dalej nie plęgło, co pokazano niespiesznie, z dużym pietyzmem dla detalu, w stylu i za pomocą środków technicznych swoistych dla niskobudżetowych produkcji z lat 70. No, ale tym razem mamy budżet wysoki i trzydzieści lat później, Harissona Forda supportującego Daniela Craiga i ścigacze Obcych prujące niebo jak w "Gwiezdnych Wojnach". Tak, jak obiecuje już tytuł, rzecz jest o najeździe kosmitów na Dziki Zachód. Pokonanie najeźdźców możliwe jest dzięki solidarnej współpracy złych i dobrych rewolwerowców, archetypowych Indian oraz emisariuszki z jeszcze innej planety. Finałowa scena bitwy wciska w fotel: Indianie dzidami i tomahawkami, kowboje strzelbami, Obcy promieniami śmierci, zielona (jakżeby inaczej!) glutoplazma Obcych miesza się w powietrzu z fragmentami mózgów Ziemian, a na końcu jeszcze emisariuszka wysadza kolubrynę. Tadaaam! Potem już tylko możliwa była kreskówka ("Puss in boots"). A potem jeszcze próbowałem obejrzeć inny film: on wynajduje lekarstwo na raka, ona pisze książkę o jakichś Majach czy innych Inkach, ale - co za cholerny pech! - umiera na raka mózgu, więc on czuje się zobowiązany dokończyć ową książkę, co jednak wymaga stosowania jakichś neurostymulantów, rzecz robi się mocno oniryczna i w tym momencie porwał mnie w swe objęcia Morfeusz, więc nawet tytułu nie zapamiętałem. (Dorota oglądała i mówi, że nawet niezłe).

A teraz książki. "Saturn" Dehnela. Wszystko fajnie, z koncepcji książka przypomina mi "Picture this" Hellera, sprawnie zrealizowany pomysł z narracją równoległą, miłe też to, że autor potrafi przełamać konwencję i odejść od epatowania czytelnika zdaniami wielokrotnie złożonymi zawierającymi nadreprezentację wyrazów dłuższych niż trzysylabowe, ale jednak coś zgrzyta, niczym kreda o szybę. (Pomijam już fakt, że ekfrazy w "Saturnie" czyta się jak opisy przyrody u Orzeszkowej, po kilka kartek na raz). Zgrzyta mi wprowadzony metodą "zapisywania trupa do partii" wątek homoseksualnego romansu Goi, co do którego nie ma [albo i jest - informacja w komentarzu poniżej] nie tylko żadnego źródłowego (oprócz przeczuwanej przez Dehnela "oczywistej oczywistości"), ale i fabularnego uzasadnienia. (Dorota broni autora; mówi, że pewno chodziło o to, że syn Goi, który nie rozumiał i - z wzajemnością - gardził ojcem, odkrył po jego śmierci coś, co spowodowało, że spojrzał na jego postać w zupełnie inny sposób). Niektórzy nasi gejowaci znajomi z pasją godną lepszej sprawy zajmują się demaskowaniem współbraci w orientacji wśród różnej maści celebrytów ("ten nasz, i ten, i ten też!"). Nie wiem, może w ten sposób czują się mniej stygmatyzowani, skoro ta różowa orkiestra tak liczna, w każdym bądź razie - ku mojemu rozbawieniu - Dehnel się w ten nurt zupełnie naturalnie wpisuje. No i zabawna ta projekcja, co to z tej historii fabularnie wynika: furda żona i tabuny kochanek, jedyny prawdziwy afekt w życiu malarza to ten ciągnący się przez całe życie męski romans. 

Druga lektura to “Ameryka nie istnieje” Orlińskiego. Też zgrzyta, ale zupełnie z innych względów. Książka (przy wszystkich swoich zaletach, o czym w następnym akapicie) jest nieszczęściem i tragedią redakcyjną. Każdemu, kto pisze cokolwiek dłuższego niż SMSy zdarza się, że po wielokrotnej edycji tekstu rozjadą się przypadki, przyimki, czasy, a niekiedy i sens jako taki. Po to jest w wydawnictwie korekta, żeby to wszystko wyłapać, po to jest redaktor, żeby usiąść z autorem i ogólniejsze kwestie omówić. W wydawnictwie “Pascal” ktoś za to wziął pieniądze (nawet wiadomo kto, bo w stopce redakcyjnej są nazwiska - litościwie przemilczę), ale roboty nie wykonał. Abnegacja na poziomie redakcyjnym skutkuje też niestety pewnymi supozycjami co do chlujności autora. Gdy czytam o "uprawie bydła" czy "płaceniu za pszenicę jak za zboże" albo o "dosłownych słowach", to w normalnych okolicznościach podejrzewałbym (mniej lub bardziej udane) zabawy językowe i puszczanie perskiego oka do czytelnika. Czytając o "wojnie cywilnej" rozumiem (choć przypłacam to bólem zębów), że chodzi o wojnę secesyjną, gdy napotykam stwierdzenie "chwalebna rewolucja" wolałbym zapis "Chwalebna Rewolucja", chociażby dlatego aby umieć rozróżnić usunięcie Stuartów z tronu angielskiego od manifestacji ogólnie lewicowych poglądów autora. Gdy czytam o "wyburzeniu parku", to trudno oprzeć się refleksji, że parki (te klasyczne, z drzewami i trawnikami, a taki jest właśnie Overton w Memphis) się raczej zabudowuje, a nie burzy. Ale co to jest za funkcja "kurator nadzorujący sprawowanie wyroków zwolnionych zawodowo", tego już raczej nie zrozumiem. I tak dalej, ad nauseam. Niestety, sporo baboli. Szkoda.

Tym bardziej szkoda, że widać naprawdę benedyktyńską pracę autora włożoną w napisanie książki, widać erudycję i umiejętność zgrabnej syntezy. Dużo ładnie opakowanej informacji. Mnóstwo odniesień popkulturowych, nie zawsze dla mnie dostępnych; żartem mógłbym napisać, że dla mnie jedyne kulturowe odniesienia do USA to La Fanciulla del West Pucciniego i symfonia Z Nowego Świata Dvořáka, ale nie jest tak źle - oglądałem przynajmniej część filmów o których pisze Orliński (wymiękam dopiero przy serialach, piosenkach i grach komputerowych), choć nigdy nie przyszłoby mi do głowy oglądanie realnego świata przez pryzmat tego ekranowego (tym większa zasługa Orlińskiego, że pokazał, że tak można). Dla mnie Stany to przede wszystkim kraina wakacyjna (jak dla innych Tajlandia czy Indonezja), w dalszej kolejności miejsce zamieszkania krewnych Doroty i przystanek przesiadkowy w dalszych podróżach, nie ciągnie mnie tam - w odróżnieniu od autora “Ameryka nie istnieje” - chęć konfrontacji amerykańskich mitów z amerykańską rzeczywistością. Ale mimo to, a może właśnie dlatego - ciekawa lektura.

A tytułowe Salmagundi to tytuł XIX wiecznego periodyku redagowanego w Nowym Yorku przez Washingtona Irvinga, o którym tak pisze Orliński: "nie wiadomo, co oznacza ten tytuł - w pierwszym numerze Irving zadeklarował, że to tak oczywiste, że nie zasługuje na tłumaczenie". Irving miał rację, czego można się dowiedzieć chociażby z wikipedii (jeśli nie ze słownika Webstera - zresztą o innych niż leksykalne pasjach Noaha Webstera też można przeczytać u Orlińskiego).



PS. A na dowód, że nie zapomniałem o pieskach (które spokojnie czekają na swoją kolej) - "Wnętrze kościoła św. Piotra w Leiden" pędzla van Vlieta i cicho szemrzący bohater pierwszego planu (Ringling Museum, Sarasota).

sobota, 9 lipca 2011

James i Jan

A wszystko zaczęło się zwyczajnie, wręcz nudnawo – ot, kolejny dzień pracy nad czymś, co w pobożnych życzeniach agnostyka będzie książką o królowej Wiktorii (brzydkie słowo na „ha”…) Oglądając bardzo ciekawy film dokumentalny pt Queen Victoria’s Empire zwróciłam uwagę na występującą pomiędzy ekspertami panią Jan Morris – uroczą i błyskotliwą angielską babunię w białych loczkach i perełkach. Przebiegło mi przez myśl, że „sweet old lady” wygląda tak jakby odrobinę androginicznie, ale w GB nie jest to aż taki ewenement, zwłaszcza w późniejszym wieku. Sam Lord Tennyson w poemacie „The Princess” utrzymywał, że:

[…] Yet in the long years liker must they grow; 

The man be more of woman, she of man; 

He gain in sweetness and in moral height,

Nor lose the wrestling thews that throw the world;

She mental breadth, nor fail in childward care,

Nor lose the childlike in the larger mind; 

Till at the last she set herself to man,

Like perfect music unto noble words;

And so these twain, upon the skirts of Time,

Sit side by side, full-summed in all their powers,

Dispensing harvest, sowing the To-be, 

Self-reverent each and reverencing each, 

Distinct in individualities.


[Streszczenie dla nielęgłydżowych: Pitu-pitu, wiktoriański podział ról płciowych. Na deser po całym życiu harówy w zaprogramowanym posiadanymi genitaliami kieracie – odpowiednio: on kasa, ona dzieci – można liczyć na odrobinę równości w późnej starości.]

Zupełnie osobno, przeczytałam też świetną książkę o historii Imperium, autorstwa niejakiego Jamesa Morrisa pt Heaven’s Command. Mądre, błyskotliwe, od wydania w 1971 uleżałe jako klasyk tematu.

I nagle małe światełko w mózgownicy – ejże, czy to nie jacyś krewni? Wujaszek Google z uśmiechem podał, że i owszem, nawet bardziej niż krewni, konkretnie ta sama osoba. W dodatku dorzucił kilka sensacyjnych przypisów, że 23letni James poślubił był w 1949 roku pewną Elizabeth, córkę plantatora herbaty i (zanim jednak doszedł do wniosku, że jest Jan) spłodził z nią piątkę potomstwa. Oczywiście, Elizabeth nie pozostała żoną Jan, bo jak, i dwie (teraz już) panie rozwiodły się po 15 latach małżeństwa. Zgroza – panie – ruja, porubstwo, Sodoma i Gomora oraz cierpiące ponad ludzką miarę żona-i-dziatki bezdusznego zboczeńca…

Zaraz, zaraz…

Otóż, ehem, panie nigdy się nie rozstały. Dały się administracyjnie zmusić do rozwodu, ale rozpadu związku i oczekiwanej przez Zacnych Mieszczan zamiany miłości na nienawiść nie dały sobie wbić do głowy. Życie toczyło się jak dawniej, tyle, że zamiast Jamesa pojawiła się Jan. A w 2008 roku, kiedy tylko stało się to możliwe, panie ponownie wzięły ślub. Nie wierzycie? Poczytajcie...

Mała, ludzka historyjka, która sprawia, że zaczyna się wierzyć w ludzi. I cieszyć się, że „wartości wiktoriańskie” odeszły z królową Wiktorią (to, że ona sama niewiele miała z nimi wspólnego, to już temat na inną opowieść).

sobota, 30 kwietnia 2011

***

Historia ta wydarzyła się kilka lat temu, w jakimś całkiem niedużym miasteczku na Peloponezie (są dość mocne przesłanki, że było to Nafplio, ale nie jest to ani pewne, ani istotne). Pora dnia była południowa, a pora roku była wczesnojesienna, na tyle wczesna, że upał był jeszcze całkiem letni, ale na tyle jesienna, że turyści odlecieli już do Zimnych Krajów. Dokładnie wtedy, kiedy restauratorzy, hotelarze i inni sprzedawcy usług są równie namolni jak październikowe osy. Apo pu iste? - zapytał nas właściciel knajpki (która chwilowo miała dla nas wymiar kilku stolików na placyku), gdyż reguły gry zabraniały mu na razie przedstawiania swoich planów (zostawcie mi trochę waszych pieniędzy) bardziej precyzyjnie. Polonia - odparliśmy, gdyż trudno nam było zlać się z otoczeniem, a poza tym i tak mając w planie posiłek, nie chcieliśmy palić za sobą mostów.

Tutaj Grek znienacka wniebowziął się i powiada do nas z błyskiem w oku, że czas jakiś temu zatrzymał się w jego lokalu Najwybitniejszy Polak Wszechczasów, bliski każdemu greckiemu sercu. O ile znane nam były zainteresowania podróżnicze Wiadomej Osoby, o tyle jednak wyobrażaliśmy sobie, że podróże z pastorałem odbywały się ze sporą dyscypliną czasową i raczej nie obejmowały biesiadowania po jakichś greckich zadupiach. Więc wyrażamy pewne zwątpienie, że może jednak to nie było do końca tak - ale cały czas jesteśmy uprzedzająco grzeczni, żeby wariata nie rozdrażniać: pora sjesty, ludzi żadnych wokół nie widać, a w dostępie do ostrych narzędzi to przegrywamy w przedbiegach. Raptem pada bariera kontaktu fizycznego - restaurator znienacka chwyta mnie za rękę i ciągnie do jednego ze stolików. TUTAJ siedział, TUTAJ - pokazuje triumfalnie krzesło. A razem z nim siedział jego przyjaciel i nauczyciel - dodaje. Też wybitny Polak, ale starszego pokolenia - uzupełnia.

I w ten sposób okazane zostało nam miejsce, w którym kiedyś zjadł obiad Krzysztof Warzycha w towarzystwie Jacka Gmocha.

piątek, 25 marca 2011

Losy świata rozstrzygają sie w Choroszczy








W zasięgu krótkiej podróży białostockim autobusem nieco podmiejskim znajduje się miasteczko Choroszcz, znane głównie z letniej rezydencji Branickich. “W pewnej odległości od Białegostoku (...) znajduje się domek wiejski w Choroszczy“ - pisał w XVIII wieku francuski dyplomata Pierre Henin, ustawiając rzeczy we właściwych proporcjach: dziś ów domek wiejski zwany jest pałacem. Pałac spalili nam Ruskie, ale te poprzednie, Białe, w 1915. Można poniekąd powiedzieć, że gdyby nie druga wojna, pałac zostałby rozebrany (stosowną decyzję podjęto w 1933, ale nie zdążono zrealizować). W pałacu mieści się obecnie muzeum wnętrz.
Inną instytucją, z której słynie Choroszcz jest szpital psychiatryczny, funkcjonujący w budynkach dawnej fabryki włókienniczej Moesa. Fabryka powstała w 1840, gdy wprowadzono granicę celną pomiędzy Królestwem Polskim a resztą Imperium. Skłoniło to Moesa do przeniesienia swoich interesów ze Zgierza pod Białystok. Działał z rozmachem, kupił pałac, a na terenie przylegającego parku wybudował fabrykę. Szpital obecnie sposobi się do leczenia skazanych za przestępstwa seksualne - co miejscowa prasa komentuje nośnymi tytułami (“Gwałciciele i pedofile przyjadą do Choroszczy”). Rzecz jest jednak, jak wyjaśnia dyrektor szpitala, bardzo korzystna, albowiem Narodowy Fundusz Zdrowia przewiduje wyższe stawki za zajmowanie się skazanymi niż nieskazanymi pacjentami i szpital już tych pedofili doczekać się nie może.
Jan Klemens Branicki zapraszał do Choroszczy polityków, dyplomatów i artystów, a nawet koronowane głowy, między innymi swojego szwagra, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jeden z gości hetmana przybył do miasteczka wprost z rzymskich katakumb i został w Choroszczy do dziś. Chodzi o Kandyda, bynajmniej nie wolteriańskiego, tylko świętego. Zresztą tożsamość gościa została ustalona ponad wszelką wątpliwość dopiero niedawno. Przez “tak liczne wieki” uważano, że w kościele parafialnym w Choroszczy szklaną trumnę zamieszkuje święty Kandyd tebański. Dziś wiadomo, że chodzi o świętego Kandyda rzymskiego. Świadczy o tym notatka znaleziona w trumnie, wskazująca na datę (10 marca 1756) i źródło pochodzenia (rzymskie katakumby Santa Agnese).
Święty Kandyd, a w zasadzie to, co z niego zostało, umieszczone jest w woskowej rzeźbie, ubranej w bawełniano - papierowe szaty. Uważano wcześniej, że figura zawiera relikwiarz cząstkowy, jakąś kostkę lub kostek kilka jedynie. Zdjęcie rentgenowskie ujawniło jednak, że w środku jest niemal cały święty. Zauważono też (a obserwacja ta nasiliła się po 2003 roku, kiedy to figurę poddano renowacji, usuwając agresywny makijaż a’la Adam Bielan, uszyto świętemu nowe rękawiczki i ogólnie odkurzono), że święty doznaje erekcji palca, który co roku zbliża się bardziej do wieka trumny.
Wtedy w świętego Kandyda uwierzył i miejscowy proboszcz, który dopotąd uważał że Kandyd jest obciachowy i nienowoczesny. Święty znalazł więc eksponowane miejsce w kosciele, szklana trumna z figurą - relikwiarzem jest na widoku wiernych, którzy na bieżaco mogą śledzić postępy świetego palca - gdy palec dotknie do wieka trumny spowoduje koniec świata. Tak, Koniec Świata. Naszego świata. Ani Majowie, ani Fukushima, ani nawet prace komisji d/s obalania raportu MAK, tylko święty Kandyd samojeden to sprawi. Jednym palcem.
Lokalny kler chwilowo wykazuje pewien sceptycyzm w ocenie właściwości świętego. Leszek Struk, proboszcz miejscowej parafii, oświadczył w wywiadzie dla dziennika Fakt, że "prawdziwości legendy nie sposób na razie sprawdzić" (podkreślenie moje - MB). Wydaje się, że bliskość szpitala psychiatrycznego jest bardzo fortunna.
Pozostaje kwestia przydziału świętego Kandyda. W sytuacji, gdy inni święci borykają się z nadmiarem weneracji, orędować muszą w wielu, często wzajemnie się wykluczających sprawach i patronować (zbyt) licznym grupom społecznym i zawodowym, obecność niezagospodarowanych świętych woła o pomstę do nieba, a przynajmniej o szybkie zmiany. Proponuję więc przydzielić świętego Kandyda jako patrona mężczyzn po pięćdziesiątce oraz ustanowić go inhouse-saint korporacji Pfizer. 

poniedziałek, 7 marca 2011

Aleksander Wat - Spotkanie z padre Pio


Jak często spotykałem właśnie śród pobożnych dusze naturaliter chrześcijańskie! I odwrotnie, rzadko widziałem dusze tak antychrystusowe, jak osławiony padre Pio.

Wybraliśmy się do niego, wbrew jakimś głuchym oporom mojej żony, na wiosnę 1957 roku. Nie wytrzymywałem już wtedy swoich nieustających bólów, był to już piąty rok, jeden z najgorszych, z biegiem lat bóle zamiast stępić się w przyzwyczajeniu, na odwrót, kumulowały się. Bezsprzecznie, poszedłem na tę pielgrzymkę z rozterką w sercu, z niepełną wiarą. Przed samym wyjazdem z Warszawy odwiedził nas głośny ojciec Daniel, bohater najbardziej fantastycznej przygody za okupacji. Opowiedziawszy o sobie na pożegnanie, na wiatyk zalecał mi "ofiarować swoje bóle Panu Jezusowi". A był to czas, kiedy w bezsennych nocach każdej nocy zaciskałem w garści dużą fiolkę z nembutalem. Oboje z żoną byliśmy oburzeni i w zaleceniu poczciwego zakonnika widzieliśmy, zapewne niesłusznie, egzaltowane samozakłamanie.

Na decyzję pielgrzymki zbiegło się wiele pobudek. Nawet Ignazio Silone doradzał ją, znał wypadek cudownego uzdrowienia. Przygodnie poznany w robotniczej tratorii na Piazza Esedra nauczyciel gimnazjalny opowiedział: "Widzi pan mnie, nie jestem praktykujący, ale niedawno w krótkim odstępie czasu umarli moi kochani rodzice. Wpadłem w taką depresję, że i psychiatra nie mógł pomóc, zaniedbywałem się coraz bardziej, w końcu przyjaciel nieomal siłą zabrał mnie do San Giovanni di Rotonda i oto na sam widok padre Pio poczułem w sobie boski spokój wewnętrzny i niech pan na mnie popatrzy: spokój, spokój!" Bóle bólami, ale bodajbym i ja dostąpił spokoju wewnętrznego!

W Taorminie poznaliśmy kilka osób z kółka wiernych ojca Pio: był między nimi baron, potomek Marii Wodzińskiej, który obwoził nas po swoich ogromnych plantacjach pomarańczy i cytryn, była i współwłaścicielka jednego z największych hoteli, stara panna abnegatka, najczystsze uosobienie innocentich, która dwa razy rocznie na wielkie święta woziła do padre Pio chorych i ułomnych. Dała mi rękawicę cudotwórczą, abym przyłożył ją do bolącej twarzy. Była z uciętymi do połowy palcami, z twardej i grubej, kolącej, ciemnobrunatnej włosienicy, cała przepojona odorem starej jodyny i zakrzepłej krwi. W istocie całą noc trzymałem ją na twarzy, ale Ola nie mogła zmrużyć oka, mdlił ją ten odór, w ogóle czuła do tego wszystkiego instynktowną awersję, ona, tak otwarta na łaskę wiary. Zdawało mi się też, że słyszę w sobie głos starej drogiej przyjaciółki i w tych czasach opiekunki, siostry Katarzyny z Lasek, nakazujący mi iść tam. Był jeszcze jeden, jak mi się zdawało, znak. San Giovanni był w górach Gargan. Czy brzmienie tego słowa, czy historia o nich, którą we wczesnej młodości przeczytałem w Złotej legendzie, sprawiła, że w jakimś dalekim echu odezwała się nostalgia za nimi. Wspomniałem górę Gargan w prozie poetyckiej Piecyka. Teraz ta nostalgia, to zawołanie zabłąkane z młodości mogło się spełnić.

Padre Pio to na pewno święty, jeden z tych, których znało każde stulecie i w każdej prowincji średniowiecze. Świątek chłopski. Jego stygmaty na pewno były wywołane przez upodobnienie się do Chrystusa w Wielki Piątek, kiedy to nagle krew zaczęła broczyć na jego rękach i nogach, chociaż potem konserwował je smarując starą jodyną. Jak strasznie cierpiał, wystarczyło zobaczyć, gdy odprawiał, po piątej rano, długą, cichą mszę w zatłoczonym kościółku, śród wrzawy i swarów dewotek, płaczu niemowląt - widać było tylko czubek głowy nad spiczasto zakończonym ornatem i tylko te ręce, w półrękawiczkach z ciemnobrązowej, grubej, szorstkiej wełny, jak dziwne ptaki opędzały się co kilka chwil chmarze much.

Ale - poza mszą - jaka pycha, jaka pycha syna ubogiego wieśniaka, który poszedł w pany, w kondotiery Pana Jezusa! Sam widziałem, w czasie trzydniowego tam pobytu, jak brutalnie wypchnął z rzędu klęczących do komunii młodego beatnika amerykańskiego. Było to pacholę nadzwyczaj ujmujące, przebiegał przez miasteczko w pstrokatej koszuli, ze złotym na niej krzyżykiem, w blue jeansach, śpiewając ni to kantyczki, ni to negro spirituals własnej zapewne kompozycji. I ten dwór skłóconych i zazdrosnych, rodzina najdalsza, dumna i zbogacona, i nade wszystko to straszne miasteczko, które powstało na odludziu dokoła klasztoru niedawno jeszcze ubogiego, te fortuny, ogromne ponure hotele, które powstały przez noc, te sklepy z dewocjonaliami, sklepy fotografów, gdzie obraz padre Pio mnożył się, reprodukował się w każdym materiale, w każdej sytuacji jego kapłaństwa, ten ogromny, cały z marmuru szpital, wystawiony sumptem amerykańskich wielbicielek, w którym nie znaleźliśmy, oprowadzani przez siostrę, ani jednego kwiatka i gdzie padre Pio nie zajrzał ani razu od pół roku, odkąd posprzeczał się z naczelnym lekarzem, chociaż zjechali się tu z całego świata ciężko chorzy, aby ich uzdrowił.



Szpital w San Giovanni Rotondo

Miałem od barona taormińskiego list polecający do padre Agostino, który mówił biegle po francusku. Ten miły, rozumny zakonnik ofiarował się być tłumaczem, padre Pio bowiem mówił wyłącznie narzeczem neapolitańskim i nie rozumiał innego języka. Padre Pio przyjął mnie na korytarzu, przed swoją celą. Przywitał mnie ślicznym czułym uśmiechem (który przypominał mi uderzająco mojego nieodżałowanego przyjaciela Mariana Kistera), dotknął mojego czoła i policzka (wiedział już widocznie od padre Agostino o moich bólach) i zapytał (po neapolitańsku) "
Jakżeście się tam pozbyli Rosjan?" Było to wiosną roku 1957. Zaskoczony, zrobiłem znak głową i ramionami, że niestety nie pozbyliśmy się, chciałem to wypowiedzieć dokładniej, z niuansami, bo w jakimś stopniu była to prawda i nawet sprzedawcy błyskotek na Rialto weneckim proponowali nam swoje skarby z dużym opustem "dla uczczenia Gomułki", ale pobłogosławiwszy mnie, padre Pio znikł za drzwiami.


Cela ojca Pio

Nazajutrz odepchnął mnie od konfesjonału z krzykiem, kiedy dowiedział się, że ani razu się nie spowiadałem. I ta jakaś przytłoczona góra Gargan, okryta ubogą runią, to kramarskie miasteczko, wysuszeni, spaleni od słońca proletariusze wiejscy, ciężko ubijający szosę, moja nieuleczalna choroba psychosomatyczna, nieznośna woń jodyny i zakrzepłej krwi, cierpienia padre Pio podczas godzinnej mszy w kościółku, gdzie i muchy, i rozkrzyczani wierni byli diaboliczni, i bóle, bóle i - nie będzie cudu! - czułem się odtrącony przez Boga, skazany na mękę wiekuistą. 



Konfesjonał

Zrozpaczona Ola sprowadziła padre Agostino. "
Jest nie tylko padre Pio - powiedział i zajrzał mi głęboko w oczy - jest ktoś wyższy od padre Pio: Jezus Chrystus".

W autobusie, który nas odwoził, było bardzo tłoczno i krzykliwie. Kupiłem książkę o padre Pio rodaczki naszej Marii Winowskiej. Czytałem o tym, jak otacza świętego w dużym promieniu aura róż, fiołków, lilii. I w rzeczy samej, na czwartym kilometrze nasi sąsiedzi zaczęli sobie opowiadać o woni róż, fiołków i lilii, która otacza padre Pio.


(Aleksander Wat - "Mój wiek", tom 2, str. 321-322)

Tekst w wersji elektronicznej skopiowałem z repozytorium Andrzeja Krzemińskiego, które - nota bene - wszystkim polecam.

sobota, 5 marca 2011

Królowa Bona umarła


Bazylika św. Mikołaja w Bari wita potomków poddanych królowej Bony w szczególny sposób.


Sama zaś królowa (obecna, w formie nagrobka, za ołtarzem) czeka wciąż na zainteresowanie pionu śledczego IPN. Jest śmierć gwałtowna od trucizny, podejrzenia w stronę mocarstwa ościennego, jest potencjał ekshumacyjny, są wreszcie pieniądze do odzyskania, niechby i bez odsetek. Swoją drogą, przy okazji przypomnieliśmy sobie serial "Królowa Bona". Niesamowite, że Aleksandra Śląska przekonywująco grała młodą (w pierwszych odcinkach dwudziestokilkuletnią) Bonę mając lat... 55. 

Bona więc mieszka na parterze, natomiast patron wprowadził się do piwnicy. Święty Mikołaj trafił do Bari trochę przypadkiem, zajumany w XI wieku (w formie kostek) z Azji Mniejszej przez jakichś przypadkiem przepływających żeglarzy. Różnie o tym piszą, w Bari obowiązuje wersja, że uratowali świętego przed profanacją ze strony Turków. Sarkofag świętego wydziela... coś, co zbierane jest ceremonialnie do ampułki co roku w rocznicę przywiezienia świętego do Bari (nie, nie szóstego grudnia - dziewiątego maja). To coś, co podobno jest mirrą, nawet można w symbolicznych ilościach kupić za całkiem niesymboliczne pieniądze w przykościelnym negozio. Poza tym święty ma w różnych miejscach kościoła poustawiane skarbonki i różne szczeliny do wrzucania monet oraz banknotów (nam się wydawało, że to powinno iść w drugą stronę w tym szczególnym przypadku). Nic dziwnego, że ostatnio rząd turecki zgłosił się, żeby mu oddać trumnę do robienia pieniędzy, bo Włosi nieprawnie zawłaszczają spuściznę.

W wyścigu po kości Bari wygrało z Wenecją. Gdy wenecjanie wraz z Pierwszą Krucjatą dotarli do grobu świętego (nie mylić z Grobem Świętym), okazało się, że jest już pusty. No, prawie pusty. Zabrali zmiotki, ale i trzy inne pudełka (najprawdopodobniej resztki innych biskupów) i umieścili w kosciele San Nicolò al Lido.  Mikołaj jest patronem tak wielu zawodów, że chyba łatwiej byłoby wymienić, czyim nie jest. Jest jednak przede wszystkim patronem żeglarzy i złodziei (nie dziwota, biorąc pod uwagę sposób, w jaki trafił do Bari), ale także bankierów, dziewic, szpiegów, szewców, balsamistów, nauczcieli, studentów i bezpłodnych. I wielu, wielu innych. Każdy się załapie.

Pierwszy znany przypadek próby cybersquattingu miał miejsce pod koniec XI wieku. Gdy mieszkańcy niedalekiego Trani zobaczyli jakiej sławy i powodzenia doznaje za sprawą świętego Mikołaja Bari, pozazdrościli i sławy i świętego. Znaleźli szybko innego Mikołaja (Nicola Pellegrino - przewodniki piszą o nim mało znany cudotwórca, co tylko dowodzi jak rozpasane i zepsute było średniowiecze, bo nawet cuda nie wystarczały), po śmierci załatwili mu u papieża kanonizację w dwa lata (a z tym naszym subito to guzdrali się pięć lat) i w trybie cito wybudowali katedrę nad brzegiem morza. W końcu wygrał ten z Bari - ale na początku szli aureola w aureolę.

PS. Tytuł wpisu z Glogera.

czwartek, 3 marca 2011

Powracającemu z zagranicy zamek tanio wynajmę


Fryderyk II urodził się na placu w miasteczku Jesi (które wiele lat później było świadkiem przyjścia na świat Pergolesiego). Publiczne porody były dobrą tradycją wśród panujących (chodziło o to, aby byli świadkowie, że nikt nie podmienił noworodka), w tym przypadku podejrzany był również wiek położnicy (równo 40), tak więc dla uniknięcia wszelkich wątpliwości oraz oskarżeń o czary i machlojki zdecydowano się poród bardzo publiczny. 
Fryderyk był ośmiokrotnie obkładany ekskomuniką przez kolejnych papieży. I ośmiokrotnie ekskomunikę z niego zdejmowano, co tylko dowodzi, że nawet najgorsze przekleństwo jest odwracalne. Zresztą ekskomuniki zdarzały się wtedy nawet w najlepszych rodzinach, na przykład takiemu Robertowi II nie pomogło nawet to, że był tak pobożny, że aż nazwano go Pobożnym.
Fryderykowi przydarzyło się nawet w stanie ekskomuniki prowadzić wyprawę krzyżową. Co więcej, mimo, że wyprawa zakończyła się pozornym sukcesem (Jerozolima po raz drugi wyzwolona - i to na skutek negocjacji dyplomatycznych, a nie czynu zbrojnego), to jednak papież skłaniał się ku alternatywnej narracji, w myśl której sukces mierzy się wyłącznie ilością przelanej krwi, najchętniej pogańskiej.
Fryderyk miał również zainteresowania naukowe. I na nieszczęście dostatecznie mocną pozycję, aby je realizować. Znany jest głównie z tzw. “eksperymentu deprywacyjnego” polegającego na wychowaniu niemowląt bez kontaktu z językiem - w oczekiwaniu, że (podobnie jak Adam i Ewa) zaczną mówić w “języku naturalnym”. Inne doświadczenia dotyczyły szybkości i jakości trawienia u ludzi, niestety musiały być prowadzone na skazańcach, bo metodologia była mało przyżyciowa.
Teraźniejsi historycy zarzucają Fryderykowi małe zainteresowanie sprawami niemieckimi, co zresztą samo w sobie jest zupełnie zrozumiałe: klimat śródziemnomorski, jest znacznie bardziej przyjazny niż ten na północ od Alp (nie mówiąc już o kuchni i winach), wybór ten potwierdzają kolejne generacje niemieckich emerytów. Fryderyk większość czasu spędzał na południu Włoch, a problemy w Niemczech rozwiązywał kolejnymi ustępstwami i koncesjami wobec swoich lenników. Uważa się, że polityka Fryderyka była praprzyczyną petryfikacji rozbicia dzielnicowego na terenie Niemiec.
A w Apulii Fryderyk zajmował się głównie developerką i branżą budowlaną. Zbudował co najmniej kilka zamków od podstaw (Castello del Monte, Brindisi, Trani, Barletta), a szereg innych, ponormańskich, przebudował (Spinazolla, Canosa di Puglia, Minervino Murge). Najsłynniejszy z zamków, Castello del Monte, owiany jest atmosferą tajemnicy i różnych, często bardzo ezoterycznych, interpretacji. Z uwagi na lokalizację trudno przypisywać mu znaczenie obronne (brak mu zresztą fosy, zwodzonego mostu, podziemnych przejść), podejrzewa się, że był takim przerośniętym pałacykiem myśliwskim (Fryderyk był zapalonym sokolnikiem) albo po prostu budowlą symboliczną - idealny oktogon z ośmioma oktagonalnymi wieżami, osiem sal na pierwszym piętrze, osiem sal na drugim. Zwolennicy spiskowych teorii dziejów podnoszą fakt, że Fibonacci był osobistym przyjacielem monarchy, zauważają też, że zamek pozbawiony jest pomieszczeń gospodarczych i dla służby i z tego względu był praktycznie “niemieszkalny”.
Symboliczne znaczenia ośmioboku są liczne. Oznaczać on może odrodzenie, odnowienie, regenerację (stąd wszelkie baptysteria mają najczęściej taki kształt), kompromis pomiędzy kwadratem a kołem (czyli ziemią a niebem), żeby ograniczyć się do naszego kręgu cywilizacyjnego. Aedificium czyli najbardziej tajna część biblioteki w “Imieniu róży” Umberto Eco mieści się właśnie w ośmiobocznej wieży.
Dziś dla współczesnego Włocha Castel del Monte ma jednak znaczenie równe jednemu eurocentowi. Też dość symboliczne.

A Fryderykowi przepowiedziano, że umrze we Florencji. Dlatego ostatnich kilkanaście lat swojego życia spędził na południu Włoch, unikając podróży do Niemiec, aby nawet nie przejeżdżać przez Toskanię. Zmarł na dyzenterię w miejscowości Torremagiore w zamku Castel Florentino. Ta karczma Rzym się nazywa...

wtorek, 25 stycznia 2011

Kuchnia polska dla średnio zaawansowanych


Rzecz się urodziła na zaprzyjaźnionym blogu, jako uboczny skutek podkpiwań AndSola z menu staropolskiego i stojącego doń w opozycji menu młodopolskiego. Ponieważ autory udzieliły mi nihil obstat pozwalam sobie całość jadłospisów w ujęciu historycznym zestawić poniżej (pośród autorów: Bobik, Nisia, Lisek, Vesper, Moja Ślubna i ja sam).

A to mianowicie:
Menu średniowieczne:
Vol-au-vent z bogurodzicy
Kadłubek opiekany
Smażania gnieźnieńskie
Polikarp w śmiertanie
Psałterz po puławsku w papilotach
Memento mori na kwaśno
Gałki z dobczyna
Syry świętego Aleksego
Desyry
Amen w pacierzu
Menu renesansowe:
Biernaciki zawijane
Sarmaty wieprzowe w miechowicie
Człowiek poczciwy z rożna
Sielanka panierowana po szymonowicku
Potrawa z rzeczypospolitej
Hozjusz w galarecie
Dworzanin polski na dziko
Bliny wujka
Lipniak czarnoleski
Menu barokowe:
sęp w szarzyńskim sosie
pieczeń z wydry na pasku
bitki potockie z moraliami
muza domowa alla putanesca
sałatka z morsztynu
baka zabielana
baba naborowska
roksolanki z bitą śmietaną
benedyktynka z Chmielowa

Menu oświeceniowe:
Kitowicz na szaro
Malwina w majonezie
Biskupki warmińskie w trójniaku
Brzana modna z patelni
Monachomachia zawijana z ryżem
Krewetki i trembecki w sosie słodko-kwaśnym
Soup mycheide avec creme fraiche
Filon marynowany w zalewie laurowej
Piski powrotne po poselsku
Kruche ciasteczka doświadczyńskie
Kołłątaj parzony w sosie godebskim
Woronicz w oleju aromatyzowanym
Nalewka wirtemberska łzawa
Menu romantyczne:
Wallenrod w maladze
Pasztet beniowski
Zupa ordonowa z redutami
Świtezianki w cieście piwnym
Grażyna po wiejsku
Lilie panierowane
Sorbety krymskie
Baby i dziady lukrowane
Balladyna malinowa
Tort słowacki z kasztanami

Menu pozytywistyczne:
Zrazy faraońskie na sposób pruski
Zając z dygasami
Balcerki brazylijskie w zalewie z roty
Asnyki z pieprzem
Kartofle w niebieskich mundurkach
Krzyżak połaniecki flambée
Dudki waryńskie w occie (wyplute były, sanepid nie pozwala brać do masowego żywienia)
Sygietynka w calvadosie
Tort orzeszkowy

Menu młodopolskie:
Wyciąg z dzikiej róży i ciemnych smreczyn (aperitif)
Kasprowicz z chałupy wędzony w dymie
Boyozorki żeleńskie w absyncie
Grochówka zapolska ze skwarkami
Kotlety micińskie w oparach ciekłego azotu
Dudki wyspiańskie na kwaśno
Rydel zawijany z farszem z tetmajerów
Galareta przybyszewska z grzybkami halucynogennymi
Dulszczyzna gotowana po żeromsku
Witkace z pulpetamy
Sałatka pokrzywowo-mniszkowo–perzyńska
Profitrolki z rittnerami na gorąco
Lody mirandola
Menu międzywojenne:
Skamanderki cielęce w białym winie
Roladki z wędzonego przybosia
Jajecznica na słonimie
Iwaszki po chłopsku
Karmazyn z lechoniami
Kluski irzykowskie
Iłła podduszana à la mode
Kompot z suszonych pajperek
Tort z wierzyka w księżycowym blasku 
Menu PRL-owskie:
Jerzyki diamentowe pieczone w popiele
Bitki z jasienicy z gomułką sera
Kasza nowohucka z ważykami
Sznycel partyzancki po filipsku
Udziec z barańczaka zapijany kryniczanką
Kindziuk konwicki
Cogitki St. Jacques
Machejki razowe ze śliwiakami
Okularnik wędzony na zimno w empikach
Sałatka studencka na kwaśno z jabłkami
Eurydyki w czekoladzie
Kisiel z giedroyciami
Menu solidarnościowe:
Wałęsiki po kaczmarsku z gdańską wódką
Móżdżek zniewolony a’la Miłosz na sucharkach emigranckich
Nalesniki z powielacza zawijane w ostrym sosie
Frasyniuki mazowieckie w bibułach
Grilowane wrzodaki na styropianie
Lechówki na maśle z geremkami
Menu epoki stanu wojennego:
Wołowina z pronami w majonezie
Kotlety z kartkówki jaruzelskiej bite długą pałą
Szmalec z baryły
Wrona duszona z oliwą
Filety z gruli po internacku
Ulungi w occie
Racuchy dobraczyńskie na słodko
Wyrczek (=wyrób czekoladopodobny)
Kokosanki z koksownika
Gazrurki z kremem

Menu wspólczesne:
Pierogi polsko – ruskie w sosie masłowskim
Polewka kardynalska z kluskami z dzieciątek niepoczętych
Kura domowa parytetowana po gretkowsku z warzywami
Biedronie z pstrąga tęczowego paradnego
Filet z wisławy z ziarnkiem piasku
Rydzyki z patelni
Konkordatki wadowickie z kremem
I jako bonus... menu kuchni światowej, postmodernistyczne:
Skoonsy na cicciolinie
Symulakry po pekińsku
Derrida à la meunière
Łapy lyotarda z musztardą
Rorty podwędzane
Surówka intertekstualna na gorąco
Cząstki elementarne w sosie houellebecq
Pynchony z lukrem

poniedziałek, 20 września 2010

Wyjaśniło się...

Wyjaśniło się z tym Napoleonem, co napadł na Związek Radziecki. Wyjaśniło się, dlaczego przegrał. Ano przegrał, bo Żydzi spiskowali. A konkretnie trzech cadyków (między innymi Jakub Icchak Horowic z Lublina). Cadykowie mieli plan przyspieszenia nadejścia Mesjasza. Nie wiedzieć czemu (i nie dowiemy się już nigdy, albowiem cadykowie owi, o czym później, nie żyją), pierwszym etapem misternie skonstruowanego planu była właśnie klęska Napoleona, która - jak uczy nas historia - udała się znakomicie i zupełnie. Potem, aby lukę po Napoleonie wypełnić (to już moja spekulacja), miał zaraz przyjść Mesjasz. Ale nie przyszedł. Więc cadykowie pokłócili się z Panem Bogiem (“Jakże to” - mówili - “z Napoleonem tak dobrze wyszło, a z Mesjaszem nic a nic?”), który to zaraz zabrał dwóch pomniejszych (Judę z Przysuchy i Magida z Kozienic) do siebie. Ale Horowic był cadykiem wyższej rangi i nie można go było tak zwyczajnie umrzeć. Więc Pan Bóg uciekł się do podstępu. Gdy Horowic oddawał się medytacjom, obdarzył go darem lewitacji. Nie spodziewający się niczego cadyk wylewitował ze swojej izby na pięterku (Szeroka 28 w Lublinie dla ścisłości - o roli precyzyjnego detalu w narracji pisał już Wańkowicz), a tu Pan Bóg gwałtownie odebrał mu władzę nad grawitacją i Horowic zrąbał się z wysokości ze skutkiem natychmiastowym.

Wyjaśniło się też o co chodziło z purytanami ("Mayflower" i te klimaty). Więc oni nie wyjechali z Anglii dlatego, że byli prześladowani tylko dlatego, że im tam nie pozwalano nikogo prześladować. Ale to już zupełnie inna historia.

poniedziałek, 29 marca 2010

Hrabina Wielopolska

Zachęcony nie-aż-tak-dawnymi wpisami czytającego stare gazety AndSola, zabrałem się i ja za lekturę. Nowy Głos (Żydowski Dziennik Poranny) z 18 maja 1938. Redakcja, rzecz jasna, mieściła się na Nalewkach.

Maski gazowe dla mieszkańców Pragi”, „Endeccy studenci w Wilnie domagają się wprowadzenia numerus nullus”, „Po zjeździe wodzów - Upadek Austrii ocali Czechosłowację”- to przegląd nagłówków wiadomości numeru. Sama słodycz, jak zwykle, na stronach dalszych, i tak:

14 dni aresztu za handel w niedzielę
W dniu wczorajszym patrol policji, w czasie obchodu północnej dzielnicy miasta stwierdził, że w sklepie konfekcji Froima Szulewicza i Keila, przy Placu Wolności 7, odbywa się handel w niedzielę. Funkcjonariusze policji wezwali właścicieli sklepu do otwarcia drzwi, ci jednak się zabarykadowali i nie chcieli wpuścić policji. Po dwugodzinnym oblężeniu, policja
wkroczyła do wnętrza sklepu, gdzie zastała kilku kupujących. Obydwu właścicielom sklepu sporządzono protokół i w dniu wczorajszym stanęli oni przed referatem karnym starostwa
grodzkiego, który skazał ich na 14 dni bezwzględnego aresztu.

List do Redakcji
Szanowny Panie Redaktorze!
W związku z żydożerczym artykułem pióra wychrzczonego Żyda Dr. Lucjana Weingotta, ogłoszonym w „Głosie Siedleckim", uprzejmie proszę o poinformowanie opinii publicznej w poczytnym piśmie Pańskim, iż z osobą wyżej wymienionego nazwiska nie mam nic wspólnego.
Łączę wyrazy Szacunku,
Dr. med. Antoni Wajngot (Warszawa)

Zmiana nazw ulic
Rada Miejska w Międzyrzecu uchwaliła wniosek zgłoszony przez Klub Radnych Polskich w sprawię zmian nazw szeregu ulic, w tej liczbie ulic im. I. L.Pereca, Szaloma Asza i Adlera (Adler jest zmarłym zasłużonym kierownikiem żydowskiej straży ogniowej w Międzyrzecu). Pomimo protestu radnych żydowskich, którzy opuścili posiedzenie, wniosek o zmianie nazw wymienionych ulic został przyjęty.

Z 4 piętra
Wczoraj wieczorem wyskoczył z okna 4 piętra domu przy ul. Przejazd 5 jakiś elegancki pan, który poniósł śmierć na miejscu. Towarzystwo pogrzebowe „Ostatnia Posługa" po stwierdzeniu narodowości zmarłego poszukuje obecnie jego rodziny.

Wyobraźni czytelnika pozostawiam, w jaki sposób stwierdzono narodowość, ale już nie tożsamość nieboszczyka (mimo, że był zakonspirowany - elegancki). Inny jeszcze drobiazg:

Czy Hitler ułaskawi hr. Wielopolską?
Skazana wyrokiem nadzwyczajnego Trybunału Ludowego hr. Wielopolska wniosła w ubiegły piątek podanie o łaskę do kanclerza Hitlera. W myśl bowiem nowej procedury niemieckiej kanclerz ma prawo łaski bez względu na wszelkie obowiązujące ustawą terminy. W prośbie swej hr. Wielopolska powołuje się na swój młody wiek i na to, że posiada maleńką córeczkę, która na zawsze ma być pozbawiona opieki macierzyńskiej.

Kim była skazana i dlaczego sądził ją w 1938 roku nazistowski trybunał? Za jakie przestępstwo skazał na tak surową karę? Byłaż by to kolejna nieznana polska Mata Hari? Pytania sprowokowały małą kwerendę (prowadzoną za pomocą google - zgodnie ze smutną maksymą w myśl której jeśli czegoś nie ma w sieci to to nie istnieje). Podaję informację w kolejności docierania do nich, nie chronologicznie - może będzie lepszy efekt dramaturgiczny. Wpierw notka encyklopedyczna:
Wielopolska Maria Jehanne, z Colonna-Walewskich, 2° voto Strzemię-Janowska (1882-1940), pisarka, publicystka. Związana z ruchem niepodległościowym. Podczas I wojny światowej pracowała w służbie sanitarnej I Brygady Legionów. Od 1927 w Warszawie, współpracowała głównie z prasą sanacyjną.
Autorka zbiorów opowiadań, np. Pani El (1911), powieści, m.in.: Faunessy (1913), Kryjaki (1913) - z czasów powstania styczniowego. Autorka głośnych polemik i paszkwilów literacko-politycznych, np. Silni, zwarci, gotowi, ale i... czujni. Rzecz o wczorajszych dywersantach (1939), atakowała m.in. W. Broniewskiego, A. Słonimskiego i J. Tuwima za poglądy pacyfistyczne.

Dobrze więc, znaczy najwyraźniej Hitler ułaskawił. Ale czy to na pewno ta Wielopolska? Damom wieku się nie wypomina, chyba że same o nim wspominają. W 1938 hrabina miała 56 lat, nie bardzo pasuje do młodego wieku i maleńkiej córeczki.

Nieoceniony „Goniec Częstochowski” z 26 maja 1938 rzuca więcej światła na sprawę:
Hrabinę Wielopolską wciągnięto w zasadzkę i zadenuncjowano w „Gestapo" z zemsty.
Paryż. — ..Paris Soir" przynosi sensacyjne szczegóły dotyczące skazanej na dożywotnie więzienie przez sąd hitlerowski hrabiny Wielopolskiej z Warszawy. Pismo donosi, że hrabina Wielopolska swego czasu została fałszywie oskarżona, że miała otrzymać od kilku arystokratek niemieckich listy z prośbą o przewiezienie ich do Francji jako ważnych dokumentów. Hr. Wielopolska miała się. zgodzić. Sprawa dotarła do „Gestapo" i hrabina popadła w podejrzenie. Jednocześnie pewien urzędnik dyplomatyczny Rzeszy zabiegał o względy Wielopolskiej. Dostawszy jednak koszą, postanowił się zemścić. Otrzymawszy raport, że hrabina Wielopolska jedzie przez Niemcy do Francja dygnitarz, ten powiadomił „Gestapo" i zażądał, by hrabinę aresztowano. Następnie miał się on zjawić w biurach policji i odegrać w oczach hrabiny rolę opiekuna i wystarać się o jej uwolnienie. „Gestapo" tymczasem wzięło poważnie całą sprawę i Wielopolską po kilkumiesięcznym więzieniu śledczym zasądzono na dożywocie pod zarzutem szpiegostwa. Dygnitarz niemiecki w dniu wydania wyroku popełnił samobójstwo.


Wikipedia nie zna Wielopolskiej. Jedynie na stronie „Ofiary nazizmu w Polsce” podaje krótką informację, że Maria Jehanne Wielopolska (1882-1940), pisarka i publicystka, zginęła w obozie koncentracyjnym. Na innej stronie doprecyzowano, że ów obóz mieścił się na terenie ZSRR.

Znów częstochowska prasa dostarcza nieocenionej pomocy. Goniec Częstochowski z 5 października podaje szczegóły aresztowania i wyjaśnia ponad wszelką wątpliwość, że chodziło o inną Wielopolską:
Gestapo aresztowało hrabinę Wielopolską w przejeździe przez Berlin do Paryża. Przyczyny uwięzienia pięknej arystokratki narazie nie znane.
Londyn. - „Daily Express” przynosi sensacyjną wiadomość z Berlina o aresztowaniu przez niemiecką tajną policję hr. Józefowej Wielopolskiej. Hr. Wielopolską aresztować miano według doniesienia tego dziennika za szpiegostwo. Osadzono ją w więzieniu w Moabicie. Według „Dailly Express” ambasada RP w Berlinie miała zażądać od ministerstwa spraw zagranicznych wyjaśnień w tej sprawie.

Wiadomość o aresztowaniu Oktawii hr. Wielopolskiej, z domu Bogorya-Kurzenieckiej, małżonki popularnego w Warszawie hr. Józefa (zamieszkałego w Warszawie, w al. Szustra nr. 3) wywołała w towarzyskich kołach stolicy wielką sensację, ze względu na popularność hrabiny. Liczy ona około 30 lat, jest córką bogatego ziemianina z Wołynia i wyróżnia się niezwykłą urodą. Wysoka, szczupła szatynka, ubierała się zawsze bardzo elegancko i jaśniała swą urodą w salonach arystokratycznych stolicy. W szerszych kołach znano ją jako „panią z pieskiem” od wystawionego przed paru laty w salonie „Zachęty” jej portretu pędzla świetnego artysty śp. Jana Rudnickiego.

Piękna hrabina wyjechała z Warszawy 19 września o godzinie 19 minut 30 wieczorem udając się na wystawę do Paryża. jechała wagonem sypialnym zdążającym wprost do stolicy Francji. Od chwili wyjazdu z Warszawy wszelki słuch o niej zaginął. Przez 13 dni mąz nie wiedział, co się z nią dzieje. Zaniepokojony, przypuszczał, że piękna hrabina padłą ofiarą jakiejś europejskiej bandy gangsterów.

Dopiero po 2 tygodniach nadszedł od hrabiny pierwszy list. Nosił on pieczątkę więzienia berlińskiego w Moabicie. Okazało się, że hrabina została aresztowana przez niemiecką Gestapo.


Tenże sam Goniec Częstochowski z 23 października 1937 roku szkicuje prawdopodobny scenariusz:
Czy hr. Wielopolska będzie ścięta?
Paryż. — Prasa francuska omawia szeroko sprawę hrabiny Wielopolskiej, aresztowanej w Berlinie pod zarzutem szpiegostwa. W Berlinie natomiast sprawa ta jest pokrywana całkowitym milczeniem. W kołach korespondentów zagranicznych przebywających w Berlinie, uchodzi za pewne, że hr. Wielopolska będzie skazana na ścięcie, po czym jednak zostanie wymieniona na agentów niemieckich, schwytanych w Polsce. Podobno rokowania prowadzone w tej sprawie są już na ukończeniu. Jest bardzo prawdopodobne, że Niemcy aresztowali hr. Wielopolską po prostu w tym celu, aby zdobyć cenną zakładniczkę i mieć „towar" do wymiany na aresztowanych ostatnio przez polskie władze wojskowe dwóch głośnych szpiegów niemieckich


Goniec Częstochowski z 15 maja 1938 puszcza kaczkę dziennikarską:
Hr. Wielopolska uwolniona i jedzie do Polski?
I na tym kończą się wzmianki o hrabinie w przedwojennej prasie częstochowskiej.

W pierwszej części przewodnika Grzegorza Rąkowskiego po Wołyniu (Oficyna wydawnicza „Rewasz”, Pruszków 2005) znajdujemy jednak wzmiankę wyjaśniającą dalsze losy hrabiny (przy okazji omówienia posagowego majątku Kopytkowo - Oktawin, str. 329):
Ostatnimi właścicielami majątku byli Oktawia z Kurzenieckich (zginęła w niemieckim obozie koncentracyjnym) i jej mąż Józef Wielopolski. Dwór uległ prawdopodobnie zniszczeniu podczas II wojny światowej. Na zachodnim krańcu wsi zachowały się ślady założenia dworskiego oraz resztki parku.


W genealogii Minakowskiego znajdujemy dodatkowe informacje - urodzona 1909, ślub z Wielopolskim w 1930, zmarła w Auschwitz w 1943. Brak informacji o potomstwie.

Czyli jednak życie nie dopisało happy-endu. A dlaczegóż by miało?

W trakcie "płukania internetu" znalazłem następujący tekst:

(Maria Jehanne Wielopolska. Renesansowe dogaressy).
Prababce mojej Henrjecie Piramida-Cybulskiej z Kurzych Stopek na pamiątkę naszego wspólnego pochodzenia poświęcam.
... nasycone purpurą ręce składając, niby na porcelanowych ołtarzach barokowe madonny, wkrąg przypominający japońskie farfury, Dolores i Agnes weszły do pozłocistej komnaty podobnej do tej, w której koronowano ongi królów Francji i gdzie Joanna Święta (moja patronka) rozmawiała tajemnie z biskupem z Fiorawenny, tym, który usynowił przodka mojego, jaki się wybrał z uprzejmą wizytą do kwieciem płonącej Italji.
Leopardy i pardwy w kutych ze złota klatkach chciwem okiem powłóczyły za ogonami ich sukien tkanemi ze srebra przez takich artystów, jak Gentile Fabriano albo Bina Nera. Zwierzęta nawet kochały się w ich wiotkiem ciele, jak moje konie, które ilekroć wejdą do stajni, wodzą za mną miłosnem okiem --- i to wszystkie szesnaście cugowych, bo do fornalskiej stajni Pańcio czasami tylko zagląda.
Dolores rozplatała, to znów splatała miękkie i złote grzywy włosów, rozwijając je z wonnych obroży piżmowych bursztynów, jakie podobno za króla Zygmunta wyrabiała w Krakowie Barbara Parcianka, ale Agnes przytrzymała ją za ręce i rzekła głosem, podobnym do śpiewu św. Cecylji, pod której wezwaniem pisała moja ciotka Colonna-Walewska, choć w gardle złamał się jej ten dźwięk:
--- Mów.
Ale Dolores zajęta była myciem swej piersi w miksturze z sześciu uncji oślej uryny i tłuczonych szmaragdów, co jej przynosiło szczęście.
Napisałam w dzień świętego Wita w 1235 roku Hediry, od urodzenia ... tym w domu zbudowanym przez moich przodków w Snobiszkach Wielkich.
Przepisał Jarosław Iwaszkiewicz.


I jeszcze urywek tekstu własnego Marii Jehanne Wieloposkiej z Colonna-Walewskich:

„Wizyty mają swoje godziny : 12 w południe lub 17 po południu – i swoje dni. Nie składa się ich w uroczyste święta państwowe, w święta kościelne obchodzone np. w Polsce, jak Wielkanoc, Boże Narodzenie, Wielki Tydzień, Nowy Rok itp. Pierwsza wizyta u mało nam znanych gospodarzy nie trwa dłużej jak 20-30 minut. Jeżeli nas nie zatrzymują, nie należy czuć się dotkniętym – wszystko jest w porządku na terenie oficjalnego obcowania.

"Młoda para składa wizyty przede wszystkim tym, którzy brali udział w uroczystościach jej zaślubin, którzy przesłali podarunki ślubne czy też dłuższe listy z gratulacjami itp. Zapytuje się oczywiście telefonicznie o godzinę, jeśli zaś chodzi o wizyty czysto oficjalne, wrzuca się tylko bilety wizytowe, bez dowiadywania się o godzinę przyjęć. Nowe znajomości zawarte przypadkowo nie upoważniają do natychmiastowego składania wizyt, choćby ta znajomość należała do najbardziej pociągających. Starsze osoby muszą w jakikolwiek bądź sposób wyrazić młodej parze chęć widzenia jej u siebie, osoby młodsze zaś można odwiedzić bez oczekiwania na zachętę. Oczywiście każdy subtelniejszy człowiek wyczuje z rozmowy i zachowania, czy będzie jego wizyta mile widziana, czy też nie (...). 
Po złożeniu wizyty powinna młoda para wyrazić przy pożegnaniu chęć widzenia gospodarzy u siebie. (...) Znajomych, którzy zamiast rewizyty złożą do trzech dni tylko bilety, bez okazania szczególnej ochoty do podtrzymywania stosunków towarzyskich, należy wykreślić z pamięci i, nawet spotkawszy ich w obcym towarzystwie i w obcym domu, dyskretnie ich unikać, ale nie robić min obrażonych. 
Zdarza się, że otrzymujemy zaproszenia na przyjęcie czy bal, zanim złożyliśmy pierwszą wizytę. W tym wypadku powinno się mniej więcej do tygodnia po dacie bytności złożyć wizytę w tym domu. 



Na każde zaproszenie odpowiadamy twierdząco czy odmownie – telefonicznie, przez posłańca lub listownie. To pierwszy paragraf stosunków towarzyskich, nie do pominięcia (...). Odpowiedzi listowne, odmowne czy twierdzące, mają całą skalę odcieni. Inaczej się pisze do dobrych znajomych, inaczej do ludzi oficjalnych. 
- Wielce Szanowni Państwo! ogromnie nam obojgu przykro, ale z powodu grypy naszych dzieci nie będziemy mogli skorzystać z uprzejmego zaproszenia. Dziękując za pamięć łączymy wyrazy prawdziwego poważania i szacunku... 
- Droga Pani! niezmiernie się cieszę, że spędzę u Niej wieczór niedzielny. Zapytuję, czy mogę przyjść z siostrą moją, która od paru dni u mnie bawi? Dziękuję za pamięć i łączę najpiękniejsze ukłony.

„Nieznajomym przedstawia mężczyzn gospodarz lub wspólny znajomy, kiedy go jednak nie ma, trzeba dokonać tego na własną rękę i wymienić swe nazwisko. Jeśli spostrzeżesz swój błąd, żeś nie zaznajomił ludzi sobie nieznanych, powinieneś wyrazić swój żal: - O, przepraszam! nie wiedziałem, że się państwo nie znają! 
Kiedy osoby, które ze sobą zaznajamiamy, są równe rangą i wiekiem – rzecz jest prosta, tzn. obojętne jest, które nazwisko wymienimy naprzód, chyba, że jedna z nich weszła do salonu dopiero przed chwila, a druga bawi już dłużej, wtedy przedstawiamy tę pierwszą tej drugiej. Ale jeśli w wieku i stanowisku danych osób zachodzą wybitne różnice, trzeba uchwycić odcienie. Dajmy na to, że jest między nami Marszałkowa Piłsudska, więc oczywiście, przedstawiając jej jakąś panią, nie wymieniamy nazwiska pani Marszałkowej – tylko, aby zorientować daną osobę, komu ją przedstawiamy, mówimy głośno: - Pani Marszałkowa pozwoli, że jej przedstawię panią X... 
Tak samo, gdy młodą osobę przedstawiamy znacznie starszej pani. (...) W obecnych jednak czasach „powszechnej” młodości trzeba zważać, aby kogoś przy okazji takich wyróżnień nie obrazić. (...) Po wyglądzie, po toalecie, po makijażu i zachowaniu jakiejś osoby możemy dokładnie poznać, czy dba ona chorobliwie o pozory młodości, czy też zrezygnowała z wiosny życia i spokojnym krokiem weszła w okres jesieni czy zimy.

Wydaje się wielu z nas, że jest wyrzutkiem społeczeństwa, że jest nieprzyzwoitym człowiekiem, o ile nie ma przypiętego jakiegoś tytułu do nazwiska. (...) Wśród ludzi dobrze wychowanych tymczasem, tytuł jest rzadkim, a w każdym razie oszczędnie i ostrożnie szafowanym epitetem. Jeśli chodzi o kobiety, mówi się np.: pani Marszałkowo, pani generałowo – a nie mówi się : pani porucznikowo, pani radczyni. Młodej osobie utytułowanej nie mówi się: pani hrabino czy księżno; starej damie można w rozmowie wetknąć: pani hrabina pozwoli, lub: księżna ma rację, ale sypanie ustawicznie tytułami jest niedopuszczalne. (...) 
Ceremonialność zbytnia jest tak samo nie wskazana jak zbytnie poufalenie się. Do pań i panienek mówić po imieniu, tzn.: pani Marysiu – panno Anulko – można jedynie w przypadkach większej zażyłości. (...). Powinno się też być wstrzemięźliwym w proponowaniu tzw. Bruderschaftu. Należy człowieka dobrze wprzód poznać, zanim mu się zaproponuje tykanie. (...) 
Lata niewidzenia znoszą wiele odcieni niegdyś poufalszych w stosunkach ludzkich. Człowiek, któregośmy widzieli i tykali dzieckiem, jest dziś, powiedzmy, dygnitarzem – kobieta, towarzyszka zabaw dziecinnych, jest dziś żoną ministra – jak przemówić do nich? O ile jesteśmy młodsi rangą i wiekiem – odzywamy się per pan czy pani, a jej czy jego rzeczą będzie nakierować nas na drogę zażyłej formy obcowania – albo też na zawsze o niej zapomnieć.

W każdej fazie bytowania w obcym domu staramy się jak najmniej zwracać na siebie uwagi. Więc (...) wychodząc, kiedy czujemy się w obowiązku pożegnać wszystkich obecnych, albo kiedy wychodzimy dyskretnie, po angielsku, najwyżej gospodarzom się pokłoniwszy. (...). Na przyjęciach monstre, gdzie przewijają się setki ludzi, nawet pożegnanie z gospodarzem nie obowiązuje pod rygorem (...). Bez zwracania więc uwagi na siebie wycofaj się do hallu i tu, złożywszy służbie napiwek, idź, gdzie cię wzywa obowiązek czy dobra wola”.