czwartek, 28 lutego 2013

Madame Faust


Na Sprawę Makropulos w warszawskim Teatrze Wielkim cieszyłam się od dawna, w związku z pewnym projektem, który mam „na tapecie”, a który dotyczy gotyckich wizerunków diw – i nie zawiodłam się. Przedstawienie było wysmakowane plastycznie, pięknie zagrane i odśpiewane, nawet „dźwięki” (tzn. nowoczesna muzyka) nie przeszkadzały, gdyż dzieło ma melodyjną uwerturę i wbijający w fotel finał. Przy tym dawno już nie widziałam na operowej scenie tak inteligentnej i poruszającej (a nieznanej mi dotychczas) opowieści.

Elina Makropulos jest primadonną i ma 337 lat. Po stuleciach ucieczek i ukrywania się pod coraz to innym zmienionym nazwiskiem przyjeżdża do Pragi, gdzie właśnie dobiega końca sprawa sądowa o spadek, rozgrywająca się pomiędzy jej odległymi potomkami. Elina wie, że wśród sterty zapomnianych papierzysk znajduje się tajemnicza formuła nieśmiertelności, zapisana wieki temu przez jej ojca, cesarskiego lekarza. Chce ją odzyskać i wreszcie pozbyć się ciążącego jej brzemienia wiecznego życia.

Nieśmiertelność - jedno z największych marzeń ludzkości, przedmiot (lekko licząc) połowy literatury gotyckiej. Czy rzeczywiście byłaby nie do zniesienia? Nawet w parze z drugim „świętym Graalem” – wieczną młodością? Elina posiadła sekret w wieku lat szesnastu; po ponad trzech stuleciach wygląda (przynajmniej w libretcie) na najwyżej 30 i wciąż olśniewa urodą. Doktor Faust (wielokrotnie) obiecał za to duszę diabłu…

Z tym, że Elina Makropulos jest Faustem mimo woli. Nigdy nie pragnęła nieśmiertelności, sławy, zastępów utytułowanych kochanków. Jako podlotek padła ofiarą naukowego eksperymentu ojca, który bał się podać niesprawdzoną formułę władcy, więc wypróbował ją na własnej córce. Myślał, że czar nie podziałał i wkrótce umarł ze zszarganą opinią szarlatana i fantasty. Elina nie umarła. W swoich kolejnych „wcieleniach” opanowała do perfekcji sztukę śpiewu, przyciągając bogatych protektorów. Nie czuła do nich nic. Z czasem, jak mówi, „nudzi już bycie dobrą, nudzi bycie złą”, nudzi bycie w ogóle. Pieniądze wydają się trywialne, sztuka płytka, seks mechaniczny, umierający dokoła ze starości (zda się, dopiero co poznani) ludzie tylko irytują. Czy Faust też znudziłby się mądrością?

Być może największym problemem Eliny jest wieczna samotność, uporczywe trwanie w zmieniającym się świecie. Co zaskakujące, nieśmiertelna diwa nie jest wampirem – nikogo nie morduje w świetle księżyca, nie wysysa krwi. Nawet żaden diabeł się przy niej nie kręci. Jej jedyną winą – ale w oczach pozostałych postaci, niewybaczalną – jest to, że żyje dłużej od innych. Dlatego musi się ukrywać, uciekać, wiecznie zacierać ślady. Kiedy w przypływie kaprysu (lub desperacji) ujawnia się przed jednym z dawnych kochanków, to jest początek jej końca. Powiedzenie: „Jestem Elina Makropulos. Mam 337 lat. Nie umieram, nie starzeję się. Nie wiem dlaczego. Tak wyszło” absolutnie nie wchodzi w grę – kiedy wreszcie to stwierdzenie pada, to w atmosferze absolutnego skandalu. Przez całe przedstawienie zadawałam sobie pytanie dlaczego.

Co ciekawe, tam jest jeszcze jedna śpiewaczka. Krista (Krystyna), córka prowadzącego sprawę prawnika. Aż chciałoby się zapytać, czy Karel Čapek lub Leos Janaček słyszeli o tej innej Krystynie, równie młodej, naiwnej i pozbawionej wiary w siebie. Tutejsza też ma zamożnego narzeczonego (syna jednego z domniemanych spadkobierców), ale wydaje się, że najbardziej, może nie do końca świadomie, zafascynowana jest Eliną (a konkretnie jej najnowszym awatarem). Śpiewać jak Elina - być Eliną! - staje się jej największym marzeniem, wręcz obsesją. Narzeczony, Janek, tego nie rozumie – w końcu to tylko śpiewaczka, wystarczy trochę czasu i pracy, a Krista też może osiągnąć podobny artyzm. Najbardziej zaskakuje więc – i moim zdaniem jest to jedyna „skucha” w fabule tej opery – że to Janek (a nie jego ojciec, ani pra-prawnuk Eliny, ani wariat Housek – wszystko jej byli lub obecni kochankowie) z powodu primadonny strzela sobie w głowę. Gdzie się podział lojalny (i odrobinę drobnomieszczański) narzeczony? Zaczarowała go ta upiorzyca, czy jak? Samej Eliny śmierć Janka nie obeszła, wręcz z trudem kojarzy, kto to był (ach tak, syn tego nadętego dupka, z którym poszła do łóżka żeby odzyskać cenny dokument, a który potem jeszcze stroił fochy, że nie wykazywała entuzjazmu i była zimna niczym trup…).

W końcu wszyscy, którzy przeżyli, spotykają się na sali sądowej – w sprawie, która z banalnego procesu o majątek staje się niemal aferą kryminalną. Elina w dramatycznej arii wyjawia swoją prawdziwą tożsamość, jakby przyznawała się do ostatecznej zbrodni. Zrealizowała swój cel, odzyskała manuskrypt ojca. Nie jest do końca jasne, co dalej. Czy i tak umiera, bowiem „wieczność” w jej wypadku liczyła sobie 300 lat? Czy musi zniszczyć zaklęcie, a może wystarczy przekazać papier kolejnej „Madame Faust”? Elina podaje go Kriście – jako podarunek-pokusę, okup za zdradę i samobójstwo Janka, sekret mistrzyni przekazywany adeptce. „Weź, będziesz śpiewać jak ja. Będziesz żyć jak ja. Na zawsze.” Krista, prawdę mówiąc, nie ma już nic do stracenia. Miłość (w osobie Janka) okazała się źródłem upokorzenia i bólu. Rozwiała się nadzieja na „normalne życie” u boku zamożnego męża; na horyzoncie majaczy widmo staropanieństwa przy tetryczejącym ojcu. Tak czy inaczej – gorycz, rozczarowanie, samotność. To wszystko, co z własnego doświadczenia zna Elina. Ale jest jeszcze ambicja, scena, sztuka. Czy doskonałe piękno wystarczy za pocieszenie? Krista bierze dokument i podpala go od zapalniczki. Woli być nikim niż Faustem. Elina odchodzi (w libretcie rozsypuje się w proch). Kurtyna.

A ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że strasznie szkoda zmarnowanego talentu Kristy, jej wyrzuconego do ognia życia. W imię czego? Strachu, potulności odróżniającej „dobre kobiety” od „potworów”? Pustoty? W końcu po co nieśmiertelność (a nawet „tylko” 300 lat) komuś, kto składa się niemal wyłącznie z ciała (świadczącego usługi seksualno-opiekuńcze), czym wypełni czas? Czy naprawdę historia Madame Faust byłaby opowieścią o niemożliwości – bo każda kobieta jest ciałem uwikłanym w relacje rodzinno-romantyczne i niczym więcej? Jutro idziemy na Traviatę – kolejne ładne, popsute ciałko, ech…

4 komentarze:

Miętówka pisze...

Są rzeczy, z którymi sie zgadzam, i takie, z którymi niekoniecznie.
Bo fakt, to, że nieśmiertelność Eliny była w ten sposób odbierana przez otoczenie, jako wina, niezmiernie mnie intrygowało. I można by długo o tym pisać w kontekście zawiści albo strachu przed nieznanym i przed przekraczaniem granic „człowieczeństwa”.
Ale ja tu chciałam o czym innym. Po pierwsze - kwestia Janka. Mnie wcale nie dziwi, że to właśnie on zdecydował się na taki krok. „Upiorzyca” wcale go nie zaczarowała - wręcz przeciwnie, był jedynym, który zaczarować sie nie dał, bo mu się to wszystko w jego światopoglądzie nie mieściło. I wolał sie zabić niż próbować cokolwiek z tego, co sie działo, ogarnąć. Można oceniać jego zachowanie w kategoriach pozytywnych lub negatywnych, ale skuchą fabularną raczej ciężko to nazwać.
A co do ostatniego akapitu – Naprawdę wierzysz, że lepiej jest wybrać nieśmiertelność (zimną, pustą i ogromnie nużącą – przecież nasza Madame Faust wcale nie jest najszczęśliwsza, prawda?) w pakiecie ze sławą, uznaniem i Artyzmem, zamiast w pełni doświadczać każdego momentu prawdziwego życia, pełnego emocji, gorąca i powietrza w płucach, choćby było najmniej Artystyczne na świecie? Nie podoba mi się pewna doza pogardy jaką obdarzasz postać Kristy. Wybrała życie i człowieczeństwo, a to w jej sytuacji wybór wymagający odwagi i dojrzałości, i droga dużo, dużo trudniejsza. Oczywiście początkowo pragnienie bycia Eliną jest zrozumiałe, znam z mojej nastoletniej autopsji ten typ fascynacji. Ale gdyby zdecydowała się na nieśmiertelność po tym, jak poznała całą historię, to właśnie byłoby w mojej opinii dowodem niemalże skrajnej głupoty. Bo w tej nieśmiertelności brak poetyckości i prawdziwej, dogłębnie odczuwanej, żywej(!) sztuki. To dopiero uprzedmiotowienie – zrobienie z siebie uwielbianej przez tłumy maszynki do śpiewania. Nawet na „tylko” 300 lat.

D pisze...

Myślę, że mamy tu do czynienia z problemem natury filozoficznej: Czy dążenie do „normalności” (cokolwiek to znaczy) jest wartością? Czy dla tego dążenia winno się odrzucić wszystko, co w nas niezwykłe, przede wszystkim zaś wyjątkowy talent? Druga kwestia: Czy kobieta – i chodzi tu zarówno o Elinę, jak i o Kristę – w ogóle może być Faustem? Bohaterowie w typie Fausta poszukiwali (zwykle z całą bezwzględnością) jednej z kilku konkretnych rzeczy: Mądrości, Piękna albo Miłości (rozumianej jako transcendencja). Pojawia się zatem pytanie, czy te ideały są w ogóle dostępne dla kobiety – czy skonfrontowana z nimi nie stanie się „nie-człowiekiem”, maszynką (np. do śpiewania). Wedle konserwatywnego światopoglądu mężczyznę definiuje jego umysł, kobietę wyłącznie jej ciało – tak więc Mądrość i Piękno odczłowieczą ją, a Miłość (jedyna transcendencja do której może aspirować) jest jej dostępna wyłącznie jako macierzyństwo i czułość rodzinna. Co najmniej od II połowy XIX wieku parę pokoleń kobiet starało się dowodzić, że tak nie jest i człowiek (niezależnie od płci) jest przede wszystkim człowiekiem, a tylko kultura i tradycja ogranicza dla niektórych pełną gamę wyborów i dążeń. Od pewnego czasu mam wrażenie, że jesteśmy świadkami (przynajmniej w Polsce) kolejnej fali konserwatywnego backlashu: teorię gender nazywa się „ideologią”, gloryfikuje się macierzyństwo kosztem wszystkich innych dróg życiowych, jakie może wybrać kobieta, rozpisuje o „naturalnej” roli kobiety w domu, jako zaplecza i pomocnicy mężczyzny (ojca, męża, synów). Ja chyba już za dużo widziałam, żeby to kiedykolwiek łyknąć. A do Kristy nie czuję pogardy – tylko pomieszany z dozą irytacji żal, taki sam jak wobec każdego, kto odrzuca swoją wyjątkowość żeby wtopić się w tłum.

Miętówka pisze...

Aj, kiedy mnie właśnie zupełnie płeć Eliny i Kristy nie obchodzi, takoż związane z nią ewentualne role społeczne czy cokolwiek. I miałabym taki sam problem gdyby była to opowieść o dwóch facetach. Bo wybranie nieśmiertelności to moim zdaniem żadne rozwiązanie.

Michał Babilas pisze...

Koncept wboru "trudnej nieśmiertelności" jest trudny (bo bluźnierczy) do przyswojenia dla umysłów silnie zindoktrynowanych przez kler. Bycie nastolatką (samo w sobie nic złego) nie stawarza też dobrej perspektywy do rozyślań nad nieśmiertelnością: 1 Kor. 13:11. Były jednak jakieś powody, dla których Goethe nie napisał Fausta w gimnazjum...

Najwspanialszą rzeczą, którą można zrobić dla drugiego człowieka to uruchomić mu samodzielne myślenie. Dlatego zamiast łatwych szyderstw nad kruchtowymi juweniliami, jedna uwaga, Miętówko.

Ta historia funkcjonuje wyłącznie w powiązaniu z płcią i jej rolami społecznymi. Postulowana przez Ciebie transpozycja w "opowieść o dwóch facetach" nie ma żadnego sensu. Nie można w imię dogmatów światopoglądowych ("mnie właśnie zupełnie to nie obchodzi") wycinać sobie dowolnie z integralnej historii to co nie pasuje do jedynie słusznego oglądu świata.