Mała wysepka oblana zewsząd wodami błękitnego do nieprzyzwoitości morza. Słońce i nagrzane słońcem góry. Przyjemnie ciepło przez większą część roku. Kuchnia prosta lecz smaczna, oparta o ryby, warzywa i oliwę z oliwek. Ludek miejscowy również prosty, życzliwy nielicznym przybyszom, zajęty swoimi prostymi zajęciami. W czasach, o których mówimy, mało znana miejscowym Germania dostarcza raczej niewolników a nie spragnionych relaksu emerytów. Ale to i tak nie na wysepkę; na wysepce czas płynie swoim, niespiesznym tempem, odmierzanym wschodami i zachodami słońca, powrotami rybaków z morza, sezonami zbiorów winorośli i oliwek. Starzy bogowie mają się jeszcze zupełnie dobrze, choć podobno gdzieś daleko nadano im całkiem nowe imiona.
Mało wiadomo o obcym, on sam niezbyt chętnie o sobie opowiadał. Mówił tylko, że za młodu był, albo chciał być, rybakiem. Wiadomo było też, że zajmował się pisaniem. Jego wspomnienia wejdą do kanonu literatury pamiętnikarskiej, czytane będą jeszcze po wielu latach. Cenione będą za lapidarność stylu, oszczędność w opisach i żwawą narrację. Bardzo trudno uciec od zawodu, czy jak niektórzy mówią, powołania. Nic więc dziwnego, że obcy, gdy już obszedł wysepkę wokół, poznał wszystkie zatoczki, zamienił słowo z wszystkimi pasterzami i wszystkimi rybakami i spróbował lokalnego wina we wszystkich trzech tawernach, zamówił sobie pergamin i zabrał się znów za pisanie.
Miejscowi mieli nadzieję, że obcy napisze coś z życia. Ich życia. Na przykład historię o starym rybaku, który złapał na morzu dużą rybę. Albo coś dla dzieci. Albo coś o zwierzętach. Coś, co pozwoli wszystkim skojarzyć nazwę wysepki, odróżnić ją od tysiąca innych, podnieść do rangi tych nielicznych, którym dane jest być ojczyzną jakiegoś filozofa, uczonego, mędrca, herosa, czy chociażby słynnego władcy. Wysepka nie miała szczęścia - nie tylko żadne z olimpijskich bóstw nie urodziło się ani nawet nie przebywało chwili na niej (co można byłoby uczcić sanktuarium albo przynajmniej świątynią), nie upodobała jej sobie żadna podrzędna boginka, nimfa ani nawet wyrocznia. Cała nadzieja w obcym i jego papirusach.
Problemy zaczęły się już na samym początku. Obcy najpierw przestał rozmawiać z ludźmi, a potem wyprowadził się z portowej wioseczki i zamieszkał w jaskini na wzgórzu. Miejscowi nie mieli doświadczeń z tymi, którzy piszą (nielicznym tylko dana była umiejętność czytania), ale wydało im się to dziwne. Jakże to, pytali sami siebie i bezradnie wzruszali ramionami, tak zostawić błękit nieba i wody, beżowy popiel wzgórz, srebrzysto-szarą zieleń drzew oliwnych, biel ścian chat i wynieść się do jaskini? Tylko cherlawy chłopak, którego tutejsi i tak mieli za półgłówka, wspinał się co kilka dni stromą ścieżką z koszykiem wiktuałów. Gdy wracał, opowiadał, że obcy wychodził nocą przed swoją jaskinię i wpatrywał się w morze, jakby na coś czekał.
Jeśli czekał na znajomy statek, nie doczekał się. Mijały lata, a obcy wciąż siedział na wzgórzu, pracując nad swoją książką, za całe towarzystwo mając oddanego prostaczka i czasem zabłąkane kozy. Niektórzy podejrzewali, że przybysz przed kimś się ukrywał, ale jeśli spodziewał się wstrząsającej i heroicznej śmierci z rąk zajadłych wrogów, i tym razem jego przewidywania go zawiodły. Pewnego dnia, gdy małomówny mężczyzna, który kiedyś dawno był cherlawym chłopakiem, wdrapał się jak zwykle z bochenkiem chleba i gomułką koziego sera, znalazł ciało obcego oparte o ścianę jaskini, jakby spał. W ramionach ściskał książkę.
Starannie wykaligrafowany i porządnie zszyty pergamin zniesiono do wioski, aby ci spośród sąsiadów, którzy posiedli umiejętność czytania, podzielili się z resztą jego treścią. Już pierwsze słowa wprawiły w zdumienie wszystkich zgromadzonych w portowej tawernie. W księdze nie znaleźli oni ani słowa o połowach ryb, ani tym bardziej o dzieciach lub zwierzętach. Z każdym kolejnym akapitem przed ich oczami pojawiały się obrazy zniszczenia, mordu i nieszczęścia, jakiego dotąd nawet nie potrafili sobie wyobrazić. Jakie tragedie spotkały obcego, że nie ukoiły ich nawet lata spędzone na idyllicznej wyspie, a ciągle - najwyraźniej narastając z czasem - ich wspomnienia powracały do niego w dręczących snach? Ktoś domyślał się, że starzec musiał być świadkiem wybuchu wulkanu, a może potężnego trzęsienia ziemi, albo przynajmniej wojny, która unicestwiła jego dom i rodzinę. Ktoś inny przypomniał sobie, że obcy prawdopodobnie był banitą, musiał więc za młodu wpaść w tryby wielkiej polityki. Albo wielkiej namiętności - sugerowali młodsi rybacy, wskazując na pełne goryczy strony opisujące jakąś egzotyczną piękność. Z każdą chwilą tajemnicza księga budziła w nich coraz większe przerażenie. A jeśli obcy był czarownikiem, i zemścił się na nich - chociaż naprawdę nie wiedzieli, za co - pozostawiając na wyspie przeklęty pergamin? Ostatecznie, po burzliwych dyskusjach, rybacy uradzili, że przerażająca księga powinna zostać czym prędzej usunięta z wyspy. Szczęśliwym trafem niepomyślne wiatry zagnały do zatoki kupiecki statek zmierzający do świątyni Artemidy w Efezie. Wioskowy półgłówek, który nie chciał się rozstać z dziełem obcego, którego uznał za swego mentora, dumnym krokiem wszedł na pokład dzierżąc w ramionach owinięty w wełniany koc tom. Gdy statek podniósł kotwicę, rybacy odetchnęli z ulgą, ale nie bez odrobiny żalu. Kto wie, czy jeszcze kiedyś przypłynie na wyspę Patmos jakiś przybysz z dalekiego świata. Ktoś westchnął ciężko i powoli ruszył w stronę wzgórza - trzeba w końcu pochować obcego.
sobota, 1 sierpnia 2009
sobota, 25 lipca 2009
Cottonopolis
Jak to możliwe, że dopiero teraz dotarłam do Manchesteru? Kiedyś dawno mignął mi przez okno pociągu po drodze do Glasgow; obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę (no bo jak można się na poważnie zajmować XIX wiekiem i nigdy tu nie zajrzeć?) i oto jestem. Niby też przejazdem, ale za to na cały dzień, nawinięty na własne nogi jak bawełna w przędzalni.
Bo Manchester to wciąż posępne i odpychające wiktoriańskie Cottonopolis – jądro industrialnej ciemności, gdzie czteroletnie dzieci zatrudniano w fabrykach zanim i tak większość z nich zmarła na tyfus czy cholerę. Dzisiaj odczyszczone, zdezodoryzowane, pozbawione sadzy i wszechobecnego dymu z węglowych palenisk wciąż przytłacza. Prosto ze stacji kolejowej wychodzi się na przedziwne pałace z plebejskiej czerwonej cegły, olbrzymie i ostentacyjne, a obok nich brutalne w swej geometrycznej prostocie fabryki. Chociaż obecnie zamieniono je na eleganckie galerie handlowe i stylowe lofty, mimo wszystko zachowały pewien specyficzny, niepokojący aspekt – jakby pozostało w nich coś z dawnej mordęgi robotników i wilczej ambicji właścicieli zakładów. W ten posępny, ceglany krajobraz wrośnięte są klasycystyczne zabytki. W miejskiej galerii sztuki głównie Pre-Rafaelici: na wpół oszalała, rusałczana „Ofelia” dziewiętnastoletniego Arthura Hughesa, kusząco-drapieżna „Astarte” Rossettiego, melancholijne dziewczęta sprzątające jesienne liście Johna Millais. W sali obok klasycyzujący „Wiktorianie w togach”: zdesperowana „Safona” Charlesa Mengina , żałobna „Andromacha w niewoli” Lorda Leightona , leniwe damy karmiące rybki w sadzawce Alma-Tademy. Wszystko wygląda jak kwiatek rzucony w środek błotnistej kałuży, zwłaszcza, jeśli spróbować sobie wyobrazić czasy, gdy te obrazy powstały.
W Muzeum Nauki i Przemysłu rekonstrukcja wiktoriańskich kanałów. Czuję się jak u Victora Hugo. Są (wypchane) szczury, ceglane sklepienia, brakuje wilgoci i smrodu. W innej sali ekspozycja maszyn włókienniczych; „still in working order”, jak tłumaczy przewodniczka i puszcza krosna w ruch. Ma się wrażenie, że za moment pod sufit pofruną ścinki bawełny, a potem będą spadać powoli, jak płatki śniegu. Jesteśmy w Milton z powieści pani Gaskell „North and South” (kto nie widział adaptacji BBC niech żałuje, ale youtube służy pomocą). Muzeum mieści się w najstarszej na świecie zachowanej stacji kolejowej. Z typową dla Anglików pieczołowitością zbiera się tam, składuje i udostępnia przedmioty z nie tak dawnej przeszłości (można zobaczyć „komputer” z lat 1960tych, maszynę do pisania i co starsze modele telefonów komórkowych – przez chwilę czuję się stara, że je pamiętam. Wszędzie mnóstwo rodzin z dziećmi (bo wakacje i sobota), całe jedno piętro zamieniono na olbrzymi plac naukowych zabaw – można wsadzić rękę w tworzące się tornado, poruszyć kamienną kulę, zostawić odcisk dłoni na termo czułym materiale – byłaby fajna zabawa gdyby nie ten otaczający mnie wrzask.
Tam, gdzie nie zachowały się oryginalne budynki, wstawiono nowe, niemal wszystkie wykonane głównie ze szkła, półprzezroczyste jak duchy. W większości są to duchy przyjazne, a przynajmniej neutralne, tylko hotel Hilton straszy ordynarną formą, wcinającą się w tkankę miasta jak wielki nóż w tort. Gdzieś między tym wszystkim zaplątana gotycka katedra i kilka domków z pruskiego muru. Przypomina mi się Lancaster, gdzie byłam jeszcze wczoraj. Nieduże miasteczko z kamienną starówką, zamkiem sławnym z procesu czarownic w XVII wieku, wielkim pomnikiem królowej Wiktorii i olbrzymim uniwersytetem, funkcjonującym praktycznie jako odrębna wioska o podwyższonym IQ (przydaje się, żeby się połapać w tym labiryncie). Przypomina mi się najlepsza konferencja, na jakiej byłam w życiu i dopiero co poznany profesor Hogle. Okazuje się, że wciąż jeszcze – mimo 6 miliardów ludzi na świecie – można spotkać w pociągu autora książki, którą uważa się za kamień milowy (z drugiej strony, przy odrobinie logiki to było do przewidzenia, że on przyjedzie na tę konferencję).
Wracam z gotyckiego Lancashire i wiktoriańskiego Cottonopolis cięższa o jakieś 10 kilo książek, kilka doniosłych przemyśleń naukowych, zmęczona jak koń po westernie, zadowolona, ale z nutką niedosytu i apetytem na jeszcze. Następny przystanek Samos.
Bo Manchester to wciąż posępne i odpychające wiktoriańskie Cottonopolis – jądro industrialnej ciemności, gdzie czteroletnie dzieci zatrudniano w fabrykach zanim i tak większość z nich zmarła na tyfus czy cholerę. Dzisiaj odczyszczone, zdezodoryzowane, pozbawione sadzy i wszechobecnego dymu z węglowych palenisk wciąż przytłacza. Prosto ze stacji kolejowej wychodzi się na przedziwne pałace z plebejskiej czerwonej cegły, olbrzymie i ostentacyjne, a obok nich brutalne w swej geometrycznej prostocie fabryki. Chociaż obecnie zamieniono je na eleganckie galerie handlowe i stylowe lofty, mimo wszystko zachowały pewien specyficzny, niepokojący aspekt – jakby pozostało w nich coś z dawnej mordęgi robotników i wilczej ambicji właścicieli zakładów. W ten posępny, ceglany krajobraz wrośnięte są klasycystyczne zabytki. W miejskiej galerii sztuki głównie Pre-Rafaelici: na wpół oszalała, rusałczana „Ofelia” dziewiętnastoletniego Arthura Hughesa, kusząco-drapieżna „Astarte” Rossettiego, melancholijne dziewczęta sprzątające jesienne liście Johna Millais. W sali obok klasycyzujący „Wiktorianie w togach”: zdesperowana „Safona” Charlesa Mengina , żałobna „Andromacha w niewoli” Lorda Leightona , leniwe damy karmiące rybki w sadzawce Alma-Tademy. Wszystko wygląda jak kwiatek rzucony w środek błotnistej kałuży, zwłaszcza, jeśli spróbować sobie wyobrazić czasy, gdy te obrazy powstały.
W Muzeum Nauki i Przemysłu rekonstrukcja wiktoriańskich kanałów. Czuję się jak u Victora Hugo. Są (wypchane) szczury, ceglane sklepienia, brakuje wilgoci i smrodu. W innej sali ekspozycja maszyn włókienniczych; „still in working order”, jak tłumaczy przewodniczka i puszcza krosna w ruch. Ma się wrażenie, że za moment pod sufit pofruną ścinki bawełny, a potem będą spadać powoli, jak płatki śniegu. Jesteśmy w Milton z powieści pani Gaskell „North and South” (kto nie widział adaptacji BBC niech żałuje, ale youtube służy pomocą). Muzeum mieści się w najstarszej na świecie zachowanej stacji kolejowej. Z typową dla Anglików pieczołowitością zbiera się tam, składuje i udostępnia przedmioty z nie tak dawnej przeszłości (można zobaczyć „komputer” z lat 1960tych, maszynę do pisania i co starsze modele telefonów komórkowych – przez chwilę czuję się stara, że je pamiętam. Wszędzie mnóstwo rodzin z dziećmi (bo wakacje i sobota), całe jedno piętro zamieniono na olbrzymi plac naukowych zabaw – można wsadzić rękę w tworzące się tornado, poruszyć kamienną kulę, zostawić odcisk dłoni na termo czułym materiale – byłaby fajna zabawa gdyby nie ten otaczający mnie wrzask.
Tam, gdzie nie zachowały się oryginalne budynki, wstawiono nowe, niemal wszystkie wykonane głównie ze szkła, półprzezroczyste jak duchy. W większości są to duchy przyjazne, a przynajmniej neutralne, tylko hotel Hilton straszy ordynarną formą, wcinającą się w tkankę miasta jak wielki nóż w tort. Gdzieś między tym wszystkim zaplątana gotycka katedra i kilka domków z pruskiego muru. Przypomina mi się Lancaster, gdzie byłam jeszcze wczoraj. Nieduże miasteczko z kamienną starówką, zamkiem sławnym z procesu czarownic w XVII wieku, wielkim pomnikiem królowej Wiktorii i olbrzymim uniwersytetem, funkcjonującym praktycznie jako odrębna wioska o podwyższonym IQ (przydaje się, żeby się połapać w tym labiryncie). Przypomina mi się najlepsza konferencja, na jakiej byłam w życiu i dopiero co poznany profesor Hogle. Okazuje się, że wciąż jeszcze – mimo 6 miliardów ludzi na świecie – można spotkać w pociągu autora książki, którą uważa się za kamień milowy (z drugiej strony, przy odrobinie logiki to było do przewidzenia, że on przyjedzie na tę konferencję).
Wracam z gotyckiego Lancashire i wiktoriańskiego Cottonopolis cięższa o jakieś 10 kilo książek, kilka doniosłych przemyśleń naukowych, zmęczona jak koń po westernie, zadowolona, ale z nutką niedosytu i apetytem na jeszcze. Następny przystanek Samos.
sobota, 6 czerwca 2009
Granice gotyku
Znalazłam ostatnio w starych szpargałach pewną książkę, która należała kiedyś do mojej matki, a którą ja sama przeczytałam jako dziecko. Witold Arciszewski, W pogoni za szmaragdową gwiazdą, rok wydania 1959. Rzecz dzieje się na początku 20go wieku w Indochinach, ale tak naprawdę całość siedzi głęboko w poetyce późno dziewiętnastowiecznej gotyckiej powieści kryminalnej. Po wielu latach z samej intrygi pamiętam tylko wyrwane fragmenty, a głównego bohatera – Polaka nazwiskiem Jerzy Wojnar – wykasowałam jako niegodnego pamięci.
Nigdy nie byłam małym chłopcem, więc typ Tomka Wilmowskiego wzbudzał we mnie co najwyżej ukłucie zazdrości z powodu egzotycznych podróży; tym bardziej egzotycznych, że czytanych w czasach głębokiej komuny. Tytułowa szmaragdowa gwiazda była klejnotem należącym do Amerykanki zwanej Daisy, która – jak nietrudno przewidzieć – wzbudza zainteresowanie przystojnego pana Jerzego. Zanim jednak owo zainteresowanie ma szansę przekształcić się w coś poważniejszego, Daisy zostaje w tajemniczych okolicznościach uprowadzona i rozpoczyna się pościg.
Małym chłopcem nigdy nie byłam, ale małą dziewczynką to i owszem. Czytałam więc sobie grubą powieść Arciszewskiego raczej ze względu na postać porwanej blondynki, niż opisy przyrody kambodżańskiej dżungli. I w pewnym momencie, gdzieś w połowie tomu, zdarza się coś, co zapamiętałam – niemalże słowo w słowo – do dziś. Daisy zostaje przyprowadzona do zagubionej w dżungli świątyni bogini Durgi, umieszczona w luksusowych warunkach pod opieką natywnych służących, którzy trzęsą się ze strachu na samo wspomnienie o swoim panu, którego nazywają Tuan Maczan, co podobno ma znaczyć Władca-Tygrys. Więc ta
Daisy – do tej pory nie wiedząc, kto ją właściwie porwał i w jakim calu – zaczyna kombinować, że znajduje się w niewoli u potężnego maharadży. Pewnego wieczoru słyszy – w indochińskiej dżungli! – jak ktoś w świątyni gra Beethovena na fortepianie... Z nabożnym lękiem służąca prowadzi ją do swego pana. Daisy jest zaintrygowana...
I wtedy następuje coś niesamowitego. Okazuje się, że ten Tygrys i tajemniczy maharadża to nie kto inny jak niejaki Mr Swanson, którego Daisy nazywa „kupczykiem" i o którym słyszała że „robi w kauczuku". Daisy nabiera przekonania, że całe to misternie zorganizowane porwanie ma na celu wymuszenie za nią okupu. To jest absolutnie nieprawda, ale blondynie nie daje się już tego wyperswadować. Biedny Mr Swanson może sobie teraz właściwie robić, co tylko chce. Może jej recytować Demona Michaiła Lermontowa – najczystszy duszeczypatielnyj romantyczny poemat gotycki o miłości niebiańsko-piekielnej, od którego ciarki chodzą po plecach. Może roztaczać przed nią perspektywy jednoznacznie mitologiczne; może stawiać ją na piedestał jako boginię, rzucać jej do stóp klejnoty, władzę. On jest w tym naprawdę niezły i z dużą wirtuozerią wchodzi w archetyp wywodzący się gdzieś chyba aż od Hadesa i Prozerpiny – to powinno być niezawodne. Wystarczy porwać tę Korę z miałkiej codzienności, zademonstrować jej całą swoją potęgę, żeby poczuła się małym kurczaczkiem - a następnie delikatnie wziąć ją na ręce, postawić na ołtarzu i paść u jej stóp.
Cytat: „Za niezmierzone bogactwa, za pełnię władzy nade mną, za dobro i zło, za wszystkie myśli, pragnienia i tęsknoty, które spoczną u twoich nóg, za pokorę, zachwyt i cześć ponad miarę ludzką, za miłość ogromną poza którą nie istnieje nic – kochaj." Klasyczne i krystalicznie precyzyjne mitologiczne uwiedzenie; rzec-by można, ćwiczenie praktyczne z multimitologii. To się nie mogło nie udać – ale nie udało się.
I tutaj docieramy do pytania o granice mitologii. Jestem dziwnie spokojna, że gdyby w świątyni pojawił się ociekający krwią satrapa z trzema obciętymi głowami wrogów w każdej ręce, byłaby wciąż spora szansa, że Daisy westchnąwszy „jesteś pan barbarzyńcą" zgrabnie osunie się w jego ramiona. To byłoby w sumie bardziej w konwencji, jakiś dziki egzotyczny władca. Ale biznesmen? – Daisy wymawia to słowo tak, jakby spluwała. Tu jest jej granica gotyku. Mając mało lat, pamiętam, że czytając to odczuwałam żądzę mordu: „Zabić kretynkę to mało!". Musiało upłynąć bardzo dużo wody, żebym zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi.
A chodzi właściwie o to, że każdy chce kochać, ale mało kto chce być kochany. Że oczywiście, jeśli ktoś ma w sobie jakieś komponenty Prozerpiny, to będzie wzdychać „proszę mnie porwać", ale dodatkowo natychmiast zacznie dokładnie precyzować kto ma porwać, dokąd i w jaki sposób. I jeśli ktoś wcześniej nieupoważniony ośmieli się porywać, to spotka się z frontalnym odporem. Z miliona powodów, z których każdy
następny jest bardziej durny od poprzedniego. Bo jest za stary, za młody, za gruby, za chudy, za wysoki, za niski, bo nie jest brunetem/blondynem, a my wolimy brunetów/blondynów, bo ma nie taki zarost, kolor oczu, bo nie umie grać na skrzypcach, bo ma nie takie wykształcenie, zawód, kształt rąk, zęby, bo ma trądzik albo nosi okulary, bo – do cholery jasnej! – jest biznesmenem a nie maharadżą i wygląda jak kupczyk. Bo coś jest inaczej, niż Ja Chcę. I właśnie dlatego tak niesamowicie łatwo popełnić identyczny błąd, co pusta lalka imieniem Daisy, choćby teoretycznie było się przecież całkowicie pewnym, że jest się ponad to.
Bycie mitologiczną bohaterką zawiera w sobie element przekraczania granic. Jeśli granice są znane – a tak teoretycznie jest, jeśli uda nam się rozszyfrować zawczasu archetyp, z którym mamy do czynienia - przekroczenie ich nie wymaga większego wysiłku, można się odpowiednio przygotować, umalować, ubrać w szpilki i przetrenować wdzięczne wachlowanie rzęsami. Przy ćwiczeniach praktycznych z mitologii granice są zazwyczaj nie tam, gdzie się nam wydaje, za to w miejscach całkiem niespodziewanych. Bo archetypy to nie gotowe, niezmienne scenariusze.
Mimo to, zawsze jest jeszcze nadzieja. W końcu w każdej mitologii chodzi o inicjację, o rozwój. Nikt nie ma obowiązku urodzić się mądrym od razu. Nie trzeba nawet koniecznie uczyć się wyłącznie na cudzych błędach. Ale jeśli ktoś dokonuje wyboru by nie uczyć się wcale – to są tego konsekwencje i to bardzo bolesne. Nie pamiętam, co w końcu stało się z powieściową Daisy. O ile się nie mylę, uciekła ze świątyni, a w końcu zapewne została bardzo konwencjonalną zdobyczą przystojnego i stereotypowego do bólu pana Jerzego. Nigdy nie została niczyją boginią, być może nawet nie dowiedziała się, co straciła. Utonęła w banale, w machinalnie wykonywanych codziennych czynnościach. Jeśli zachowała swoją powierzchowność i głupotę, może nawet była szczęśliwa – jako znudzona żona, kwocza matka, zaabsorbowana nieistotnymi sprawami gospodyni domowa, dekoracyjna lalka w towarzystwie. Ale jeśli, na własne nieszczęście, z czasem dorosła, to poczucie straty i obrzydzenia do siebie samej musiało być nieznośne.
Poradzenie sobie z inicjacją to jednak tylko połowa sukcesu. Mity mają często dość irytującą właściwość kończenia się wraz z rozwiązaniem początkowego konfliktu. A życie toczy się dalej i – jeśli się nie dotrzymuje mu kroku w rozwoju – można się własną mitologią udusić. Ilustruje to pewna bardzo smutna historia, którą miałam okazję obserwować na własne oczy.
On (nazwijmy go Adam) był wykładowcą na mojej uczelni w czasach, gdy dopiero co dostałam się na studia. Był dużej klasy mediewistą z tytułem doktorskim, prowadził też kilka obowiązkowych kursów lingwistycznych dla młodszych lat. Był to typ wykładowcy, przed którym studentki drżały ze strachu – cholernie inteligentny, diablo ironiczny, chociaż może nie porażająco przystojny, to o dosyć mrocznym typie urody. Dziewczyny nie wytrzymywały jego wymagań i kąśliwych komentarzy i masowo przepisywały się do grup innych prowadzących. Ja byłam chyba jedyną, która postąpiła odwrotnie, ale po pierwsze cenię złośliwą inteligencję, a po drugie po traumie liceum przysięgłam sobie, że nikomu nie dam się więcej zastraszyć.
Ona (nazwijmy ją Ewa) była ode mnie młodsza o mniej więcej dwa lata, cicha szczupła brunetka, ale z tych zdolniejszych. W pewnym momencie poszła plotka, że coś się między nimi dzieje. Pamiętam, że wszyscy patrzyli na nich z nieukrywanym podziwem, jak przemykali się po labiryncie korytarzy anglistyki. Zdawali się unosić nad ziemią jak jakieś mitologiczne bóstwa, biła od nich jakaś energia. To nawet nie była zazdrość o nią, czy o niego – tylko raczej taka dojmująca tęsknota jak w starej francuskiej piosence z refrenem „czy na mnie tak ktoś popatrzeć by mógł." Adam, nie tracąc nic ze swojej charyzmy, całował ziemię po której stąpała Ewa. A Ewa rozkwitając cała pełnią swojej urody i talentu wodziła za nim wzrokiem ociekającym uwielbieniem. To była akademicka mediewistyka połączona z wiktoriańskim mitycznym średniowieczem (ona zajęła się powieścią gotycką oczywiście). To były ruiny zamczyska, to była opera, to byli Abelard i Heloiza na naszej uczelni.
Bardzo szybko się pobrali, potem urodziło się dziecko, ona poszła na studia doktoranckie (ja już też wtedy byłam doktorantką). Miałam okazję poznać Adama trochę bliżej będąc wspólnie z kilkorgiem jeszcze kolegów na stypendium w Glasgow. Nawet w oddaleniu od siebie przez parę miesięcy oni byli do siebie przyrośnięci. Każdy temat kończył się Ewą, telefonem do Ewy, telefonem od Ewy. Potem Ewa przyjechała do Glasgow. Całkowicie zapatrzona w tego, który był jej mistrzem i ukochanym – konsultowała z nim każde słowo swojego doktoratu. Jednak, po powrocie do Polski, pojawiły się na wydziale plotki, że coś jest u nich nie tak. Stali się milczący, drażliwi. Nie byłam z nimi w stosunkach na tyle bliskich, by mi się zwierzali, ale z fragmentów wypowiedzi można było wiele zrozumieć.
Ewa się dusiła. Nie wytrzymywała po kilku latach roli uczennicy, Heloizy, Persefony. Być może nauczyła się już wszystkiego, co Adam mógł jej zaoferować. Być może własna praca nad doktoratem rozbudziła w niej pragnienie zmiany. Potrzebę przekształcenia ich związku w coś innego niż archetyp mistrz i uczennica. Jestem przekonana, że oboje bardzo się kochali. Ewa jednak potrzebowała swobody, wolności, partnerstwa. A Adam nie potrafił jej tego dać. Musiałby, mimo całego swojego uwielbienia do niej, usunąć się odrobinę z tym swoim mistrzowskim autorytetem, uznać ją za równą sobie – nie boginię, nie kurczaczka, którym można się opiekować – za partnerkę. Męczyli się w ten sposób przez jeszcze parę lat, do końca jej doktoratu. W atmosferze coraz większych wzajemnych pretensji, szarpania się o dziecko, awantur i kąśliwej ironii. W końcu wzięli rozwód. Adam przeniósł się z anglistyki – jak sądzę, żeby zrobić tam miejsce Ewie – ale ona po obronie nie została na uczelni. Straciłam z nimi kontakt i nie wiem, jak potoczyły się ich dalsze losy. Jednak ich historia tkwi w mojej pamięci jako przestroga przed potęgą mitologii. I przypomnienie, że nic – nawet wieczne archetypy – nie jest dane raz na zawsze.
Dorota Babilas
Nigdy nie byłam małym chłopcem, więc typ Tomka Wilmowskiego wzbudzał we mnie co najwyżej ukłucie zazdrości z powodu egzotycznych podróży; tym bardziej egzotycznych, że czytanych w czasach głębokiej komuny. Tytułowa szmaragdowa gwiazda była klejnotem należącym do Amerykanki zwanej Daisy, która – jak nietrudno przewidzieć – wzbudza zainteresowanie przystojnego pana Jerzego. Zanim jednak owo zainteresowanie ma szansę przekształcić się w coś poważniejszego, Daisy zostaje w tajemniczych okolicznościach uprowadzona i rozpoczyna się pościg.
Małym chłopcem nigdy nie byłam, ale małą dziewczynką to i owszem. Czytałam więc sobie grubą powieść Arciszewskiego raczej ze względu na postać porwanej blondynki, niż opisy przyrody kambodżańskiej dżungli. I w pewnym momencie, gdzieś w połowie tomu, zdarza się coś, co zapamiętałam – niemalże słowo w słowo – do dziś. Daisy zostaje przyprowadzona do zagubionej w dżungli świątyni bogini Durgi, umieszczona w luksusowych warunkach pod opieką natywnych służących, którzy trzęsą się ze strachu na samo wspomnienie o swoim panu, którego nazywają Tuan Maczan, co podobno ma znaczyć Władca-Tygrys. Więc ta
Daisy – do tej pory nie wiedząc, kto ją właściwie porwał i w jakim calu – zaczyna kombinować, że znajduje się w niewoli u potężnego maharadży. Pewnego wieczoru słyszy – w indochińskiej dżungli! – jak ktoś w świątyni gra Beethovena na fortepianie... Z nabożnym lękiem służąca prowadzi ją do swego pana. Daisy jest zaintrygowana...
I wtedy następuje coś niesamowitego. Okazuje się, że ten Tygrys i tajemniczy maharadża to nie kto inny jak niejaki Mr Swanson, którego Daisy nazywa „kupczykiem" i o którym słyszała że „robi w kauczuku". Daisy nabiera przekonania, że całe to misternie zorganizowane porwanie ma na celu wymuszenie za nią okupu. To jest absolutnie nieprawda, ale blondynie nie daje się już tego wyperswadować. Biedny Mr Swanson może sobie teraz właściwie robić, co tylko chce. Może jej recytować Demona Michaiła Lermontowa – najczystszy duszeczypatielnyj romantyczny poemat gotycki o miłości niebiańsko-piekielnej, od którego ciarki chodzą po plecach. Może roztaczać przed nią perspektywy jednoznacznie mitologiczne; może stawiać ją na piedestał jako boginię, rzucać jej do stóp klejnoty, władzę. On jest w tym naprawdę niezły i z dużą wirtuozerią wchodzi w archetyp wywodzący się gdzieś chyba aż od Hadesa i Prozerpiny – to powinno być niezawodne. Wystarczy porwać tę Korę z miałkiej codzienności, zademonstrować jej całą swoją potęgę, żeby poczuła się małym kurczaczkiem - a następnie delikatnie wziąć ją na ręce, postawić na ołtarzu i paść u jej stóp.
Cytat: „Za niezmierzone bogactwa, za pełnię władzy nade mną, za dobro i zło, za wszystkie myśli, pragnienia i tęsknoty, które spoczną u twoich nóg, za pokorę, zachwyt i cześć ponad miarę ludzką, za miłość ogromną poza którą nie istnieje nic – kochaj." Klasyczne i krystalicznie precyzyjne mitologiczne uwiedzenie; rzec-by można, ćwiczenie praktyczne z multimitologii. To się nie mogło nie udać – ale nie udało się.
I tutaj docieramy do pytania o granice mitologii. Jestem dziwnie spokojna, że gdyby w świątyni pojawił się ociekający krwią satrapa z trzema obciętymi głowami wrogów w każdej ręce, byłaby wciąż spora szansa, że Daisy westchnąwszy „jesteś pan barbarzyńcą" zgrabnie osunie się w jego ramiona. To byłoby w sumie bardziej w konwencji, jakiś dziki egzotyczny władca. Ale biznesmen? – Daisy wymawia to słowo tak, jakby spluwała. Tu jest jej granica gotyku. Mając mało lat, pamiętam, że czytając to odczuwałam żądzę mordu: „Zabić kretynkę to mało!". Musiało upłynąć bardzo dużo wody, żebym zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi.
A chodzi właściwie o to, że każdy chce kochać, ale mało kto chce być kochany. Że oczywiście, jeśli ktoś ma w sobie jakieś komponenty Prozerpiny, to będzie wzdychać „proszę mnie porwać", ale dodatkowo natychmiast zacznie dokładnie precyzować kto ma porwać, dokąd i w jaki sposób. I jeśli ktoś wcześniej nieupoważniony ośmieli się porywać, to spotka się z frontalnym odporem. Z miliona powodów, z których każdy
następny jest bardziej durny od poprzedniego. Bo jest za stary, za młody, za gruby, za chudy, za wysoki, za niski, bo nie jest brunetem/blondynem, a my wolimy brunetów/blondynów, bo ma nie taki zarost, kolor oczu, bo nie umie grać na skrzypcach, bo ma nie takie wykształcenie, zawód, kształt rąk, zęby, bo ma trądzik albo nosi okulary, bo – do cholery jasnej! – jest biznesmenem a nie maharadżą i wygląda jak kupczyk. Bo coś jest inaczej, niż Ja Chcę. I właśnie dlatego tak niesamowicie łatwo popełnić identyczny błąd, co pusta lalka imieniem Daisy, choćby teoretycznie było się przecież całkowicie pewnym, że jest się ponad to.
Bycie mitologiczną bohaterką zawiera w sobie element przekraczania granic. Jeśli granice są znane – a tak teoretycznie jest, jeśli uda nam się rozszyfrować zawczasu archetyp, z którym mamy do czynienia - przekroczenie ich nie wymaga większego wysiłku, można się odpowiednio przygotować, umalować, ubrać w szpilki i przetrenować wdzięczne wachlowanie rzęsami. Przy ćwiczeniach praktycznych z mitologii granice są zazwyczaj nie tam, gdzie się nam wydaje, za to w miejscach całkiem niespodziewanych. Bo archetypy to nie gotowe, niezmienne scenariusze.
Mimo to, zawsze jest jeszcze nadzieja. W końcu w każdej mitologii chodzi o inicjację, o rozwój. Nikt nie ma obowiązku urodzić się mądrym od razu. Nie trzeba nawet koniecznie uczyć się wyłącznie na cudzych błędach. Ale jeśli ktoś dokonuje wyboru by nie uczyć się wcale – to są tego konsekwencje i to bardzo bolesne. Nie pamiętam, co w końcu stało się z powieściową Daisy. O ile się nie mylę, uciekła ze świątyni, a w końcu zapewne została bardzo konwencjonalną zdobyczą przystojnego i stereotypowego do bólu pana Jerzego. Nigdy nie została niczyją boginią, być może nawet nie dowiedziała się, co straciła. Utonęła w banale, w machinalnie wykonywanych codziennych czynnościach. Jeśli zachowała swoją powierzchowność i głupotę, może nawet była szczęśliwa – jako znudzona żona, kwocza matka, zaabsorbowana nieistotnymi sprawami gospodyni domowa, dekoracyjna lalka w towarzystwie. Ale jeśli, na własne nieszczęście, z czasem dorosła, to poczucie straty i obrzydzenia do siebie samej musiało być nieznośne.
Poradzenie sobie z inicjacją to jednak tylko połowa sukcesu. Mity mają często dość irytującą właściwość kończenia się wraz z rozwiązaniem początkowego konfliktu. A życie toczy się dalej i – jeśli się nie dotrzymuje mu kroku w rozwoju – można się własną mitologią udusić. Ilustruje to pewna bardzo smutna historia, którą miałam okazję obserwować na własne oczy.
On (nazwijmy go Adam) był wykładowcą na mojej uczelni w czasach, gdy dopiero co dostałam się na studia. Był dużej klasy mediewistą z tytułem doktorskim, prowadził też kilka obowiązkowych kursów lingwistycznych dla młodszych lat. Był to typ wykładowcy, przed którym studentki drżały ze strachu – cholernie inteligentny, diablo ironiczny, chociaż może nie porażająco przystojny, to o dosyć mrocznym typie urody. Dziewczyny nie wytrzymywały jego wymagań i kąśliwych komentarzy i masowo przepisywały się do grup innych prowadzących. Ja byłam chyba jedyną, która postąpiła odwrotnie, ale po pierwsze cenię złośliwą inteligencję, a po drugie po traumie liceum przysięgłam sobie, że nikomu nie dam się więcej zastraszyć.
Ona (nazwijmy ją Ewa) była ode mnie młodsza o mniej więcej dwa lata, cicha szczupła brunetka, ale z tych zdolniejszych. W pewnym momencie poszła plotka, że coś się między nimi dzieje. Pamiętam, że wszyscy patrzyli na nich z nieukrywanym podziwem, jak przemykali się po labiryncie korytarzy anglistyki. Zdawali się unosić nad ziemią jak jakieś mitologiczne bóstwa, biła od nich jakaś energia. To nawet nie była zazdrość o nią, czy o niego – tylko raczej taka dojmująca tęsknota jak w starej francuskiej piosence z refrenem „czy na mnie tak ktoś popatrzeć by mógł." Adam, nie tracąc nic ze swojej charyzmy, całował ziemię po której stąpała Ewa. A Ewa rozkwitając cała pełnią swojej urody i talentu wodziła za nim wzrokiem ociekającym uwielbieniem. To była akademicka mediewistyka połączona z wiktoriańskim mitycznym średniowieczem (ona zajęła się powieścią gotycką oczywiście). To były ruiny zamczyska, to była opera, to byli Abelard i Heloiza na naszej uczelni.
Bardzo szybko się pobrali, potem urodziło się dziecko, ona poszła na studia doktoranckie (ja już też wtedy byłam doktorantką). Miałam okazję poznać Adama trochę bliżej będąc wspólnie z kilkorgiem jeszcze kolegów na stypendium w Glasgow. Nawet w oddaleniu od siebie przez parę miesięcy oni byli do siebie przyrośnięci. Każdy temat kończył się Ewą, telefonem do Ewy, telefonem od Ewy. Potem Ewa przyjechała do Glasgow. Całkowicie zapatrzona w tego, który był jej mistrzem i ukochanym – konsultowała z nim każde słowo swojego doktoratu. Jednak, po powrocie do Polski, pojawiły się na wydziale plotki, że coś jest u nich nie tak. Stali się milczący, drażliwi. Nie byłam z nimi w stosunkach na tyle bliskich, by mi się zwierzali, ale z fragmentów wypowiedzi można było wiele zrozumieć.
Ewa się dusiła. Nie wytrzymywała po kilku latach roli uczennicy, Heloizy, Persefony. Być może nauczyła się już wszystkiego, co Adam mógł jej zaoferować. Być może własna praca nad doktoratem rozbudziła w niej pragnienie zmiany. Potrzebę przekształcenia ich związku w coś innego niż archetyp mistrz i uczennica. Jestem przekonana, że oboje bardzo się kochali. Ewa jednak potrzebowała swobody, wolności, partnerstwa. A Adam nie potrafił jej tego dać. Musiałby, mimo całego swojego uwielbienia do niej, usunąć się odrobinę z tym swoim mistrzowskim autorytetem, uznać ją za równą sobie – nie boginię, nie kurczaczka, którym można się opiekować – za partnerkę. Męczyli się w ten sposób przez jeszcze parę lat, do końca jej doktoratu. W atmosferze coraz większych wzajemnych pretensji, szarpania się o dziecko, awantur i kąśliwej ironii. W końcu wzięli rozwód. Adam przeniósł się z anglistyki – jak sądzę, żeby zrobić tam miejsce Ewie – ale ona po obronie nie została na uczelni. Straciłam z nimi kontakt i nie wiem, jak potoczyły się ich dalsze losy. Jednak ich historia tkwi w mojej pamięci jako przestroga przed potęgą mitologii. I przypomnienie, że nic – nawet wieczne archetypy – nie jest dane raz na zawsze.
Dorota Babilas
czwartek, 14 maja 2009
sobota, 9 maja 2009
Dzienniki sofijskie (2)
Do monastyru Rilskiego jedzie się z Sofii przez miejscowość Dupnica, która to nazwa – jak rzadko – oddaje charakter miasteczka. Upadły przemysł, który sobie leży od kiedy upadł, opuszczone bloki, zrujnowane ulice i chodniki. (Angielska wikipedia zapewnia cynicznie, że the town is wonderful vacation city). Dalej, gdy już się skręci w kierunku na monastyr, Bułgaria zaczyna ożywać. Handluje się miodem, syropem z szyszek, ceramiką, bawolim jogurtem i łukanką (miejscową odmianą kiełbasy), łowi się i serwuje turystom pstrągi.
Sam klasztor cieszy się patronatem UNESCO, choć jest znacznie młodszy niż się wydawać może. Iwan Rilski żył w wieku X i już za życia cieszył się opinią świętego. Pierwsze zabudowania, zniszczone wkrótce przez lawinę i odbudowywane przez kolejne stulecia, wznieśli najpewniej jego uczniowie. Sułtan Murat II (skądinąd znany jako ojciec zdobywcy Konstantynopola) początkowo nakazał zniszczenie monastyru, ale po fakcie poszedł do rozum do głowy i zarządził odbudowę. Rosyjska cerkiew prawosławna dostarczyła szaty i textbooki liturgiczne, a także zainaugurowała wielowiekową tradycję przysyłania rosyjskich (cywilnych rzecz jasna) doradców. W rewanżu Bułgarzy wysłali w tournee po Rosji szczątki świętego Iwana z Riły. Z całego świętego wróciła tylko lewa ręka, co w żaden sposób nie jest aluzją do pracowitości i energiczności Bułgarów ani do lepkich rąk Rosjan. W każdym bądź razie ręka jest przechowywana w stosownym relikwiarzu ale rzadko eksponowana, bo jej uzdrawiająca moc jest potężna i musi być pod kontrolą. Klasztor spalił się do cna w 1833 i w obecnym kształcie jest XIX wieczną repliką. Z tymi ginącymi częściami ciała, to doświadczony srogo jest również Borys III, ostatni car (ten, co się w parowozach lubował), pochowany w monastyrze w 1943. W 1944 nowy, komunizujący rząd Bułgarii przeniósł trumnę do parku pod Sofią. Gdy w 1993 nowy, niekomunizujący rząd zabrał się za wykopki to odnalazł tylko serce monarchy. Cisną się na usta dwa pytania – po co komunistom było ciało pozbawione serca (może jesteśmy na tropie jakichś mało znanych obrzędów stalinistycznych) oraz po czym poznano serce po latach pięćdziesięciu w ziemi.
Po Sofii jeździ się tanio taksówkami. Tak tanio, że aż nie opłaca się chodzić. Po bulwarze Witosza jeżdżą z bardzo dostojną prędkością, w akompaniamencie infernalnych zgrzytów i jęków, tramwaje. Oprócz taksówek, tramwajów, trolejbusów i autobusów jeżdżą po Sofii marszrutki (czyli busiki na quorum) za jedyne półtora lewa.
Po wizycie w Bojanskiej Cerkwi (peryferia Sofii, również UNESCO site) wstąpiła w nas energia i siły żywotne i zadysponowaliśmy spacer do ogrodu botanicznego Bułgarskiej Akademii Nauk, który wygląda jak zaniedbany park miejski. W oranżerii siedzi (i gra w tetrisa) znudzony cieć, który udzielił był nam informacji o dniach i godzinach otwarcia szklarni (generalnie to otwarte już było, teraz będzie zamknięte). Drugi ogród botaniczny, uniwersytecki, w centrum miasta – maleńki, ale również zamknięty na głucho. Za to poza miastem, przy drogach, obłęd kwitnących zdziczałych tamaryszków, judaszowców i złotokapu. W masywie Riły kwitną lilie martagon, za to w wyższych partiach Witoszy krokusy (a jeszcze wyżej to już kopny śnieg tylko).
Bułgarski brzmi jak czeski zapisywany cyrylicą. Problemów językowych nie doznaje się - Tietradka za pochwały i opłakiwania ot klienty na mechana.
Sam klasztor cieszy się patronatem UNESCO, choć jest znacznie młodszy niż się wydawać może. Iwan Rilski żył w wieku X i już za życia cieszył się opinią świętego. Pierwsze zabudowania, zniszczone wkrótce przez lawinę i odbudowywane przez kolejne stulecia, wznieśli najpewniej jego uczniowie. Sułtan Murat II (skądinąd znany jako ojciec zdobywcy Konstantynopola) początkowo nakazał zniszczenie monastyru, ale po fakcie poszedł do rozum do głowy i zarządził odbudowę. Rosyjska cerkiew prawosławna dostarczyła szaty i textbooki liturgiczne, a także zainaugurowała wielowiekową tradycję przysyłania rosyjskich (cywilnych rzecz jasna) doradców. W rewanżu Bułgarzy wysłali w tournee po Rosji szczątki świętego Iwana z Riły. Z całego świętego wróciła tylko lewa ręka, co w żaden sposób nie jest aluzją do pracowitości i energiczności Bułgarów ani do lepkich rąk Rosjan. W każdym bądź razie ręka jest przechowywana w stosownym relikwiarzu ale rzadko eksponowana, bo jej uzdrawiająca moc jest potężna i musi być pod kontrolą. Klasztor spalił się do cna w 1833 i w obecnym kształcie jest XIX wieczną repliką. Z tymi ginącymi częściami ciała, to doświadczony srogo jest również Borys III, ostatni car (ten, co się w parowozach lubował), pochowany w monastyrze w 1943. W 1944 nowy, komunizujący rząd Bułgarii przeniósł trumnę do parku pod Sofią. Gdy w 1993 nowy, niekomunizujący rząd zabrał się za wykopki to odnalazł tylko serce monarchy. Cisną się na usta dwa pytania – po co komunistom było ciało pozbawione serca (może jesteśmy na tropie jakichś mało znanych obrzędów stalinistycznych) oraz po czym poznano serce po latach pięćdziesięciu w ziemi.
Po Sofii jeździ się tanio taksówkami. Tak tanio, że aż nie opłaca się chodzić. Po bulwarze Witosza jeżdżą z bardzo dostojną prędkością, w akompaniamencie infernalnych zgrzytów i jęków, tramwaje. Oprócz taksówek, tramwajów, trolejbusów i autobusów jeżdżą po Sofii marszrutki (czyli busiki na quorum) za jedyne półtora lewa.
Po wizycie w Bojanskiej Cerkwi (peryferia Sofii, również UNESCO site) wstąpiła w nas energia i siły żywotne i zadysponowaliśmy spacer do ogrodu botanicznego Bułgarskiej Akademii Nauk, który wygląda jak zaniedbany park miejski. W oranżerii siedzi (i gra w tetrisa) znudzony cieć, który udzielił był nam informacji o dniach i godzinach otwarcia szklarni (generalnie to otwarte już było, teraz będzie zamknięte). Drugi ogród botaniczny, uniwersytecki, w centrum miasta – maleńki, ale również zamknięty na głucho. Za to poza miastem, przy drogach, obłęd kwitnących zdziczałych tamaryszków, judaszowców i złotokapu. W masywie Riły kwitną lilie martagon, za to w wyższych partiach Witoszy krokusy (a jeszcze wyżej to już kopny śnieg tylko).
Bułgarski brzmi jak czeski zapisywany cyrylicą. Problemów językowych nie doznaje się - Tietradka za pochwały i opłakiwania ot klienty na mechana.
poniedziałek, 4 maja 2009
Dzienniki sofijskie (1)
Pierwsze wrażenie po przylocie do Sofii to plątanina kabli (prąd, telefon, internet) wisząca na budynkach. Pamiętam z Anglii hydraulikę wyprowadzoną na zewnątrz budynków (bo nie zamarza), ale czegoś takiego w Europie nie. Podobno gdy się coś zepsuje, to nikt nie zadaje sobie trudu lokalizowania usterki, tylko ciągnie się nowy kabel. I tak wiszą te kablowe grupy Laokoona na ścianach, czasami jakoś upięte i udrapowane, ale przeważnie nie. Drugie wrażenie to zabudowywane balkony bloków, każdy inaczej, każdy na swój sposób. Na owych balkonach Bułgarzy urządzają najczęściej kuchnie, przekształcając kuchnie właściwe w jadalnie. Praktyczne dość, bo łatwo wietrzyć grillowanie czy smażenie. Trzecim wrażeniem są nierówne, wyrupotane chodniki, składające się z odstających, poluzowanych płytek. Zresztą drogi też nienajlepsze, w sam raz do leczenia polskich kompleksów. Tak na marginesie, dziura w drodze to po bułgarsku dupka. Na drzewach dogorywają biało–czerwone martenice, czyli tradycyjne ozdoby, którymi wszyscy obdarowują się wzajemnie pierwszego marca. Po kilku dniach noszenia przy sobie, gdy zrobiona z wełnianych niteczek plecionka lub laleczka nasiąknie troskami właściciela, wiesza się ją na drzewie albo chowa pod kamieniem. Jakoś nikt nie kwapi się ich wykradać.
Ogólne wrażenie podróży w czasie – w telewizji BigBrother i coś na kształt polsatowskiego Disco Polo Relax. I całkiem odrębny kanał na folklor. Z drugiej strony, na każdym kroku widać świadectwa burzliwej historii Bułgarii, która pod pewnymi względami zahartowała ją znacznie bardziej niż Polskę na tolerancję dla wszelkiej różnorodności. Przy jednym placu stoją prawosławna cerkiew, katolicki kościół, synagoga ustępująca wielkością jedynie budapeszteńskiej oraz najstarszy w Europie meczet. W lokalnej muzyce pop prym wodzi artysta zwany Azis – w zależności od potrzeb teledysku przybierający pozy umakijażowanego macho tańczącego ogniste tango z wypchaną silikonem pięknością, to znów odgrywający diwę-drag queen w fantastycznej sukni, wielkich kolczykach i … z podfarbowaną na blond bródką. Podobno piosenkarz od kilkunastu lat otwarcie mówi o swojej odmiennej orientacji seksualnej, wziął ze swoim partnerem medialny „ślub” (chociaż oficjalnie takie śluby są zabronione) oraz wychowują wspólnie dziecko. Inny - nie tak widoczny, ale równie szokujący – przejaw tolerancji to tanie i kupowane bez recepty pastylki antykoncepcyjne, dostępne nawet wobec faktu, że w Rodopach stoją całkowicie wyludnione wioski.
Kuchnia bułgarska zdradza różnorakie wpływy. Niektóre potrawy niby są znane, ale smakują inaczej. Chociażby popularna sałatka „sneżanka”, będąca wersją greckiego tzatziki. Kombinacja gęstego jogurtu, ogórka, czosnku i koperku stanowi też podstawę chłodnika znanego jako „tarator”. Na przystawkę jada się tu pasty z bakłażanów (kiopłe), podobne, a jednak trochę inne jak w Grecji, Turcji czy Jordanii; faszerowane ryżem i ziołami liście winogron (tutaj jest to typowa potrawa wigilijna), no i rewelacyjną „lutenicę”, czyli słodko-pikantną pastę z pieczonej papryki i pomidorów, w innych miejscach Bałkanów nieco zmodyfikowana (i na nasz smak nie tak doskonała) wersja znana jest pod nazwą „ajwar”. Bułgarzy opracowali nawet własną wersję znanej nam z Grecji taramosalaty. Jak całe Śródziemnomorze oraz Bliski Wschód, Bułgarzy lubują się w mięsach z grilla, często (co jest lokalną specyfiką) podawanych z akompaniamentem frytek posypanych tartym serem. Tutejsze desery niczym nie ustępują greckim i arabskim – orzechowe baklawy i pławiące się w syropie „tułumbiczki” oferują natychmiastowy zastrzyk glukozy.
Pije się. I to niekiedy ostro, ale w trochę inny sposób niż w Polsce. Powiedzmy, że tutaj raczej maratończycy niż sprinterzy są w poszanowaniu. Zaczyna się od rakiji do sałatek i starterów, gdy na stół wchodzą mięsiwa przychodzi czas na wina. Wina jeśli mają być przyzwoite, to nie mogą być tanie – to dla kontrastu ze znanym w kraju paździerzem kodowanym pod nazwą Sofia – od mniej więcej 15 lewów zaczyna się to, co można określić terminem „wino zacne”. Kończy się najczęściej mastiką – lokalną anyżówką – która musi być tak mocno schłodzona, że aż wytrącają się na biało parafiny z olejku anyżkowego. Często też miksuje się likier miętowy z lodem i mastiką – rzecz nazywa się obołok (chmurka) i powinna być pita w bezpośredniej bliskości (czasowej a i topograficznej nie zaszkodzi) własnego łóżka.
Rano, jeśli chcemy imitować obyczaje tubylcze, udajemy się do baniczarni, gdzie kupujemy świeżą banicę, którą popijamy buzą. Buza jest rzeczą straszliwą, która bardzo łatwo odróżnia Bułgara (wypije i będzie wołał jeszcze) od nie – Bułgara (zatnie się na pierwszym łyku, a czasem jeszcze przed). Buza to napój ze sfermentowanej pszenicy. Ma około procenta alkoholu. I to chyba tyle dobrego, co można o niej powiedzieć. (Buza, jeśli już o tym mowa, znana była efemerycznie w Polsce. I to, żeby było śmieszniej, w Białymstoku.) Ludzie mięksi popijają więc najczęściej banicę ajranem, który zupełnie niedaleko (i nomenklaturowo i smakowo) swojego tureckiego odpowiednika. Banica natomiast – zwłaszcza gdy świeżo z pieca – rozpływa się w ustach, choć oczywiście stanowi morderczą kombinację tłuszczu i węglowodanów z niewielkim dodatkiem białka (ser) dla niepoznaki.
Ogólne wrażenie podróży w czasie – w telewizji BigBrother i coś na kształt polsatowskiego Disco Polo Relax. I całkiem odrębny kanał na folklor. Z drugiej strony, na każdym kroku widać świadectwa burzliwej historii Bułgarii, która pod pewnymi względami zahartowała ją znacznie bardziej niż Polskę na tolerancję dla wszelkiej różnorodności. Przy jednym placu stoją prawosławna cerkiew, katolicki kościół, synagoga ustępująca wielkością jedynie budapeszteńskiej oraz najstarszy w Europie meczet. W lokalnej muzyce pop prym wodzi artysta zwany Azis – w zależności od potrzeb teledysku przybierający pozy umakijażowanego macho tańczącego ogniste tango z wypchaną silikonem pięknością, to znów odgrywający diwę-drag queen w fantastycznej sukni, wielkich kolczykach i … z podfarbowaną na blond bródką. Podobno piosenkarz od kilkunastu lat otwarcie mówi o swojej odmiennej orientacji seksualnej, wziął ze swoim partnerem medialny „ślub” (chociaż oficjalnie takie śluby są zabronione) oraz wychowują wspólnie dziecko. Inny - nie tak widoczny, ale równie szokujący – przejaw tolerancji to tanie i kupowane bez recepty pastylki antykoncepcyjne, dostępne nawet wobec faktu, że w Rodopach stoją całkowicie wyludnione wioski.
Kuchnia bułgarska zdradza różnorakie wpływy. Niektóre potrawy niby są znane, ale smakują inaczej. Chociażby popularna sałatka „sneżanka”, będąca wersją greckiego tzatziki. Kombinacja gęstego jogurtu, ogórka, czosnku i koperku stanowi też podstawę chłodnika znanego jako „tarator”. Na przystawkę jada się tu pasty z bakłażanów (kiopłe), podobne, a jednak trochę inne jak w Grecji, Turcji czy Jordanii; faszerowane ryżem i ziołami liście winogron (tutaj jest to typowa potrawa wigilijna), no i rewelacyjną „lutenicę”, czyli słodko-pikantną pastę z pieczonej papryki i pomidorów, w innych miejscach Bałkanów nieco zmodyfikowana (i na nasz smak nie tak doskonała) wersja znana jest pod nazwą „ajwar”. Bułgarzy opracowali nawet własną wersję znanej nam z Grecji taramosalaty. Jak całe Śródziemnomorze oraz Bliski Wschód, Bułgarzy lubują się w mięsach z grilla, często (co jest lokalną specyfiką) podawanych z akompaniamentem frytek posypanych tartym serem. Tutejsze desery niczym nie ustępują greckim i arabskim – orzechowe baklawy i pławiące się w syropie „tułumbiczki” oferują natychmiastowy zastrzyk glukozy.
Pije się. I to niekiedy ostro, ale w trochę inny sposób niż w Polsce. Powiedzmy, że tutaj raczej maratończycy niż sprinterzy są w poszanowaniu. Zaczyna się od rakiji do sałatek i starterów, gdy na stół wchodzą mięsiwa przychodzi czas na wina. Wina jeśli mają być przyzwoite, to nie mogą być tanie – to dla kontrastu ze znanym w kraju paździerzem kodowanym pod nazwą Sofia – od mniej więcej 15 lewów zaczyna się to, co można określić terminem „wino zacne”. Kończy się najczęściej mastiką – lokalną anyżówką – która musi być tak mocno schłodzona, że aż wytrącają się na biało parafiny z olejku anyżkowego. Często też miksuje się likier miętowy z lodem i mastiką – rzecz nazywa się obołok (chmurka) i powinna być pita w bezpośredniej bliskości (czasowej a i topograficznej nie zaszkodzi) własnego łóżka.
Rano, jeśli chcemy imitować obyczaje tubylcze, udajemy się do baniczarni, gdzie kupujemy świeżą banicę, którą popijamy buzą. Buza jest rzeczą straszliwą, która bardzo łatwo odróżnia Bułgara (wypije i będzie wołał jeszcze) od nie – Bułgara (zatnie się na pierwszym łyku, a czasem jeszcze przed). Buza to napój ze sfermentowanej pszenicy. Ma około procenta alkoholu. I to chyba tyle dobrego, co można o niej powiedzieć. (Buza, jeśli już o tym mowa, znana była efemerycznie w Polsce. I to, żeby było śmieszniej, w Białymstoku.) Ludzie mięksi popijają więc najczęściej banicę ajranem, który zupełnie niedaleko (i nomenklaturowo i smakowo) swojego tureckiego odpowiednika. Banica natomiast – zwłaszcza gdy świeżo z pieca – rozpływa się w ustach, choć oczywiście stanowi morderczą kombinację tłuszczu i węglowodanów z niewielkim dodatkiem białka (ser) dla niepoznaki.
piątek, 1 maja 2009
sobota, 25 kwietnia 2009
Nasze ulice, kamienice zresztą też
U AndSola przeczytałem o najnowszych osiągnięciach IPNu w zakresie zwalczania zarazy komunistycznej, której hydra co i raz podnosi swą koleją głowę. Swoją drogą, gdzieś czytałem, że zecer pewnej ulotki z 1905 roku, jakkolwiek był o wiele mniej oczytany niż jej autor, ale ewidentnej - w jego rozumieniu - literówki nie puścił. I tak zrewoltowany lud wraz z agentami Ochrany zachodził w głowę dlaczego akurat carskiej wydrze należy łeb urwać. I kogo tak naprawdę autor miał na myśli.
Powracając do naszych mutonów, pozwoliłem sobie z biodra skomentować u AndSola, zwłaszcza, że identyczny dyskurs równolegle u Orlińskiego, więc miałem gotowce. Potem zebrało mi się na komentarz dłuższy, który niczym wąż boa cętkowany gięty urósł do rozmiarów, które blox uznaje za nieprzyzwoite dla komentarzy. Stąd musiałem się ewakuować spod kreski u AndSola do siebie, a to wszystko przyczynkarsko i dygresyjnie w temacie nazw ulic.
Otóż gdy w Poznaniu zmieniano nazwę ulicy Dąbrowskiego, z Jarosława na Jana Henryka, to myślałem, że zapamiętanie rajców miejskich jest tak wielkie, że nawet paryskiej komunie nie przepuszczą. Potem, gdy z Krasickiego Janka zrobiono Krasickiego Ignacego wiedziałem już że opatrznościowa mądrość przez radnych miejskich przemawia. Dlatego bardzo mnie zdziwiła zmiana ulicy Bema w Łęgi Dębińskie (Dafnis w drzewo bobkowe przemieniła się). Okazało się jednak, że ten Bem to nie ten co ze Starym Subiektem (Pamiętasz, Katz?) na Węgry chodził, ale Bem inny, komuch straszliwy, Alfred, który jaczejki bolszewickie zakładał w Poznaniu, gdyby którego - słowami Kaczmarskiego - nie zamordowano by to sam by mordował. Z pomysłu na ubemienie Bema skorzystała jednak całkiem ostatnio rada miejska Gniezna.
Swego czasu bodaj Artur Andrus postulował używanie prostego klucza przy zmianach nazw ulic. Oto na przykład ulica Armii Czerwonej. Pstryk i jest Ofiar Armii Czerwonej. Działa w większości przypadków - na Świerczewskiego na przykład. Ale jednak Ofiar Bohaterów Stalingradu już nie bardzo brzmi. Wzmiankowany Andrus poświęcił kiedyś spory wpis kwestii nazewnictwa ulic, w tym i lokalizacji zabrzańskiego oddziału Zakładu Upokarzania Staruszków przy ulicy Szczęść Boże. Bóg Zapłać!
Swego czasu (mówimy o epoce ancien regime) zabawnej ewolucji podlegała ulica Świętego Antoniego z Padwy w Bydgoszczy. W kolejnej odsłonie odpadła świętość i ulica nazywała się Antoniego z Padwy. Później Antoniego Padewskiego aby wreszcie stać się ulicą Padewskiego. Który być może był kolegą Paderewskiego, w każdym bądź razie zupełnie świeckim człowiekiem.
Inną jeszcze anegdotę nazewniczą opowiadał kiedyś Szymon Kobyliński. Rzecz dzieje się w Międzywojniu w Częstochowie. Bohater (raczej nie sam Kobyliński, bo daty nie grają) ma za zadanie oprowadzić jakichś Polonusów, którzy Kraj Ojców odwiedzając Jasną Górę zapragnęli nawiedzić. Od dworca PKP ku klasztorowi (zresztą z tym oblężeniem straszliwym za Potopu to była lipa straszliwa, co gdzie indziej opisałem) idzie się (i wtedy też szło) ulicą Waszyngtona. Wówczas jeszcze niespolszczonej, zapisywanej (kapitalikami) tak: WASHINGTONA. Zdarzyło się, że wróbelek czy inna ptaszyna niewielka (Gołąbek Pokoju to podobno świecka wersja Ducha Świętego) zrelaksowała się mimowolnie w pobliżu tabliczki z nazwą i rzecz cała przybrała taki wygląd - WĄSHINGTONA. Jeden z Polonusów spytał kimże był ów Hington i czemu wąs. Tutaj cicerone wykazał się refleksem i ad hoc spłodził historię o rodaku Ketlinga, niejakim Hingtonie, który, jak to z najemnikami bywa, walczył po stronie Karola Gustawa i tak trafił pod Jasną Górę, wiedziony szczególną niechęcią do Przenajświętszej Panienki, której bluźnił, urągał i szydził. Oto jednak kula z muszkietu, może nawet przez samego Kmicica wystrzelona, a niezawodnie bożą ręką niesiona trafia Hingtona w twarz, wąs srogi urywając, innej szkody nie czyniąc. Znak tak wyraźny otrzymawszy, heretyk prezbiteriański na Prawdziwą Wiarę Katolicką się nawrócił, którą żarliwie aż do śmierci wyznawał, a po śmierci klasztor jasnogórski suto legatami zaopatrzył. A wąs sam oderwany, w klasztorze wśród precjozów jest przechowywany. Sprawa się rypła dopiero wtedy, gdy wycieczka stanowczo domagała się od przeora (bo wycieczka była ważnego szczebla, sam przeor przyjmował) pokazania wąsa.
Parę wpisów wcześniej chwaliłem, że Toruń jest progresywny. Okazuje się, że jak najbardziej tak. I to by było na tyle.
Powracając do naszych mutonów, pozwoliłem sobie z biodra skomentować u AndSola, zwłaszcza, że identyczny dyskurs równolegle u Orlińskiego, więc miałem gotowce. Potem zebrało mi się na komentarz dłuższy, który niczym wąż boa cętkowany gięty urósł do rozmiarów, które blox uznaje za nieprzyzwoite dla komentarzy. Stąd musiałem się ewakuować spod kreski u AndSola do siebie, a to wszystko przyczynkarsko i dygresyjnie w temacie nazw ulic.
Otóż gdy w Poznaniu zmieniano nazwę ulicy Dąbrowskiego, z Jarosława na Jana Henryka, to myślałem, że zapamiętanie rajców miejskich jest tak wielkie, że nawet paryskiej komunie nie przepuszczą. Potem, gdy z Krasickiego Janka zrobiono Krasickiego Ignacego wiedziałem już że opatrznościowa mądrość przez radnych miejskich przemawia. Dlatego bardzo mnie zdziwiła zmiana ulicy Bema w Łęgi Dębińskie (Dafnis w drzewo bobkowe przemieniła się). Okazało się jednak, że ten Bem to nie ten co ze Starym Subiektem (Pamiętasz, Katz?) na Węgry chodził, ale Bem inny, komuch straszliwy, Alfred, który jaczejki bolszewickie zakładał w Poznaniu, gdyby którego - słowami Kaczmarskiego - nie zamordowano by to sam by mordował. Z pomysłu na ubemienie Bema skorzystała jednak całkiem ostatnio rada miejska Gniezna.
Swego czasu bodaj Artur Andrus postulował używanie prostego klucza przy zmianach nazw ulic. Oto na przykład ulica Armii Czerwonej. Pstryk i jest Ofiar Armii Czerwonej. Działa w większości przypadków - na Świerczewskiego na przykład. Ale jednak Ofiar Bohaterów Stalingradu już nie bardzo brzmi. Wzmiankowany Andrus poświęcił kiedyś spory wpis kwestii nazewnictwa ulic, w tym i lokalizacji zabrzańskiego oddziału Zakładu Upokarzania Staruszków przy ulicy Szczęść Boże. Bóg Zapłać!
Swego czasu (mówimy o epoce ancien regime) zabawnej ewolucji podlegała ulica Świętego Antoniego z Padwy w Bydgoszczy. W kolejnej odsłonie odpadła świętość i ulica nazywała się Antoniego z Padwy. Później Antoniego Padewskiego aby wreszcie stać się ulicą Padewskiego. Który być może był kolegą Paderewskiego, w każdym bądź razie zupełnie świeckim człowiekiem.
Inną jeszcze anegdotę nazewniczą opowiadał kiedyś Szymon Kobyliński. Rzecz dzieje się w Międzywojniu w Częstochowie. Bohater (raczej nie sam Kobyliński, bo daty nie grają) ma za zadanie oprowadzić jakichś Polonusów, którzy Kraj Ojców odwiedzając Jasną Górę zapragnęli nawiedzić. Od dworca PKP ku klasztorowi (zresztą z tym oblężeniem straszliwym za Potopu to była lipa straszliwa, co gdzie indziej opisałem) idzie się (i wtedy też szło) ulicą Waszyngtona. Wówczas jeszcze niespolszczonej, zapisywanej (kapitalikami) tak: WASHINGTONA. Zdarzyło się, że wróbelek czy inna ptaszyna niewielka (Gołąbek Pokoju to podobno świecka wersja Ducha Świętego) zrelaksowała się mimowolnie w pobliżu tabliczki z nazwą i rzecz cała przybrała taki wygląd - WĄSHINGTONA. Jeden z Polonusów spytał kimże był ów Hington i czemu wąs. Tutaj cicerone wykazał się refleksem i ad hoc spłodził historię o rodaku Ketlinga, niejakim Hingtonie, który, jak to z najemnikami bywa, walczył po stronie Karola Gustawa i tak trafił pod Jasną Górę, wiedziony szczególną niechęcią do Przenajświętszej Panienki, której bluźnił, urągał i szydził. Oto jednak kula z muszkietu, może nawet przez samego Kmicica wystrzelona, a niezawodnie bożą ręką niesiona trafia Hingtona w twarz, wąs srogi urywając, innej szkody nie czyniąc. Znak tak wyraźny otrzymawszy, heretyk prezbiteriański na Prawdziwą Wiarę Katolicką się nawrócił, którą żarliwie aż do śmierci wyznawał, a po śmierci klasztor jasnogórski suto legatami zaopatrzył. A wąs sam oderwany, w klasztorze wśród precjozów jest przechowywany. Sprawa się rypła dopiero wtedy, gdy wycieczka stanowczo domagała się od przeora (bo wycieczka była ważnego szczebla, sam przeor przyjmował) pokazania wąsa.
Parę wpisów wcześniej chwaliłem, że Toruń jest progresywny. Okazuje się, że jak najbardziej tak. I to by było na tyle.
czwartek, 23 kwietnia 2009
Cierpienia (młodego) Wagnera
W zeszły weekend odbyła się w Poznaniu premiera „Tannhäusera” Richarda Wagnera. Wagner, jak wiadomo, uchodzi za kompozytora trudnego, co wielu (zwłaszcza początkujących) melomanów przekłada od razu na: „kiepski”, „ciężki”, „dęta, gigantyczna szmira” itp. oraz natychmiast wyciąga fakt, że jego twórczość wysoko cenił Hitler. O ile mogłabym się zgodzić z opiniami, że komuś osobiście dana konwencja artystyczna odpowiada bardziej lub mniej, to kategoryczne sądy wygłaszane spod przydługiej togi Katona świadczą już tylko o ignorancji, co gorsza – ignorancji bardzo z siebie zadowolonej. Pominę więc taktownym milczeniem elaboraty w stylu Jana Pychowicza i przejdę do meritum.
W programie przedstawienia napisano, że – zgodnie z zamierzeniem reżysera – „Tannhäuser” jest sztuką o outsiderze, dramatem artysty uwikłanego w konflikt ze społeczeństwem, rozdartego przez własne, sprzeczne pragnienia. Jednym słowem, tytułowy bohater to taka „Mary Sue” samego Wagnera, czyli porte parole, ale lepsze, przystojniejsze i bardziej utalentowane. Częściowo motywy opery zaczerpnięte zostały ze średniowiecznych legend o minnesingerze, który spędził namiętne chwile z boginią miłości w Górze Wenus (znajdującej się nota bene w centralnych Niemczech). Przytoczony w programie wiersz Heinego sugeruje nawet szczęśliwe zakończenie, gdy – odrzucony przez papieża Urbana – Tannhäuser wraca do Venusbergu, a uradowana bogini gotuje dlań zupę i myje mu nogi szczotką.
Operze Wagnera daleko do tak przyziemnych rozwiązań. Jego bohaterowie są - jak zwykle - nadludzcy, na romantyczny sposób samotni, dążący do poznania czegoś, co ludzką kondycję przerasta. Taki też jest Tannhäuser. Poznajemy go, gdy po czasie (dniach? latach?) spędzonym w objęciach Afrodyty postanawia wrócić do ludzi. Bogini, która – jak sama twierdzi – do swoich łask dopuszcza jedynie bogów i bohaterów, czuje się urażona i poniżona, jak byle ziemianka. Oto ktoś, komu nie wystarczają do szczęścia zmysłowe rozkosze, kto – podobnie jak Zygfryd z „Pierścienia Nibelunga” – na dłuższą metę nudzi się w pieleszach i pragnie wielkich czynów, choćby wiązały się z cierpieniem. Swoją najpiękniejszą pieśń Tannhäuser komponuje dla jednej słuchaczki, po czym oznajmia, że teraz będzie głosił jej chwałę po jarmarkach. Czy jest to ambicja artysty, któremu marzy się sława, czy chłopięcy ekshibicjonizm (co z tego, że uwiódł samą Wenus, skoro nie ma jak pochwalić się tym przed kumplami)?
W dziełach Wagnera (Walkiria, Holender Tułacz, Tristan i Izolda) wielokrotnie pojawia się apologia miłości seksualnej, traktowanej jako totalna więź łącząca przeznaczone sobie istoty i niemalże świecki odpowiednik przeżycia mistycznego. Tannhäuser jednak – który w końcu jest średniowiecznym rycerzem-poetą – nagle, zupełnie niespodziewanie, uświadamia sobie, że seks z założenia swego jest zły, a on przez cały czas taplał się w fizjologicznym brudzie. Umartwiając się szuka pokuty i odkupienia za tę rzekomo straszną winę. Po pierwszej scenie liczyliśmy po cichu na porywający konflikt chrześcijaństwa z antykiem (na miarę, chociażby, widzianego niedawno „Króla Rogera”) – niestety, nie doczekaliśmy się go, a już zwłaszcza trzeci akt (pomimo pewnych starań ze strony reżysera, aby pogodzić te dwa przeciwstawne światy) wydał nam się mocno niedopracowany dramaturgicznie. Na końcu dyskusji z Wenus, śpiewak wykrzykuje: „Moim zbawieniem jest Maryja!” (obecne na drugiej premierze zwolenniczki radia o tym imieniu wszczęły w tym momencie gromki aplauz, ku zaskoczeniu reszty publiczności). Skąd mu ta Maryja i po co? Dalsza część opery sugeruje, że po to, aby i ją spróbować uwieść.
Po spotkaniu z kumplami od wypitki, wybitki i polowania, Tannhäuser wraca na zamek Wartburg, gdzie ma miejsce swego rodzaju pojedynek śpiewaczy. Wszystko zaczęło się dość niewinnie: książę Turyngii zauważył, że jego córka Elżbieta najwyraźniej się w Tannhäuserze zakochała, postanowił więc rzucić hasło, by zgromadzeni poeci wykonali kilka utworów o miłości. Nadmienić tu trzeba, że księżniczka Elżbieta jest niemal uosobieniem Najświętszej Panienki (co podkreślała biała suknia z błękitnym płaszczem); zaskoczona przez Tannhäusera w sali turniejowej jest zbyt onieśmielona żeby coś powiedzieć i tylko uśmiecha się cielęco. Uduchowiona aria Wolframa (pierwszego z uczestników konkursu), przeciwstawiona jest zmysłowej pieśni Tannhäusera, który z dużą ochotą wyśpiewał zgromadzonym gościom uroki libertyńskiego stylu życia. W kulminacyjnym momencie, na oczach zamarłej z oburzenia arystokratycznej publiczności, Tannhäuser chwyta w objęcia cnotliwą Elżbietę i zaczyna ją całować przy wtórze swojej popisowej arii ku czci Wenus. No więc, czego on chciał: pokuty czy po prostu nowych podbojów? Tego zapewne sam śpiewak do końca nie wie.
Mamy tu do czynienia z opisywanym po wielokroć konfliktem duszy i ciała, pojmowanym oczywiście jako walka dobra ze złem, czystości i grzechu w rozumieniu całkowicie chrześcijańskim (czystość duchowa wyłącznie jako abstynencja seksualna; grzech jako coś, co należy odpokutować, a nie wyciągnąć z niego wnioski itp). W szerszym rozumieniu (jak bardzo słusznie zauważył w przerwie mój mąż), chodzi o wybór pomiędzy niespełnieniem a nienasyceniem. Elżbieta dzielnie broni piewcę rozkoszy przed publicznym linczem i doradza mu pielgrzymkę do Rzymu aby uzyskać odpust u papieża. Znowu: miałam nadzieję, że jako najdoskonalsza przedstawicielka frakcji niewinności dostrzeże fakt, że wszystkim uczestnikom tej awantury tak naprawdę chodziło o to samo. O osiągnięcie nadludzkiego ideału, poznanie sensu życia – a czy za pomocą (mówiąc dosadnie) dupy czy duszy, to już nie aż tak istotne.
Trzeci akt Wagner przerabiał wiele razy i nigdy nie był z niego do końca zadowolony (my też nie). W pierwszej scenie Elżbieta modli się pod figurą Matki Boskiej, pokutując za swoje grzechy (jakie grzechy?!) i prosząc o szczęśliwy powrót nawróconego Tannhäusera. Potem umiera. W kategorii „głupich śmierci operowych” śmierć Elżbiety z przemodlenia sytuuje się wysoko w naszym prywatnym rankingu (obok śmierci z braku wygód w wykonaniu Manon Lescaut, usmażonej na chrupko Żydówki i padłych wskutek wąchania trującego kwiecia Afrykanki i Adrianny Lecouvrer). Gdy Tannhäuser wraca (całkiem rozczarowany i w tej wersji dodatkowo pijany w sztok) z Rzymu, relacjonuje napotkanemu przypadkiem Wolframowi swoje przygody, a zwłaszcza spotkanie z papieżem, dające się streścić w słowach: „Tu mi kaktus wyrośnie (laska świeżą zielenią się pokryje) nim ty uzyskasz rozgrzeszenie”. Wobec odmowy absolucji, Tannhäuser postanawia (korzystając zapewne z rady Heinego) wrócić jednak do Wenus. Bogini pojawia się na wezwanie i okazuje daleko idące zrozumienie. Perspektywie wspólnego zjedzenia zupy w Venusbergu sprzeciwia się bigot Wolfram. Reszta cnotliwych rycerzy wnosi na marach zwłoki Elżbiety. Tannhäuser umiera, trzymając za jedną rękę Wenus, a za drugą Elżbietę-zawsze-dziewicę.
Ten finał ratuje nieco przyciężką i moralizatorską wymowę dzieła. Ostatecznie, ideał okazał się leżeć pośrodku, pomiędzy odcieleśnionym uwielbieniem a rozpasaniem. Przed opadnięciem kurtyny Pastuszek – w którym reżyser dopatruje się ucieleśnionego marzenia Tannhäusera o odzyskanej niewinności – wznosi do góry zazieleniony kostur pielgrzyma. Moralna wyższość znajduje się więc ostatecznie po stronie ideologii chrześcijańskiej, spychającej (jak żali się Wenus w pierwszym akcie) starych bogów do wnętrza ziemi, czyli w pobliże chrześcijańskiego piekła. Doświadczenie, które – jak można by przypuszczać – powinno wiązać się z mądrością, przynosi tylko społeczny ostracyzm i rozgoryczenie. Niewinność tryumfuje, a poświęcenie dziewicy przynosi grzesznikowi odkupienie. Nam wydało się to wszystko raczej smutne. Chociaż Tannhäuser postąpił jak prawdziwy bohater (w ujęciu Josepha Campbella), a więc nie tylko posiadł cenne doświadczenie, ale powrócił z kraju bogów, aby podzielić się nim z ludzkością, nie został zrozumiany. Obrońcy cnoty zobaczyli w nim jedynie rozpustnego świntucha, co gorsza, on sam zaczął siebie tak postrzegać. Zamiast, jak obiecywał, głosić chwałę Wenus, ruszył do Rzymu (katalog kar, które sam na siebie nałożył, wprawiłby w osłupienie większość masochistów). W końcu śmierć przemodlonej dzierlatki (pokutującej chyba tylko za to, że nie dość głośno piszczała, gdy próbował ją pocałować) sprawia, że „wyzerowano mu licznik” grzechów. Czy naprawdę było warto? Czy nie lepiej byłoby zostać w odnalezionym cudownym sposobem przedchrześcijańskim raju, do którego drogi Tannhäuser nie umie już odnaleźć?
Chwila śmierci Tannhäusera przypomniała mi pewną inną starą pieśń, „Kantatę” Marka Grechuty:
Zapewne, w chwili śmierci, Tannhäuser doszedł do wniosku, że należał do nich obu – do niewinności tak jak i do doświadczenia; do świata ciała i ducha; do wzniosłości i do zmysłowości. Zgromadzeni wokół obserwatorzy łaskawie – i na wyrost – udzielili mu rozgrzeszenia, a jego los uznali za moralitet ku własnej korzyści. Nadludzkie przeżycie obdarzonej artystycznym geniuszem jednostki pozostało tylko tym właśnie - przeżyciem jednostki.
W programie przedstawienia napisano, że – zgodnie z zamierzeniem reżysera – „Tannhäuser” jest sztuką o outsiderze, dramatem artysty uwikłanego w konflikt ze społeczeństwem, rozdartego przez własne, sprzeczne pragnienia. Jednym słowem, tytułowy bohater to taka „Mary Sue” samego Wagnera, czyli porte parole, ale lepsze, przystojniejsze i bardziej utalentowane. Częściowo motywy opery zaczerpnięte zostały ze średniowiecznych legend o minnesingerze, który spędził namiętne chwile z boginią miłości w Górze Wenus (znajdującej się nota bene w centralnych Niemczech). Przytoczony w programie wiersz Heinego sugeruje nawet szczęśliwe zakończenie, gdy – odrzucony przez papieża Urbana – Tannhäuser wraca do Venusbergu, a uradowana bogini gotuje dlań zupę i myje mu nogi szczotką.
Operze Wagnera daleko do tak przyziemnych rozwiązań. Jego bohaterowie są - jak zwykle - nadludzcy, na romantyczny sposób samotni, dążący do poznania czegoś, co ludzką kondycję przerasta. Taki też jest Tannhäuser. Poznajemy go, gdy po czasie (dniach? latach?) spędzonym w objęciach Afrodyty postanawia wrócić do ludzi. Bogini, która – jak sama twierdzi – do swoich łask dopuszcza jedynie bogów i bohaterów, czuje się urażona i poniżona, jak byle ziemianka. Oto ktoś, komu nie wystarczają do szczęścia zmysłowe rozkosze, kto – podobnie jak Zygfryd z „Pierścienia Nibelunga” – na dłuższą metę nudzi się w pieleszach i pragnie wielkich czynów, choćby wiązały się z cierpieniem. Swoją najpiękniejszą pieśń Tannhäuser komponuje dla jednej słuchaczki, po czym oznajmia, że teraz będzie głosił jej chwałę po jarmarkach. Czy jest to ambicja artysty, któremu marzy się sława, czy chłopięcy ekshibicjonizm (co z tego, że uwiódł samą Wenus, skoro nie ma jak pochwalić się tym przed kumplami)?
W dziełach Wagnera (Walkiria, Holender Tułacz, Tristan i Izolda) wielokrotnie pojawia się apologia miłości seksualnej, traktowanej jako totalna więź łącząca przeznaczone sobie istoty i niemalże świecki odpowiednik przeżycia mistycznego. Tannhäuser jednak – który w końcu jest średniowiecznym rycerzem-poetą – nagle, zupełnie niespodziewanie, uświadamia sobie, że seks z założenia swego jest zły, a on przez cały czas taplał się w fizjologicznym brudzie. Umartwiając się szuka pokuty i odkupienia za tę rzekomo straszną winę. Po pierwszej scenie liczyliśmy po cichu na porywający konflikt chrześcijaństwa z antykiem (na miarę, chociażby, widzianego niedawno „Króla Rogera”) – niestety, nie doczekaliśmy się go, a już zwłaszcza trzeci akt (pomimo pewnych starań ze strony reżysera, aby pogodzić te dwa przeciwstawne światy) wydał nam się mocno niedopracowany dramaturgicznie. Na końcu dyskusji z Wenus, śpiewak wykrzykuje: „Moim zbawieniem jest Maryja!” (obecne na drugiej premierze zwolenniczki radia o tym imieniu wszczęły w tym momencie gromki aplauz, ku zaskoczeniu reszty publiczności). Skąd mu ta Maryja i po co? Dalsza część opery sugeruje, że po to, aby i ją spróbować uwieść.
Po spotkaniu z kumplami od wypitki, wybitki i polowania, Tannhäuser wraca na zamek Wartburg, gdzie ma miejsce swego rodzaju pojedynek śpiewaczy. Wszystko zaczęło się dość niewinnie: książę Turyngii zauważył, że jego córka Elżbieta najwyraźniej się w Tannhäuserze zakochała, postanowił więc rzucić hasło, by zgromadzeni poeci wykonali kilka utworów o miłości. Nadmienić tu trzeba, że księżniczka Elżbieta jest niemal uosobieniem Najświętszej Panienki (co podkreślała biała suknia z błękitnym płaszczem); zaskoczona przez Tannhäusera w sali turniejowej jest zbyt onieśmielona żeby coś powiedzieć i tylko uśmiecha się cielęco. Uduchowiona aria Wolframa (pierwszego z uczestników konkursu), przeciwstawiona jest zmysłowej pieśni Tannhäusera, który z dużą ochotą wyśpiewał zgromadzonym gościom uroki libertyńskiego stylu życia. W kulminacyjnym momencie, na oczach zamarłej z oburzenia arystokratycznej publiczności, Tannhäuser chwyta w objęcia cnotliwą Elżbietę i zaczyna ją całować przy wtórze swojej popisowej arii ku czci Wenus. No więc, czego on chciał: pokuty czy po prostu nowych podbojów? Tego zapewne sam śpiewak do końca nie wie.
Mamy tu do czynienia z opisywanym po wielokroć konfliktem duszy i ciała, pojmowanym oczywiście jako walka dobra ze złem, czystości i grzechu w rozumieniu całkowicie chrześcijańskim (czystość duchowa wyłącznie jako abstynencja seksualna; grzech jako coś, co należy odpokutować, a nie wyciągnąć z niego wnioski itp). W szerszym rozumieniu (jak bardzo słusznie zauważył w przerwie mój mąż), chodzi o wybór pomiędzy niespełnieniem a nienasyceniem. Elżbieta dzielnie broni piewcę rozkoszy przed publicznym linczem i doradza mu pielgrzymkę do Rzymu aby uzyskać odpust u papieża. Znowu: miałam nadzieję, że jako najdoskonalsza przedstawicielka frakcji niewinności dostrzeże fakt, że wszystkim uczestnikom tej awantury tak naprawdę chodziło o to samo. O osiągnięcie nadludzkiego ideału, poznanie sensu życia – a czy za pomocą (mówiąc dosadnie) dupy czy duszy, to już nie aż tak istotne.
Trzeci akt Wagner przerabiał wiele razy i nigdy nie był z niego do końca zadowolony (my też nie). W pierwszej scenie Elżbieta modli się pod figurą Matki Boskiej, pokutując za swoje grzechy (jakie grzechy?!) i prosząc o szczęśliwy powrót nawróconego Tannhäusera. Potem umiera. W kategorii „głupich śmierci operowych” śmierć Elżbiety z przemodlenia sytuuje się wysoko w naszym prywatnym rankingu (obok śmierci z braku wygód w wykonaniu Manon Lescaut, usmażonej na chrupko Żydówki i padłych wskutek wąchania trującego kwiecia Afrykanki i Adrianny Lecouvrer). Gdy Tannhäuser wraca (całkiem rozczarowany i w tej wersji dodatkowo pijany w sztok) z Rzymu, relacjonuje napotkanemu przypadkiem Wolframowi swoje przygody, a zwłaszcza spotkanie z papieżem, dające się streścić w słowach: „Tu mi kaktus wyrośnie (laska świeżą zielenią się pokryje) nim ty uzyskasz rozgrzeszenie”. Wobec odmowy absolucji, Tannhäuser postanawia (korzystając zapewne z rady Heinego) wrócić jednak do Wenus. Bogini pojawia się na wezwanie i okazuje daleko idące zrozumienie. Perspektywie wspólnego zjedzenia zupy w Venusbergu sprzeciwia się bigot Wolfram. Reszta cnotliwych rycerzy wnosi na marach zwłoki Elżbiety. Tannhäuser umiera, trzymając za jedną rękę Wenus, a za drugą Elżbietę-zawsze-dziewicę.
Ten finał ratuje nieco przyciężką i moralizatorską wymowę dzieła. Ostatecznie, ideał okazał się leżeć pośrodku, pomiędzy odcieleśnionym uwielbieniem a rozpasaniem. Przed opadnięciem kurtyny Pastuszek – w którym reżyser dopatruje się ucieleśnionego marzenia Tannhäusera o odzyskanej niewinności – wznosi do góry zazieleniony kostur pielgrzyma. Moralna wyższość znajduje się więc ostatecznie po stronie ideologii chrześcijańskiej, spychającej (jak żali się Wenus w pierwszym akcie) starych bogów do wnętrza ziemi, czyli w pobliże chrześcijańskiego piekła. Doświadczenie, które – jak można by przypuszczać – powinno wiązać się z mądrością, przynosi tylko społeczny ostracyzm i rozgoryczenie. Niewinność tryumfuje, a poświęcenie dziewicy przynosi grzesznikowi odkupienie. Nam wydało się to wszystko raczej smutne. Chociaż Tannhäuser postąpił jak prawdziwy bohater (w ujęciu Josepha Campbella), a więc nie tylko posiadł cenne doświadczenie, ale powrócił z kraju bogów, aby podzielić się nim z ludzkością, nie został zrozumiany. Obrońcy cnoty zobaczyli w nim jedynie rozpustnego świntucha, co gorsza, on sam zaczął siebie tak postrzegać. Zamiast, jak obiecywał, głosić chwałę Wenus, ruszył do Rzymu (katalog kar, które sam na siebie nałożył, wprawiłby w osłupienie większość masochistów). W końcu śmierć przemodlonej dzierlatki (pokutującej chyba tylko za to, że nie dość głośno piszczała, gdy próbował ją pocałować) sprawia, że „wyzerowano mu licznik” grzechów. Czy naprawdę było warto? Czy nie lepiej byłoby zostać w odnalezionym cudownym sposobem przedchrześcijańskim raju, do którego drogi Tannhäuser nie umie już odnaleźć?
Chwila śmierci Tannhäusera przypomniała mi pewną inną starą pieśń, „Kantatę” Marka Grechuty:
[…] Wszystkie chwile uderzą naraz do serca
i spór będą wiodły do której z nich należę.
I niech to będzie spowiedź, ale bez rozgrzeszenia.
Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia.
Zapewne, w chwili śmierci, Tannhäuser doszedł do wniosku, że należał do nich obu – do niewinności tak jak i do doświadczenia; do świata ciała i ducha; do wzniosłości i do zmysłowości. Zgromadzeni wokół obserwatorzy łaskawie – i na wyrost – udzielili mu rozgrzeszenia, a jego los uznali za moralitet ku własnej korzyści. Nadludzkie przeżycie obdarzonej artystycznym geniuszem jednostki pozostało tylko tym właśnie - przeżyciem jednostki.
Po co Wagner?
Zanim Moja Ślubna napisze kilka słów na kanwie ostatniej poznańskiej premiery Tannhäusera pozwolę sobie zacytować niemal bez komentarza kuriozum, które pojawiło się w skądinąd szacownym miesięczniku Odra (1/1007) na marginesie wrocławskiego, kompletnego wystawienia Pierścienia Nibelunga. Autor, niejaki Jan Pychowicz, jest bardzo mało znany jako krytyk muzyczny ale za to posiada dość symptomatyczne właściwości intelektualne, które kiedyś można było spotkać tylko w wieczornych audycjach pewnego niszowego radia, dziś zaś dobrze rezonują na antysalonach wszelakich. Ale dość już mojego ględzenia, niech przemówi własnym głosem Pychowicz:
------
Obiecałem minimum własnego komentarza, więc tylko glossa, którą dopisał żywo rozbawiony czytelnik tego tekstu na forum e-teatr:
Pełne poparcie dla patrioty Pychowicza. Ja też kocham typowo polskie walczyki Szopena, Moniuszki i Pendereckiej Elżuni. Przez takie Wagnery świat nie słucha naszego Moniuszki, jego Halek i Strasznych wdowów, a to jest muzyka lepsza, z przytupem, gdzie jest miejsce i na bliski osierdziu Polaka pobrzęk szabelki i na niejedną liryczną łzę tęsknoty za biedną matką naszą, ojczyzną. A we Wagnerze mamy zestaw postaw wątpliwych i postaci z nadwagą uzbrojone w kaski z rogami na głowach. Jednym słowem liberalne, relatywistyczne dno. A co z innymi wielkimi - Kurpińskim, Ogińskim, Petersburskim, Korczem? Świat się - za przeproszeniem - podnieca tym Szkopem od kawalerii powietrznych i innych, psia mać, traktorów, a wielka muzyka Polaków czeźnie w zapomnieniu!
Po co Polakom Wagner?
Po co? Chyba z takiego samego powodu, dla jakiego Polacy mieliby tęsknić za germańskimi bogami, pruskim drylem, szwabską kapustą kiszoną oraz ludowymi piosenkami z Dolnej Bawarii. Nie rozumiem, jak na ten największy chyba symbol nacjonalistycznego szaleństwa Niemców można wydawać państwowe pieniądze przeznaczone na kulturę, zwłaszcza w mieście, gdzie stan komunikacji drogowej w centrum przypomina niemal ten z lat powojennych.
Richard Wagner, jak wiadomo, stał się jednym z filarów ideologii faszystowskiej. Każda ideologia, a zwłaszcza skrajna, potrzebuje, jak wiadomo, wsparcia w sferze ducha. Wiemy bowiem, iż w przypadku wprowadzania rządów zamordystycznych, czy to z prawa, czy z lewa, zadaniu trzymania narodu w ryzach przez reżim towarzyszyć musi nieodzowna propaganda, czyli i wsparcie z zaplecza kultury. Otumanienie społeczeństw, jakie można było obserwować w europejskich wydaniach faszyzmu czy komunizmu, możliwe było tylko i wyłącznie dzięki połączeniu reżimu z propagandą. Ludzie muszą wierzyć, a przynajmniej chcieć wierzyć, że ten przywódca, który ich trzyma pod butem, wie lepiej i chce jak najlepiej. Świetnym tego przykładem była rola naszych rodzimych intelektualistów i artystów w dziele budowy komunizmu na naszej ziemi. Rola, którą dzisiaj usiłuje się tuszować bądź relatywizować, wskazując na późniejsze opozycyjne działania sprawców lub na ich niepowtarzalny geniusz w dziedzinie sztuki.
Podobnie czynią od lat obrońcy Wagnera. Czy rzekoma innowacyjność jego muzyki, czyli dętej do x-potęgi gigantycznej szmiry, może przykryć lub unieważnić fakt, iż napisał on paszkwil na naród żydowski, paszkwil, który spokojnie mógłby wyjść spod pióra samego Goebbelsa? Czy jego rola w budowaniu świadomości narodowej Niemców osłabia jego wrogą postawę wobec narodów wschodniej części Europy, a więc w rezultacie również jego antypolskie nastawienie? Dodam: świadomości narodowej, która doprowadziła przecież do obu wojen światowych! Czy - dyskusyjny - udział Wagnera w rozwoju muzyki może odsunąć w niepamięć jego wkład w umocnienie poczucia absolutnej wyższości narodu niemieckiego nad innymi nacjami?
Jeżeli my, Polacy, krytykujemy tego nacjonalistycznego kompozytora, to zawsze podsuwa nam się pod nos fakt, iż Wagner kiedyś tam w młodości napisał utworek o powstaniu listopadowym i że miał skłonności anarchistyczne. Ale co z tego? Do oceny człowieka mniej ważne jest przecież to, co robił w latach młodości, kiedy to poszukuje się jeszcze własnego miejsca w społeczeństwie, od tego, kim staje się i co się robi w wieku dojrzałym. Proszę mi nie wytykać niekonsekwencji, że piętnuję błędy naszych intelektualistów angażujących się w stalinizm, a rozgrzeszam Wagnera z jego anarchistycznych ciągotek młodzieńczych... Nie ma tu żadnej niekonsekwencji! Fascynacje rewolucjami na Starym Kontynencie były u Wagnera krótkotrwałym epizodem. Natomiast w przypadku naszych uczonych stalinistów był to wybór świadomy ludzi ukształtowanych politycznie i moralnie.
Hitler zachwycał się Wagnerem. Mówił nawet o związkach duchowych z tym kompozytorem. I nieprzypadkowo! Muzyka niemiecka była w tamtej epoce najbogatsza w kompozytorów - a przecież Adolf wybrał sobie właśnie Richarda. Już słyszę głosy o wykorzystywaniu spuścizny artysty do niecnych politycznych celów... Otóż żeby takie nadużycie mogło mieć miejsce, jego dzieło musi się przecież do użytku propagandowego nadawać. Czy naszego Szopena można by wykorzystać do ideologii podboju świata?... Wiele utworów kompozytora, ba, prawie cała twórczość Wagnera to jedna wielka propaganda wyższości germańskiej! Wystarczy popatrzeć na tych pojawiających się tłumnie na scenie operowej napuszonych Wikingów z rogami na głowic, na owe opasane futrami i łańcuchami grubaśne Wikingówki wyśpiewujące do księżyca arie o mocy, władzy i wielkich zwycięstwach. Dlaczego ma nam się to podobać? Zwłaszcza nam, Polakom, którzy doświadczyliśmy niezmierzonych cierpień od potomków tych przedstawianych na wagnerowskiej scenie bohaterów? Nie, Wagner nie jest nam potrzebny. My mamy inne predyspozycje, inne usposobienie. Porównajmy choćby lekki walczyk Szopena z tromtadrackim dźwiękiem wagnerowskiej opery... Nasz wybór jest jednoznaczny, przecież to oczywiste dla każdego, kto ma chociaż odrobinę słuchu i wrażliwości patriotycznej.
------
Obiecałem minimum własnego komentarza, więc tylko glossa, którą dopisał żywo rozbawiony czytelnik tego tekstu na forum e-teatr:
Pełne poparcie dla patrioty Pychowicza. Ja też kocham typowo polskie walczyki Szopena, Moniuszki i Pendereckiej Elżuni. Przez takie Wagnery świat nie słucha naszego Moniuszki, jego Halek i Strasznych wdowów, a to jest muzyka lepsza, z przytupem, gdzie jest miejsce i na bliski osierdziu Polaka pobrzęk szabelki i na niejedną liryczną łzę tęsknoty za biedną matką naszą, ojczyzną. A we Wagnerze mamy zestaw postaw wątpliwych i postaci z nadwagą uzbrojone w kaski z rogami na głowach. Jednym słowem liberalne, relatywistyczne dno. A co z innymi wielkimi - Kurpińskim, Ogińskim, Petersburskim, Korczem? Świat się - za przeproszeniem - podnieca tym Szkopem od kawalerii powietrznych i innych, psia mać, traktorów, a wielka muzyka Polaków czeźnie w zapomnieniu!
sobota, 21 marca 2009
Na kolejowym szlaku

Zwracam uwagę na podpis pod fotografią. Postępowy ten Toruń, mimo wszystko. Arriva - ta nazwa zobowiązuje.
A teraz z innej beczki, bez związku i na poważnie. Doczytałem się, że w 1939 w Polsce było 42 tysiące pojazdów mechanicznych, wliczając w to samochody ciężarowe, ciągniki, motocykle i te kilkadziesiąt czołgów. Samochodów sensu stricto osobowych było w przedwojennej Polsce nieco mniej niż 10 tysięcy. Stąd i polskie drogi były takie, jakie były - na inne nie było popytu. Dlaczego wskaźnik motoryzacji przedwojennej Polski był niższy niż w ówczesnym Egipcie (który przecież też jakoś nie kojarzy się jako potęga motoryzacyjna)? Otóż samochody osobowe były obłożone przez państwo jakimiś niebotycznie irracjonalnymi podatkami, które uchwalone zostały w imię "ochrony żywotnych interesów PKP". Ale to tak na marginesie...
sobota, 28 lutego 2009
Za co kochamy Janka
Poniższy tekst funkcjonuje od dziesięciu z górą lat w polskim internecie, jednakże rzadko (albo prawie nigdy) z prawidłową atrybucją. Warto to naprawić i napisać wyraźnie, że autorem tego genialnego eseju jest Wojciech Tomczyk, a opublikowany został w 'Życiu na wakacje' (tzw. wołkowym lub "Życiu z kropką") 26 lipca 1998. Autorem tekstu nie jest, jak można się niekiedy dowiedzieć z internetu, niejaki Grzegorz Świderski z UPR ani też Tomasz Radko z tejże partii - kwestie zresztą własności intelektualnej tak zwana prawica polska traktuje z symptomatyczną dezynwolturą: autor tych słów ze zdziwieniem znajduje fragmenty swoich tekstów w dyskusjach różnych prawicowców za dychę na psychiatryku24 (jak można się było spodziewać, delikatne sugestie wysuwane wobec administratorów tamtejszego bagienka nie spotykają się z żadną reakcją - żeby było śmieszniej plagiator kopista uważa się za naukowca, co rzuca dość smutne światło na ogólną kondycję nauki polskiej). No, ale to w sumie taki śmiech przez łzy, ta refleksja nad potencjałem intelektualnym polskiej prawicy realizowanym metodą copy and paste. Teraz już gasną światła, na widowni ucisza się szmer...
"Za co kochamy Janka" Wojciecha Tomczyka (1998)
--------------------
[Przypis - to już ja, MB] Tytani kreatywnej myśli reklamowej skonsumowali jednak topos czterech pancernych - z efektem raczej mniej niż średnim. To już sympatyczniej ogląda się tych młodych Białorusinów.
Swego czasu Gazeta Wyborcza zabawiała czytelników konkursem na opisanie dalszych losów ekipy serialu. Na ogół większość uczestników zabawy zgadzała się, że Gustav Hirsch żyje teraz w Republice Federalnej. Większość również uznała, że Czereśniak działa w "Samoobronie". Sądzono też powszechnie, że małżeństwo Janka z Marusią nie potrwało długo. W najbardziej pesymistycznych wersjach Grigorij szybko wysłał do lagru swoją polską żonę, Lidkę bo przeszkadzała mi w dobrze zapowiadającej się karierze enkawudzisty.
"Za co kochamy Janka" Wojciecha Tomczyka (1998)
Gdyby ktoś zasnął przed telewizorem w roku, powiedzmy, 1970 (co nie było takie trudne) i obudził się dziś, nie uwierzyłby, co też się porobiło. W nowej "Encyklopedii Powszechnej" PWN wzmianki o czterech pancernych nie znajdziemy ani pod hasłem Gajos Janusz, ani Wilhelmi Roman, ani Golas Wieslaw. Serial jest wzmiankowany jedynie w biogramie Franciszka Pieczki (hasła Press Włodzimierz w ogóle, proszę sobie wyobrazić, nie ma). Na ślad czterech pancernych nie sposób trafić w "Kronice XX wieku" (gdzie zresztą trudno trafić na ślad wielu wydarzeń). Na bazarze za żadne pieniądze nie kupi się lusterka z załogą. Nie kupi się też lusterka nawet z pojedynczym członkiem. Nie ma już komiksów o przygodach pancernych, nikt nie wystawia musicalu Benedykta Konowalskiego. Czterej pancerni po prostu zniknęli. Zniknęli do tego stopnia, ze jako jedyny wytwór polskiej kultury masowej nie zostali zużyci w reklamie [patrz przypis!]. Jest to niezwykle znaczące - reklama przetrawiła już Klossa, Brunnera, "Trylogie", a nawet Janosika.
W latach sześćdziesiątych młody człowiek mógł w Polsce obejrzeć trzy kreskówki (w "Zwierzyńcu") i jeden odcinek filmu aktorskiego (w "Ekranie z Bratkiem"). Rocznie, przed debiutem kapitana Żbika, ukazywał się jeden komiks ("Tytus, Romek i A'Tomek"). Był jeszcze oczywiście Wyścig Pokoju, ale ten trwał tylko dwa tygodnie. Nikomu nie śniło się o NBA czy o nie przegranym przez naszych meczu piłki nożnej. W Polsce trwała dojmująca nuda. Nuda ta - cichy bohater socjalizmu - do tej pory nie została jeszcze przekonywająco opisana. A była to nuda potworna. Szczególnie usypiająco działał program telewizyjny - porady dla rolników, defilady w Moskwie i losowania totolotka przeplatały się z występami zespołów pieśni i tańca. Całymi godzinami ględził Gomułka. Co ciekawe - zawsze miał nastawiane z przodu tyle mikrofonów, że go praktycznie nie było widać. Czasem chwytał szklankę z woda i pił. Wtedy stawał się bardziej widoczny.
Na tym tle pancerni prezentowali się nader korzystnie. Na ekranie coś się ruszało, ktoś coś krzyczał, padały strzały. Ludzie biegali to tu, to tam, na ekranie pojawiało się sporo dymu, trochę ognia. Na dodatek pokazywano jeżdżący czołg. Oskar Sobański napisał kiedyś, ze o sukcesie serialu zadecydowały obrazy jadącego czołgu. Rudy 102 był jednocześnie bezpiecznym domem i skutecznym narzędziem sprawiedliwej walki. Krytyk z bliższego mi pokolenia - Maciej Pawlicki - wyraził się kiedyś, że pancernych było wprawdzie czterech, ale na podwórku każdy chciał być tylko Jankiem. Podzielam ten pogląd. To Janek Kos był w tym serialu najważniejszy. Moim zdaniem ta właśnie postać zadecydowała o sukcesie serialu. I dlatego to Janek jest bohaterem tego tekstu.
TELEMACH XX WIEKU
Janek Kos, jak każdy prawdziwy heros kultury masowej, ma swój starożytny odpowiednik. Jego pierwowzorem jest syn Odyseusza - Telemach. Pierwsza seria filmu poświęcona jest historii poszukiwania przez Janka ojca. Towarzyszy mu, podobnie jak Telemachowi, Atena - bogini wojny. W "Odysei" Atena przybiera postać Nestora - przyjaciela Odyseusza. W "Czterech pancernych" bogiem wojny jest pułkownik Tadeusz. Po odnalezieniu ojca Janek, tak jak jego homerycki pierwowzór, nie poznaje go. Potem, razem z ojcem, dokonuje ostatecznej rozprawy z wrogami, którymi tym razem nie są bezczelni zalotnicy Penelopy (bo Penelopa nie żyje), a esesmani. Na tym nie kończą się związki serialu z kulturą śródziemnomorską.
DZIECIŃSTWO, POWOŁANIE
O dzieciństwie Janka wiemy niewiele, urodził się (podobnie jak bohater "Stawki większej niż życie") w Gdańsku. Matka była najprawdopodobniej gospodynią domową. Zginęła w pożarze podpalonego przez Niemców domu. Chłopiec nie wydaje się być z nią emocjonalnie związany. Ojciec - Stanisław Kos - był zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Służył na Westerplatte. Ojciec Janka - jedna z kluczowych postaci filmu - okazał się później zdolnym przywódcą partyzanckim. Dwunastoletni Janek, po ucieczce z płonącego domu rodzinnego trafia w poszukiwaniu ojca na Kaukaz. Tu trzeba zwrócić uwagę na niezwykłą intuicję chłopca, który śladów oficera zaginionego w zawierusze wojny wrześniowej szuka na Wschodzie. Dociera aż do Oceanu Spokojnego. Nawet nad Ussuri szuka ojca.
WYKSZTAŁCENIE
Janek potrafi pisać, czytać, jest zdolnym mechanikiem, zna niemiecki i rosyjski, jest też strzelcem wyborowym. Więcej o jego edukacji nic nie wiadomo. W rozmowie z Gustlikiem przywołuje "Ogniem i mieczem". W wojsku uczy się alfabetu Morse'a.
MANIERY
Janek jada nożem i widelcem, choć tego nie lubi. Woli razem z Gustlikiem siorbać sobie z menażki. Natomiast wzorowo nożem i widelcem jedzą ludzie radzieccy - Grigorij i, oczywiście, Olgierd. Janek jest szarmancki wobec dam - podsadza Lidkę na ciężarówkę. Otwiera też dziewczynie drzwi szoferki. Do starszych zwraca się z szacunkiem, graniczącym z lizusostwem. Jest obłudny - świadków swoich rzadkich
wpadek prosi by nie mówili o nich innym.
WIARA
Janek w Boga nie wierzy. Nie modli się, do kościoła nie uczęszcza. Pochodzi zresztą z narodu przesiąkniętego ateizmem - dewiza powstańców styczniowych, zachowana na sztylecie brzmi - Honor i Ojczyzna. Janek, podobnie jak inni chłopcy z załogi, zna i śpiewa pieśni rewolucyjne. Martwi się, że nie zdobyli Berlina wystarczająco szybko, by świętować w mieście 1 Maja. Rzuca to nowe światło na życie i zwyczaje przedwojennego korpusu oficerskiego i gdańskiej Polonii.
WIELCY WSPÓŁCZEŚNI
Dom rodzinny Janka był stanowczo internacjonalistyczny. Janek, choć słucha radia i czyta gazety, nigdy nie wspomina o żadnym, poza Rokossowskim, znanym Polaku. Nigdy nie mówi o Sikorskim, Andersie, Piłsudskim. Nie ma też w filmie złamanego portretu Stalina. Dopiero gdy czołg wjeżdża na tereny przyszłej NRD, pojawiają się portrety Adolfa Hitlera. Pojawia się też nazwisko Goering, i to w liczbie mnogiej - jako określenie esesmanów.
SPORT, HIGIENA
Janek lubi pływać, choć nie robi tego dobrze. Gustlik kąpie się częściej. Grigorij natomiast jest radykałem - myjąc się nigdy nie moczy włosów. Janek papierosy zaczyna palić w wojsku. Grigorij pali od początku. Janek również w wojsku zaczyna się golić. Jeszcze w Lublinie wyskubuje sobie pierwsze włosy z brody. W wyzwolonym Lublinie zresztą nasi czołgiści są pionierami golenia się w ogóle. Wszyscy mężczyzni są w mieście nieogoleni, nawet grabarz - folksdojcz. Potwierdza to znaną tezę, że nawyki higieniczne przyszły do nas wraz z Armią Czerwoną.
JANEK I ZABIJANIE
Janek nic nie wie o zabijaniu. Ani na początku, ani na końcu filmu. Bardzo się do zabijania garnie, ale chyba nie wie, jak zacząć. Najpierw ćwiczy na zwierzątkach. Kiedy zabija tygrysa, uznaje, że dojrzał do zabijania ludzi. Ale to nie jest takie proste. Olgierd wręcz zmusza go, by brał jeńców, nie zabijał. Olgierd wie, że jeńców się nie zabija - służył przecież w armii sowieckiej. Janek, syn polskiego oficera, tego nie wie.
Wreszcie Jankowi udaje się zabić bezbronnego Niemca - ewakuującego się z płonącego czołgu. Potem wraca do brania Niemców żywcem. Zresztą w całym filmie - tak wychodzi - licencję na ginięcie mają tylko najlepsi ludzie na Ziemi - Rosjanie. Ginie Fiedia "Jołki-połki", ginie Olgierd, ginie genialny saper Sasza. Rosjanie padają szczególnie gęsto na ziemiach polskich i na terenach przyszłego NRD. Jest to zgodne z rosyjską racją stanu - tylko Rosjanie przelewali krew w celu wyzwolenia Europy. Cud, że Czernousow i Marusia ocaleli z tego pogromu. Ponieważ na wojnie giną wyłącznie dobrzy ludzie, to Niemcy praktycznie nie są zabijani. Kiedy Czernousow i jego kompania rozbijają bunkier, poharatani seriami Niemcy wstają, jak gdyby nigdy nic i oddają się do niewoli. Niemcy zresztą oddają się w ręce Rosjan chętnie, czasem wręcz bez powodu. Widocznie wiedzą, że jest to niewola przyjemna.
JANEK, KOBIETY, SEKS
Stosunek Janka Kosa do kobiet to ogromny problem. Pierwszą napotkaną dziewczyną jest warszawianka Lidia Wiśniewska. Poznają się w bydlęcym wagonie. Potem całują się na ciężarówce. I to na ostro. Potem w zasadzie się zaręczają. Pierścionkiem są ciepłe rękawice z jenota. Te rękawice przewijają się przez cały film, nikt ich nie chce nosić. W końcu przepadają. Są jednym z nielicznych przedmiotów, których Janek nie zostawia na szczycie Bramy Brandenburskiej.
Sytuacja Lidki zmienia się diametralnie, gdy do gry wkracza Marusia. Marusia jest ruda, co trzeba przyjąć na wiarę - film jest czarno-biały. Lidka zostaje brutalnie spławiona przez Janka; mało tego, Janek i bezpośredni przełożony Lidki, pułkownik Tadeusz, skłaniają ją, by zaprzyjaźniła się ze zwycięską rywalką. Ona jest przecież Rosjanką, a kacapów można nie lubić, ale trzeba z nimi dobrze żyć. Co ciekawe, Lidka zostaje puszczona w trąbę zaraz po tym, jak ratuje Jankowi i pozostałym pancernym życie. Z rozpaczy Lidka wydaje się za Grigorija, a małżeństwo z Gruzinem dla Polki w tych latach to wiadomo - pewna śmierć z ręki mafii.
W towarzystwie Marusi Janek wyraźnie się nudzi. Nie jest ona szczególnie rozgarnięta i to go męczy. Marusia opowiada wciąż o rosyjskim folklorze. Raz próbuje uprawiać z nią seks, na szczęście do akcji wkraczają esesmani. Sprawę małżeństwa z nią traktuje zimno, bez szczególnych uniesień. Zresztą zaręczyny pary młodych mają wyraźnie charakter kontraktu politycznego. Marusię oddaje Jankowi Czernousow i sowiecki generał. Do sfinalizowania kontraktu usilnie dąży Stanisław Kos, który najwyraźniej przez małżeństwo syna z Rosjanką chce się ustawić w nowej rzeczywistości. Gdy Janek waha się, ojciec posuwa się do tego, że straszy go szkołą. Janek, przerażony perspektywą powrotu do szkoły, zgadza się na wszystko.
Janek, mówiąc oględnie, woli męskie towarzystwo.
JANEK, MĘŻCZYZNI, SEKS
Każdy film wojenny, oprócz może "Tak tu cicho o zmierzchu", jest w swej istocie mizoginistyczny. (Dzisiaj chyba mówi się - seksistowski). W prawie każdym filmie wojennym obecne są natomiast wątki homoseksualne. I "Czterej pancerni" nie są wyjątkiem. Kobiety w tym filmie zaznaczają się raczej nieciekawie. Lidka to płocha kokietka, flirtująca z Gustlikiem, Jankiem, nawet z chorążym Zenkiem. Donosi na Janka do pułkownika. O Marusi mowa była wyżej. Marusia dwa razy trafia do szpitala, wymaga stałej opieki. Honoratka, narzeczona Gustlika, nie odbiega od poziomu umysłowego przyszłego męża, który, dla humoru, pakuje sam sobie ropuchę pod furażerkę. Natomiast mężczyźni - przeciwnie - są na ogół w porządku. Przystojny meteorolog - porucznik Olgierd Jarosz, jest bardzo miły wobec dam. Miły i nic ponadto. Kiedy lubelska pani nauczycielka chce go poderwać, Jarosz mówi zdecydowanie - stop. Natomiast ceni sobie fizyczną bliskość ze swoimi podkomendnymi - Janka obejmuje w pasie, i to przy pułkowniku. Obejmuje nawet Gustlika.
Pułkownik Tadeusz również uwielbia Janka. Funduje mu drogie prezenty - hełmofon, Krzyż Walecznych, kiełbasę dla Szarika. Pułkownik Tadeusz awansuje raz po raz Janka na coraz wyższe stopnie. Co ciekawe, pułkownik nie jest w ogóle zainteresowany swą radiotelegrafistką Lidką. Gdyby Bill Clinton oglądał "pancernych", to mógłby z pułkownika Tadeusza brać przykład, jak należy układać stosunki z personelem.
Janka uwielbiają też na zmianę Grigorij i Gustlik. Grigorij jest notorycznym erotomanem. Czereśniak okazuje czułość wyłącznie trzodzie..
JANEK I JEGO PIES
W polskiej krytyce filmowej utrwaliło się przekonanie, że Janek Szarika lubi. To nie jest prawda. Janek Szarika wykorzystuje, bezwzględnie wciągając poczciwego owczarka w swe intrygi. Szarik jest dla niego narzędziem w rozgrywkach personalnych z resztą załogi a także z Wichurą i chorążym Zenkiem. Szarik, beznadziejnie w Janku zakochany, raz po raz ratuje mu życie. Janek tego nie docenia. Po rozprawieniu się przez psa z niemieckimi dywersantami Janek mówi do Gustlika wprost - "Bez Szarika też byśmy dali sobie radę". Potem jest coraz gorzej. Gdy pies ocala Janka z rąk pięciu (!) esesmanów, Janek zostawia go na pastwę losu. Kolegom wyjaśnia, że nic nie mógł zrobić, a pies zginął, bo - idiota - pewnie wlazł na minę. Dalej, w tej samej scenie, znajomy chłop przynosi czołgistom zupę i chleb. W czasie tradycyjnego siorbania Grigorij i Gustlik zostawiają resztki dla psa - Janek siorbie wszystko do końca. On postawił na psie krzyżyk. Jest zimnym egoistą.
JANEK I JEGO OJCIEC
Ojciec był wielkim cichym bohaterem pierwszych odcinków serialu. Janek szuka go aż do odcinka siódmego, gdy oświadcza, że jego ojciec zginął na Westerplatte. Co ciekawe - Janek intensywnie szuka ojca w krajach dalekich, natomiast w miarę zbliżania się do rodzinnego Gdańska o ojcu po prostu zapomina. Cierpi na przedziwną mutację sklerozy - kiedy spotyka wreszcie ojca, nie poznaje go. Zaczyna snuć wokół niego intrygi i rozsiewać podejrzenia.
Ojciec jest w swym jedynaku zakochany. Walczy o niego z pułkownikiem. Walka odbywa się na prezenty i awanse. Wreszcie ojciec kupuje Jankowi nowy czołg i ostatecznie zdobywa serce syna.
JANEK I PRACA
Janek pracą fizyczną po prostu się brzydzi. Kiedy Gustlik naciąga gąsienicę, on stoi z boku i się śmieje. Kiedy pancerni naprawiają działo przed forsowaniem Odry, Janek idzie na schadzkę. Nigdy niczego nie gotuje (gotuje Gustlik, smaży Czereśniak), nie prasuje (prasuje Grigorij). W ogóle Janek traktuje swą załogę jak służbę. Aby uniknąć obierania ziemniaków Janek posuwa się do donosu.
JANEK I CUDZA WŁASNOŚĆ
Pojęcie własności prywatnej w filmie nie istnieje. Niemcy sami oddają swym zdobywcom to, co mają najlepsze. Pies i jego czterej panowie, kiedy mają na coś ochotę, po prostu to biorą.
JANEK I EKOLOGIA
Janek przyrody nienawidzi. Tak fauny, jak i flory. Nie znosi uwielbianych przez Czereśniaka krów. Od czasu, gdy obejmuje dowództwo, jego czołg specjalnie i bez powodu łamie drzewa. Z satysfakcją zalewa róże feldfebla Kugela. Trudno zrozumieć, dlaczego w tej sytuacji Janek uniemożliwia Niemcom wyprodukowanie broni atomowej, która rozwiązałaby przecież problem radykalnie.
JANEK I DONOSZENIE
Pierwsze spotkanie z pułkownikiem Tadeuszem mówi nam o Janku wszystko. Janek i Gustlik donoszą na kucharza (Wojciech Siemion). Pułkownik wsadza go do paki. Gdy pułkownik wypuszcza Siemiona, Janek wścieka się. Donosicielstwo, skarżenie na towarzyszy broni jest w brygadzie normą. Kabluje równo Wichura, donosi Lidka. Chorąży Zenek jest po prostu kapusiem. Nie donosi jedynie Czereśniak, który jest popychlem, ciulem i, last but not least, czereśniakiem.
OJCZYZNA JANKA
Jankowi dobrze jest na Syberii. Do domu nie tęskni, gdyby nie znalazł ojca, to wróciłby na Syberię. Tam jest czysto, ludzie żyją na poziomie. Mężczyźni są zadbani i ogoleni, kobiet nie ma w ogóle.
PRZYSZŁOŚĆ JANKA
Przyszłość Janka jest oczywiście świetlana. Już w Berlinie został awansowany do stopnia oficerskiego (nie matura... !). Żona - Rosjanka - ułatwia drogę do sowieckich akademii im. Woroszyłowa, Żukowa, Koniewa. To z kolei otwiera drogę do generalicji LWP. W ten sposób spełniłaby się przepowiednia Gustlika, który już w Sielcach wróży Jankowi generalskie szlify. Relatywnie niski poziom wykształcenia ogólnego - sześć klas szkoły powszechnej - nie stanowi żadnej przeszkody. W czasie inwazji na Czechosłowację Janek świętowałby czterdzieste urodziny, trzynaście lat później z grupą rówieśników Janek mógłby założyć Wojskową Radę Ocalenia Narodowego. Ewentualny alkoholizm (Janek pierwszy spirytus wypija mając szesnaście lat) również może w karierze pomóc.
PARADOKS JANKA KOSA
Janek, jak to wykazałem wyżej, jest człowiekiem zimnym, wyrachowanym, skrajnym egoistą. Nie wyznaje żadnych zasad, poza zasadą własnej korzyści. Nie wierzy w przesądy. Może siorbać i nie musi myć szyi. Jest nielojalny w stosunku do ludzi, matki, ojca, ojczyzny, nawet w stosunku do zwierząt. Nie musi wynosić śmieci i chodzić do szkoły. Donosi, jest zwolennikiem twardych represji. Może pić wódkę i palić papierosy. Jest wyrozumiały i wielkoduszny jedynie w stosunku do samego siebie. Nie musi się uczyć, odrabiać lekcji. Otoczenie nie szczędzi mu pochwał, zaszczytów, prezentów. Może deptać trawniki i niszczyć zabytki. Kobiety za nim szaleją, choć traktuje je poniżej wszelkiego poziomu. Nikt go nie wychowuje, nie zwraca mu nigdy uwagi. Wszyscy ubiegają się o względy Janka. Jest on leniwym, kapryśnym, złym chłopcem, którego, nieco wbrew logice, wszyscy kochają. Każdy by chciał mieć takie życie.
I to jest jedyny sekret sukcesu serialu "Czterej pancerni i pies". Pomyśleć, że był nagradzany także za wysokie walory wychowawcze.
--------------------
[Przypis - to już ja, MB] Tytani kreatywnej myśli reklamowej skonsumowali jednak topos czterech pancernych - z efektem raczej mniej niż średnim. To już sympatyczniej ogląda się tych młodych Białorusinów.
Swego czasu Gazeta Wyborcza zabawiała czytelników konkursem na opisanie dalszych losów ekipy serialu. Na ogół większość uczestników zabawy zgadzała się, że Gustav Hirsch żyje teraz w Republice Federalnej. Większość również uznała, że Czereśniak działa w "Samoobronie". Sądzono też powszechnie, że małżeństwo Janka z Marusią nie potrwało długo. W najbardziej pesymistycznych wersjach Grigorij szybko wysłał do lagru swoją polską żonę, Lidkę bo przeszkadzała mi w dobrze zapowiadającej się karierze enkawudzisty.
piątek, 27 lutego 2009
Wicherek
Mój poprzedni wpis dostąpił łaski mądrego i prostego komentarza, co zachęciło mnie do przypomnienia sobie o kolejnej telewizyjnej urban legend sprzed lat, a dotyczącej (wspomnianego wcześniej) Wicherka czyli Czesława Nowickiego. Wicherek ze skądinąd nudnej pracy telewizyjnego zapowiadacza pogody krzesał etiudy aktorskie. Środki techniczne były mizerne - ot, drewniana tablica z mapą Europy, na której przed programem należało narysować kredą fronty atmosferyczne i wszystkie wyże oraz niże. Przynosił więc do studia jakieś okazałe grzyby, przerośnięte, czy zrośnięte warzywa - wprowadzał element dynamicznego zaskoczenia w skądinąd koturnową rzeczywistość telewizorni. Poprzez te przeróżne eksponaty był kimś w rodzaju alchemika i czarodzieja, a nie kolejną nudną gadającą głową. Widownia intuicyjne czuła, że jest w tym, co mówi Wicherek znacznie więcej prawdy niż we wszystkich poprzedzających prognozę wiadomościach razem wziętych. I tak w zasadzie było - jedynym dorocznym serwitutem ideologicznym była konieczność nieodstraszania ludu pracującego miast i wsi od masowego wzięcia udziału w pochodach pierwszomajowych. Czasami też informacje z posiedzeń Biura Politycznego, konferencji sprawozdawczo - wyborczych i ważnych wizyt partyjno - rządowych w zaprzyjaźnionych krajach zabierały tyle czasu, że Nowickiemu zostawało na prognozę piętnaście sekund.
Urban legend, która żyje i ma się wyjątkowo dobrze, związana z jego zniknięciem z ekranu. Wiadomo: był chłop i go nie ma. W popularniejszym wariancie zniknięcie miało związek z jakimś lapsus linguae, czymś w rodzaju "Wiatry ze wschodu nie przynoszą nigdy nic dobrego", bądź innym równie obrazoburczym tekstem. Po czymś takim Wicherek musiał zniknąć z anteny, albowiem ugodził boleśnie w sojusze. Breżniew pół nocy nie spał ze zmartwienia.
W wersji bardziej dramatycznej (którą uwiarygodniały czarne okulary, w których , wskutek kłopotów ze wzrokiem, zaczął występować Nowicki), Wicherek, będąc agentem CIA lub czegoś równie złowieszczego, w ramach działalności swojej siatki agenturalnej pokazywał na mapie Polski lokalizacje baz radzieckich względnie wyrzutni rakietowych. Pod pretekstem pokazywania frontów czy kierunków wiatru, czy też miejsca wyrastania szczególnie dorodnych borowików. Inni agenci to skrupulatnie obserwowali i notowali przekazując następnie wrogim ośrodkom - rzecz całą wykryły o czasie odpowiednie służby, Wicherka wysłano na Sybir lub do piachu, zastępując go nie do końca czystą rasowo Elżbietą Sommer czyli Chmurką. A wystrychnięte na dudka i pozbawione źródeł informacji CIA musiało szukać kontaktu z Kuklińskim, z wiadomym skutkiem.
Tymczasem po prostu Nowicki się zestarzał, utył i nie przystawał wyglądem do obrazu, jaki chciała przekazywać widzom telewizja epoki gierkowskiej. Nadto nie zamierzał rezygnować z kariery dziennikarza prasowego na rzecz telewizyjnej - stąd jeszcze, za ekranowego żywota "Wicherka" pojawiła się zmienniczka, "Chmurka".
Większa krzywda się zresztą Nowickiemu nie przydarzyła - w tych czasach kilkanaście lat "życia w telewizorze" było sporym kapitałem, który spieniężało się przez następne kilkanaście lat - występami na turnusach FWP, w domach kultury, remizach, na koncertach, akademiach ku czci i ku zaśnięciu. Wszyscy chcieli zobaczyć i usłyszeć jak rzeczywiście wygląda Wicherek i czy faktycznie gruby. Wtedy zapewne, ku uciesze gawiedzi, powstała historyjka o całowaniu misia. Po połowie lat 80, gdy Wicherek przestał być powszechnie rozpoznawaną ikoną, zaczął konsumować swoje doświadczenie estradowe, zakładając efemeryczny kabaret "Barometr". Zdążył zagrać (samego siebie) w kilku filmach. Między innymi w "Nie lubię poniedziałku", ukazując się zaspany i w piżamie włączającej telewizor wcześnie rano kobiecie i tłumacząc, że o tej porze żadnego programu nie ma. Zmarł w 1992. Został, jako ten Miś, mimowolnym kontestatorem i obalaczem reżymu.
Urban legend, która żyje i ma się wyjątkowo dobrze, związana z jego zniknięciem z ekranu. Wiadomo: był chłop i go nie ma. W popularniejszym wariancie zniknięcie miało związek z jakimś lapsus linguae, czymś w rodzaju "Wiatry ze wschodu nie przynoszą nigdy nic dobrego", bądź innym równie obrazoburczym tekstem. Po czymś takim Wicherek musiał zniknąć z anteny, albowiem ugodził boleśnie w sojusze. Breżniew pół nocy nie spał ze zmartwienia.
W wersji bardziej dramatycznej (którą uwiarygodniały czarne okulary, w których , wskutek kłopotów ze wzrokiem, zaczął występować Nowicki), Wicherek, będąc agentem CIA lub czegoś równie złowieszczego, w ramach działalności swojej siatki agenturalnej pokazywał na mapie Polski lokalizacje baz radzieckich względnie wyrzutni rakietowych. Pod pretekstem pokazywania frontów czy kierunków wiatru, czy też miejsca wyrastania szczególnie dorodnych borowików. Inni agenci to skrupulatnie obserwowali i notowali przekazując następnie wrogim ośrodkom - rzecz całą wykryły o czasie odpowiednie służby, Wicherka wysłano na Sybir lub do piachu, zastępując go nie do końca czystą rasowo Elżbietą Sommer czyli Chmurką. A wystrychnięte na dudka i pozbawione źródeł informacji CIA musiało szukać kontaktu z Kuklińskim, z wiadomym skutkiem.
Tymczasem po prostu Nowicki się zestarzał, utył i nie przystawał wyglądem do obrazu, jaki chciała przekazywać widzom telewizja epoki gierkowskiej. Nadto nie zamierzał rezygnować z kariery dziennikarza prasowego na rzecz telewizyjnej - stąd jeszcze, za ekranowego żywota "Wicherka" pojawiła się zmienniczka, "Chmurka".
Większa krzywda się zresztą Nowickiemu nie przydarzyła - w tych czasach kilkanaście lat "życia w telewizorze" było sporym kapitałem, który spieniężało się przez następne kilkanaście lat - występami na turnusach FWP, w domach kultury, remizach, na koncertach, akademiach ku czci i ku zaśnięciu. Wszyscy chcieli zobaczyć i usłyszeć jak rzeczywiście wygląda Wicherek i czy faktycznie gruby. Wtedy zapewne, ku uciesze gawiedzi, powstała historyjka o całowaniu misia. Po połowie lat 80, gdy Wicherek przestał być powszechnie rozpoznawaną ikoną, zaczął konsumować swoje doświadczenie estradowe, zakładając efemeryczny kabaret "Barometr". Zdążył zagrać (samego siebie) w kilku filmach. Między innymi w "Nie lubię poniedziałku", ukazując się zaspany i w piżamie włączającej telewizor wcześnie rano kobiecie i tłumacząc, że o tej porze żadnego programu nie ma. Zmarł w 1992. Został, jako ten Miś, mimowolnym kontestatorem i obalaczem reżymu.
czwartek, 26 lutego 2009
Jak to z Misiem było?
Polska Wikipedia w zeszłym roku była areną małej a uporczywej wojny edycyjnej. Wojenka wybuchła na tle Misia z okienka. Był to legendarny program typu dobranocka dla dziatwy, realizowany bardzo dynamicznym montażem, szybkimi ujęciami, z oszałamiającymi jak na owe czasy efektami technicznymi. Głównie jednym, zamykaniem owego tytułowego okienka, naprzeciw którego stała całe dziesięć minut jedna kamera. Przed kamerą zaś, pacynka misia rozmawiała sobie z aktorem, na różne, najczęściej wokółksiążkowe tematy. Scenarzystką programu była Wanda Szerewicz (której talent rozkwitł później "Porą na Telesfora"). Miś mówił głosem Danuty Przesmyckiej (Lolka z czasów, gdy Bolek i Lolek się udźwiękowili), w roli dorosłego najpierw występował Bronisław Pawlik, a po nim Stanisław Wyszyński.
Program pamiętam (jak przez mgłę, ale pamiętam), co nie bardzo się zgadza z datami emisji podawanymi przez Wikipedię, ale być może były to jakieś odcinki wznawiane z telerecordingu. Od niepamiętnych czasów z "Misiem z okienka" wiązana jest historia o mocy urban legend, historia o całowaniu misia.
Redaktorzy Wikipedii nie mogli przez dłuższy czas uzgodnić, kto kazał drogim dzieciom całować misia (bo gdzie, to było od początku jednoznacznie ustalone). Czy to był Bronisław Pawlik, zastąpiony wskutek tego ekscesu Stanisławem Wyszyńskim, czy wręcz przeciwnie, dziatwie nabluzgał na żywo pijany Stanisław Wyszyński, który dostał z tego powodu telewizyjny wilczy bilet i program wznowiono po jakimś czasie z Bronisławem Pawlikiem. Według obecnej wersji Wikipedii milusińskich namawiał do pieszczot Stanisław Wyszyński.
Tadeusz Zakrzewski w książce "Dziennik telewizyjny - grzechy i grzeszki" przypisuje jednak ten bon-mot Pawlikowi, może dlatego, że ów zmarł siedem lat temu i replikować nie będzie. Stanisław Wyszyński żyje spokojnym życiem aktorskiego emeryta, od czasu do czasu gra jakieś epizody w serialu "Plebania" - może warto zaczerpnąć wiedzy u źródła? Dwa tygodnie temu spytał Wyszyńskiego dziennikarz "Przekroju" - "Żaden z nas nic takiego nie powiedział. To wszystko robota Wicherka" – zapewnił Wyszyński. Według niego słynny wówczas prezenter pogody zwany Wicherkiem wymyślił tę anegdotę dla potrzeb licznych w tym czasie spotkań z widzami, na które jeździł po całym kraju. Sam Bronisław Pawlik stwierdził kiedyś w wywiadzie, że obserwując karierę tej legendy niezmiernie żałuje, że nigdy nie wypowiedział tych słów.
Mimo dementi - anegdota żyje swoim życiem. Powtarza ją Jerzy Gruza w "Telewizyjnym alfabecie wspomnień". Są ci, którzy zaklinali się, że widzieli i słyszeli - a przynajmniej znają kogoś, kto widział i słyszał. Czytając różne internetowe fora można dowiedzieć się, że do całowania misia namawiał Jan Suzin względnie Mieczysław Czechowicz (to akurat łatwe do wytłumaczenia i to na dwa niezależne sposoby - Czechowicz był głosem innego misia, Misia Uszatka, poza tym młody Wyszyński był dość podobny - z wyglądu i barwy głosu - do młodego Czechowicza). Redaktor Warzecha z 'Faktu' (w dyskusji na s24) również jest zwolennikiem "teoryj Czechowiczowskich", o tyle mylnych, że z tym akurat misiem Czechowicz nie miał naprawdę nic wspólnego.
Inne, oboczne wersje przypisują tekst Tadeuszowi Bartosikowi względnie Wojciechowi Duryaszowi (pewno dlatego, że obaj misiowaci i puszyści). Niektórzy wierzą święcie, że to Pawlik "zaklęty był w misia" i jako miś to powiedział. Inni jeszcze robią z Pawlika bohatera walki z reżymową cenzurą ("ale im przywalił!"). Pewna zaś 42-latka żali się na swoim blogu: "Czasami osoby na których nam zależy też zachowują się jak ten miś. Najpierw nas mamią zasłonkami, piosenkami, podrygiwaniem, miłymi słówkami a kiedy oddamy im już całe swoje serce mówią nam to samo... A teraz kochane dzieci pocałujcie misia... ". Czas wyrosnąć ze świata nieudanych metafor?
Twierdzi się też, że słynna kwestia padła jednak z ust Czechowicza. Ale innego, kapitana. I przed mikrofonem "Wolnej Europy". I na tym właśnie polegało owo zadanie do wykonania.
Program pamiętam (jak przez mgłę, ale pamiętam), co nie bardzo się zgadza z datami emisji podawanymi przez Wikipedię, ale być może były to jakieś odcinki wznawiane z telerecordingu. Od niepamiętnych czasów z "Misiem z okienka" wiązana jest historia o mocy urban legend, historia o całowaniu misia.
Redaktorzy Wikipedii nie mogli przez dłuższy czas uzgodnić, kto kazał drogim dzieciom całować misia (bo gdzie, to było od początku jednoznacznie ustalone). Czy to był Bronisław Pawlik, zastąpiony wskutek tego ekscesu Stanisławem Wyszyńskim, czy wręcz przeciwnie, dziatwie nabluzgał na żywo pijany Stanisław Wyszyński, który dostał z tego powodu telewizyjny wilczy bilet i program wznowiono po jakimś czasie z Bronisławem Pawlikiem. Według obecnej wersji Wikipedii milusińskich namawiał do pieszczot Stanisław Wyszyński.
Tadeusz Zakrzewski w książce "Dziennik telewizyjny - grzechy i grzeszki" przypisuje jednak ten bon-mot Pawlikowi, może dlatego, że ów zmarł siedem lat temu i replikować nie będzie. Stanisław Wyszyński żyje spokojnym życiem aktorskiego emeryta, od czasu do czasu gra jakieś epizody w serialu "Plebania" - może warto zaczerpnąć wiedzy u źródła? Dwa tygodnie temu spytał Wyszyńskiego dziennikarz "Przekroju" - "Żaden z nas nic takiego nie powiedział. To wszystko robota Wicherka" – zapewnił Wyszyński. Według niego słynny wówczas prezenter pogody zwany Wicherkiem wymyślił tę anegdotę dla potrzeb licznych w tym czasie spotkań z widzami, na które jeździł po całym kraju. Sam Bronisław Pawlik stwierdził kiedyś w wywiadzie, że obserwując karierę tej legendy niezmiernie żałuje, że nigdy nie wypowiedział tych słów.
Mimo dementi - anegdota żyje swoim życiem. Powtarza ją Jerzy Gruza w "Telewizyjnym alfabecie wspomnień". Są ci, którzy zaklinali się, że widzieli i słyszeli - a przynajmniej znają kogoś, kto widział i słyszał. Czytając różne internetowe fora można dowiedzieć się, że do całowania misia namawiał Jan Suzin względnie Mieczysław Czechowicz (to akurat łatwe do wytłumaczenia i to na dwa niezależne sposoby - Czechowicz był głosem innego misia, Misia Uszatka, poza tym młody Wyszyński był dość podobny - z wyglądu i barwy głosu - do młodego Czechowicza). Redaktor Warzecha z 'Faktu' (w dyskusji na s24) również jest zwolennikiem "teoryj Czechowiczowskich", o tyle mylnych, że z tym akurat misiem Czechowicz nie miał naprawdę nic wspólnego.
Inne, oboczne wersje przypisują tekst Tadeuszowi Bartosikowi względnie Wojciechowi Duryaszowi (pewno dlatego, że obaj misiowaci i puszyści). Niektórzy wierzą święcie, że to Pawlik "zaklęty był w misia" i jako miś to powiedział. Inni jeszcze robią z Pawlika bohatera walki z reżymową cenzurą ("ale im przywalił!"). Pewna zaś 42-latka żali się na swoim blogu: "Czasami osoby na których nam zależy też zachowują się jak ten miś. Najpierw nas mamią zasłonkami, piosenkami, podrygiwaniem, miłymi słówkami a kiedy oddamy im już całe swoje serce mówią nam to samo... A teraz kochane dzieci pocałujcie misia... ". Czas wyrosnąć ze świata nieudanych metafor?
Twierdzi się też, że słynna kwestia padła jednak z ust Czechowicza. Ale innego, kapitana. I przed mikrofonem "Wolnej Europy". I na tym właśnie polegało owo zadanie do wykonania.
środa, 25 lutego 2009
Prosto z mostu
Tekst powstawał w zamiarze komentarza do wpisu na blogu AndSola, jednak urodził się za długi, więc aby nie zabierać miejsca umieszczam go tutaj.
----------------------------------------------------------------------
Problem, jaki mam z "Prosto z mostu" jest dokładnie tej samej natury o której wspomniał Telemach. Antysemityzm współczesny gdzieś się tam kryje po kruchtach, w których wyłożone są pisemka Bubla, wśród Farfałów i innych Wierzejskich (którzy wstydliwie się odcinają od własnych korzeni, gdy tylko na jakiś świecznik, nawet improwizowany trafią), na falach radiomaryjnych, wśród elukubracji profesorów Nowaka i Bendera, na stronkach internetowych Wiechowskiego, wśród list nieprawdziwych Polaków. Gdzieś z boku, gdzieś wstydliwie schowany, zamieciony pod dywan.
"Prosto z mostu" natomiast było... mainstreamem. W podtytule "Tygodnik literacko - społeczny". Wśród publikujących Miciński, Parnicki, Iłłakowiczówna. O muzyce pisał Konstanty Regamey. Jeśli szukać przedwojennych wierszy Gałczyńskiego - znajdzie się je w "Prosto z mostu" właśnie.
Toutes proportions gardees to mniej więcej tak, jakby Szymborska, Barańczak i Tokarczuk weszli w skład redakcji jakiegoś pisemka, które zajmowało by się egzegezą "Protokołów mędrców Syjonu" a w części 'Porady Kulinarne' skupiało na demaskowaniu składników macy.
Przesadzam? Niekoniecznie. Popatrzmy na jeden jedyny numer, ten który zawiera tekst przytoczony przez AndSola. Jakie inne smaczki tam się kryją, jakie aromaty i dekokty?
Strona pierwsza. Redaktor naczelny omawia książkę Nowaczyńskiego o Chopinie. Dwie szpalty wytrzymał, ale w trzeciej już nie mógł: "w kraju, którego miasta opanowali ruchliwi Żydzi (...) jakże zachować własną linię, jakże się nie dać zbić z tropu (...) jakże nie cierpiąc instynktownie Żydów wybrnąć z sytuacji, że jednak oni właśnie zapełniają sale koncertowe, popierają i narzucają się na mecenasów?"
Dalej strona pierwsza. Dział "W kraju i na świecie", rubryka "Budżet w Sejmie": "Przy dyskusji nad budżetem Ministerstwa Przemysłu i Handlu niemałą sensację wywołał okazały komplet garbatonosych urzędników towarzyszących ministrowi. Wiadomo powszechnie, że jest to jedno z najbardziej zażydzonych ministerstw. Nie sądzono jednak, aby było już tak źle, że nawet do wystąpień zewnętrznych nie można dobrać grona o wyglądzie aryjskim".
Strona druga. Duży tekst Kazimierza Wyrzykowskiego o "Faraonie" Prusa. Oczywiście o Żydach też jest, w kontekście "emigracji z Egiptu", ale bez nawiązań współczesnych. Punkt dla redakcji.
Strona trzecia. Wspomnienie o pobycie Romana Dmowskiego w Mitawie. Znowu nic, nawet wzmianka, że autorce "Hirszfeld wydał się bliski". Kolejny punkt. Ale za to niżej Gałczyński, martyrologicznie:
Strona czwarta. Dział "Tydzień kulturalny". Przygoda Karola Irzykowskiego w Poznaniu, który w Pałacu Działyńskich wygłosił prelekcję o współczesnej dramaturgii w Polsce. W dyskusji, która się wywiązała, niejaki Antoni Chocieszyński, podpułkownik w stanie spoczynku, sekretarz generalny Związku Polskiego zauważył "iż przyczyną zła jest zatracenie przez dramaturgię naszą ideologii polskiej i zejście na manowce żydowskiego szmoncesu. Jako zaś ilustrację rozdroża, na którym znajduje się twórczość literacka w Polsce, przytoczył p. Chocieszyński fakt złożenia przez prelegenta (...) ofiary na uchodźców żydowskich, gdy równocześnie polskie dzieci na Polesiu puchną z głodu". Pan Chocieszyński rozesłał również do gazet ("przypominając w końcu opinii polskiej") pełną listę renegatów, którzy, jak pisał Gałczyński "na żydów podali składkę" pomimo opuchnięć narodowych tu i ówdzie (między innymi Jerzy Andrzejewski, Józef i Maria Czapscy, Józef Czechowicz, Maria Kuncewiczowa, Zofia Nałkowska, Adolf Rudnicki).
Dalej strona czwarta - lista widocznie jest niekompletna, bo redakcja podaje drugą, dodatkową, z komentarzem, że zawiera nazwiska drugorzędne (wśród nich znalazłem St. I. Witkiewicza), pochylając się nad jednym, Aleksandra Zelwerowicza, dyrektora Teatru Narodowego, opatrując je następującym komentarzem: "Teraz rozumiemy już dlaczego tak a nie inaczej wygląda repertuar tych teatrów (...) który miał służyć polskiej twórczości literackiej, a służy żydowskiej farsie".
Wciąż "Tydzień kulturalny". Redakcja omawia memoriał muzyków orkiestry Filharmonii Warszawskiej takimi pełnymi ciepła i empatii słowami "pomoc orkiestrze Filharmonii niewątpliwie się należy - ale chyba dopiero wtedy, gdy składać się ona będzie z muzyków umiejących pisać po polsku, bo ten nalewkowy styl, jakim zredagowany jest memoriał, nikogo nie może wprowadzić w błąd".
Dalej czwarta strona, w kontekście budżetu Ministerstwa Oświaty mowa o powołaniu uniwersyteckich katedr antropologii. I nawet wiadomo, czym owe katedry miałyby się zajmować: "Jednym przeto z postulatów od dawna głoszonych przez polską antropologię jest zniesienie koedukacji, zarówno w odniesieniu do mieszanych szkół męsko - żeńskich jak również - polsko żydowskich". W skrócie chodzi o to, że żydowska młodzież jest jakoby "zdolniejsza" od nieżydowskiej. Jak nie będzie miała od kogo, to nie będzie.
Strona piąta. "Pogromowe drobiazgi" Louisa Ferdinanda Coline w tłumaczeniu Michała Małka. Tutaj już wprost, tak jak tytuł obiecuje, bez niedomówień, o "żydowskim guanie", o "żydowskiej fetornej tandecie" i o tym, że "Żyd tak chroni się od prawdy, jak wąż od mangusty". O "chochołach kokaino - literackich kręcących się w żydowskich pissuarach", i o tym, że "obrzezane żydy kastrują Aria z jego naturalnego uczuciowego rytmu". Mimo, że nie ma jeszcze katedr antropologii autor dzieli się z czytelnikiem przepotwornym odkryciem: "Żyd to murzyn, rasy semickiej nie ma, rasa semicka to wymysł masona. Żyd to produkt skrzyżowania negrów z barbaro - azjatami", którego "niższość biologiczna w naszym klimacie jest oczywista". Autor śmiało zmaga się również z wszechświatowym żydostwem na polu krytyki literackiej - i Chesterton i Faulkner i Dos Passos to oczywiście wszystko Żydzi.
I na tejże stronie piątej, pod tym rynsztokiem, wetknięta reklama "Zakładu Krawiectwa Dziecinnego" i recenzja z koncertu filharmonicznego pióra Regameya. Grali, jak należy domniemywać i jak czytelnika uświadomiono na poprzedniej stronie, ci co po polsku nie potrafią pisać bez akcentu z Nalewek.
Na stronie szóstej opisany przez AndSola artykuł, obok inny, o szkolnictwie na Podhalu - tam o Żydach nic a nic (racje mieli Niemcy z tym Goralenvolkiem, może czytali "Prosto z mostu"). Strona siódma - recenzje filmowe, teatralne, omówienia wystaw. Znów nic o Żydach - czyżby jednak nie było aż tak źle w tej kulturze?
Strona ósma. Cytowany kilka dni temu przez AndSola Karol Zbyszewski omawia postać margrabiego Wielopolskiego. Z wszystkich rzeczy złych, najgorsze to, że "lubił Żydów, zrównał ich zupełnie w prawach z resztą obywateli; jedyne to z jego działalności, co przetrwało". Oprócz tego rysunek satyryczny (!?) o "sejmowych interpelacjach w kwestii żydowskiej". Omówienie premier w teatrach krakowskich i wileńskich, znów całkiem bez Żydów.
Po co ja to wszystko? Otóż niech sobie współczesny czytelnik wyobrazi jakiś współczesny tygodnik głównego nurtu ("Polityka", "Wprost", "Przekrój", cokolwiek z tej półki), który by poświęcał tyle energii, miejsca, czasu i zachodu jednej obsesji (nie musi być żydowska). Współczesny czytelnik, mimo sporej imaginacji, będzie miał spory kłopot. I to mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy.
----------------------------------------------------------------------
Problem, jaki mam z "Prosto z mostu" jest dokładnie tej samej natury o której wspomniał Telemach. Antysemityzm współczesny gdzieś się tam kryje po kruchtach, w których wyłożone są pisemka Bubla, wśród Farfałów i innych Wierzejskich (którzy wstydliwie się odcinają od własnych korzeni, gdy tylko na jakiś świecznik, nawet improwizowany trafią), na falach radiomaryjnych, wśród elukubracji profesorów Nowaka i Bendera, na stronkach internetowych Wiechowskiego, wśród list nieprawdziwych Polaków. Gdzieś z boku, gdzieś wstydliwie schowany, zamieciony pod dywan.
"Prosto z mostu" natomiast było... mainstreamem. W podtytule "Tygodnik literacko - społeczny". Wśród publikujących Miciński, Parnicki, Iłłakowiczówna. O muzyce pisał Konstanty Regamey. Jeśli szukać przedwojennych wierszy Gałczyńskiego - znajdzie się je w "Prosto z mostu" właśnie.
Toutes proportions gardees to mniej więcej tak, jakby Szymborska, Barańczak i Tokarczuk weszli w skład redakcji jakiegoś pisemka, które zajmowało by się egzegezą "Protokołów mędrców Syjonu" a w części 'Porady Kulinarne' skupiało na demaskowaniu składników macy.
Przesadzam? Niekoniecznie. Popatrzmy na jeden jedyny numer, ten który zawiera tekst przytoczony przez AndSola. Jakie inne smaczki tam się kryją, jakie aromaty i dekokty?
Strona pierwsza. Redaktor naczelny omawia książkę Nowaczyńskiego o Chopinie. Dwie szpalty wytrzymał, ale w trzeciej już nie mógł: "w kraju, którego miasta opanowali ruchliwi Żydzi (...) jakże zachować własną linię, jakże się nie dać zbić z tropu (...) jakże nie cierpiąc instynktownie Żydów wybrnąć z sytuacji, że jednak oni właśnie zapełniają sale koncertowe, popierają i narzucają się na mecenasów?"
Dalej strona pierwsza. Dział "W kraju i na świecie", rubryka "Budżet w Sejmie": "Przy dyskusji nad budżetem Ministerstwa Przemysłu i Handlu niemałą sensację wywołał okazały komplet garbatonosych urzędników towarzyszących ministrowi. Wiadomo powszechnie, że jest to jedno z najbardziej zażydzonych ministerstw. Nie sądzono jednak, aby było już tak źle, że nawet do wystąpień zewnętrznych nie można dobrać grona o wyglądzie aryjskim".
Strona druga. Duży tekst Kazimierza Wyrzykowskiego o "Faraonie" Prusa. Oczywiście o Żydach też jest, w kontekście "emigracji z Egiptu", ale bez nawiązań współczesnych. Punkt dla redakcji.
Strona trzecia. Wspomnienie o pobycie Romana Dmowskiego w Mitawie. Znowu nic, nawet wzmianka, że autorce "Hirszfeld wydał się bliski". Kolejny punkt. Ale za to niżej Gałczyński, martyrologicznie:
"Miała matka trzech synówBardzo stylowe, w konwencji "żydy - pedały". Zdecydowanie ocalić od zapomnienia.
dwóch mądrych nie frajerów
a trzeci, co był głupi,
wszedł do Oeneru.
I zaraz siedział tydzień,
z niedzieli do niedzieli,
a bracia znakomicie
w 'Zodiaku' siedzieli.
Poprawia matka wałek,
on wraca w poniedziałek,
przewraca się na stolik,
całość go boboli -
Spłakało się matczysko,
oj, starą głową kiwa
- Poco to, Leoś, wszystko,
Straszny z ciebie dziwak
- Potrzebne toto komu,
Ta Polska, niech ją gryzą,
ty spróbuj, może homo
się zseksualizuj
- Na żydów podaj składkę,
Bormana nie obrażaj
ty swoją starą matkę
na wstyd nie narażaj".
Strona czwarta. Dział "Tydzień kulturalny". Przygoda Karola Irzykowskiego w Poznaniu, który w Pałacu Działyńskich wygłosił prelekcję o współczesnej dramaturgii w Polsce. W dyskusji, która się wywiązała, niejaki Antoni Chocieszyński, podpułkownik w stanie spoczynku, sekretarz generalny Związku Polskiego zauważył "iż przyczyną zła jest zatracenie przez dramaturgię naszą ideologii polskiej i zejście na manowce żydowskiego szmoncesu. Jako zaś ilustrację rozdroża, na którym znajduje się twórczość literacka w Polsce, przytoczył p. Chocieszyński fakt złożenia przez prelegenta (...) ofiary na uchodźców żydowskich, gdy równocześnie polskie dzieci na Polesiu puchną z głodu". Pan Chocieszyński rozesłał również do gazet ("przypominając w końcu opinii polskiej") pełną listę renegatów, którzy, jak pisał Gałczyński "na żydów podali składkę" pomimo opuchnięć narodowych tu i ówdzie (między innymi Jerzy Andrzejewski, Józef i Maria Czapscy, Józef Czechowicz, Maria Kuncewiczowa, Zofia Nałkowska, Adolf Rudnicki).
Dalej strona czwarta - lista widocznie jest niekompletna, bo redakcja podaje drugą, dodatkową, z komentarzem, że zawiera nazwiska drugorzędne (wśród nich znalazłem St. I. Witkiewicza), pochylając się nad jednym, Aleksandra Zelwerowicza, dyrektora Teatru Narodowego, opatrując je następującym komentarzem: "Teraz rozumiemy już dlaczego tak a nie inaczej wygląda repertuar tych teatrów (...) który miał służyć polskiej twórczości literackiej, a służy żydowskiej farsie".
Wciąż "Tydzień kulturalny". Redakcja omawia memoriał muzyków orkiestry Filharmonii Warszawskiej takimi pełnymi ciepła i empatii słowami "pomoc orkiestrze Filharmonii niewątpliwie się należy - ale chyba dopiero wtedy, gdy składać się ona będzie z muzyków umiejących pisać po polsku, bo ten nalewkowy styl, jakim zredagowany jest memoriał, nikogo nie może wprowadzić w błąd".
Dalej czwarta strona, w kontekście budżetu Ministerstwa Oświaty mowa o powołaniu uniwersyteckich katedr antropologii. I nawet wiadomo, czym owe katedry miałyby się zajmować: "Jednym przeto z postulatów od dawna głoszonych przez polską antropologię jest zniesienie koedukacji, zarówno w odniesieniu do mieszanych szkół męsko - żeńskich jak również - polsko żydowskich". W skrócie chodzi o to, że żydowska młodzież jest jakoby "zdolniejsza" od nieżydowskiej. Jak nie będzie miała od kogo, to nie będzie.
Strona piąta. "Pogromowe drobiazgi" Louisa Ferdinanda Coline w tłumaczeniu Michała Małka. Tutaj już wprost, tak jak tytuł obiecuje, bez niedomówień, o "żydowskim guanie", o "żydowskiej fetornej tandecie" i o tym, że "Żyd tak chroni się od prawdy, jak wąż od mangusty". O "chochołach kokaino - literackich kręcących się w żydowskich pissuarach", i o tym, że "obrzezane żydy kastrują Aria z jego naturalnego uczuciowego rytmu". Mimo, że nie ma jeszcze katedr antropologii autor dzieli się z czytelnikiem przepotwornym odkryciem: "Żyd to murzyn, rasy semickiej nie ma, rasa semicka to wymysł masona. Żyd to produkt skrzyżowania negrów z barbaro - azjatami", którego "niższość biologiczna w naszym klimacie jest oczywista". Autor śmiało zmaga się również z wszechświatowym żydostwem na polu krytyki literackiej - i Chesterton i Faulkner i Dos Passos to oczywiście wszystko Żydzi.
I na tejże stronie piątej, pod tym rynsztokiem, wetknięta reklama "Zakładu Krawiectwa Dziecinnego" i recenzja z koncertu filharmonicznego pióra Regameya. Grali, jak należy domniemywać i jak czytelnika uświadomiono na poprzedniej stronie, ci co po polsku nie potrafią pisać bez akcentu z Nalewek.
Na stronie szóstej opisany przez AndSola artykuł, obok inny, o szkolnictwie na Podhalu - tam o Żydach nic a nic (racje mieli Niemcy z tym Goralenvolkiem, może czytali "Prosto z mostu"). Strona siódma - recenzje filmowe, teatralne, omówienia wystaw. Znów nic o Żydach - czyżby jednak nie było aż tak źle w tej kulturze?
Strona ósma. Cytowany kilka dni temu przez AndSola Karol Zbyszewski omawia postać margrabiego Wielopolskiego. Z wszystkich rzeczy złych, najgorsze to, że "lubił Żydów, zrównał ich zupełnie w prawach z resztą obywateli; jedyne to z jego działalności, co przetrwało". Oprócz tego rysunek satyryczny (!?) o "sejmowych interpelacjach w kwestii żydowskiej". Omówienie premier w teatrach krakowskich i wileńskich, znów całkiem bez Żydów.
Po co ja to wszystko? Otóż niech sobie współczesny czytelnik wyobrazi jakiś współczesny tygodnik głównego nurtu ("Polityka", "Wprost", "Przekrój", cokolwiek z tej półki), który by poświęcał tyle energii, miejsca, czasu i zachodu jednej obsesji (nie musi być żydowska). Współczesny czytelnik, mimo sporej imaginacji, będzie miał spory kłopot. I to mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy.
niedziela, 1 lutego 2009
Historia jednej znajomości (archiwalia)
Czas jakiś temu zmuszony byłem odstać trochę w kolejce do okienka pocztowego. "Ogonkując" oddałem się lekturze wywieszonych na tablicy ogłoszeń 'Wzorów poprawnego adresowania'.
Uwielbiam zresztą lekturę rozlicznych informacji wywieszanych k'woli uświadomienia gawiedzi w różnych instytucjach państwowych. Poezją czystą był, na przykład wzór telegramu, wypełniony treścią (jeszcze w latach wczesnych siedemdziesiątych) "Przyjeżdżam we wtorek, wyślijcie konie na dworzec". Jeśli już kto trafił na dworzec to oczekując na przybycie koni mógł przeczytać np. "Tabelę stawek posługaczy bagażowych", gdzie w dwudziestu kilku pozycjach wyszczególniono wszelkie możliwe usługi jakie podróżnych mogły ze strony posługaczy bagażowych spotkać wraz z podaniem ich ceny. Najbardziej podobało mi się "Wyniesienie osoby niepełnosprawnej z budynku stacyjnego na peron przez dwóch posługaczy bagażowych" - 5.50 zł, dodatkowo za wniesienie niepełnosprawnego do pociągu 1.50 zł - chodzi o złotówki przeddenominacyjne, bo rzecz działa się w czasach kiedy nawet pół bagażowego trudno było uświadczyć, nie mówiąc już o dwóch (tak na oko początek lat osiemdziesiątych), a nawet jeśli jakiś się znalazł, to za nazwanie go "posługaczem" można było - zgaduję - zarobić w mazak.
No, ale kończąc dygresję - stałem sobie w kolejce i popatrywałem na te wzory. Rzecz dzieje się kameralnie, pomiędzy dwoma tylko osobami, Anną Nowak z ulicy Szarotkowej 25, 61-270 Poznań, a Janem Kowalskim z ulicy Sterniczej 12, 81-517 Gdynia. Na początku Anna Nowak wysłała do Jana Kowalskiego list zwykły, adresując go poprawnie, ba, pismem kaligraficznym, nalepiając znaczek o stosownym nominale w miejscu na to przewidzianym, podając zapobiegliwie adres zwrotny w górnym prawym rogu. Jan Kowalski bądź to (co dziwne) listu nie otrzymał, bądź nie raczył odpowiedzieć, dość, że Anna Nowak z ulicy Szarotkowej w Poznaniu zdecydowała się wysłać doń list polecony.
I tutaj wydarzenia nabierają impetu. Jan Kowalski z Gdyni nadal nie reaguje, Anna Nowak z Poznania wysyła mu przekazem zwykłym kwotę stu złotych. Nie dość tego, wkrótce wysyła mu przekazem, tym razem telegraficznym, następne sto złotych. I tu liczne pytania cisną się do gardła - odpowiedzi jednak brak. Anna Nowak z ulicy Szarotkowej 25 w Poznaniu jest osobą najwyraźniej dobrze sytuowaną materialnie - ślad tego widać w kolejnym przelewie dokonanym przez nią na konto Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, tym razem na kwotę 50 złotych jedynie. Czyżby Jan Kowalski był jej droższy niż wykształcenie? Nie wiadomo dokładnie, co Anna Nowak uzyskała za owe 50 złotych, wiadomo tylko, że ważyło to równo dwa kilogramy, bowiem o takiej wadze paczkę zwykłą Anna Nowak wysyła wkrótce Janowi Kowalskiemu. Jeszcze coś niewielkiego (500 gramów) dosyła Anna z Szarotkowej Janowi ze Sterniczej przesyłką ekspresową 'Pocztex'.
Wówczas Jan Kowalski najwyraźniej poczuł się molestowany przez Annę Nowak do tego stopnia, że zdecydował się na emigrację. Wybrał Francję, miejscowosc Le Loupe (kod pocztowy 24 280). Wzgardzona i odrzucona Anna Nowak, nadal z ulicy Szrotkowej 25 w Poznaniu, odnalazła jednak Jana Kowalskiego i do tegoż Le Loupe wysłała mu paczkę zagraniczną (zawartość: szal), dodając sarkastycznie dopisek: "upominek (cadeau), bez wartości celnej". Na tym historia się urywa. Jan Kowalski - jak zwykle - nie zareagował.
Uwielbiam zresztą lekturę rozlicznych informacji wywieszanych k'woli uświadomienia gawiedzi w różnych instytucjach państwowych. Poezją czystą był, na przykład wzór telegramu, wypełniony treścią (jeszcze w latach wczesnych siedemdziesiątych) "Przyjeżdżam we wtorek, wyślijcie konie na dworzec". Jeśli już kto trafił na dworzec to oczekując na przybycie koni mógł przeczytać np. "Tabelę stawek posługaczy bagażowych", gdzie w dwudziestu kilku pozycjach wyszczególniono wszelkie możliwe usługi jakie podróżnych mogły ze strony posługaczy bagażowych spotkać wraz z podaniem ich ceny. Najbardziej podobało mi się "Wyniesienie osoby niepełnosprawnej z budynku stacyjnego na peron przez dwóch posługaczy bagażowych" - 5.50 zł, dodatkowo za wniesienie niepełnosprawnego do pociągu 1.50 zł - chodzi o złotówki przeddenominacyjne, bo rzecz działa się w czasach kiedy nawet pół bagażowego trudno było uświadczyć, nie mówiąc już o dwóch (tak na oko początek lat osiemdziesiątych), a nawet jeśli jakiś się znalazł, to za nazwanie go "posługaczem" można było - zgaduję - zarobić w mazak.
No, ale kończąc dygresję - stałem sobie w kolejce i popatrywałem na te wzory. Rzecz dzieje się kameralnie, pomiędzy dwoma tylko osobami, Anną Nowak z ulicy Szarotkowej 25, 61-270 Poznań, a Janem Kowalskim z ulicy Sterniczej 12, 81-517 Gdynia. Na początku Anna Nowak wysłała do Jana Kowalskiego list zwykły, adresując go poprawnie, ba, pismem kaligraficznym, nalepiając znaczek o stosownym nominale w miejscu na to przewidzianym, podając zapobiegliwie adres zwrotny w górnym prawym rogu. Jan Kowalski bądź to (co dziwne) listu nie otrzymał, bądź nie raczył odpowiedzieć, dość, że Anna Nowak z ulicy Szarotkowej w Poznaniu zdecydowała się wysłać doń list polecony.
I tutaj wydarzenia nabierają impetu. Jan Kowalski z Gdyni nadal nie reaguje, Anna Nowak z Poznania wysyła mu przekazem zwykłym kwotę stu złotych. Nie dość tego, wkrótce wysyła mu przekazem, tym razem telegraficznym, następne sto złotych. I tu liczne pytania cisną się do gardła - odpowiedzi jednak brak. Anna Nowak z ulicy Szarotkowej 25 w Poznaniu jest osobą najwyraźniej dobrze sytuowaną materialnie - ślad tego widać w kolejnym przelewie dokonanym przez nią na konto Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, tym razem na kwotę 50 złotych jedynie. Czyżby Jan Kowalski był jej droższy niż wykształcenie? Nie wiadomo dokładnie, co Anna Nowak uzyskała za owe 50 złotych, wiadomo tylko, że ważyło to równo dwa kilogramy, bowiem o takiej wadze paczkę zwykłą Anna Nowak wysyła wkrótce Janowi Kowalskiemu. Jeszcze coś niewielkiego (500 gramów) dosyła Anna z Szarotkowej Janowi ze Sterniczej przesyłką ekspresową 'Pocztex'.
Wówczas Jan Kowalski najwyraźniej poczuł się molestowany przez Annę Nowak do tego stopnia, że zdecydował się na emigrację. Wybrał Francję, miejscowosc Le Loupe (kod pocztowy 24 280). Wzgardzona i odrzucona Anna Nowak, nadal z ulicy Szrotkowej 25 w Poznaniu, odnalazła jednak Jana Kowalskiego i do tegoż Le Loupe wysłała mu paczkę zagraniczną (zawartość: szal), dodając sarkastycznie dopisek: "upominek (cadeau), bez wartości celnej". Na tym historia się urywa. Jan Kowalski - jak zwykle - nie zareagował.
niedziela, 18 stycznia 2009
Respect your elders - or be eaten by bears

Prorok Elizeusz nie jest pierwszoplanową postacią Starego Testamentu. Być może z powodu poniżej (2 Król. 2:23-24) opisanej przygody:
Stamtąd poszedł do Betel. Kiedy zaś postępował drogą, mali chłopcy wybiegli z miasta i naśmiewali się z niego wzgardliwie, mówiąc do niego: «Przyjdź no, łysku! Przyjdź no, łysku!» On zaś odwrócił się, spojrzał na nich i przeklął ich w imię Pańskie. Wówczas wypadły z lasu dwa niedźwiedzie i rozszarpały spośród nich czterdzieści dwoje dzieci.
A Lenin uśmiechnąłby się tylko i poszedł dalej.
Zabawną ekwilibrystykę uprawiają różne internetowe serwisy religijne. Najpocieszniej jest tutaj: żadne tam dzieci, tylko gang wyrostków. "Bóg musiał ich ukarać, gdyż inaczej postawa lekceważenia wobec Słowa Bożego i Jego proroków rozszerzyłaby się jeszcze bardziej." No po prostu trudna decyzja Starszego Pana, wybór mniejszego zła w trosce o reputację. Zresztą, jak piszą owiani duchem chrześcijańskiego miłosierdzia autorzy strony "możemy być pewni, że postawa ta nie wzięła im się z nikąd, ale zapewne wynieśli ją ze swoich domów". Dziadkowie w KPP, rodzice czytają Wyborczą, niedaleko rośnie jabłoń od ulęgałek. Inaczej do zagadnienia podchodzi niejaki o. Jacek Salij - Wszechmocny chciał przypieprzyć w bałwochwalcze sanktuarium w Betel, drogą akurat szły dzieci... na drodze prorok, przy drodze las... łatwo o tragedię. Dziecięce trupki zawsze przemawiają do wyobraźni. I ta precyzja w obliczeniach - akurat 42. Po oczku na misia.
Ksiądz Tadeusz Hanelt (z serwisu katolik.pl), najwyraźniej naoczny świadek wydarzeń, pisze: "dzieci zaczęły go wyśmiewać i rzucać w niego kamieniami". Jasne, obrona konieczna, każdy sąd by uniewinnił. Mały Gość Niedzielny odnotowuje również to wydarzenie, ale w ślad za Księgą Hioba (12:7) radzi: "Zapytaj zwierząt – pouczą". Nauczki brane bezpośrednio od niedźwiedzi nie wychodzą jednak na zdrowie.
Ks. Henryk Witczyk w Tygodniku Powszechnym wynajduje natomiast okoliczności łagodzące. Znaczy Elizeusz tylko przeklął w Imię Pańskie, nie nasłał osobiście niedźwiedzi. Niedźwiedzie sobie akurat przechodziły. A przeklęci smakują lepiej (to rodzaj marynaty). Zresztą Elizeusz kiedy indziej wskrzeszał (nie tych samych, ale wskrzeszał), więc to nie tak, że jest 42:0. Jest dokładnie 44:1 (w drugiej połowie wskrzesił dziecko Szunemitki, ale zabił ogniem z nieba dwóch pięćdziesiątników).
W każdym bądź razie, jak mawiają zazwyczaj na koniec takich opowieści... and God lived happily ever after.

PS. Wykorzystane ilustracje pochodzą z internetu (stąd i stamtąd)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
