wtorek, 14 maja 2013
poniedziałek, 13 maja 2013
Turcja 2013. Ankara.
Myślałem, że Polska jest mistrzem świata, jeśli chodzi o ustawianie przy drogach różnych bezsensownych, często wzajemnie sprzecznych znaków (głównie chodzi o ograniczenia prędkości). Gdybym miał się do tych wszystkich pięćdziesiątek i trzydziestek stosować, zapewne byłbym wciąż gdzieś w okolicach Adiyamanu. Oczywiście, Turcy jeżdżą temperamentnie (i biją Polskę na głowę, jeśli chodzi o statystyki wypadków drogowych), ale odreagowywanie tego za pomocą coraz bardziej restrykcyjnych ograniczeń jest chyba kontrproduktywne. I tak prędkość jest ograniczana stanem nawierzchni (i tu też nie mamy się czego jako Polacy wstydzić). Rzecz jasna pieszy jest zwierzyną łowną, pierwszym obyczajem, jakiego europejski kierowca powinien się we własnym dobrze pojętym interesie wyzbyć w Turcji jest zwalnianie na przejściach dla pieszych, a już zwłaszcza zatrzymanie się w celu przepuszczenia pieszego skutkować może tragedią, i to bynajmniej nie dla pieszego (ten nie jest taki głupi, zna życie, wietrzy wszelkie podstępy i na drogę i tak nie wejdzie).
Turcja, co zważywszy położenie geograficzne może być niespodzianką, jest krainą drogiego paliwa, co przekłada się na wysokie koszty taksówek. System komunikacji publicznej w Ankarze jest dość trudny do rozpracowania (autobusy państwowe, autobusy prywatne, dolmusze czyli popularne marszrutki, brak rozkładów czy mapek na przystankach) co w połaczeniu z powszechnym brakiem znajomości angielskiego powoduje, że najlepiej Ankarę zwiedza się pieszo, zwłaszcza że zbyt wiele do zwiedzania nie ma.
Zachowało się nieco rzymskich starożytności. Po wizycie cesarza Juliana Apostaty pozostała słownie jedna kolumna, wciśnięta pomiędzy znacznie późniejsze domy. Świątynię Augusta spotkał dziwniejszy los, bo ludzie wciąż się tam modlą - ponieważ dobudowano do niej meczet. W ogóle, właśnie buduje w Ankarze nową starówkę - to znaczy ładne domki “nowe jak stare” - chyba miejscy planiści odpuścili sobie syzyfową pracę modernizacji narosłych przez stulecia ruder na sąsiedniej górce.
| Mauzoleum. |
| Mauzoleum. |
| Muzeum Cywilizacji Anatolijskich - złowieszczy eksponat. |
Zresztą Turcy zrobili Ataturkowi przykry dowcip. Całe życie walki z lokalną wersją szamaństwa o kraj świecki, a na koniec zafundowali mu islamski pogrzeb - wcale nie leży w marmurowym sarkofagu w mauzoleum, ale tradycyjnie, w ziemi, zawinięty w całun. Swoją drogą, wódz był antyklerykałem i islamosceptykiem wtedy, kiedy jemu to pasowało (np. żłopiąc alkohol do stanu marskości wątroby). W innych wypadkach godził się z Allahem błyskawicznie - jest tajemnicą poliszynela, że z (pierwszą i jedyną) żoną rozwiódł się “jednostronnie”, czyli dokładnie w taki sposób, z jakim przez ponad dwa lata małżeństwa (teoretycznie) walczył. W ogóle historia pani Ataturkowej jest raczej smutna. Kobieta była wyjątkowo wykształcona (na Zachodzie), znała ileś języków, pisała mężowi przemówienia - jednym słowem, wedle wszelkich standardów feministka. Małżeństwo, na ile można to ustalić, zawarli z miłości - która niestety przegrała z codziennym życiem. Zawodowy modernizator i antyklerykał w domu najchętniej zamieniłby się w typowego tureckiego baszę. A to już żonie (trudno się dziwić) nie pasowało. No to trzy razy “idź precz” i po krzyku. Nie trzeba chyba dodawać, że rodacy dorobili ex-wodzowej gębę “złej kobiety”...
| Stara stara Ankara |
| Nowa stara Ankara |
Na koniec parę słów o samej konferencji. Okazało się, że związek pomiędzy Henry Jamesem a Ankarą jest taki, jak zwykle w przypadku konferencji naukowych - pracuje tu jakiś entuzjastyczny naukowiec, któremu chce się organizować sympozjum. Tak było i tym razem. Konferencja spora (z 80 osób), poziom zaskakująco dobry, w ogóle wszystko jak zwykle (w krajach cywilizowanych), ale... Były też smaczki, nazwijmy je, orientalne. Po pierwsze rozpoczęcie imprezy odbyło się w akompaniamencie mów dziekana, prodziekanów i każdego, kogo udało się złapać. Było wręczanie kwiatów - olbrzymie bukiety (u nas uchodziłyby za zdecydowanie funeralne) stały do końca w sali powalając zapachem. Zamknięcie konferencji było jeszcze ciekawsze - znów mowy, podsumowania, podziękowania. W tym dla pomagającyh w organizacji studentów (nic dziwnego), którym ceremonialnie wręczono certyfikaty (???). Certyfikaty wręczał sam dziekan - postać patriarchalna, siwa i nobliwa. Studenci po kolei podchodzili do niego, po czym w większości (głównie młode dziewczęta)... całowali go po rękach. Pocałowaną rękę przyciskali sobie do czoła. Dziekan poklepywał ich ojcowsko i... ronił łzy. Tak się wzruszył jaka to piękna konferencja była. Wyobrażacie sobie publicznie wzruszonego do łez dziekana na jakiejkolwiek zachodniej uczelni?
| Gilgamesz (Muzeum Cywilizacji Anatolijskich). |
środa, 8 maja 2013
Turcja 2013. Drugie kółko.
| Malatya. Zaczyna się sezon na owoce. |
Malatya w polskich kręgach konfesyjnych znana jest (jeśli w ogóle) jako miejsce urodzin Ali Agcy. Mniej znany jest fakt, że 80% światowej produkcji moreli pochodzi z Turcji, a większość upraw lokalizowana jest akurat w rejonie Malatyi. Właśnie nieśmiało zaczynał się sezon owocowy, od takich najbardziej pastewnych brzoskwiń, drobnych, z trudno oddzielającą się pestką. I małych zielonych śliwek. Na kayisi pazar (bazarze morelowym) można kupić suszone morele w kilkunastu rodzajach plus morele w czekoladzie, morelowe kosmetyki itp. Sama Malatya jest miastem dużym i nowoczesnym, zupełnie nie żadną zapadłą dziurą, skąd co najwyżej terroryści się rozpełzają na świat. A najbardziej znanym obywatelem miasta był jednak Ismet Inonu, drugi prezydent republiki, następca bliźniaka Beli Lugosiego.
| Te pomarańczowe z prawej są siarkowane i dlatego mają ładny kolor po ususzeniu, te z lewej są naturalne. |
Malatya posłużyła nam za bazę wypadową do wycieczek po okolicy, z których najciekawszą była ta na Nemrut Dagi. Na wierzchołku góry (2134m) znajdują się ruiny świątyni z monumentalnymi posągami zbudowanymi na rozkaz króla Kommageny Antiocha, syna Mitrydatesa (ale nie tego Mozartowskiego, re di Ponto, tylko jakiegoś innego - popularne imię w tamtych czasach i okolicach). Oczywiście, sam król również figuruje pośród bóstw (z jakiegoś powodu za towarzystwo wybrał sobie Zeusa, Apolla, Herkulesa oraz lokalną odpowiedniczkę Fortuny). Co więcej, o bliskich związkach króla z bogami zaświadczają umieszczone tu i ówdzie płaskorzeźby, na których każdemu po kolei ściska dłoń. Rzecz całą dla współczesności odkrył niemiecki geodeta pod koniec XIX wieku.
| Nemrut Dagi. |
| Nemrut Dagi |
| Nemrut Dagi |
| Nemrut Dagi, |
Dalej, przez miasteczko Kangal - słynące z opracowania modelu psa ogólnotureckiego - pojechaliśmy do czegoś o nazwie Balikli Kaplica. Słowo “kaplica”, sugerujące jakieś uduchowienie, ma w rzeczywistości bliżej do “kąpieliska” (zapewne jakiś indoeuropejski źródłosłów), zaś “balikli” to, jak się okazało, rybki. Rybki-ludożercy, na szczęście zadowalające się podskubywaniem martwego naskórka, a woda (źródła Eufratu) zawiera dużo selenu - z tego względu zaleca się te kąpiele wspomagająco chorym na łuszczycę. My byliśmy tam jedną noc, raczej wiedzeni ciekawością (dość dziwne uczucie bycia skubanym przez zupełnie nie bojące się ludzi rybki) niż jakimś problemem dermatologicznym.
Ogólnym problemem kąpieli termalnych w krajach muzułmańskich jest dyskryminacja par heteroseksualnych (czy wręcz heterofobia) manifestująca się rozdzielnopłciowością basenową. Wieczorem udało się ten problem rozwiązać (recepcjonista wpuścił nas do basenu po jego oficjalnym zamknięciu), rano natomiast poszliśmy na “zajęcia ciche w podgrupach”. Zajęcia nie były zupełnie ciche, w części męskiej dominowali Rosjanie, znaczy była wódeczka, papierosy, karty (takie specjalne, basenowe, z plastiku), oraz odpowiednik radiomagnetofonu z rosyjskim repertuarem (rozpoznałem Porucznika Golicyna). Był też Pan Murzyn, z którym się postanowiłem socjalizować.
Ogólnym problemem kąpieli termalnych w krajach muzułmańskich jest dyskryminacja par heteroseksualnych (czy wręcz heterofobia) manifestująca się rozdzielnopłciowością basenową. Wieczorem udało się ten problem rozwiązać (recepcjonista wpuścił nas do basenu po jego oficjalnym zamknięciu), rano natomiast poszliśmy na “zajęcia ciche w podgrupach”. Zajęcia nie były zupełnie ciche, w części męskiej dominowali Rosjanie, znaczy była wódeczka, papierosy, karty (takie specjalne, basenowe, z plastiku), oraz odpowiednik radiomagnetofonu z rosyjskim repertuarem (rozpoznałem Porucznika Golicyna). Był też Pan Murzyn, z którym się postanowiłem socjalizować.
Otóż Pan Murzyn przyjechał do Balikli Kaplica z Sudanu Południowego (w Turcji pierwszym pytaniem jest zawsze “Where are you from?”, więc radośnie uległem konwencji). Pan Murzyn był jakimś wyższej rangi parlamentarzystą południowosudańskim czy innym politykiem, co poniekąd tłumaczyło jego obecność na trzytygodniowym turnusie), próbowałem go delikatnie naprowadzić, żeby opowiedział mi cokolwiek o tym nowym państwie. No, zaczęło się od pytania, czy ja wiem, kim był doktor John Garang? Nie wiedziałem, naprawdę nie wiedziałem. Ha, rzekł Pan Murzyn, cały świat zna i czci doktora Johna Garanga, to był nasz wielki lider, który zginął w tajemniczej katastrofie lotniczej. Aha, powiedziałem rekoncylacyjnie. Pan Murzyn nie był do końca zadowolony (“You should go to the library and read about doctor John Garang!”). Obiecałem, ale to do końca nie rozprasowało sytuacji. “Ask your elders, they will explain you about doctor John Garang!” - rekomendował mi Pan Murzyn na koniec naszego spotkania w basenie. Bardzo ciekawa rozmowa, dała mi pewien pogląd na percepcję Smoleńska poza Polską.
| Divrigi, brama Ulu Cami (Starego Meczetu) |
| Okolice Darende |
A potem wróciliśmy do Malatyi i kółko się zamknęło. Fruu do Ankary.
| Jest herbata, jest impreza (cd). |
sobota, 4 maja 2013
Turcja 2013, pierwsze kółko.
Turcja uchodzi za kraj turystyczny. Turyści masowo zwiedzają Stambuł i śródziemnomorskie wybrzeża, a jak już któryś trafi do Kapadocji, to uważa się za wielkiego odkrywcę (też byliśmy, a co). Postanowiliśmy więc wypuścić się tam, gdzie autokary nie docierają. Wyszły z tego dwa kółka po 4 dni każde, plus na koniec Ankara, jako że pretekstem do całej tej podróży była odbywająca się tam konferencja poświęcona twórczości Henry’ego Jamesa (co Henry James miał wspólnego z Ankarą, jeszcze się może wyjaśni...).
| Ani - kościół św. Grzegorza (Saint Gregory of Tigran Honents) |
| Ani - katedra |
| Za rzeczką Armenia |
Pierwsze zaczęliśmy w Karsie, skąd wynajętym samochodem udaliśmy się do ruin miasta Ani, dawnej stolicy... Armenii. Do Armenii jest niedaleko, przez płot i przez rzeczkę, most (na Jedwabnym Szlaku) jednak został zniszczony chyba jeszcze w średniowieczu. Ani, dawniej podobno konkurujące z Konstantynopolem, jest obecnie bardzo zrujnowane, cóż - okolice są sejsmiczne, wojny częste, a i sąsiedztwo ormiańsko-tureckie trudne. Tak trudne, że jedyna (za to bardzo skrupulatnie) odrestaurowana budowla to późniejszy pałac jakiegoś pomniejszego namiestnika sułtańskiego. Na te wszystkie kościoły z X wieku trochę jakby zabrakło woli i energii. O ile się nic nie zmieni, to za kilka dekad zostanie już tylko przysłowiowy kamień na kamieniu.
| Pałac Icka Paszy |
| Ishakpasha Palace od wewnątrz |
Z Ani pojechaliśmy do miasteczka Dogubeyazit, leżącego pod samym Araratem, ze 30 kilometrów od granicy z Iranem. Oprócz samej wielce malowniczej góry czekał tam na nas przepiękny pałac niejakiego Ishaka Paszy - jeśli tak mieszkał jakiś pomniejszy kurdyjski królik, to można sobie tylko wyobrazić rezydencje poważniejszych władców. Zresztą jakby nie interpretować, to Ishak zapewne był Izaakiem, toteż trudno jakąś konsystentną politykę historyczną stosować.
| Ararat właściwy (5137m) i mały (3925m) |
| Wytęż wzrok i znajdź arkę. A za górą - Iran. |
W pobliżu Araratu, bezpośrednio przy granicy irańskiej, znajduje się siedziba strażnika Arki Noego. Arka Przymierza w Etiopii dozorowana jest przez jakiegoś dziewięćdziesięciolatka wyposażonego w muszkiet z czasów wojny trzydziestoletniej. Arka Noego, a w zasadzie jej domniemany odcisk w skale posiada strażnika imieniem Hassan, który w towarzystwie dwóch bardzo małoletnich wnuczek prowadzi “muzeum”, za co otrzymał ponoć medal od władz Rumunii i drugi z Ukrainy.
| Erzurum - Yakutie medressi |
| Jest herbata - jest impreza |
Z Dogubayazit pojechaliśmy do Erzurum, malowniczo położonej stolicy tureckiego narciarstwa. Oprócz białych atrakcji w okolicach, miasto proponuje odwiedzającym kilka meczetów i medres (wszystko oczywiście z czasów dostojnie średniowiecznych) oraz grobowce trzech - no właśnie nie wiadomo: mędrców, męczenników, bohaterów (a może tylko bogaczy), tak stare, że już zupełnie nie wiadomo, kogo w nich pochowano. Erzurum ze znanych nam miast najbardziej przypomina Konię, przez którą jedzie się do Kapadocji. To już zdecydowanie Azja.
| Bliżej świata: antenty satelitarne na ruderach; przypomina się Polska wczesnych lat 90 ubiegłego wieku. |
Jednym z najbardziej zaskakujących odkryć była wielka sympatia tutejszych mieszkańców dla Polaków, a także fakt, że całkiem sporo wschodnich Turków bywało lub wybierało się w nasze strony (często jako stypendyści Erazmusa). Oczywiście, niekiedy “przyjaźń” ma wymiar handlowy (dużo rzadziej niż w rejonach turystycznych), ale całkiem często jest zupełnie bezinteresowna. Ot, po prostu chcą pogadać, pochwalić się, że mówią trochę po angielsku (albo niemiecku), wypić z kimś herbatę, udzielić jakichś rad, czy po prostu się zdziwić naszą obecnością.
| Oskvank - katedra |
Świadectwem skomplikowanej historii regionu są też “gruzińskie doliny” (Georgian Valleys) na trasie z Erzurum z powrotem do Karsu. W wioseczkach zagubionych w głębokich górskich dolinach znajdują się ukryte bizantyjskie kościoły z VIII-X wieku, niektóre wciąż w niezłym stanie. W takim np. Oskvank, składającym się obecnie z kilku rozklekotanych domków wznosi się imponujących rozmiarów katedra, prawie kompletna jeśli nie liczyć zawalonego dachu. Równie niesamowite są kościoły w Bagbasi i Ishan. Samochód rzęzi na pierwszym biegu pokonując kilkukilometrowe podjazdy, trudno sobie wyobrazić, jak dostarczono materiał na budowę i kto w ogóle z niej później korzystał na tym odludziu. Czegoś jednak o tym wczesnym średniowieczu nie wiemy.
| Kars - katedromeczet |
Sam Kars wygląda miejscami jak mniejsza i bardziej zapuszczona Odessa, a to z powodu rosyjskiego panowania nad miastem w XIX wieku, czego efektem jest spora liczba klasycystycznych i eklektycznych budynków, w różnym obecnie stopniu degradacji. Przykładem zmiennych losów Karsu jest kościół św. Apostołów z połowy X wieku, który w swojej historii był katedrą potem meczetem potem znów katedrą, potem znów meczetem, potem magazynem, potem muzeum. Teraz znów jest meczetem, co pewno świadczy o religijnym odrodzeniu w Turcji.
Jest też akcent polski w Karsie. January Suchodolski, znany skądinąd jako proto-Kossak i autor malowideł ku pokrzepieniu serc, po czterdziestce, gdy już namalował wszystkie swoje napoleoniana, oddał swój pędzel na usługi cara Mikołaja I, słowem został kolaborującym renegatem, ilustrującym przewagi wojsk rosyjskich. Oblężenie Karsu malował z wyobraźni, więc miasto jest jakby ze złej strony cytadeli (w rzeczywistości oddzielone od niej rzeką). Na obrazie dzielni Moskale pod dowództwem znanego skądinąd generała Paskiewicza przygotowują się do odbicia miasta z rąk pohańców.
| Kars - widok na cytadelę |
niedziela, 7 kwietnia 2013
czwartek, 28 lutego 2013
Madame Faust
Na Sprawę Makropulos w warszawskim Teatrze
Wielkim cieszyłam się od dawna, w związku z pewnym projektem, który mam „na
tapecie”, a który dotyczy gotyckich wizerunków diw – i nie zawiodłam się.
Przedstawienie było wysmakowane plastycznie, pięknie zagrane i odśpiewane,
nawet „dźwięki” (tzn. nowoczesna muzyka) nie przeszkadzały, gdyż dzieło ma
melodyjną uwerturę i wbijający w fotel finał. Przy tym dawno już nie widziałam
na operowej scenie tak inteligentnej i poruszającej (a nieznanej mi dotychczas)
opowieści.
Elina Makropulos jest primadonną i ma 337 lat.
Po stuleciach ucieczek i ukrywania się pod coraz to innym zmienionym nazwiskiem
przyjeżdża do Pragi, gdzie właśnie dobiega końca sprawa sądowa o spadek,
rozgrywająca się pomiędzy jej odległymi potomkami. Elina wie, że wśród sterty
zapomnianych papierzysk znajduje się tajemnicza formuła nieśmiertelności,
zapisana wieki temu przez jej ojca, cesarskiego lekarza. Chce ją odzyskać i
wreszcie pozbyć się ciążącego jej brzemienia wiecznego życia.
Nieśmiertelność - jedno z największych marzeń
ludzkości, przedmiot (lekko licząc) połowy literatury gotyckiej. Czy
rzeczywiście byłaby nie do zniesienia? Nawet w parze z drugim „świętym Graalem”
– wieczną młodością? Elina posiadła sekret w wieku lat szesnastu; po ponad
trzech stuleciach wygląda (przynajmniej w libretcie) na najwyżej 30 i wciąż
olśniewa urodą. Doktor Faust (wielokrotnie) obiecał za to duszę diabłu…
Z tym, że Elina Makropulos jest Faustem mimo
woli. Nigdy nie pragnęła nieśmiertelności, sławy, zastępów utytułowanych
kochanków. Jako podlotek padła ofiarą naukowego eksperymentu ojca, który bał
się podać niesprawdzoną formułę władcy, więc wypróbował ją na własnej córce.
Myślał, że czar nie podziałał i wkrótce umarł ze zszarganą opinią szarlatana i fantasty.
Elina nie umarła. W swoich kolejnych „wcieleniach” opanowała do perfekcji
sztukę śpiewu, przyciągając bogatych protektorów. Nie czuła do nich nic. Z
czasem, jak mówi, „nudzi już bycie dobrą, nudzi bycie złą”, nudzi bycie w
ogóle. Pieniądze wydają się trywialne, sztuka płytka, seks mechaniczny, umierający
dokoła ze starości (zda się, dopiero co poznani) ludzie tylko irytują. Czy
Faust też znudziłby się mądrością?
Być może największym problemem Eliny jest
wieczna samotność, uporczywe trwanie w zmieniającym się świecie. Co
zaskakujące, nieśmiertelna diwa nie jest wampirem – nikogo nie morduje w
świetle księżyca, nie wysysa krwi. Nawet żaden diabeł się przy niej nie kręci.
Jej jedyną winą – ale w oczach pozostałych postaci, niewybaczalną – jest to, że
żyje dłużej od innych. Dlatego musi się ukrywać, uciekać, wiecznie zacierać
ślady. Kiedy w przypływie kaprysu (lub desperacji) ujawnia się przed jednym z
dawnych kochanków, to jest początek jej końca. Powiedzenie: „Jestem Elina
Makropulos. Mam 337 lat. Nie umieram, nie starzeję się. Nie wiem dlaczego. Tak
wyszło” absolutnie nie wchodzi w grę – kiedy wreszcie to stwierdzenie pada, to
w atmosferze absolutnego skandalu. Przez całe przedstawienie zadawałam sobie
pytanie dlaczego.
Co ciekawe, tam jest jeszcze jedna śpiewaczka.
Krista (Krystyna), córka prowadzącego sprawę prawnika. Aż chciałoby się
zapytać, czy Karel Čapek lub Leos Janaček słyszeli o tej innej Krystynie,
równie młodej, naiwnej i pozbawionej wiary w siebie. Tutejsza też ma zamożnego
narzeczonego (syna jednego z domniemanych spadkobierców), ale wydaje się, że najbardziej,
może nie do końca świadomie, zafascynowana jest Eliną (a konkretnie jej
najnowszym awatarem). Śpiewać jak Elina - być Eliną! - staje się jej największym
marzeniem, wręcz obsesją. Narzeczony, Janek, tego nie rozumie – w końcu to
tylko śpiewaczka, wystarczy trochę czasu i pracy, a Krista też może osiągnąć
podobny artyzm. Najbardziej zaskakuje więc – i moim zdaniem jest to jedyna
„skucha” w fabule tej opery – że to Janek (a nie jego ojciec, ani pra-prawnuk
Eliny, ani wariat Housek – wszystko jej byli lub obecni kochankowie) z powodu
primadonny strzela sobie w głowę. Gdzie się podział lojalny (i odrobinę drobnomieszczański)
narzeczony? Zaczarowała go ta upiorzyca, czy jak? Samej Eliny śmierć Janka nie
obeszła, wręcz z trudem kojarzy, kto to był (ach tak, syn tego nadętego dupka,
z którym poszła do łóżka żeby odzyskać cenny dokument, a który potem jeszcze
stroił fochy, że nie wykazywała entuzjazmu i była zimna niczym trup…).
W końcu wszyscy, którzy przeżyli, spotykają
się na sali sądowej – w sprawie, która z banalnego procesu o majątek staje się
niemal aferą kryminalną. Elina w dramatycznej arii wyjawia swoją prawdziwą
tożsamość, jakby przyznawała się do ostatecznej zbrodni. Zrealizowała swój cel,
odzyskała manuskrypt ojca. Nie jest do końca jasne, co dalej. Czy i tak umiera,
bowiem „wieczność” w jej wypadku liczyła sobie 300 lat? Czy musi zniszczyć
zaklęcie, a może wystarczy przekazać papier kolejnej „Madame Faust”? Elina
podaje go Kriście – jako podarunek-pokusę, okup za zdradę i samobójstwo Janka,
sekret mistrzyni przekazywany adeptce. „Weź, będziesz śpiewać jak ja. Będziesz
żyć jak ja. Na zawsze.” Krista, prawdę mówiąc, nie ma już nic do stracenia.
Miłość (w osobie Janka) okazała się źródłem upokorzenia i bólu. Rozwiała się
nadzieja na „normalne życie” u boku zamożnego męża; na horyzoncie majaczy widmo
staropanieństwa przy tetryczejącym ojcu. Tak czy inaczej – gorycz,
rozczarowanie, samotność. To wszystko, co z własnego doświadczenia zna Elina.
Ale jest jeszcze ambicja, scena, sztuka. Czy doskonałe piękno wystarczy za
pocieszenie? Krista bierze dokument i podpala go od zapalniczki. Woli być nikim
niż Faustem. Elina odchodzi (w libretcie rozsypuje się w proch). Kurtyna.
A ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że
strasznie szkoda zmarnowanego talentu Kristy, jej wyrzuconego do ognia życia. W
imię czego? Strachu, potulności odróżniającej „dobre kobiety” od „potworów”?
Pustoty? W końcu po co nieśmiertelność (a nawet „tylko” 300 lat) komuś, kto
składa się niemal wyłącznie z ciała (świadczącego usługi seksualno-opiekuńcze),
czym wypełni czas? Czy naprawdę historia Madame Faust byłaby opowieścią o
niemożliwości – bo każda kobieta jest ciałem uwikłanym w relacje
rodzinno-romantyczne i niczym więcej? Jutro idziemy na Traviatę – kolejne ładne,
popsute ciałko, ech…
sobota, 16 lutego 2013
W krainie sułtana Kubusia
Uciekając przed grypą udaliśmy się do Kataru - całkiem zgrabny początek, tyle że zgrabne początki
generują pewne oczekiwania co do dalszego ciągu. Poza tym Katar (Doha) był tylko przesiadką w drodze do Sułtanatu Omanu (patrz: Jak latają lemingi), o którym do 2 lutego wiedzieliśmy tylko tyle, że istnieje (i z grubsza, gdzie). Tak więc całkiem niespodziewanie dla siebie znaleźliśmy się w kraju sułtana Kubusia...
| Muscat. Pałac sułtański. |
| Muscat. Opera. |
Omańczycy mieszkają w biednych zameczkach (domach otoczonych wysokim murem - czasami jest to wersja “naprawdę biedny zameczek”, czyli dom wtula się w mur jedną ze ścian). Sens muru polega - jak nam wytłumaczono, na tym, że zasłania on mieszkające w domu kobiety przed wzrokiem obcych. Zameczki wykończone są od wewnątrz w stylu cokolwiek cygańskim (o ile możemy wyciągać jakieś uogólnienia z tego jednego, który dane nam było odwiedzić), ciekawy jest rozkład wnętrz, uwzględniający dwa living roomy - kobiecy i męski (z oddzielnym wejściem z zewnątrz).
| Jemy kolację. Chłopczyk ma na imię Jihad. |
W ramach ciekawości socjologicznej Dorota “went native”, to znaczy upodabniała się odzieżowo do kobiet miejscowych (choć i tak mimikra była niepełna), co spotkało się z entuzjazmem tubylców i podejrzeniami, że jesteśmy muzułmanami. Co ciekawe, to ja odbierałem gratulacje i wyrazy uznania. [Dorota: Najdziwniejsze dla mnie było to, że miejscowi ludzie, obu płci, w ogóle nie czuli w tym ironii. Ja zaplanowałam to sobie niemal jako demonstarcję solidarności z zamaskowanymi kobietami, łudząc się, że mój ewidentnie dziwaczny wygląd skłoni kogoś do refleksji na własnym, lub najbliższych, losem... Nic z tego. Mój happening został potraktowany serio i bez jakiegokolwiek dystansu - najwyraźniej w ich oczach byłam “dobrą Europejką”, która “poznała swoje kobiece miejsce”, a zupełnie nie o to mi chodziło.]
| Quryyat. |
| Grób Hioba. Modlitwy przy użyciu tabletu. |
| Wadi Shab |
Sam Muscat (choć w zasadzie nazwę tę nosi sensu stricto tylko dzielnica w której znajduje się pałac Kubusia - skądinąd przypominający jakieś struktury imperialne z Wojen Gwiezdnych) składa się z szeregu dzielnic (a może - dawniej - miasteczek) rozciągających się na przestrzeni niemal trzydziestu kilometrów. Dużo nowej, dobrej architektury, zwłaszcza w tak zwanej dzielnicy ministerstw. Corniche, czyli coś w rodzaju deptaku wzdłuż morza, zachęca do spacerów tylko po zmroku. Swoją drogą, miejscowi narzekali, że zima sroga i noce chłodne (około 20 stopni Celsjusza). Pierwszym widokiem, który zapamiętaliśmy po przylocie do Omanu był podświetlony Wielki Meczet Sułtana Kubusia (mieszczący się przy ulicy Sułtana Kubusia), z czego się zresztą bardzo ucieszyliśmy, bo nasz pierwszy hotel miał być w pobliżu.
| Muscat. Przebieralnia pod Wielkim Meczetem |
| Wielki Meczet. |
Omańczycy uważają się za naród żeglarzy - muzeum w Salalah pokazuje kilkanaście typów różnych żaglowców - a swoje pięć minut w historii mieli (nie licząc obecnego renesansu Kubusiowego) w XVII i XVIII wieku, kiedy to pozbyli się Portugalczyków, a imperium rozciągało się od pakistańskiego Beludżystanu po Zanzibar. W XIX wieku sułtanat wpadł w orbitę wpływów brytyjskich, choć nigdy zależność nie została sformalizowana.
Na południowych plażach Omanu składają jaja żółwie - nocna wycieczka na spotkanie z łażącymi po piasku żółwicami robi wrażenie, choć i tak zapamiętamy najbardziej pierwszy kontakt z tymi zwierzętami na Sri Lance (tam zabawa obejmowała również podbieranie jaj spod “nioski”, gdyż miejscowy ośrodek naukowy wylęgał je w kontrolowanych przez siebie inkubatorach, a następnie kilkudniowe, czyli już nieco “stwardniałe” młode wypuszczał do oceanu).
| Nizwa. Souq. |
poniedziałek, 11 lutego 2013
Wieczór autorski w BUW
Wszystkich chętnych - niestety, tylko tych znajdujących się w czwartek 21-go lutego w Warszawie - serdecznie zapraszam do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego na mój wieczór autorski. Jeśli czytając "Wiktorię" żałowaliście, że nie ma więcej ilustracji - to teraz będą na żywo! Jeśli nie czytaliście "Wiktorii" - przyjdźcie, może się zachęcicie...
poniedziałek, 4 lutego 2013
Upiór na ekranie
Poniższa notka jest odpowiedzią na wpis umieszczony na fascynującym blogu Legendum est
UWAGA SPOILERY! Jeśli ktoś nie widział filmu The Phantom of the Opera (2004, reż. Joel Schumacher), a chce mieć własne zdanie, to niech najpierw go obejrzy.
UWAGA SPOILERY! Jeśli ktoś nie widział filmu The Phantom of the Opera (2004, reż. Joel Schumacher), a chce mieć własne zdanie, to niech najpierw go obejrzy.
Dzięki za ten wpis i za „laurkę” we wstępie.
Jest taka teoria, że jak się czemuś poświęci 10000 godzin (co wyliczono średnio
na 10 lat), to będzie się w tym ekspertem. Ja w tej historii siedzę już (o
zgrozo!) lat dwadzieścia z okładem – ale czy jestem ekspertem, czy wciąż tylko
zakochaną fangirl, naprawdę nie wiem. Moim zdaniem z Upiorem (generalnie) jest
ten problem, że jako opowieść jest to materiał niesamowicie wręcz plastyczny, w
który można „wczytać” prawie wszystko, co się chce – już od bardzo wieloznacznej
i pełnej nierozwiązanych zagadek (np. Czy Erik był mordercą?) powieści Leroux.
Każda z kilkudziesięciu (sic!) adaptacji jest inna, wiele nie łączy z
oryginałem (ani pomiędzy sobą) prawie nic, czasem tytuł, czasem imiona
bohaterów lub jakieś poboczne wątki. Dlaczego nie lubię filmu Schumachera? Otóż dlatego, że uwielbiam spektakl Webbera i boli mnie, kiedy ktoś go spłyca i
psuje (vide horrendalna non-replica w warszawskiej Romie). Czym moim zdaniem
najbardziej różni się film od spektaklu? Rozłożeniem akcentów w związkach
pomiędzy trójką głównych bohaterów, a szczególnie pomiędzy Christine a (tu
bezimiennym) Erikiem.
Po pierwsze, w spektaklu Upiór nie jest prawie
młodzieńcem, a mężczyzną dojrzałym (choć absolutnie nie starym), jest więc
wyraźny motyw Faustowski. Nie ma najmniejszej wzmianki o „hodowaniu” sobie
protegowanej od dzieciństwa – Christine pojawia się w Operze jako młoda kobieta
(młoda, ale zdecydowanie kobieta, nie zaś istota de facto będąca dzieckiem). Dla
mnie jest to opowieść o ludziach „po przejściach” (czego młody wiek Christine
zupełnie nie wyklucza – ona ma potężną traumę po ojcu), zakochujących się w
sobie znienacka i ku obopólnemu przerażeniu. Oboje - a już na pewno Erik, z
jego własną gigantyczną traumą – są świadomi, że społeczeństwo (XIX wiek!)
wyklucza samą możliwość tej miłości. To nie chodzi nawet o związek młodej
kobiety z o wiele starszym mężczyzną, który miał pecha urodzić się ze
zdeformowaną twarzą – ale o wybór dwóch dróg życiowych: bycia „normalną
kobietą” (wicehrabiną, żoną-i-matką) albo „potworem” (primadonną, kobietą
oddaną swojej pasji, a nie rodzinie).
U Webbera mamy taki trochę „gotyk bez gotyku”.
„Ducha”, który okazuje się zwykłym (choć nietuzinkowym) człowiekiem, jego
„ofiarę”, która jest (konkretnie bywa, w zależności od grającej ją aktorki) tak
chętna i współpracująca, jak wspomniana przez Ciebie Mina u Coppoli. I tego
trzeciego – „rycerzyka”, który przy bliższym oglądzie okazuje się autorytarnym
i dominującym manipulatorem, wcale nie mniej niż „czarny charakter”. W filmie
nikt nie zadaje sobie nawet trudu pokazać, że Raoulowi w pierwszej kolejności
chodzi o to, żeby Christine uciszyć na zawsze – za cenę pieniędzy, tytułu, pozycji
społecznej. Czy naprawdę to powinna wybrać? Czy takie rozwiązanie powinno być
przedstawiane „targetowi” (nowemu pokoleniu równie młodych jak sama Chris
kobiet, które w większości nie widziały wersji scenicznej) jako oczywiste,
wręcz jedyne możliwe (ta scena, kiedy w finale, tuż przed pocałowaniem Upiora
Christine bezgłośnie przekazuje „I love you” Raoulowi…)?
Moim zdaniem, o co w tym spektaklu naprawdę
chodziło, to lustro i fakt, że oboje dla siebie nawzajem są Aniołami Muzyki
(i.e. niespodziewaną i nieoczekiwaną nawet szansą ocalenia, być może ostatnią,
choć zarazem pierwszą). Pomimo wszystkich trudności – nie mają łatwych
charakterów, ale z drugiej strony czy ktoś interesujący takowy ma? – oni na
jakimś głębokim poziomie są jednym, tak jak Catherine i Heathcliff w Wichrowych
wzgórzach. Próba ich rozdzielania przez „zacnych mieszczan” skończy się jak
najgorzej dla tych mieszczan, a także dla samych bohaterów, bo nie da się żyć z
połową swojej duszy (a takie będzie życie Chris przy Raoulu). Nawet jeśli
patrzenie w lustro boli.
Zgadzam się, że film Schumachera jest ładny.
Podoba mi się w nim wiele intertekstualnych odniesień do historii kina
(niektóre sceny żywcem wzięte z Pięknej i Bestii Cocteau) i historii filmów o
Upiorze (to łóżko to zapożyczenie z wersji z 1926 roku z Lonem Chaneyem).
Podoba mi się wiele detali, np. sposób, w jaki Erik gładzi palcem figurkę
przedstawiającą Christine na swoim modelu dekoracji do Il Muto. Prolog z
teatrem (i wspomnieniami) nabierającymi barw przy dźwiękach grzmiącej Uwertury
też uważam za świetny. Drugie plany (Carlotta, dyrektorzy, Meg i jej matka)
są do łyknięcia, również dlatego, że nie o nich tu chodzi. Z tego samego
powodu przymknęłabym oko na pozbawioną feerii barw Maskaradę. Ale już na
pięknego Upiora nie potrafię przymknąć oka. Ta kosmicznych rozmiarów trauma,
warunkująca całe życie spędzone w ukryciu ma być wynikiem
czegoś takiego??? Na Wielką Demeter Eleuzyjską, toż on mi się wręcz
bardziej podoba bez maski, a zwłaszcza bez tej peruki - jak próżnym trzeba być,
żeby nosić czarną perukę, aby bardziej pasować do własnych (?) wyobrażeń o
mrocznym uwodzicielu?! Przy takiej skali problemu Upiora naprawdę trudno mi
uwierzyć w realność jego bólu.
Pewien teoretyk, Abraham Moles, nazwał w
swojej książce kicz „sztuką szczęścia” – i moim zdaniem ta diagnoza pasuje do
filmu Schumachera doskonale. Ja tu nie widzę campu – samoświadomego kiczu,
mrugnięcia do widza – ja widzę szczery kicz w tonacji molto serio. Wszystko, co
może być przerysowane, jest przerysowane; nagromadzenie efektów wizualnych,
ozdób na ozdobach, jest przytłaczające (np. dekoracje Opery lub nawet bardziej scena
na cmentarzu); zaburzone są wszystkie proporcje. Po co? Moim zdaniem po to,
żeby odwrócić uwagę widza od sedna problemu – od tego, że związek głównych
protagonistów przekształcono w pozbawiony niuansów melodramat z jasno
rozpisanymi rolami zbrodniarza i obrońcy. Żeby z tej ładności uczynić argument
za „rozsądnym” wyborem rezygnacji z własnych ambicji, pasji i wsiąknięciem w
szary tłum. W sumie, co łączy Christine z Raoulem? Dawno minione wspomnienia z
dzieciństwa. Co Raoul wie o jej obecnym życiu; co go ono obchodzi? Jak ma
wyglądać to ich „happy ever after”? Ale nie – widz(ka) ma nawet sobie nie
zadawać tych pytań (na marginesie, Raoula też uważam za ciekawą postać i
sądzę, że ma on własną traumę i własną tajemnicę). Wraz z piękną muzyką i
pięknymi obrazkami ma łyknąć całą (XIX-wieczną z ducha) mieszczańską ideologię
w formie, jakiej nie wciskał jej nawet Gacek Leroux.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



