sobota, 4 maja 2013

Turcja 2013, pierwsze kółko.

Turcja uchodzi za kraj turystyczny. Turyści masowo zwiedzają Stambuł i śródziemnomorskie wybrzeża, a jak już któryś trafi do Kapadocji, to uważa się za wielkiego odkrywcę (też byliśmy, a co). Postanowiliśmy więc wypuścić się tam, gdzie autokary nie docierają. Wyszły z tego dwa kółka po 4 dni każde, plus na koniec Ankara, jako że pretekstem do całej tej podróży była odbywająca się tam konferencja poświęcona twórczości Henry’ego Jamesa (co Henry James miał wspólnego z Ankarą, jeszcze się może wyjaśni...).


Ani - kościół św. Grzegorza (Saint Gregory of Tigran Honents)
Ani - katedra
Za rzeczką Armenia

Pierwsze zaczęliśmy w Karsie, skąd wynajętym samochodem udaliśmy się do ruin miasta Ani, dawnej stolicy... Armenii. Do Armenii jest niedaleko, przez płot i przez rzeczkę, most (na Jedwabnym Szlaku) jednak został zniszczony chyba jeszcze w średniowieczu. Ani, dawniej podobno konkurujące z Konstantynopolem, jest obecnie bardzo zrujnowane, cóż - okolice są sejsmiczne, wojny częste, a i sąsiedztwo ormiańsko-tureckie trudne. Tak trudne, że jedyna (za to bardzo skrupulatnie) odrestaurowana budowla to późniejszy pałac jakiegoś pomniejszego namiestnika sułtańskiego. Na te wszystkie kościoły z X wieku trochę jakby zabrakło woli i energii. O ile się nic nie zmieni, to za kilka dekad zostanie już tylko przysłowiowy kamień na kamieniu.
Pałac Icka Paszy
Ishakpasha Palace od wewnątrz
Z Ani pojechaliśmy do miasteczka Dogubeyazit, leżącego pod samym Araratem, ze 30 kilometrów od granicy z Iranem. Oprócz samej wielce malowniczej góry czekał tam na nas przepiękny pałac niejakiego Ishaka Paszy - jeśli tak mieszkał jakiś pomniejszy kurdyjski królik, to można sobie tylko wyobrazić rezydencje poważniejszych władców. Zresztą jakby nie interpretować, to Ishak zapewne był Izaakiem, toteż trudno jakąś konsystentną politykę historyczną stosować.

Ararat właściwy (5137m) i mały (3925m)

Wytęż wzrok i znajdź arkę. A za górą - Iran.
W pobliżu Araratu, bezpośrednio przy granicy irańskiej, znajduje się siedziba strażnika Arki Noego. Arka Przymierza w Etiopii dozorowana jest przez jakiegoś dziewięćdziesięciolatka wyposażonego w muszkiet z czasów wojny trzydziestoletniej. Arka Noego, a w zasadzie jej domniemany odcisk w skale posiada strażnika imieniem Hassan, który w towarzystwie dwóch bardzo małoletnich wnuczek prowadzi “muzeum”, za co otrzymał ponoć medal od władz Rumunii i drugi z Ukrainy.
Erzurum - Yakutie medressi
Jest herbata - jest impreza
Z Dogubayazit pojechaliśmy do Erzurum, malowniczo położonej stolicy tureckiego narciarstwa. Oprócz białych atrakcji w okolicach, miasto proponuje odwiedzającym kilka meczetów i medres (wszystko oczywiście z czasów dostojnie średniowiecznych) oraz grobowce trzech - no właśnie nie wiadomo: mędrców, męczenników, bohaterów (a może tylko bogaczy), tak stare, że już zupełnie nie wiadomo, kogo w nich pochowano. Erzurum ze znanych nam miast najbardziej przypomina Konię, przez którą jedzie się do Kapadocji. To już zdecydowanie Azja.
Bliżej świata: antenty satelitarne na ruderach; przypomina się Polska wczesnych lat 90 ubiegłego wieku.
Jednym z najbardziej zaskakujących odkryć była wielka sympatia tutejszych mieszkańców dla Polaków, a także fakt, że całkiem sporo wschodnich Turków bywało lub wybierało się w nasze strony (często jako stypendyści Erazmusa). Oczywiście, niekiedy “przyjaźń” ma wymiar handlowy (dużo rzadziej niż w rejonach turystycznych), ale całkiem często jest zupełnie bezinteresowna. Ot, po prostu chcą pogadać, pochwalić się, że mówią trochę po angielsku (albo niemiecku), wypić z kimś herbatę, udzielić jakichś rad, czy po prostu się zdziwić naszą obecnością.

Oskvank - katedra
Świadectwem skomplikowanej historii regionu są też “gruzińskie doliny” (Georgian Valleys) na trasie z Erzurum z powrotem do Karsu. W wioseczkach zagubionych w głębokich górskich dolinach znajdują się ukryte bizantyjskie kościoły z VIII-X wieku, niektóre wciąż w niezłym stanie. W takim np. Oskvank, składającym się obecnie z kilku rozklekotanych domków wznosi się imponujących rozmiarów katedra, prawie kompletna jeśli nie liczyć zawalonego dachu. Równie niesamowite są kościoły w Bagbasi i Ishan. Samochód rzęzi na pierwszym biegu pokonując kilkukilometrowe podjazdy, trudno sobie wyobrazić, jak dostarczono materiał na budowę i kto w ogóle z niej później korzystał na tym odludziu. Czegoś jednak o tym wczesnym średniowieczu nie wiemy.

Kars - katedromeczet
Sam Kars wygląda miejscami jak mniejsza i bardziej zapuszczona Odessa, a to z powodu rosyjskiego panowania nad miastem w XIX wieku, czego efektem jest spora liczba klasycystycznych i eklektycznych budynków, w różnym obecnie stopniu degradacji.  Przykładem zmiennych losów Karsu jest kościół św. Apostołów z połowy X wieku, który w swojej historii był katedrą potem meczetem potem znów katedrą, potem znów meczetem, potem magazynem, potem muzeum. Teraz znów jest meczetem, co pewno świadczy o religijnym odrodzeniu w Turcji.

Jest też akcent polski w Karsie. January Suchodolski, znany skądinąd jako proto-Kossak i autor malowideł ku pokrzepieniu serc, po czterdziestce, gdy już namalował wszystkie swoje napoleoniana, oddał swój pędzel na usługi cara Mikołaja I, słowem został kolaborującym renegatem, ilustrującym przewagi wojsk rosyjskich. Oblężenie Karsu malował z wyobraźni, więc miasto jest jakby ze złej strony cytadeli (w rzeczywistości oddzielone od niej rzeką). Na obrazie dzielni Moskale pod dowództwem znanego skądinąd generała Paskiewicza przygotowują się do odbicia miasta z rąk pohańców.
Kars - widok na cytadelę




2 komentarze:

Wojciech Kubalewski pisze...

Nic mądrego nie napiszę w komentarzu, ale wyznam, że przeczytałem i obejrzałem z przyjemnością. Ah: dziwnie słabo umocniona ta granica armeńsko-turecka.

Wojciech

Jarosław Wagner pisze...

A mnie zatkało... po całości... i pozazdraszczam :)