To jeszcze z czasów, w których dwa dolary były summą nadającą się do przepijania.
[Gazeta Sądowa Warszawska, 2/1884]
por. też: Jak być dowcipnym?
Kapusta, brzoskiew ogrodna (Brassica oleracea)
Kapusta biała smrodliwe ciało czyni, kto ją często pożywa. Ma nieprzyjaźń z winną macicą i nawzajem się niszczą. Wzrok mdły i ciemny czyni, przeto uczeni mają się strzec jej używania. Woda, w której była przeparzana, przeczyszcza, jeśli zaś wrzała, to zastanawia. Przed innymi potrawami użyta chroni od pijaństwa, a po nich użyta rozpędza upicie. Dzieci często jej używając szybko rosną. Głąb surowo jedzony martwy płód wywodzi. Żeby kapusty i ogrodowizny robactwo nie jadło zawieszać na płocie kobyli łeb, albo zawiesić raka.
1. Czy cywilizacja polska jest obojętna lub też nie dla postępu Europy Zachodniej?
2. Czy w dzisiejszych warunkach możliwy jest rozwój prawidłowy narodu polskiego i jak sądzić należy politykę germanizacyjną i rusyfikacyjną?
3. Czy istnienie niepodległej Polski nie wpływałoby korzystnie na rozwój Europy Zachodniej?
4. Czy Polska może odzyskać swą niepodległość i jaką drogą?
Jakże, kochany kolego, możecie zapytywać Francuzów o ich zdanie co do przyszłości Polski niepodległej? Chcecie, aby zasmucili już to Polaków, których kochają, już to Rosjan, których są sprzymierzeńcami?Z czterech odpowiedzi, które nadeszły z Anglii, trzy są, zdaniem Celichowskiego, niewarte wyszczególnienia -
Nasuwa się tu więc nowe pytanie: o ile Polacy po wiekowej podległości okazują się obecnie zdolni do utworzenia państwa narodowego, nie popadając w dawne grzechy w życiu państwowem? Pod tym względem przedewszystkiem ważna jest Galicja, gdzie naród polski ma stosunkowo najwięcej swobód politycznych. I właśnie tu jezuityzm i oligarchiczna arystokracya najgorsze rodzi owoce, a zachowana od wieków przepaść między Polakami a Rusinami, szerszą jest niż kiedykolwiek.
Basza Janiny Omer Wrione przez powtórny firman Sułtański został wezwany, aby niezwłocznie stawił się w Stambule i wyjawił co się stało z skarbami Allego, lecz Omar dotąd wzbrania się dopełnić tego rozkazu, i myśli połączyć się z innym Baszą także powołanym do Stambułu, mówią nawet, że już ci obadwa Baszowie pobili hufiec przysłany po nich. Ta niezgoda Muzułmańska jest nader korzystna dla Greków.
Gazety Londyńskie obszernie opisują zwycięztwa jakie odniósł Królewicz Perski nad Turkami, co się stało ieszcze w Sierpniu, zabrał on Turkom wszystkie bagaże i wiele armat rozmaitego kalibru.
Odebrano listy w Mołdawii, że Basza Widynu napadł na Grecką karawanę, która z Macedonji prowadziła różne potrzeby woienne i miał 200,000 piastrów, Basza to wszystko zabrał, a Greków składających karawanę co do iednego wymordował.
Z Stambułu doszły potwierdzające doniesienia o zgonie Haleta, Lud z największą radością przypatrywał się głowie owego poufalca Sułtańskiego i cieszy się z iego nieszczęścia.
Gdy trwało zaburzenie w Stambule, Sułtan przebrany wprosty ubior udał się do Wielkiego Wezyra, i rozmawiał z nim blizko przez godzinę, poczem oddalono 12 najznakomitszych Urzędników oddawna od Janczarów nielubionych.
Dwa Angielskie okręty naładowane zbożem wypłynęły ze Smyrny, napodkały ich okręty Greckie Jdryotów, a będąc w przemagającej sile żądały rewizji, znaleziono w rurce od Komina okrętowego mały list, w którym donoszono Dowódcy tureckiemu w Napoli di Romanja ża Basza Smirny posyła mu zboże pod fałszywemi paszportami fraktowemi, żadaiąc aby Anglikom za to podług umowy wypłaconem było. Grecy zabrali owe okręty Angielskie i zaprowadzili do Jdrji.
Na zebraniu Gminu w ratuszu miasta stołecznego Londynu uchwalono większością głosów adres do Króla, z prośbą ażeby teraźniejszych ministrów uchylił. Na tem zgromadzeniu prezydował Lord Mayor i wysoką powagą dostojnego urzędu swego wielkie nadał znaczenie. Petycję te podał w zeszłą sobotę Monarsze, w przytomności Aldermanów i Deputacji z Miasta.
Odpowiedź Króla była następująca: "z najdotkliwszym smutkiem przyjmuję adres i petycję podaną mi przez Lorda Mayora, Aldermanów i Deputacji z mieszkańców Miasta Londynu; jakiekolwiek powody skłoniły uchwalających petycją, jest jednakże oczywistym, iż inszego niebyło celu jak zapalać namiętności i uwodzić mniej oświeconych z poddanych moich, i pomnażać trudności z jakimi teraz mamy do walczenia"
Z rozprawy sądowej przed sądem karnym w Duisburgu, przed którym stanął były zarządca dóbr księcia Henckel - Donnersmarck, oskarżony o sprzeniewierzenie, dowiadujemy się, że w r. 1918, gdy pod koniec wojny wojska niemieckie pod dowództwem gen. Liman v. Sandersa musiały wycofać się z Palestyny, na rozkaz generała niemieckiego kasa wojenna, w której znajdowało się miljon funtów w niemieckich monetach złotych, została ukryta w pieczarze Libanonu, aby ją uchronić od jakiegokolwiek zamachu. Jedyny żyjący dotychczas członek oddziału pionierskiego, który wówczas pracował przy ukrywaniu skarbu, wszczął starania, które wkrótce doprowadziły do osiągnięcia zgody rządów niemieckiego i angielskiego na wysłanie ekspedycji celem odnalezienia skarbu, przy czem oba rządy miały mieć udział w odszukanem złocie, tak że przedsiębiorcy pozostałaby do dyspozycji czwarta część wartości skarbu.Pewien niemiecki dyrektor banku w Istambule oświadczył gotowość sfinansowania tej ekspedycji i na jesieni 1934 r. przekazał do Duisburga 675 marek niem., za które oskarżony obecnie o sprzeniewierzenie miał pojechać do Turcji. Jednak całe przedsięwzięcie rozbiło się ostatecznie o to, że rzeczywistym finansistą był nie dyrektor banku w Istambule, lecz mieszkający na Bałkanach żyd, Hugo Meyer, obywatel niemiecki, który zażądał dla siebie trzeciej części czystego zysku z ekspedycji.Niemieccy członkowie ekspedycji orzucili współpracę z żydem, tak że ekspedycja wogóle nie doszła do skutku. Jako jedyny wynik wszczęta została skarga dyrektora banku o zwrot wysłanych w międzyczasie 675 marek.Tak więc skarb niemiecki w złocie, jeśli w ogóle istniał, znajduje się wciąż jeszcze w pieczarze w Lebanonie.Obecnie, za pomocą wyszukiwarki internetowej łatwo i szybko można ustalić fakty. A więc zgadza się, że Meyer. Ale nie Hugo, tylko Ernest. Nie w Palestynie, tylko w Afryce Południowej. I nie milion funtów w złocie, tylko co najmniej dwa. I nie w 1918, tylko 18 lat wcześniej. A resztę doczytajcie sami tutaj.
Boa-Serra, piątek, 9 października 1931. Wybieramy się na południe Angoli po zakup krów, a przy okazji mamy zamiar trochę zapolować. Od kilku dni wyciągnęliśmy namioty i musztrujemy naszych murzynów w szybkiem ich rozkładaniu i zwijaniu, ale nie idzie im to dość składnie […]
Przebywszy od Huambo 634 km., przyjechaliśmy do miasteczka Mutano (lecz powszechnie nazywane Humbi, tak też i my nazywać je będziemy). […] Humbi bardzo ucierpiało podczas wielkiej wojny, kiedy i tu w kolonji walczyli Portugalczycy z Niemcami z sąsiedniej Süd-West Afryki. Rok 1915 był rokiem klęski: głód, choroby, wojna, tak że biali uciekli prawie wszyscy, a murzynów dużo pomarło, inni zaś przenieśli się w spokojniejsze strony. Jak nam opowiadał miejscowy administrator, w jego okręgu liczba czarnych spadła z 60 do 3 tysięcy… Rok ten dobrze zapisał się w pamięci wszystkich, jako straszne “desastro”.
Już w poprzednim roku rozpoczęła się wojna z Niemcami, lecz przedtem, póki w Europie Portugalja nie wypowiedziała się jeszcze przeciwko Niemcom, tu w kolonji pograniczne oddziały Niemców i Portugalczyków żyły ze sobą w zgodzie i często zapraszano się nawzajem. Była też między nimi umowa, że kto pierwszy dowie się o wojnie, ten lojalnie zawiadomi przeciwnika. Tymczasem Niemcy dowiedzieli się o tym pierwsi, lecz, choć poprzedniego dnia byli na obiedzie u Portugalczyków, w ich wojskowym pogranicznym posterunku, nie zawiadomili ich o tem i tejże samej nocy, bez ostrzeżenia, napadli na nich i w pień wycięli. Powtarzamy to, cośmy słyszeli od miejscowego mulata, który nam to opowiadał, jako fakt autentyczny. Mulat ów, Joakim d’Almeida, jest jednym z licznych synów Antonia d’Almeida, dzielnego wodza portugalskiego, który w 1878 r. walczył z murzynami w czasie okupacji i pacyfikacji południa Angoli.
Rozpoczęła się w kolonji wojna z Niemcami, a obie białe armje miały za sobą podburzone plemiona murzyńskie, tak że czarni walczyli między sobą. Lecz odbyła się tylko jedna bitwa, pod Naulile, gdzie oddziały portugalskie zostały przez Niemców i murzynów rozbite. Co jednak najciekawsze, oto obaj przeciwnicy, błędnie informowani przez murzynów o wielkich siłach wroga, oddalali się pośpiesznie od pola walki, tak że Portugalczycy uciekli na północo-zachód, do Gambosz, Niemcy zaś na południe, gdzie potem zostali rozbici przez wojska angielskie. Tymczasem w całej tej części Angoli zapanowało zupełne bezkrólewie, z czego skorzystali królikowie murzyńscy, aby mordować białych, jak również aby walczyć między sobą. (I to nie przy pomocy łuków i oszczepów, lecz używając porządnych Mauzerów, dostarczanych ongiś przez Niemców).W końcu 1915 r. oddziały portugalskie zaczęły powoli wracać na południe, staczając krwawe bitwy z murzynami. Ażeby zrozumieć trudności białych wojsk w walce z tuziemcami, trzeba najprzód dobrze sobie przedstawić miejscowe warunki i tamtejszy klimat. […] Najgorsi zaś byli miejscowi murzyni - dzielni, lecz chytrzy i przebiegli. […]
Jest tu ciekawy zwyczaj, że biali właściciele krów muszą kupować mleko od swoich własnych pastuchów, którzy nie dostają zapłaty za opiekę nad bydłem (płaci się za nich tylko podatek, 80 angolarów od murzyna rocznie), ale zato mogą zabierać sobie całe mleko. […]
Prized obiadem pojechaliśmy z Patrem do niedalekiej wioski, gdzie mieszka czarna królowa Suaviti, władczyni tutejszego plemienia. Potężna stara murzynka (około 80 lat), o ciężkich i obfitych kształtach (podobno waży 120 kilo), cała błyszcząca od tłuszczu, przyszła do nas w towarzystwie swego wnuka i prawnuka. Bardzo uprzejmie pozwoliła nam się oglądać, rozmawiała z Patrem, wreszcie pozowała do fotografji. Prosiła tylko, żeby prędko ją fotografować, bo zbyt gorąco jest na słońcu. A cóż mówić o nas, skoro murzyni skarżą się na upał! […]
Jeden ze szczepów Va-N’kumbi wybija sobie po dwa przednie zęby, więc żeby mówić ich językiem trzebaby także wybić sobie dwa zęby, bez tego bowiem nie można wymówić niektórych ich wyrazów. Ładna perspektywa! […]Buszmeni to zupełnie inna rasa murzyńska. Mają skórę o wiele jaśniejszą i więcej żółtą, są bardzo mali, drobni i brzydcy, podobni trochę do Chińczyków. Niczym się nie zajmują […]. Są przebiegli i bardzo sprytni i, jak twierdzą inni murzyni, bardzo złośliwi. […]
Wogóle z tutejszymi murzynami bardzo trudno jest dojść do ładu, są strasznie przebiegli i chytrzy, a byle czem ich się nie zjedna. Domagają się ciągle matabiszu (napiwka), a nic za to nie chcą robić. […]
(...) Wiele się u nas mówiło o Polakach w Angoli, rzeczywistość jednak przedstawia się nieco odmiennie. Jeśli chodzi o plantacje stanowiące własność Polaków, to trzeba wymienić Boa Serra o powierzchni 1000 ha należącą do hr. Michała Zamoyskiego, Sandivi - należącą do p. Dekańskiego, który zamieszkuje tam wraz z żoną i synem. Plantacja ta ma powierzchnię 600 ha. Mniej więcej taką samą plantację posiada p. Jesionowski - (Chera) oraz obecnie niżej podpisany (o powierzchni 2000 ha) pod nazwą Maria Krystyna. Wspomnieć jeszcze należy o plantacji p. Rodziewicza, położonej w innym „posto: Quissala. Stosunek władz kolonialnych do Polaków jest bardzo życzliwy. Na plantacjach, jako najcenniejszy produkt uprawia się kawę. Kawa wymaga przynajmniej sześcioletniego hodowania, zanim przyniesie odpowiednie plony. Należy jednak przypuszczać, że już w niedługim czasie będziemy mieli w Polsce własną kawę, sadzoną przez polskich osadników. Poza tym nasi osadnicy zajmują się hodowlą pszenicy, kukurydzy, grau de bico (specjalny gatunek grochu) oraz owoców. Mamy wiele plantacyj ananasów, sadów mandarynkowych i pomarańcz. Plantacje można na ogół podzielić obecnie na następujące grupy. Mniej więcej 200 ha plantacji kawy, 600 ha pszenicy, eukaliptusów oraz wspomnianego grochu i 1000 ha owoców podzwrotnikowych. Tryb życia kolonisty jest bardzo jednostajny. O godzinie 6-tej rano budzi go tam-tam. Kolonista przydziela czarnych robotników do pracy, która trwa do godz. 7-ej wieczór z godzinną przerwą na obiad. System pracy jest zorganizowany w ten sposób, że każdych 10 Murzynów ma swego nadzorcę, tzw. „capatarza", który odpowiedzialny jest za całokształt pracy przed białym. Murzyni odnoszą się do białych na ogół przychylnie. Widzą w nich rasę wyższą, spełniają życzenia ich bez oporu. (...)(Juliusz Gebethner, "Wspomnienia polskiego kolonisty", Morze 1938, nr 4, s. 21-22.)
Biały dworek, przed nim fontanna i dużo, dużo kwiecia, a wokół, wyszeregowane niby bataljony wojska tkwiły drzewka kawowe o tej porze pokryte zielonemi owocami polskiej kawy. Pomiędzy kawą biegły szeregi bananowych krzewów, służących do ochraniania drzewek kawowych przed wiatrem. – Kilka dużych płacht sianej kukurydzy (na paszę dla bydła na porę suchą), pola kartoflane, warzywa, drzewka owocowe, a nawet z poza agaw i drzew eukaliptusowych, któremi obsadzono drogę wiodącą do dworku, błękitniał zagon lnu polskiego.
Naszej Boa Serze miło było powitać i ugościć dzielnego podróżnika! – Teraz na odjezdnym zamiast na koniu lecz znów na rowerze w daleką i pełna przygód wyprawę, z całego serca życzymy: Szczęśliwej drogi … aż w Polski progi!Przed kolonistami zaczęły się jednak piętrzyć problemy. W 1935 r. dotkliwe straty spowodowała plaga szarańczy, w 1938 r. doszło do pięciokrotnego spadku cen kawy. Kilka rodzin zbankrutowało i wróciło do Polski, a wzorcową plantację hr. Michała Zamoyskiego uratowało jedynie finansowe wsparcie z Polski. Po śmierci męża (1957), Maria Zamoyska prowadziła plantację sama, aż do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to musiała uciekać przed wojną domową, początkowo do Hiszpanii, później, przez Kanadę do syna do Londynu, gdzie zmarła w 1987.
Tubylcy mówili na nich Conde i Condencia, ponieważ w języku M’bundu Conde oznacza Michał. Condencia oznaczałaby wtedy Michałową.
Moje ostatnie mieszkanie też mnie nie zadowoliło. Zrazu zdawało się, że to przed czem uciekłem z dawnego, tutaj wykluczone bezwarunkowo, że bezpiecznym będę przed czemś nieznanem, które zmusiło do opuszczenia przedostatniej siedziby. Lecz kilka dni spędzonych w tym świeżo wynajętym pokoju przekonało, że nowe schronisko jeszcze gorsze od poprzedniego, gdyż pewne niepokojące cechy, jakie zraziły mię do tamtego, tu zaczęły występować w silniejszej, mocniej podkreślonej formie. Po tygodniowym pobycie w nowym lokalu doszedłem do przykrego wniosku, że wpadłem w matnię stokroć zawilszą od dawnej, że niemiły nastrój, jaki wypłoszył mię z byłego mieszkania, powtarza się znów i to w spotęgowanej znacznie mierze.
Uświadomiwszy sobie ten niezbyt ponętny na przyszłość stan rzeczy, począłem w pierwszej chwili dopatrywać się przyczyny w samym sobie. Może pomieszkanie nie ma z tem nic wspólnego? Może to ja sam przywlokłem ze sobą przykry ton, z którego immanentności nie zdając sobie jasno sprawy, usiłuję zrzucić go na otoczenie i przypatrując się mu jako czemuś poza mną, w ten nieszczery sposób staram się zamaskować własną słabość?
Lecz przypuszczeniu temu stanęło na przeszkodzie pełne poczucie wewnętrznej pogody ducha, jaką tchnęło w tym czasie całe moje jestestwo i wyjątkowo pomyślny stan zdrowia. Niebawem wpadłem na inną hipotezę, która wnet zmieniła się w pewność stwierdzaną codziennem doświadczeniem.
Oto wiedziony trafnym przeczuciem, zasięgnąłem informacji, co do ostatniego lokatora, który bezpośrednio przedemną zajmował pokój, Jakież było me zdumienie, gdy wymieniono nazwisko Łańcuty. Był to ten sam człowiek, po którym wynająłem i poprzednie mieszkanie. Jakiś dziwny zbieg okoliczności kazał mi być dwukrotnie jego następcą. Poza tem nic mnie z nim bliższego nie łączyło, nie wiedziałem nawet, kim jest i jak wygląda.
W ogóle nie było można dowiedzieć się o nim nic pozytywniejszego nad to, że nazywał się Kazimierz Łańcuta i mieszkał tu parę miesięcy. Na zapytanie, jak dawno temu i dokąd się wyprowadził, odźwierny bąknął mi jakąś nieokreśloną odpowiedź, widocznie nie mając najmniejszej ochoty zapuszczać się w dokładniejsze objaśnienia. [...]
W każdym razie podobieństwo nastrojowe obu mieszkań, tak dziwnie schodzące się z tożsamością przedostatniego lokatora dużo dawało do myślenia. Z biegiem czasu nabrałem przekonania, iż dusza, że się tak wyrażę, obu pokoi nasiąkła jaźnią Łańcuty.
można spotkać człowieka wożącego i pokazujące go taczkę, z umieszczoną na niej klatką, w której siedzą razem pies i kot, kilka szczurów, myszy i ptaszków. Podczas zimy pies i kot tulą się do siebie, a szczury, myszy i ptaszki chowają się w ciepłej ich szerści. Odwieczni wrogowie mogą się tak zaprzyjaźnić w jednem pokoleniu! Czyż można wobec tego wątpić o moralnej sile wychowania?
jedna z moich szlachetnych towarzyszek opowiadała mi pewnego razu, że dowiedziawszy się o strasznej rozpuście, jakiej oddawali się uczniowie pewnego wyższego zakładu naukowego, niezmiernie obawiała się o swego syna, który się tam wychowywał. Wezwawszy więc syna, matka błagała go, ażeby przyznał się szczerze, czy on nie brał w tym udziału. Nie. Dla czego? Dla tego, że już wcześniej ostrzegała go matka. Łatwo sobie przedstawić radość matki. Niechże więc inne matki postarają się mieć taką samą pociechę ze swych dzieci.