sobota, 9 listopada 2013

Alfabet gruziński: K jak Kolchida




Oprócz „Czterech pancernych” Gruzja kojarzyć się może jeszcze z wyprawą Argonautów po Złote Runo. Zdaniem Greków, w tym rejonie znajdowała się starożytna Kolchida – od pasa nadmorskiego, mniej więcej do okolic Kutaisi (dalej na zachód, w górach, była już Iveria). Jako stolicę króla Ajetesa, który spotkał się z Jazonem i załogą Argo, podaje się zwykle miasto Vani (Surium), choć jest to raczej mało prawdopodobne, gdyż leży ono w głębi lądu przy rzece, jak wszystkie tutaj, niezdatnej do nawigacji.

Istnieje kilka konkurencyjnych hipotez czym było Złote Runo. Jedna z nich głosi, że chodziło o technologię pozyskiwania złota przez wypłukiwanie drobin z rzeki za pomocą owczych skór. Mogło też chodzić o zapisaną na pergaminie instrukcję, albo wręcz o sam złoty skarb, jako że wczesne monety miały często kształt stylizowanych zwierzęcych skór.

 
W Muzeum Narodowym w Tbilisi można oglądać świetnie zachowany złoty skarb Kolchidy. Inaczej niż w obszarze śródziemnomorskim, dominują nie cieniutkie „złotka”, ale solidne bransolety zdobione filigranowym wzorem często przedstawiającym zwierzęta oraz rozmaite figurki. Do najpopularniejszych – wśród masy koników i owiec – należy biesiadujący człowiek ze wzniesionym rogiem pełnym wina (wciąż jest to popularne naczynie do tego celu) oraz nasz ulubiony Pancerny Tygrys. Podobno miał to być raczej lew niż tygrys, ale zwierzak jest należycie pręgowany i zaopatrzony w coś, co przypomina maskę przeciwgazową na pysku. Pierwszy raz zobaczyliśmy go zaraz po przybyciu do Gruzji, na uroczej fontannie w Kutaisi, gdzie stał wśród innych (powiększonych) starożytnych figurek. Potem migał raz po raz jako logo banku, by wreszcie dać się zobaczyć w muzealnej gablocie. Na koniec wycieczki dostaliśmy bonus w postaci dwóch niemal pełnowymiarowych Pancernych Tygrysów przed teatrem w Batumi.
Najsłynniejszą starożytną obywatelką Batumi, uczczoną w 2005 roku wielkim pomnikiem w centrum miasta (ładny, w stylu Art Deco, ale najwyraźniej w Gruzji style pojawiają się ze znacznym opóźnieniem) jest Medea. Stoi na wysokiej kolumnie, jako smukła dziewczyna z rozwianym włosem, trzymając w wyciągniętej ręce złotą baranią skórę. Myślę, że zasłużyła. Najbardziej znana legenda dotycząca Medei – ta o zabiciu dzieci, które miała z Jazonem – nie oddaje jej sprawiedliwości, nie mówiąc już o tym, że nie jest to jedyna wersja wydarzeń. Już starożytni nie bardzo wierzyli w dzieciobójstwo Medei – Creophylus z Samos oskarżał o zabicie jej synów mieszkańców Koryntu. Wiadomo też, że po burzliwym życiu Medea wróciła do Kolchidy (z synem, którego urodziła jako królowa Aten), gdzie zasłynęła jako mądra i sprawiedliwa władczyni. W Batumi czci się ją jako wielką królową i uzdrowicielkę (od jej imienia wywodzi się słowo medycyna). W końcu nawet epilog (zaświatowy) tej legendy jest znamienny – w duchu Medei spotkanym w Hadesie zakochał się sam Achilles (wcześniej Medea była jedyną śmiertelniczką, która odmówiła swoich wdzięków samemu Zeusowi, nawet za obietnicę nieśmiertelności). 

piątek, 8 listopada 2013

Alfabet gruziński: B jak Batumi (ech, Batumi)

Batumi's skyline
Najsłynniejsza polska pieśń o Gruzji jest w Gruzji niemal całkowicie nieznana a pośród wielu stojących w Batumi pomników nie ma pomnika Filipinek. Powód? Jest to melodia napisana przez ormiańskiego kompozytora do zupełnie innych słów. Herbaciane pola Batumi istnieją w rzeczywistości, choć historia ich powstania otoczona jest wieloma legendami. Bohaterem pierwszej z nich jest gruziński książe Miha Eristavi, który zakochał się w smaku chińskiej herbaty i łamiąc monopol Chińczyków przeszmuglował jej nasiona w bambusowej lasce do swojego kraju. Nic to, że tę samą historię opowiadają o larwach jedwabników (tam jacyś jezuici byli czynni), gałce muszkatołowej (którą Francuzi wykradli Holendrom z Moluków) i jeszcze paru innych roślinach i zwierzętach. Druga historia dzieje się podczas wojny krymskiej, kiedy to u wybrzeży gruzińskich zatonął angielski okręt wojenny, którego kapitan podczas pobytu w niewoli domagał się codziennie herbaty; import był dość kłopotliwy i aby ułatwić sobie zadanie zaczęto uprawę na miejscu (opowieść ma jedną wadę faktograficzną - podczas trwania wojny krymskiej Batumi należało do angielskiego sojusznika, Turcji). Trzecia, najnowsza odsłona herbacanej historii dzieje się pod koniec XIX wieku, kiedy to przedsiębiorczy kupiec nazwiskiem Popov sprowadził całkiem legalnie z Chin sadzonki herbaty oraz specjalistów od jej uprawy i przerobu. Oprócz herbaty Chińczycy przywieźli ze sobą uprawiane do dziś w okolicach Batumi bambusy, bananowce, palmy oraz persymony. W czasach realnego socjalizmu wspierano produkcję antyimportową, stąd “Moskwa tonąca w pomarańczach” (w rzeczywistości gruzińskich mandarynkach) u Gałczyńskiego (choć najprawdopodobniej stosunek przeciętnego obywatela ZSRR do dostępności owoców cytrusowych ilustruje lepiej tytuł opery Prokofiewa “Miłość do trzech pomarańczy”), stąd także rozwój uprawy herbaty w Gruzji. Po rozpadzie imperium uprawa herbaty podupadła, lecz ostatnio jest znów rozwijana.
Targ rybny - tu się kupuje i zanosi do pobliskiej knajpki celem usmażenia i podania
Widać wyraźnie, że współcześni władcy Gruzji chcą zrobić z Batumi okno wystawowe na świat. Dużo dobrej nowoczesnej architektury (między innymi hotele Radisson i Sheraton, zabudowa pasa przybrzeżnego), sporo dyskusyjnych historyzujących budowli (“burgundzki pałacyk”, wieża zegarowa, Piazza), wiele precyzyjnie zrekonstruowanych XIX wiecznych budynków (na przykład dom, w którym mieszkały trzy siostry, które jakoby zainspirowały Czechowa), wciąż jednak mnóstwo wielkiej płyty (tzw. leningrady), która w zasadzie nadaje się już tylko do wyburzenia. Dzięki pół miliardowi dolarów wpompowanemu w ciągu ostatnich lat w infrastrukturę miejską Batumi nie ma smutnego wyglądu post-sowieckiego potworka urbanizacyjnego.


Czasy pierwszej świetności Batumi związane są z boomem naftowym oraz rodzinami Rotszyldów i Noblów. Leżące nieco na uboczu muzeum braci Nobel daje ciekawy wgląd na rozwój technologii wydobycia, transportu i przetwarzania ropy naftowej. Fascynujące są losy wyścigu po azerbejdżańską ropę - budowa linii kolejowej pomiędzy Baku a Batumi, później rurociągu, rewolucja, wojna domowa, wreszcie Nobel sprzedający swoją firmę Rockefelerowi na dwa dni przed ostatecznym wkroczeniem bolszewików do Baku. Z ciekawostek: zanim wprowadzono obrót luzem ropę sprzedawano w blaszanych kankach; sułtan Turcji domagał się aby ropa sprzedawana Turcji była dostarczana wyłącznie w nowych, czystych i błyszczących kankach. A my dziś narzekamy czasami na trudnych klientów.

czwartek, 7 listopada 2013

Alfabet gruziński: G jak Grigorij

W polskiej kulturze popularnej Gruzin postrzegany jest jako ten, który woził psa czołgiem. Biorąc pod uwagę jakość dróg oraz umiejętności kierujących jest to skojarzenie ze wszech miar właściwe. Nawet w Polsce, gdy slalomujesz na przejściu pomiędzy pieszymi, czynisz to z pewnym poczuciem winy; w Gruzji zakłada się, że kierowca ma zawsze pierwszeństwo, a im większy i droższy samochód tym pierwszeństwo bardziej wyraziste.
Pobocze tzw. "Gruzińskiej Drogi Wojennej". Nazwa zobowiązuje.
Po drogach porusza się ciekawa mieszanka poradzieckiego złomu ze złomem ściąganym z całej Europy; niektóre ciężarówki i busiki, jak wnosić można z napisów przeżywały swoją drugą młodość w Polsce, a teraz dostały trzecią szansę pod Kaukazem. Z uwagi na  -  jak to się określa elegancko - deniwelację, spory odsetek pojazów stanowią samochody z napędem na cztery koła. Jakość dróg podobno poprawia się z roku na rok. 
Kot w klasztorze (David Gareja) był tylko jeden
Inną ciekawostką jest funkcjonowanie nawigacji GPS. Otóż podawanie adresu zaczyna się od wyboru prowincji (których jest 12, o niekoniecznie oczywistych granicach a już zupełnie nieoczywistych nazwach). To tak, jakby jakiś etranger w Polsce wynajął samochód z intencją podróży do Bydgoszczy (co samo w sobie jest niewymawialne i nieprzeliterowywalne), ale nie był w stanie tej Bydgoszczy wbić do susanina* bez uprzedniego zgadnięcia, że chodzi o województwo kujawsko-pomorskie.


Z dróg korzystają nie tylko pojazdy i ludzie. Pełnoprawnymi uczestnikami ruchu są również zwierzęta, na przykład przebiegające ulice krowy, ale także świnie, owce, kozy, indyki i drób pomniejszy oraz niezmotoryzowane psy wszelkich marek. Na poboczach kwitnie handel, najczęściej owocami (sezon na mandarynki, persymony, fejhoje, ale też jabłka, gruszki i melony) i warzywami (szczególne triumfy święci kapusta). Zdarzają się też okolice, w których sprzedają wyroby rękodzieła, na przykład bambusowe drabinki.
Rush hour
———— 

(*) - Susanin, zwany również prowadnicą = samochodowa nawigacja GPS. Nazwa pochodzi od nazwiska bohatera opery Glinki Жизнь за царя, Igora Susanina, który wprowadził oddziały polskich interwentów na bagna, co przypłacił życiem. Autorem nazwy jest mój rosyjski przyjaciel, towarzysz wielu podróży samochodowych po Polsce, Aleksander.

niedziela, 20 października 2013

Nieszczęścia chodzą parami

Parsifal był pierwszą operą Wagnera, którą zobaczyliśmy w trakcie naszej edukacji operowej i było to o wiele za wcześnie. Chociaż właściwie nawet z perspektywy czasu trudno być pewnym, czy docenilibyśmy to dzieło ze względu na piękną muzykę, skoro jest ona połączona z - nie bójmy się tego słowa - grafomańskim librettem. Metafizyka i mistyka chrześcijańska zahacza nieco o chorobę umysłową, trudno in extenso odnosić się do tego na poważnie, a cóż dopiero w wersji przetworzonej przez Wagnera (który tym jednym jedynym razem okazał się być kiepskim librecistą). Cóż z tego, że dzieło opatrzone jest w potężną muzykę, jeśli jest ona wehikułem dla treści bełkotliwej.


Ja (D.) Wagnera kocham za całokształt, czyli połączenie teatru i muzyki. Parę rzeczy (przewidywalnie - “Holendra”) skomponował takich, że zafundował mi pełnowymiarowy syndrom Stendhala. W “Ringu” świetnie mu wyszła próba odtworzenia germańskiej mitologii na miarę antyczną. Ale przy “Parsifalu” nie mogę się pozbyć pytania: “Herr Wagner, srsly?” Nie wiem, czy to kwestia zaawansowanego wieku i zgorzknienia kompozytora, czy jakiejś życiowej traumy, czy też może coraz głośniejszego pobrzękiwania kosy Kostuchy, ale myślę, że mimo wszystko chrześcijaństwo nie zasłużyło na aż tak niedźwiedzią przysługę, bo do tego sprowadza się “misterium” z Graalem w roli głównej. Jeśli ktoś nie był jeszcze zniechęcony do tej mitologii, to zniechęci się ze szczętem, zwłaszcza jeśli miał pecha urodzić się kobietą.


Otóż “Parsifal” karmi widza wizją chrześcijaństwa jako groteskowego kultu śmierci i seksualnych zahamowań, ociekającego mizoginią. Po prostu “cywilizacja śmierci” w wykonaniu żywych trupów i na wpół umarłych eunuchów - że nawet Największy Polak by tego nie wymyślił. O ile sam pomysł ukazania królestwa cierpiącego na skutek choroby swego króla można uznać za ciekawą metaforę, to już uczynienie zbawcą tego królestwa półgłupiego prawiczka całą tę piękną metaforę podkopuje u samego (ehem) korzenia. Jedyna (oprócz grupy “kwiatów”) postać kobieca tej opery świadczy co najwyżej o głębokiej i niczym nieumotywowanej nienawiści kopozytora wobec kobiet - ujmowanych bardzo stereotypowo, jako albo Matka, albo dziwka i nic pomiędzy. Niestety, poznańska inscenizacja zrobiła wszystko - a nawet więcej - żeby te doniosłe treści uwypuklić.


Do postawienia “Parsifala” w Poznaniu najęto duńską panią reżyser, dla której spektakl był nie tylko pierwszym kontaktem z Wagnerem, ale i z reżyserią operową jako taką. Pani reżyser przybyła z własnym zespołem realizatorów (“Hotel Pro Forma is an international laboratory of visual music performance and installations”), więc i kostiumy i scenografię i reżyserię mieliśmy jednolicie spójną, szkoda tylko że na tak niskim poziomie. Po pierwsze, spektakl skierowany był do widza głuchego, choć ze wszech miar bardziej sensowne byłoby zaproszenie do teatru niewidomych, zwłaszcza nieznających zbyt dobrze niemieckiego - mieliby oni szansę docenić dobrze grającą orkiestrę i zasługujących na współczucie śpiewaków.  Widz głuchy natomiast korzystał z symultanicznego tłumaczenia na język migowy partii Parsifala w wykonaniu znajdującego się na scenie sobowtóra głównego bohatera, ubranego w identyczny kostium (coś w rodzaju połączenia kombinezonu instalatora z gigantycznymi śpioszkami wyposażonymi w suwak na pupie do wymiany pampersa).


W ogóle kostiumy były już nawet nie złe, pozbawione gustu, brzydkie plastycznie, szaro-bure i workowate, co po prostu upokarzające dla wykonawców. Dziewczęta-kwiaty ubrano w obrzydliwe kiece w kolorze zgniłej zieleni, o kroju, który ostatnio widzieliśmy wśród amerykańskich Amiszów (ten model miał z założenia na celu oszpecić użytkowniczkę w jak najwyższym stopniu). Gurnemanz plątał się po scenie z doszytym do workowatego chałata garbem-plecakiem, z którego co i raz pojawiający się nie wiadomo skąd ulizani efebowie w przykrótkich biegunkowo-brązowych lederhosen wyjmowali jakieś broszury.  (Ten pomysł z plecako-płaszczem wydaje mi się ciekawy z uwagi na politykę tanich linii lotniczych dotyczącą bagażu podręcznego). Oczywiście nie wiadomo dlaczego sam Gurnemanz był ucharakteryzowany na ostre stadium żółtaczki.


Klingsor śpiewał swoją partię trzymając przed sobą oburącz trapezowaty kawałek deski z dwoma bolcami.  - być może miała to być włócznia, której nigdzie (poza librettem) nie było. (Podobno - takie doszły przecieki zza kulis - było to brzemię, które czarownik nosił). Ponieważ włóczni w klasycznym rozumieniu tego słowa - jako się rzekło - nie było, znaczna część śpiewanego tekstu straciła swój sens, ale kto by się tam takim drobiazgiem przejmował. Był za to meteoryt, który pod koniec drugiego aktu rozwalił z głośnym hukiem budkę z aluminiowych prętów postawioną uprzednio przez statystów (tak, i to właśnie miał Wagner na myśli, którą to myśl przeniknęła jako pierwsza i jedyna pani reżyser).


Skoro nie ma się pomysłu na reżyserowanie postaci, które są w libretcie, to wprowadza się na scenę postaci spoza libretta (nie tylko Parsifal miał dublera). Przez cały czas w tle kręcił się ponury i zagubiony chór, który w trzecim akcie pokładał się na deskach zawinięty w kocyki niczym bezdomni w poczekalni dworcowej. A jedna z dublerek Kundry ni z tego ni z owego przeszła od jednej do drugiej kulisy z jakimś aluminiowym śmieciem doczepionym do buta. Nagromadzenie brzydkiego bezsensu skutecznie odwracało uwagę widza od muzyki. Zresztą rozpaczliwe próby widać było od samego początku - zamiast pozwolić wybrzmieć dźwiękom preludium, reżyser uznała, że trzeba koniecznie pokazać widzom huśtawkę.

Jak więc należy stawiać “Parsifala”? Za przeproszeniem, po bożemu. Skoro mamy dzieło kontrowersyjne i trudne, nie dobijajmy go niezrozumiałą inscenizacją. Po dzisiejszym wieczorze z rozrzewnieniem wspominam poprzedniego poznańskiego “Parsifala” (mimo Wiery Baniewicz i Michała Marca), który wtedy wydawał nam się nudnawy lecz rzetelny. Poza tym, czy my w Polsce musimy zawsze iść w ariergardzie awangardy?

sobota, 14 września 2013

We the Neo-Victorians

Już za chwileczkę, czyli - nie zapeszając - w poniedziałek, dostanę z drukarni to, co powyżej. Serdecznie dziękuję Lucynie (jeśli tu kiedyś trafi, to zobaczy) za ogromne zaangażowanie i pomoc, dzięki któremu możliwe było wydanie tego tomu w ciągu niecałych pięciu miesięcy od ogłoszenia call for papers. Dziękuję kontrybutorom, bez których byłaby to tylko pusta okładka.

Dla (potencjalnie) zainteresowanych - spis treści:

1. Malwina Degórska: Re-writing History and Cultural Memory in Croniclau Pentre Simon (2003) by Mihangel Morgan
2. Dominika Oramus: In the Beginning was Darwin: History and Simulation in Thorvald Steen’s Don Carlos and Giovanni and Roger McDonald’s Mr Darwin’s Shooter 
3. Maciej Sulmicki: Jack Maggs, The Last Dickens, and Kept: A Victorian Mystery. A comparative study of American, Australian and English adaptations of Dickensian crime and suspense 
4. Marta Goszczyńska: “There Ain’t Nuffink in This World but Men and Women”: Michel Faber’s The Crimson Petal and the White as a Bildungsroman
5. Barbara Braid: “I really am in that blackness my father left me”: neo-Victorian reworking of trauma in Valerie Martin’s Mary Reilly (1990)
6. Urszula Elias: Victorian Lesbians and the (In)Tangible Limits Imposed on Them: Crossing the Boundaries of Gender, Identity and Social Expectations in Selected Sarah Waters Novels 
7. Paulina Wapińska: Vile Victorians in film adaptations of Angels and Insects (1995) and Fingersmith (2005) 
8. Aleksandra Klęczar: The Wilderness of (Literary) Mirrors: Victorian Heroes and Villains in Neil Gaiman’s „A Study in Emerald”
9. Anna Kurowicka, Marta Usiekniewicz: How Neo-Victorian are the 21st Centuries Emanations of Sherlock Holmes: BBC’s Sherlock and CBS’s Elementary 
10. Leslie McMurtry: Doctor Who, Steampunk, and the Victorian Christmas
11. Katarzyna Kociołek: Vivienne Westwood – a Neo-Victorian Rebel 
12. Barbara Pitak: Victorian burlesque and its legacy 
13. Anna Grabowska: Did the Victorians kill English food?

wtorek, 13 sierpnia 2013

Jane Austen i świnie w kąpieli

Miasto Bath nie leży na morzem, bo nie o morskie kąpiele tu chodzi. Dobrze zachowane łaźnie w centrum zbudowali Rzymianie, ale legenda o odkryciu gorących źródeł - jedynych wciąż użytkowanych w Wielkiej Brytanii - sięga jeszcze dalej. Konkretnie do czasów, kiedy to królowie pasali świnie. Wersji tej opowieści jest kilka, różniących się od siebie szczegółami - ale we wszystkich pojawia się król Bladud (ojciec równie legendarnego, a rozsławionego przez Shakespeare’a króla Leara) i jego świnie, które pewnego chłodnego dnia z upodobaniem zaczęły się tarzać w ciepłym błotku. Król przyłączył się do nierogacizny i doznał wielu korzyści (w jednej wersji legendy został wręcz uzdrowiony z trądu). Rzymianie poświęcili źródło bogini Minerwie (sprytnie zmiksowanej z lokalnym bóstwem o imieniu Sulis) i tym sposobem Aqua Sulis zasłynęło na całą Brytanię.
Bath - rzymskie łaźnie na tle opactwa
Bath przeżyło ponowny okres świetności w wieku XVIII, kiedy pod wpływem Oświecenia ludność znowu zaczęła się bardziej regularnie kąpać. Do wód zaczęło zjeżdżać się eleganckie towarzystwo, dla którego wygody szybko zbudowano luksusowe rezydencje w klasycystycznym stylu oraz rozmaite atrakcje, takie jak pasaże handlowe i Assembly Rooms, czyli połączenie świetlicy z herbaciarnią, gdzie wypadało pokazać się i błysnąć jakimś modnym ciuchem. Dzisiaj mieści się tam bardzo ciekawe Muzeum Mody, prezentujące panoramę strojów od XVIII wieku do współczesności (znów przebieranki!).
Muzeum Mody - wczesne kolekcje Laury Ashley

Najsłynniejszą obywatelką Bath była Jane Austen - wykorzystywana dziś bez litości jako główny wabik na turystów, choć mieszkała tam tylko kilka lat. Sama zresztą tego miasta nie lubiła, czemu trudno się dziwić biorąc pod uwagę ilość nieszczęść, jakie ją tam spotkały: nagła śmierć ojca, bezpodstawne oskarżenie ciotki o kradzież w sklepie (uniewinniono ją po kilkumiesięcznej odsiadce w areszcie), przeprowadzki pod coraz mniej pożądane towarzysko adresy, wreszcie kompletny falstart w postaci nagłych oświadczyn dość dalekiego znajomego, które Jane najpierw (pod wpływem szoku?) przyjęła, a nazajutrz wycofała się rakiem. Nie wspominając już o kompletnej blokadzie twórczej.
Bath - georgiańska pijalnia wody mineralnej, obecnie na terenie restauracji The Pump Room
Specjalnością kulinarną Bath są Sally Lunn buns - bułeczki drożdżowe, serwowane nieprzerwanie od XVIII wieku w tej samej herbaciarni, do której nigdy nie udało się nam dostać, a to za sprawą długich, krętych i wijących się kolejek Japończyków i innych Azjatów. Legenda głosi, że przepis przywieziony został do Anglii przez hugenockich emigrantów. Legenda ta głosi również że nazwa pochodzi od zniekształconego francuskiego Soleil-et-Lune (że niby bułeczki czarne od spodu, a przypieczone na złociście od góry). Jak widać Anglicy nie mieli od zawsze talentu do języków.

Jane Austen bez żalu opuściła Bath i przeniosła się wraz z matką i siostrą do Chawton, gdzie pożyła jeszcze 8 lat zanim “coś jej się w czymś nie zrobiło” kładąc kres pięknie się rozwijającej karierze literackiej w wieku lat zaledwie 41 (fachowcy do dziś spierają się co to było). Ostatni “adres” Jane znalazła w katedrze w Winchesterze.
Przy tym gerydonie Jane Austen napisała prawie wszystko
Czytając powieści Jane Austen i pomijając tę najbardziej przemawiającą do czytelnika warstwę romansową (czy wybrać Darcy’ego czy też nie) widać wnikliwie zarysowany wizerunek społeczeństwa “starej, dobrej Anglii”, gdzie (z pierwszoplanowych bohaterów) “pracują” jedynie duchowni, a bieda polega na tym, że trzeba zredukować liczbę zatrudnianych służących. Troski materialne polegają na zamartwianiu się, skąd wziąć pieniądze na dalsze nic nie robienie, ewentualnie jak wydać za mąż córkę z kiepskim posagiem lub tegoż brakiem. O tym ostatnim akurat, Jane Austen - będąc sierotą po pastorze i (na owe czasy) starą panną - wiedziała najlepiej. Niestety, żaden pan Darcy się nie objawił, a dostępnych kandydatów sama Jane nie chciała. Aż się prosi o porównanie z żyjącymi w następnym pokoleniu siostrami Bronte. Jak chcesz partnera na swoją miarę, to go sobie napisz...
Winchester - Great Hall - Queen Victoria

Wzmiankowanym ostatnim adresem Jane Austen jest płyta w podłodze w katedrze winchesterskiej, która, jak się okazało, jest katedrą o najdłuższej w Europie nawie. Winchester był zresztą pierwszą stolicą Anglii, jeszcze przed Londynem, o czym zaświadcza wielki pomnik króla Alfreda (tego od spalonych ciastek) i “prawie prawdziwy” Okrągły Stół króla Artura w “prawie prawdziwym” zamku, a właściwie tym, co z niego się zachowało, czyli Great Hall. W kąciku sali skromnie stoi sobie jeden z najładniejszych jubileuszowych pomników królowej Wiktorii, dłuta Sir Alfreda Gilberta (tego od Erosa na placu Picadilly).
Stół z powyłamywanymi nogami (Winchester)
Nieopodal Winchesteru znajduje się Hinton Ampner - kolejna rezydencja zapisana przez bezpotomnego lorda na rzecz National Trust. Bardzo ładne ogrody, urządzone już w XX wiecznym stylu. Z miejscem tym wiąże się też historia o duchach. Ponoć właścicielom (w XVIII wieku) tak się złośliwości umarlaków dały we znaki, że ostatecznie uciekli w popłochu, kazali zburzyć starą rezydencję do samej ziemi i wybudować nową. Choć podobno tak naprawdę za duchy robili miejscowi, starający się wypłoszyć przywiezionych z Londynu służących właścicieli. Rzecz się udała, londyńscy służący uciekli, zostali zastąpieni przez miejscowych, którzy potem dalej straszyli, z nudów i z przyzwyczajenia.
Hinton Ampner

Potem już była tylko konferencja International Gothic Association, tym razem zorganizowana w Guildford - ładnym miasteczku z ruinami zamku przekształconymi w park, elżbietańskim szpitalem (bardziej przytułkiem) i wielgachną katedrą z lat 60tych XX wieku











piątek, 9 sierpnia 2013

W krainie smoka (4)


Zasługi Henryka VIII dla angielskiej architektury krajobrazu są wielkie i dotychczas nie do końca rozpoznane. Król ów bowiem w dwóch etapach (1536 i 1539) zlikwidował zakony i przejął ich majątek. Było co przejmować, na początku XVI wieku w rękach Kościoła było ponad ⅓ ziemi uprawnej w Anglii. “Złoto, srebro, płaszcze cenne, oraz różne dary inne” a także ziemia i budynki przeszły na własność Korony. Kruszce przetopiono, fanty spieniężono, ziemie wydzierżawiono lub rozdano lojalnym poddanym. Z budynków dzisiaj zrobionoby lofty, w tamtych, przedloftowych czasach, zrecyklowano wszystkie materiały, które można było wydłubać i wykorzystać. W ten sposób w trybie przyspieszonym powstały malownicze ruiny, które zdobią do dziś angielski (i walijski) krajobraz, między innymi opactwo w Tintern.

Kariera opactwa w stanie ruiny niewiele (jeśli w ogóle) ustępuje czasom jego największej świetności. Monumentalna budowla inspirowała malarzy (Turner) i poetów odkąd zaognione stosunki z Francją ograniczyły możliwości wyjazdowe elity, która zamiast na tradycyjny Grand Tour po kontynentalnej Europie zmuszona była docenić uroki własnego kraju. Rosnąca popularność miejsc pełnych romantycznej grozy sprawiła, że Tintern stało się modnym miejscem wycieczek.

Najsłynniejszym chyba wycieczkowiczem (i to co najmniej dwukrotnym) był William Wordsworth, jeden z czołowych przedstawicieli pierwszej fali Romantyzmu w literaturze angielskiej. Pod wpływem powrotu do Tintern Abbey po pięcioletniej nieobecności napisał on wiersz o długim tytule zazwyczaj skracanym do “Tintern Abbey” przez pokolenia filologów (a w krajach anglojęzycznych również nauczycieli dziatwy szkolnej). W wierszu, w najkrótszym skrócie, chodzi o zadumę, jak wiele mogło się zmienić w życiu autora w ciągu zaledwie pięciu lat (a zmieniło się sporo, wliczając w to romans z Francuzką, nieślubne dziecko i rejteradę z powrotem do Anglii przed nadciągającą wojną), a monumentalna ruina stoi tak jak stała i stać jeszcze pewnie będzie przez długie stulecia.

Opactwo Tintern wykorzystał także zespół Iron Maiden jako scenografię dla realizacji jednego z teledysków. Niestety nie ma tam pokazanych w teledysku podziemi (tych, po których chodzą monksters - © Dorota). Sceny w podziemiach nakręcono w sztolniach opuszczonej kopalni wapienia pod Londynem.

środa, 7 sierpnia 2013

W krainie smoka (3)

Erddig House

Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy do zwiedzania w Wielkiej Brytanii są rezydencje. Domy, ogrody - często jedno i drugie - zachowane jak pudełeczka ze skarbami minionych epok. Ostatnia wojna, która się tamtędy przewaliła, to wojna domowa w XVII wieku.

Bodelwyddan
Bodelwyddan. Wiktoriański zameczek z kolekcją portretów pędzla G.F. Wattsa. Ostatni właściciel sprzedał zamek prywatnej szkole żeńskiej, która funkcjonowała do początku lat 80 ubiegłego wieku. Obecnie wnętrza mieszczą regionalną filię National Portrait Gallery, a w budynkach gospodarczych otwarto hotel. W parku ciekawostka - ćwiczebne okopy z czasów I Wojny Światowej, wykorzystywane przez żołnierzy stacjonujących w pobliskim obozie wojskowym (Kimmel Park), znanym głównie z powojennego buntu kanadyjskich żołnierzy.
Plas Newydd (Llangollen)

Llangollen. Malowniczo położone miasteczko w dolinie rzeki Dee (o rzut kamieniem od akweduktu). Pod koniec XVIII wieku zasłynęło jako miejsce zamieszkania dwóch irlandzkich arystokratek, które wspólnie uciekły od swoich rodzin, a także perspektywy aranżowanych małżeństw czy przymusowego umieszczenia w klasztorze. Odwaga opłaciła się, bo Ladies of Llangollen przeżyły szczęśliwie niemal 50 lat w swoim wygodnym domku pełnym zdumiewających kolekcji sztuki, przyjmując gości (wśród nich Wordswortha i Wellingtona) i na kolejne dwa stulecia dając ciekawskim temat do plotek. Amerykanie określali takie relacje (o wiele później) terminem Boston marriage. Damy prywatnie miały bardzo konserwatywne poglądy, na przykład nie widziały niczego złego w niewolnictwie i nie wahały się wyrzucić służącej, która zaszła w ciąże.
Powis Castle (akurat trochę padało)
Powis. Zamek zbudowany jeszcze przez walijskich książąt, zaadaptowany do w miarę wygodnego mieszkania. Kolejny punkt na trasie wycieczki śladami Wiktorii (była tam jako księżniczka). Znajdująca się z boku sala balowa została przekształcona w muzeum Roberta Clive’a, zdobywcy Indii dla korony brytyjskiej. Dodatkowym powodem wizyty są piękne ogrody umieszczone na tarasach na stromym zboczu wzgórza zamkowego.
Erddig - pokój dziecięcy
Erddig. Cuda-wianki jeśli ktoś lubi podglądać życie codzienne poprzednich pokoleń. Dość skromny pałac z XVII wieku, ostatnio modernizowany w wieku XIX, a potem (z powodu bankructwa właścicieli) oddany pod opiekę National Trust z całą zawartością. Zachowały się naprawdę niesamowite ilości przedmiotów codziennego użytku, zagadkowych utensyliów, plus oczywiście typowych dla tego rodzaju zabytków mebli i obrazów (w tym portret antenata, któremu wizytujący posiadłość Gainsborough uprzejmie poprawił dłonie). W doskonałym stanie są też zabudowania gospodarcze. W jednym z nich trafiliśmy na zabawną wystawę o epoce wiktoriańskiej, połączoną z “przymierzalnią” krynolin (urocza rozrywka, dość popularna w brytyjskich muzeach).
Erddig
Bodnant. Do zwiedzania jest tylko ogród, bo pałac wciąż jest zamieszkały. Najciekawszym elementem ogrodu jest ponad pięćdziesieciometrowej długości pergola obsadzona złotokapem, przyciągająca w porze kwitnienia rzesze zwiedzających. Formalny ogród przy rezydencji przechodzi płynnie w naturalistyczne założenie leśne w dolince lokalnej rzeczki. Właśnie budowano tam “przełazy” dla węgorzy.

Bodnant House
Craig-y-Nos. Na koniec gratka - kolejna wiktoriańska bombonierka zakupiona przez słynną primadonnę, Adelinę Patti. Obecnie mieści się tu hotel, ale obsługa przyjaźnie patrzy na zwiedzających dobrze zachowane sale na parterze, obwieszone pamiątkami po diwie. Przetrwał też prywatny teatr zbudowany dla zabawiania gości Adeliny. Dziś służy jako miejsce ślubów. Postać gospodyni zasłynęła nie tylko za sprawą wyjątkowego głosu, szerokiego repertuaru czy burzliwego życia uczuciowego (sopranistka wychodziła za mąż trzykrotnie, ostatni raz za znacznie młodszego od siebie arystokratę) - z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że to Adelina Patti stała się pierwowzorem kapryśnej Carlotty w powieści Upiór Opery Gastona Leroux. Ciekawe, czy kiedykolwiek dowiedziała się, że tak ją bezceremonialnie obsmarowano...

Craig-y-Nos Castle, z lewej strony budynek teatru
Craig-y-Nos, teatr
Krynolinowy bonus


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

W krainie smoka (2)

Blaenavon - dawna huta

Walia w XVIII wieku stała się jedną z kolebek rewolucji przemysłowej, a to za sprawą bogatych, płytkich i łatwo dostępnych (bliskość morza) złóż węgla i rudy żelaza. WielkoBrytyjczycy mają spore nabożeństwo do zabytków techniki.  W miasteczku Blaenavon zachowały się pozostałości huty z XVIII wieku oraz (do niedawna czynna) kopalnia węgla, obecnie udostępniona do zwiedzania. W pobliskich “czworakach” odtworzono wnętrza mieszkań robotniczych z lat 20 ubiegłego wieku na potrzeby nagrywanego dla BBC w 2007 reality show ‘Coal House’ (coś w rodzaju historycznego Big Brothera).


Big Pit - kopalnia w Blaenavon, obecnie muzeum
Pontcysyllte - akwedukt
Chirk - akwedukt i zbudowany w tym samym czasie most kolejowy
Jak już był węgiel i żelazo, to należało to jakoś przewieźć. Północna Walia wzbogaciła się w końcu XVIII wieku w sieć kanałów, po których pływały barki transportujące towary. Obecnie nie pełnią funkcji transportowej, można natomiast wynająć na kilka dni mini-barkę i miło spędzić wakacje. W kilku miejscach nad dolinami przerzucono akwedukty, tak więc zamiast rzeką na dole płynie się rynną z wodą na górze.  Podobna lecz całkiem współczesna rzecz jest pod Magdeburgiem, tyle że walijskie akwedukty są o dwa wieki starsze, w dodatku zbudowane z odlewanych żelaznych płyt.
Portmeirion
Z czasów, w których działa się akcja ‘Coal House’ pochodzi śródziemnomorska extrawaganza na walijskim wybrzeżu, czyli miasteczko Portmeirion, zaprojektowane przez znanego wówczas architekta, Williams-Ellisa. Rzecz wygląda trochę jak dekoracja filmowa, którą zresztą była - pod koniec lat 60 ubiegłego wieku kręcono tam serial fantastyczno-szpiegowski The Prisoner z Parickiem McGoohanem, raczej nieznany w Polsce, lecz cieszący się statusem filmu kultowego na Wyspach. Od czasu serialu za wstęp na teren wioseczki pobierane są opłaty, w sklepikach można nabyć gadżety związane z filmem a raz do roku odbywają się zloty fanów.

wtorek, 30 lipca 2013

W krainie smoka (1)

Walia przydarzyła nam się nieco znienacka, pomiędzy jedną konferencją (neowiktoriańska w Liverpoolu), a drugą (gotycka w Surrey). Póki co minął trzeci dzień wycieczki, a już widać, że kraina smoka ma do zaoferowania bardzo wiele. 

Zdumiewa, że język walijski przetrwał w niezłej formie siedemset lat ekspozycji na dominujący kulturowo i społecznie angielski. Jakoś Irlandczycy czy Szkoci nie mieli tego szczęścia. Wszędzie są dwujęzyczne napisy, a nazwy miejscowości potrafią zawiązać język na kokardkę - oczywiście, nie odmówiliśmy sobie przyjemności wizyty w wiosce o najdłuższej w Wielkiej Brytanii nazwie Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch (miejscowi te podwójne L czytają dość zaskakująco jako “hl”). Miejscowość ma własny przystanek kolejowy, a tabliczka z jego nazwą jest dłuższa od przystających tam pociągów. Poza tym brutalna prawda jest taka, że wioseczka nazywa się naprawdę Llanfair Pwllgwyngyll, a całą resztę dorobiono w połowie XIX wieku dla przyciągnięcia turystów. Działa do dziś.

Mała stacyjka z dużą nazwą
Walijski ma zresztą całkiem sporo słów zaczerpniętych z łaciny bez pośrednictwa angielskiego, na przykład ffenestr (okno), bont (most), perygl (niebezpieczeństwo), bresych (kapusta). Rzymianie tutaj mieli trochę pod górkę, zachodnie krańce Walii były strasznie zadruidzone, podbój Anglesey zakończył się dopiero tuż przed ewakuacją Rzymian.

Świadectwem podboju przez Anglików są zamki Edwarda I kolektywnie (we cztery: Beaumaris, Conwy, Caernarfon i Harlech) stanowiące jeden Unesco site. W Caernarfon urodził się pierwszy Książę Walii (w dzisiejszym rozumieniu). Król Edward obiecał podbitym Walijczykom, że ich nowy książę będzie urodzony w Walii, a także nie będzie mówił ani słowa po angielsku. Jak przyszło co do czego popisał się dowcipem prezentując im swojego syna-niemowlaka. Ostatnia inwestytura odbyła się w roku 1969 w zamku Caernafon. Książe Karol (do rozpoznania tylko po muskularnych uszach) wydaje się mówić “Mamo, daj spokój, nie wygłupiaj się”.

Conwy
Beaumaris
Caernarvon
Gdyby nie Henryk VIII to pielgrzymki zamiast do Lourdes wędrowałyby do Holywell, do obudowanego gotycką kaplicą źródełka świętej Winifredy. Święta została świętą, gdyż miejscowe książątko nastawało na jej cnotę, a gdy zabiegi okazały się bezskuteczne skróciło ją o głowę za pomocą miecza (to zresztą częsty topos w katolickiej mitologii dotyczącej produkcji świętych dziewic: jak nie prąciem, to mieczem, tertium non datur). Na tym nie kończą się przygody Winifredy. Otóż, w miejscu gdzie upadła głowa dziewicy wytrysnęło źródełko leczące wszelkie choroby - sytuację błyskawicznie wykorzystał wuj nowej świętej aby... przyczepić brakującą głowę do jej ciała za pomocą modlitwy oraz wody źródlanej. Ożywiona Winifreda żyła jeszcze rzekomo długie lata, jako przeorysza klasztoru. Przed kaplicą wykopano basenik do “świętych kąpieli”. 
Winifrieda przed dekapitacją

Holywell - źródło świętej Winifriedy
Na przełomie XIX i XX wieku miejsce zyskało nawet pewien rozgłos za sprawą obrotnego proboszcza, który postanowił rozkręcić kult (podupadły od średniowiecza) za pomocą procesji z chorągwiami zamówionymi u niejakiego Barona Corvo (kto wie o kogo chodzi, ten już się domyśla, że był to przepis na małą katastrofę - panowie skłócili się, a chorągwie wiszą dziś w maleńkim muzeum przy zapomnianym świętym kąpielisku).

Plas Newydd - obrazek prawdopodobnie autorstwa królowej Wiktorii

Klatka schodowa, którą przemykała się w ciemnościach królowa Wiktoria
Bywała tu też królowa Wiktoria. Jeszcze przed wstąpieniem na tron zwiedziła zamek Beaumaris, zatrzymując się w gościnie u markiza Angelsey w Plas Newydd. Z osobą gospodarza wiąże się zresztą ciekawa historia. Podczas bitwy pod Waterloo markiz został trafiony kulą armatnią. “Na Boga, Sir, właśnie urwało mi nogę!” - zawołał do stojącego nieopodal Wellingtona. “Na Boga, Sir, rzeczywiście” - odpowiedział Wellington. Markiz następnego dnia wystosował list do żony z przeprosinami, że niestety nie będzie mógł z nią niebawem zatańczyć. Markiz znany był z powściągliwości, komentował na bieżąco przebieg amputacji, dokonywanej - jak to w tych czasach bywało - bez znieczulenia. Drewnianą protezę wciąż można oglądać w gablocie w pałacu. Noga markiza została pochowana pod Waterloo, gdzie przez pewien czas była atrakcją turystyczną (historia nogi: tutaj). 

Penrhyn

Wiktoria była w Walii ponownie w 1859 roku, kiedy wraz z księciem Albertem odwiedziła zamek Penrhyn. Zachowała się opowiastka, jak to monarchini zaśmiewając się (czyli jednak bywała amused...) wchodziła w całkowitych ciemnościach do swojej sypialni klatką schodową przeznaczoną dla służby, bo oddelegowany do oświetlania jej drogi lokaj gdzieś się zawieruszył. Penrhyn jest pięknym przykładem neoromańskiej atrapy średniowiecznego zamku zbudowanego na przełomie lat 20 i 30 XIX wieku za pieniądze z niewolnictwa oficjalnego (plantacje trzciny cukrowej na Jamajce) i nieoficjalnego (kopalnie łupków w okolicy). Jest tam też melodramatyczna historia z lordówną zakochaną w ogrodniku. A jeśli o ogrody idzie - bardzo pomysłowo urządzony bog garden z okazałymi egzemplarzami Gunnera manicata.
Gunnera manicata - z ziemi brazylijskiej do walijskiej