wtorek, 1 maja 2018

Ogrodnik podmiejski (10). Przebiśniegi (po sezonie)

Pisząc o przebiśniegach trudno uniknąć banalnych fraz o zwiastunach wiosny i ogólnie taniego sentymentalizmu. Czasem trudno też odróżnić śnieżycę wiosenną (Leucojum vernum) od śnieżyczki przebiśnieg (Galanthus nivalis) - zwłaszcza, że aż do połowy XVIII wieku botanicy uparcie mylili te dwie rośliny lub też łączyli je ze sobą w jeden rodzaj. Dla celów diagnostycznych: u śnieżyc wszystkie sześć listków okwiatu jest równych, podczas, gdy u przebiśniegów zewnętrzne trzy są wyraźnie dłuższe. Nadto jeszcze statystycznie częściej spotkasz przebiśniegi niż śnieżyce.

Nazwy ludowe są też wspólne. Co prawda Linde zauważa, że gładysz to nie to samo, co gładyszek, ale nie zniża się już do objaśniania, co jest czym i dlaczego. Doroszewski podaje również nazwę śniegułka, cytując Konopnicką (“Pan Balcer w Brazylii”: “Kwiat ci to prawy był i szczerobiały, Jak ta śniegułka w czarnym boru wiosną.” - to w opisie Salci, dziewczęcia, które mało co nie zgwałcił był jakiś lubieżny “Szwab”).

Ksiądz Kluk w swoim Dykcyonarzu roślinnym… pisze: Galanthus nivalis. Śnieżyca ranna. Korzeń ma trwały i bardzo rozmnażający się. Kwitnie zaraz po śniegach. Kwiaty są białe, w kupki zgromadzone. Dziko u nas rosnącey tey rośliny nie widziałem, lecz tylko w ogrodach zabawnych dla rannego kwiatu. Oyczyzną iey są góry Wiedeńskie, Trydentskie i inne. Co trzy lata na końcu czerwca dobędą się z ziemi korzenie: poleżą gdzie aż do sierpnia, dopiero w sierpniu posadzą się kupkami po 20 i więcey, a naylepiey pod drzewami lub w mieyscach cienistych.

Tenże ksiądz Kluk w swoim wcześniejszym dziele (Roślin potrzebnych, pożytecznych, wygodnych, osobliwie kraiowych, albo które w kraju użyteczne być mogą, utrzymanie, rozmnożenie i zażycie) daje taki opis: Leucoium bulbosum. Schneetropffen. Maią cebulki małe żółtawe, które w każdey ziemi mocno się rozmnażaią. Kwitną wszystkie biało, mnieysze częstokroć ieszcze w śniegu, większe nieco późniey. Wykopuią się tylko wtedy, gdy się nazbyt rozmnożą.

Pierwszy opis przebiśniegu znajdujemy u Teofrasta (Historia plantarum), który daje nazwę leucoion (leucos - biały, ion - fiołek), przechwyconą później przez śnieżycę (Leucojum). Późniejsi, XVI wieczni botanicy, określali przebiśniegi terminem Leucojum bulbosum, bądź, za Pliniuszem (Naturalis historia), Viola alba względnie Viola bulbosa. Wreszcie Linneusz w roku 1753 zrobił porządek z terminologią: niczym Bóg Ojciec pierwszego dnia stworzenia oddzielił śnieżycę od przebiśniegu i wprowadził nazwę rodzajową Galanthus z gatunkiem typowym (jedynym podówczas znanym) Galanthus nivalis. Dla kompletności obrazu etymologia (grecka): gala - mleko, anthos - kwiat i łacińska: nivalis - śnieżny. Na początku XIX wieku było jeszcze trochę zamieszania z przenoszeniem przebiśniegów z rodziny Liliaceae do (świeżo wyodrębnionej) Amarylidaceae, ale to już tylko dla historyków botaniki.

Nazwy w językach europejskich albo sugerują wynurzanie się spod śniegu (francuskie perce-neige, rosyjski подснежник), albo spadanie razem ze śniegiem (angielskie snowdrop, czeska sněženka, dawne niemieckie Schneetropfen). Ciekawa jest tradycyjny angielski desygnat Candlemas bells, wiążący przebiśniegi ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego). Tylko po serbsku (i chorwacku), nie wiedzieć czemu visibaba (to znaczy dokładnie to, na co brzmi).

Przebiśnieg ma pewien (nieduży) związek z mitologią. Pamiętamy wszyscy Odyseję: na wyspie zamieszkałej przez Kirke towarzysze herosa zamienieni zostali podczas uczty przez czarodziejkę w świnie (według innej wersji - zachowywali się jak świnie). Jeden jedyny Odyseusz nie poddał się transformacji, albowiem dostał od Hermesa roślinne antidotum. Homer (w tłumaczeniu Lucjana Siemieńskiego) precyzuje dalej, że “Z ziemi wyrwane, dziwną mocą obdarzone: Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka, Moly zwie się u bogów. Dotąd nie ma człeka, Który by je wykopał. Wszystko w mocy bożej!” Są pewne przesłanki, że chodziło tutaj o przebiśniegi (choć Linneusz chyba niezbyt starannie czytał wieszcza, bo nadał nazwę Allium moly żółto kwitnącemu czosnkowi złocistemu).

Otóż radziecki farmakolog Michaił Maszkowski zaobserwował w 1951 na Uralu, że tubylcy wcierali sobie w skronie kwiaty przebiśniegów w charakterze środka przeciwbólowego, a dekokt z całych roślin podawano dzieciom chorym na polio dla złagodzenia objawów paraliżu. Zafascynowany tą obserwacją podjął badania nad wpływem ekstraktów z przebiśniegu na mięśnie i mózgi zwierząt laboratoryjnych, dochodząc do konkluzji, że galantamina (alkaloid pozyskany z cebulek) chroni neuroprzekaźniki w mózgu przed uszkodzeniami przez toksyny i choroby. Pierwszą syntetyczną galantaminę (Nivalin) opatentowali Bułgarzy w 1959, skąd pomału rozpełzła się na cały świat. Dziś jest cennym lekiem opóźniającym postępy choroby Alzheimera. W 1983 dwóch Amerykanów opublikowało artykuł sugerujący, że i w przypadku Odyseusza galantamina uchroniła go przed zatruciem. Słabością tej teorii jest to, że domniemana trucizna (Datura stramonium, bieluń dziędzierzawa, po śląsku pindyrynda) jest rośliną Nowego Świata i nie była znana w antyku (choć, jeśli zakładamy, że Kirke jako córka Heliosa miała moce boskie, wszystko zaczyna się układać w spójną i logiczną całość).

Innym związkiem występującym w przebiśniegach jest trująca aglutynina (lektyna). W latach 80 ubiegłego wieku wszczepiono przebiśniegowy gen odpowiedzialny za produkcję lektyn do ziemniaka w celu jego ochrony przed szkodliwymi owadami. Lektynami zajmował się Árpád Pusztai, węgierski emigrant (po rewolucji z 1956), od dziesięcioleci pracujący w Szkocji. W roku 1999 zdecydował się przejść na drugą stronę barykady i ogłosił wyniki badań nad szczurami żywionymi zmodyfikowanymi ziemniakami sugerujące deformacje (zgrubienia) ścian ich jelit. Obecnie Pusztai jest męczennikiem walki z roślinami transgenicznymi, przykładem nawróconego złoczyńcy i ikoną całego ruchu non-GMO.

Rodzaj obejmuje około 20 gatunków, z których najpowszechniejszy jest krajowy Galanthus nivalis, występujący w całej Europie Południowej i znacznej części Środkowej (w Polsce dociera mniej więcej do linii Poznań-Warszawa). W wielu miejscach poza granicą naturalnego zasięgu (Wielka Brytania, USA) introdukowany, bądź zbiegły z parków i ogrodów. Jedna z większych kolekcji przebiśniegów mieści się w parku Colesbourne (Cotswolds, UK). Dziadek obecnego właściciela, Henry John Elwes, był znanym botanikiem (naturalistą, jak się mawiało w owych czasach, bo jego zainteresowania obejmowały też entomologię, ornitologię, dendrologię i łowiectwo). Podczas jednej z podróży po Turcji odkrył i opisał nazwany później jego nazwiskiem (Galanthus elwesii) gatunek przebiśniegu niemal dwukrotnie wyższy i nieco wcześniej kwitnący niż dotychczas znane. Z innych, potencjalnie interesujących ogrodniczo gatunków, wspomnieć należy odkryty na Kaukazie Galanthus woronowii (ten gatunek ma znów liście o wiele szersze niż inne) oraz przebiśnieg królowej Olgi (Galanthus reginae-olgae), który zachowuje się trochę jak zimowity: kwitnie na jesień, a liście wypuszcza wiosną. Trochę botanicy mają z tym taksonem kłopotu, bo występuje na Sycylii, Peloponezie, Epirze oraz w Bośni i nie we wszystkich lokalizacjach kwitnie jesienią (im bardziej na północ, tym bardziej jednak na wiosnę). Cebulki przebiśniegu krymskiego (Galanthus plicatus) przywożone były do Wielkiej Brytanii przez żołnierzy powracających z wojny krymskiej - kwitnienie przebiśniegów było jedną z niewielu atrakcji niemal rocznego oblężenia Sewastopola - co spowodowało eksplozję zainteresowania przebiśniegami na Wyspach Brytyjskich w epoce wiktoriańskiej.

Angielscy galantofile (hobby dla wytrwałych pasjonatów - z uwagi na porę kwitnienia, rozmiar roślin i w sumie niewielką zmienność morfologiczną w obrębie rodzaju) wyhodowali ponad dwa i pół tysiąca odmian przebiśniegów - za cebulki najdroższych z nich płaci się kilkaset funtów, co jest w sumie niegroźnym szaleństwem.

Przebiśniegi na małą, domową skalę rozmnaża się (podobnie jak śnieżycę wiosenną) najlepiej przez podział rozrośniętych kęp, przy czym najlepszą porą na to jest… wiosna, tuż pod koniec kwitnienia. Tak podzielone rośliny zdążą się jeszcze przez zakończeniem wegetacji ukorzenić i oswoić nieco z nowym stanowiskiem. Należy pamiętać, że zazwyczaj na przełomie maja i czerwca po nadziemnych częściach przebiśniegów nie ma już śladu. W handlu można nabyć cebulki przebiśniegów w sierpniu, ale jest to dość ryzykowne, bo bardzo łatwo przesychają. Jeśli zakup jest nieunikniony, to należy cebulom starannie sprawdzić turgor, wsadzić do ziemi bez zbędnej (ba! żadnej!) zwłoki i dobrze podlać.

Wolniejsza, ale wydajniejsza metoda to rozmnażanie przebiśniegów z siewu. Nasiona kiełkują szybko, lecz dochowanie się kwitnących roślin zajmuje mniej więcej sześć lat. Ja wysiewam przebiśniegi do ażurowej skrzyneczki, którą zagłębiam nieco w ziemi i zapominam o niej na kilka lat. Nie należy spóźniać się ze zbiorem nasion, gdyż wyposażone są w elaiosomy, tak zwane ciałka mrówcze, które zawierają dużo (z punktu widzenia mrówki) tłuszczów i węglowodanów. Mrówki zbierają nasiona przebiśniegów i znoszą do mrowisk; po objedzeniu elaiosomów nasiona wynoszone są poza gniazda - ten sposób rozsiewania się botanicy nazwali myrmekochorią.

Wybór stanowiska dla przebiśniegów nie jest rzeczą trudną, o ile będziemy podglądać i naśladować naturę. Gleba żyzna i wilgotna (przebiśniegi rosną w lasach liściastych, z dostępem do kompostu liściowego, a krótki okres wegetacji powoduje, że muszą “jeść szybko”). Jeśli słońce, to tylko wczesną wiosną, później cień, żeby cebule nie wysychały. Gleba raczej lekko zasadowa niż kwaśna, więc odpada sąsiedztwo wrzosów, różaneczników, azalii i większości iglaków (u mnie przebiśniegi dobrze koegzystują z cisami). Dobrym pomysłem jest podsadzanie przebiśniegami leszczyny czy innych drzew owocowych. W odróżnieniu od śnieżycy wiosennej źle znoszą stanowiska zbyt mokre, bagienne, regularnie zalewane. Raczej polany i skraje lasów niż łąki i trawniki.

Przebiśniegi są zapylane przez pszczoły (pierwszy pożytek na przedwiośniu), jakkolwiek możliwe jest też samozapylenie. Ich kwiaty wykazują termonastię - reakcję na bodziec termiczny, polegającą na różnym tempie wzrostu zewnętrznych i wewnętrznych listków okwiatu w różnych temperaturach (czego efektem jest otwieranie i zamykanie kwiatów).



3 komentarze:

kwik pisze...

Jeden z autorów - Plaitakis - jest Grekiem i zdaje się wybitnym neurologiem, więc raczej powinien wiedzieć, że Kirke nie mogła użyć amerykańskiego bielunia. Mamy przecież nasze europejskie psiankowate, takie jak lulek, lulecznica czy pokrzyk wilcza jagoda, zawierające te same alkaloidy tropanowe. A "Stramonium Poisoning" w tytule (mam nadzieję) zostało użyte tylko jako powszechnie zrozumiałe określenie zespołu antycholinergicznego wywołanego tymi alkaloidami.

Michał Babilas pisze...

In dubio pro reo, choć pobieżna kwerenda googlowa łączy (przynajmniej na pierwszych trzech stronach) "stramonium poisoning" z gatunkiem Datura stramonium li tylko.

kwik pisze...

Mnie dotarcie do prawdy kosztowałoby całe 15 USD, więc nie będę się upierał. Jeśli ktoś ma dostęp do Clinical Neuropharmacology to tu znajdzie.