wtorek, 28 października 2008

Mój własny Faust (szkic inscenizacji)

Słyszeliśmy w niedzielę w warszawskim Teatrze Wielkim wykonanie Fausta Gounoda – słyszeliśmy, bowiem na tę „inscenizację” nie dało się patrzeć. Ja Fausta uwielbiam i naprawdę nie spodziewałam się, że taki "samograj" można zepsuć - a jednak można. "Tworzę teatr nie-interpretujący, to zadanie pozostawiam widzom" - puszył się reżyser w przedpremierowej rozmowie z jakąś gazetą. Ja w takim razie zdecydowanie wolę mieć do czynienia z interpretacją, z którą się nawet nie zgadzam, niż z kimś, kto by udowodnić swą wielkość od reżyserii się powstrzymuje (ale chyba już od brania kolosalnych honorariów nie, bo z tego co słyszałam, z uwagi na wysokość tantiemy spektakl pójdzie w Warszawie tylko 4 razy). Wizji jakiejkolwiek - dramaturgicznej czy plastycznej - jako rzekłam, nie było. Były groteskowe makijaże i miny takie jaką demonstruje sam twórca w tym wywiadzie . Była pusta przez większość przedstawienia scena niewypełniona kompletnie niczym, z zawieszoną w dalekim tle płaską dekoracją w stylu "pikseloza". Było "odkrywcze" spostrzeżenie kostiumografa (Wilson przecież nie-interpretuje!) że Faust i Mefisto to w istocie ta sama osoba (ja na to wpadłam jakieś 15 lat temu). Po jedynym ciekawym plastycznie fragmencie przedstawienia - pierwszym akcie w olbrzymiej bibliotece, gdy wszystko opustoszało, a na scenę wykuśtykał chór ubrany w identycznie skrojone szarobure kostiumy, wyłączyłam wizję i uznałam, że znalazłam się na wykonaniu koncertowym. I wtedy zaczął się zupełnie inny Faust - taki, jakiego nikt, nigdy i nigdzie zapewne mi nie zagra. Symboliczny, intertekstualny, zwielokrotniony i par excellence operowy. Ale ja nie nazywam się Wilson…

Faust - jak nie było w Warszawie

Akt I

Scena podzielona jest na trzy obszary: na dolnym poziomie po lewej stronie gabinet Fausta, po prawej inne pomieszczenie chwilowo zaciemnione - ponad oboma poziom górny.
W gabinecie Fausta panuje nieład. Na podłodze walają się książki, nuty, ubrania, rekwizyty teatralne, jakieś naukowe przybory. Pod ścianą stoją nieduże organy (to ważne i jeszcze się przyda), z drugiej strony, obok zaciemnionego pomieszczenia, na ścianie umocowane jest duże lustro.

Faust nie jest ani młody ani stary – a raczej dość dojrzały żeby czuć zgorzknienie, ale wciąż dość młody, by być w stanie wielkim wysiłkiem woli się z tego podnieść. Ubrany w czarny garnitur i białą koszulę (koniec XIX wieku). Nie wierzy w nic i chce umrzeć. Gdy śpiewa o wstającym nowym dniu, powoli rozświetla się górna część sceny i okazuje się, że jesteśmy w teatrze, na próbie – „rolnicy” są przebranymi w kostiumy chórzystami, „młode dziewczęta” to corps de ballet. Faust od niechcenia bawi się buteleczką trucizny; już niemal nalewa płyn do typowo teatralnego kielicha i przymierza się, by spełnić toast do swojego odbicia w lustrze, kiedy za lustrem zapala się światło (widać jakąś garderobę) i wchodzi Mefistofeles. Wygląda identycznie jak Faust. Grzebie w stercie rzeczy, wyciąga jakąś partyturę, wciska doktorowi w ręce. Wskazuje ręką w stronę sceny, gdzie właśnie próbuje solistka-Małgorzata. W chwili, gdy Faust odkłada truciznę na bok i wznosi toast do Małgorzaty pustym kielichem, Mefisto przebiera się w leżący gdzieś na podłodze długi szkarłatny płaszcz, kapelusz z piórami i zakłada maskę (jakąkolwiek, byle wyglądał dostatecznie teatralnie i diabelsko). Faust się nie przebiera, w ogóle się nie zmienia; zmieniło się jedynie to, że po raz pierwszy od dawna (i zapewne ostatni) poczuł nadzieję, że jego życie może się zmienić.

Akt II

Zmiana dekoracji. Scena teatralna. Właśnie dobiegła końca próba. Studenci, żołnierze, mieszczanie, kobiety to tylko aktorzy ćwiczący do przedstawienia. Teraz odpoczywają, piją, jedzą, flirtują. Walenty jest jednym z nich – śpiewając swoją arię wręcza Małgorzacie, swojej narzeczonej, pierścionek na łańcuszku. Ona reaguje na to bez namiętności, po bratersku, ale przyjmuje podarunek i wychodzi odprowadzana szarmancko przez Siebela. Ważne: Siebel i Walenty ubrani są w identyczne stroje; Siebel jednak zachowuje się bardziej wyraźnie jak wielbiciel, a nie jak kolega z zespołu.

Nadchodzi Mefisto w czerwonym płaszczu. Robi duże zamieszanie – przy arii o złotym cielcu (dla efektu dodałabym nad sceną kołyszący się żyrandol) rzuca Wagnerowi (reżyser? dyrygent?) partyturę (na okładce napisane: FAUST). Dokucza Walentemu i Siebelowi (zdążył wrócić). Musi być widać, że Walenty i Siebel to ta sama osoba: wykonują te same gesty itp. Gdy scena pustoszeje, przychodzi Faust – Mefisto każe mu stanąć z boku, z reżyserem. Zespół kontynuuje próbę, tańczą walca. Gdy przychodzi Małgorzata, Faust wręcza jej partyturę (zabrał Wagnerowi) oraz różę. Solistka jest spłoszona, ale wkłada kwiatek w dekolt, potem oddala się. Balet dalej tańczy walca.

Akt III

Na dolnym poziomie znajdują się drzwi do garderoby Małgorzaty i zaciemniona przestrzeń (już wiemy, że to gabinet Fausta). Powyżej opustoszała w tej chwili scena.

Mefisto niepostrzeżenie dostaje się do garderoby przez ruchome lustro i podkłada szkatułkę z klejnotami. Siebel zostawia swój bukiet pod drzwiami. Faust patrzy przez lustrzaną szybę na pokoik Małgorzaty (aria Salut demeure chaste et pure…) Małgorzata zabiera szkatułkę z garderoby i śpiewając pieśń o królu Thule idzie na scenę – jest bardzo zaskoczona, że w środku jest prawdziwa biżuteria. Podczas arii z klejnotami reszta sceny jest zaciemniona, w tle widać siedzącą publiczność, która na koniec bije brawo. Marta (garderobiana) rozmawia z Małgorzatą po udanym przedstawieniu. Już ma z nią iść do garderoby, gdy nadchodzą Mefisto z Faustem. Marta z Mefistem zostają na scenie, siadają z boku przy stoliku (ewentualnie w bocznej loży), Mefisto przynosi jej bombonierkę. Flirtują i rozrzucają złotka od czekoladek, podczas gdy druga para schodzi na dół.

Faust odprowadza Małgorzatę do jej garderoby, oboje są strasznie onieśmieleni, w końcu Małgorzata żegna się i odchodzi, niemal ucieka. Mefistofeles wychodzi na proscenium i odprawia swoje czary – scena zjeżdża na dół, widać teraz tylko ją. Jest całkiem pusta, po deskach snuje się dym. Małgorzata i Faust wspólnie próbują do przedstawienia - Faust stoi z nutami i patrzy w partyturę, Małgorzata śpiewa (duet Laissez-moi… aż do „eternelle”, wtedy książka wypada Faustowi z ręki). Do duetu „oh nuit d’amour” stoją obok siebie, Faust tuż za Małgorzatą, obejmując ją. Kiedy już mają się pocałować, na moment gaśnie światło, a kiedy się zapala, okazuje się, że Małgorzata obejmuje Mefistofelesa. Odpycha go przestraszona, scena podjeżdża do góry. Mefisto znika, a Faust nadbiega z kulisy i kontynuują duet (divine purete…). Ponieważ Małgorzata jest mocno zalękniona, Faust znów odprowadza ją do garderoby, z pełną rewerencją, umawiają się na jutro.

Faust ma ochotę przylać Mefistowi, gdy się spotykają, ale ten ciągnie go natychmiast do jego gabinetu, skąd we dwóch patrzą jak Małgorzata wspomina swoją schadzkę, wdzięcząc się przed lustrem. W kulminacyjnej scenie, za sprawą Mefista lustro otwiera się, a Faust i Małgorzata padają sobie w ramiona.

Akt IV

Garderoba Małgorzaty/ gabinet Fausta. Małgorzata rozpacza przed zamkniętym lustrem; siedząc przy toaletce, ze smutkiem rozpakowuje paczuszkę, gdzie znajdują się buciki niemowlęce. Tu może nastąpić – wycinana zazwyczaj – scena z Siebelem, który nieskutecznie próbuje ją pocieszyć, Małgorzata jednak wciąż czeka na Fausta. Na scenie powyżej trwa próba chóru. Fausta nigdzie nie ma, natomiast za ścianą jest Mefistofeles, który gra sobie na organach, a potem dręczy znękaną wyrzutami sumienia Małgorzatę, odzywając się do niej zza lustra. Rolę chóru demonów odgrywają artyści próbujący piętro wyżej, plotkujący o Małgorzacie.

Powrót żołnierzy odbywa się jako „teatr w teatrze”, Siebel-Walenty (czyli jednym słowem Rywal) bije się z myślami – oczywiście ktoś „życzliwy” już mu doniósł o zdradzie Małgorzaty. Jej samej nie ma, siedzi w garderobie i płacze. Gdy scena pustoszeje (zostaje tylko Walenty i Siebel) pojawiają się Faust i Mefisto. Mefisto machając nogami buja się na żyrandolu i śpiewa swoje złośliwe kuplety, Faust bezskutecznie stara się go uciszyć; Walenty nie słuchając błagań Siebela wciska Faustowi do ręki szablę (rekwizyt teatralny) i zmusza do pojedynku. To jest moment na stereotypowe powiewające koszule i porządną bijatykę. Gdy Walenty pada ciężko raniony, widz zauważa, że na piersi Siebela też jest krwawa plama. Faust ucieka, Mefisto znika (wraz z żyrandolem), na scenę wbiega chór, a za nimi Małgorzata. Walenty zrywa jej z szyi łańcuszek z zaręczynowym pierścionkiem, przeklina ją i umiera; w tej samej chwili Siebel również pada martwy.

Akt V

Pusta scena. Mefisto ustawia rekwizyt-tron i każe Faustowi siadać. Faust czyni to niechętnie i rozpoczyna się Noc Walpurgii. Corps de ballet występuje jako corps de ballet i wdzięczy się przed Faustem ile się da. Mefisto prezentuje solistki: bliskowschodnią piękność, potem jedną z baletnic, romantyczno-gotycką królewnę, uczennicę w mundurku (całkiem współczesnym). Faust patrzy na to wszystko coraz bardziej przerażony, z rosnącym niedowierzaniem. Piękne dziewczęta wpychają mu się na kolana, próbują go całować - Faust stara się je odgonić, Mefisto się śmieje. Tymczasem Małgorzata piętro niżej rozbija lustro w garderobie i przechodzi do gabinetu Fausta. Przerażona ogląda panujący tam nieład, widzi organy, w końcu znajduje buteleczkę trucizny, którą Faust chciał zażyć na początku pierwszego aktu. Nalewa do kielicha i pije.

We fragmencie instrumentalnym po tym, jak Faust rozkazał Mefistofelesowi prowadzić się natychmiast do Małgorzaty, ma miejsce scena zbiorowa w teatrze. W obecności chóru, na scenie, Małgorzata ma krwotok (duża, rozmazana plama na deskach plus pobrudzona cała dolna połowa białego kostiumu do „sceny więziennej”) i mdleje. Chór rozchodzi się, Faust i Mefisto znajdują Małgorzatę leżącą nieprzytomną na scenie. Mefisto oddala się i kochankowie zostają sami. Scena zmienia się podobnie jak w III akcie do sekwencji ogrodowej (gwiaździsta noc, dym na deskach, ogólnie bardzo romantycznie). Małgorzata rozpoznaje Fausta i padają sobie w ramiona; wtedy okazuje się, że ona nie rozumie co się z nią dzieje, majaczy w gorączce. Gdy próbuje wstać, ciągnie się za nią krwawa smuga; leci Faustowi przez ręce, kiedy ten stara się wyprowadzić ją na zewnątrz. Nadbiega Mefistofeles (bez swojej czerwonej peleryny, tylko w kapeluszu i masce), chce pomóc Faustowi uratować Małgorzatę. W czasie szamotaniny dziewczyna zrzuca mu kapelusz (więc coraz bardziej widać, że Mefisto to w istocie sam Faust). W finałowym tercecie Małgorzata praktycznie omdlewa, wiesza się na Fauście, który osuwa się na kolana i błaga ją o przebaczenie (ona wydaje się mu wybaczać, ale trudno ustalić, na ile jest świadoma). Mefisto krzyczy na Fausta i Małgorzatę, żeby się pospieszyli, ale bez efektu. Na dole, na poziomie garderób, zbiera się tłumek chórzystów. W ostatnim wysiłku Małgorzata wstaje, podchodzi do Mefista i ściąga jego maskę – teraz widać bez żadnej wątpliwości, że jest identyczny jak Faust. Swoją ostatnią kwestię „Va, tu me fais horreur!” Małgorzata wrzeszczy do obydwu, po czym pada nieżywa. Faust rozpacza łapiąc się za głowę, Mefistofeles odchodzi w kulisę. Ostre światło na dolny poziom sceny, gdzie gapiący się na nich od pewnego czasu chórzyści wykonują finałowy chór aniołów przekonani o własnej moralnej wyższości.

Kurtyna

piątek, 24 października 2008

"Burn After Reading"

Wspólna wizyta w Warszawie w związku z premierą Fausta i przyjemnościami towarzyskimi. Szczątki sympatycznej jesieni.

Zaparkowanie samochodu gdziekolwiek w Warszawie wiąże się z późniejszym wyjmowaniem zza wycieraczek i z wszystkich możliwych szczelin samochodu reklam "namiętnych studentek", "profesjonalnych masażystek", "trzeciej godziny gratis" ilustrowanych zdjęciami wypiętych, napiętych i opiętych damskich tyłków opisanych imionami i numerami telefonów. Podobno zresztą ulotki te stały się collectors' items wśród kilkuletniej dziatwy. Mam więc w rękach taką ulotkę, czytam spodem adres przybytku rozkoszy: Chłodna 39. Chyba lepiej byłoby Gorąca 21.

Rzadko chodzimy ostatnio do kina. Nie lubię zwłaszcza przymusu oglądania półgodzinnego bloku reklam i tzw. zajawek przed seansem - ale z drugiej strony nie mam na tyle nonszalancji aby wejść na salę pół godziny po nominalnej godzinie rozpoczęcia umieszczonej na bilecie. Z trzeciej strony: w dawce homeopatycznej (telewizji nie oglądamy, internet sterylizuje nam firefoksiany adblock i filtr na skrzynce pocztowej) reklamy są nawet zabawne.

Ponieważ rzadko chadzamy, wszystko jest dla nas nowe i nieznane, w tym i tak zwany repertuar. Przez pewien czas (zanim zobaczyłem plakat) myślałem, że Świadectwo to po prostu polski tytuł filmu High School Musical III. Nie mogliśmy też pojąć dlaczego pojawiła się na ekranach animowana wersja jednego z odcinków Gwiezdnych Wojen (Atak Klonów). Po co robić kreskówkę z poniekąd kreskówki?

A co do samego filmu (vide tytuł wpisu) - zabawny, dobrze zagrany, sprawnie wyreżyserowany. Natomiast to, co we mnie zostanie na dłużej, to niemy podziw nad starszym ode mnie Bradem Pittem grającym nastolatka.

środa, 8 października 2008

Jak hrabia z biskupem winem handlowali i co z tego wynikło

Ostatnio byliśmy w księstwie, które nie ma księcia, tylko dwóch półksiążąt. Monarchia jest półelekcyjna (bo druga połowa jest nominacyjna), przy czym elekcja odbywa się mocarstwie ościennym (nominacja zresztą też). Mało kto uświadamia tego ościennego wyborcę, że wybierając sobie prezydenta, wybiera też komuś półksięcia. Księstwo nie utrzymuje sił zbrojnych, a mimo to toczyło długą acz bezkrwawą wojnę z Niemcami, wypowiedzianą w 1914. W pospiechu zapomniano dopisać księstwo do Traktatu Wersalskiego i tak pierwsza wojna światowa trwała na tym małym obszarze aż do 1958, ignorując zupełnie fakt, że w międzyczasie zaczęła sie i skończyła druga. Rozwiązanie tej zagadki znajduje się w Pirenejach, na pograniczu hiszpańsko - francuskim i jest jednym wielkim straganem pod firmą Andora. Ponieważ księstwo nie jest członkiem "unii brukselskiej, nierządnicy europejskiej" i jako obszar wolnocłowy kusi niskimi cenami, na granicy odbywają się szczegółowe kontrole bagażników i w ten sposób pieniądze zaoszczędzone w Andorze wydaje się na opłaty celne we Francji lub Hiszpanii. Według traktatu z 1278 ludność Andory ma płacić swoim co-princepsom rocznie cztery szynki, czterdzieści bochenków chleba i sześć galonów wina. To, co służby celne obu państw rekwirują podróżującym na granicy znacznie przekracza wartość daniny.

Raz jeden podjęto próbę zespawania dwóch półksiążąt w jednego księcia. W 1934 pewien słowiański awanturnik ogłosił się pełnym księciem, przyjął tytuł Borysa I i wypowiedział wojnę biskupowi hiszpańskiego Urgel (pierwszemu półksięciu). Wojny prezydentowi Francji (drugiemu półksięciu) nie wypowiadał, bo uważał się za regenta króla francuskiego, którego nieprawnym sukcesorem był właśnie prezydent republiki francuskiej. Biskup uśmiechnął sie i zadzwonił po sanitariuszy. Sanitariusze zabrali jego Książęcą Mość do Madrytu, gdzie go, przede wszystkim wylegitymowali. W papierach Jego Książęca Mość miał napisane Borys Michajłowicz Skosyriew i jako miejsce urodzenia Wilno. Na terenach Półwyspu Iberyjskiego nawet dziś trudno o dobrą znajomość geografii Europy Wschodniej, więc zarejestrowali Skosyriewa jako Polaka. On sam uważał się raczej za Białorusina. W 1917 wraz z falą białej emigracji przedostał się do Anglii. Niewiele wiadomo o jego zajęciach i źródłach dochodu. Na pewno współpracował z Olivierem Locker-Lampsonem, który był jednym z dowódców brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego w Rosji. Po wielu latach Skosyriew utrzymywał, że wykonywał tajne zlecenia Rządu Jego Królewskiej Mości. Z pewnością rząd brytyjski nie zlecał Skosyriewowi puszczania w obieg fałszowanych czeków - pod takim zarzutem był przesłuchiwany przez londyńską policję w 1919. Zaprotokołowano wówczas, że przesłuchiwany pracuje jako tłumacz w japońskiej misji wojskowej.

W 1925 Skosyriew na "nansenowskim paszporcie" wyjeżdża do Holandii. Nie wiadomo, co tam robi. Sam później twierdził, że oddawał usługi na dworze królowej Wilhelminy, która nadała (!) mu tytuł "comte d'Orange". Z pewnością Skosyriew otrzymał wówczas holenderski paszport, bo legitymował się nim w latach trzydziestych. Tradycyjnie niewiele wiadomo o jego podróżach. Twierdził, że nauczył sie hiszpańskiego w Kolumbii, gdzie prowadził firmę eksportową. Na początku lat 30 Skosyriew przebywa na Balearach, gdzie podaje się za profesora literatury angielskiej. Żeni się, ale nie przeszkadza to mu w licznych romansach, miedzy innymi ze świeżo rozwiedzioną multimilionerką amerykańska, Florence Marmon. W 1933, zagrożony wydaleniem z Hiszpanii, przybywa do Andory.

Pirenejskie księstwo przeżywa wówczas okres niepokojów społecznych, napływowi robotnicy hiszpańscy (anarchiści, syndykaliści i anarcho–syndykaliści) wzniecają strajki, zbliżają się wybory do parlamentu, podatki rosną, ceny nie maleją - w Andorze musza interweniować francuscy żandarmi. W takiej atmosferze Skosyriew przygotowuje swoje entree. W porozumieniu i za zgodą francuskich monarchistów ogłasza się władcą Andory w imieniu prawowitego półksięcia, pretendenta do tronu Francji. Ogłasza również plan rewitalizacji gospodarki, poprzez zniesienie ceł i budowę kasyn (na wzór Monako) oraz wielce socjalistyczną w duchu konstytucję. Biskupowi już kasyna kwaśno smakowały, ale ta swoboda wyznania i poglądów przebrała miarkę. Skosyriewa aresztują hiszpańscy gwardziści, mimo że podobno przypadł nawet do gustu tubylcom.

W Madrycie nie bardzo wiadomo, co zrobić ze Skosyriewem – ma wiele paszportów, powołuje się na rozliczne wpływowe znajomości, co więcej, twierdzi, że z tym księciowaniem to był tylko żart i (jakbyśmy to dziś powiedzieli) happening. Jedyne, co można zrobić, to wydalić delikwenta. Najbezpieczniej do Portugalii. Na granicy portugalskiej Skorsyriew jest znów aresztowany i wydalony, tym razem do Francji. Która - tak, tak, czytelnik zgadł – aresztuje Skorsyriewa i wydala go, przewidywalnie, do Hiszpanii. Tak więc Skorsyriew błąka się po okolicy (zahacza jeszcze o Maroko), aż w końcu, w 1938 władze francuskie zezwalają mu na osiedlenie się.

I tak Skorsyriew dożyłby może spokojnej starości w pachnącej lawendą Prowansji, gdyby nie pewien austriacki wegetarianin. W 1939 wraz z innymi elementami politycznie niepewnymi trafia do obozu internowania pod Tuluzą, z którego wychodzi po klęsce Francji. Archiwa Wehrmachtu rejestrują obecność Skorsyriewa wśród oddziałów niemieckich na froncie wschodnim, w charakterze „cywilnego specjalisty”. Trop urywa się w 1943. Następny ślad datowany jest na kwiecień 1945 – wówczas Skorsyriew trafia do amerykańskiej niewoli. Zwolniony, po przesłuchaniach, jako nie-Niemiec i nie-nazista. W 1948 aresztowany przez Rosjan w Eisenach, na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej. Z Syberii wraca w 1956, osiedla się w RFN, w Boppard, gdzie umiera w 1989. Zdecydowanie postać z potencjałem na bohatera filmu sensacyjnego.

Inne jest jeszcze ciekawe zjawisko geograficzne w pobliżu, zwie się Llivia. Jest to hiszpańska eksklawa na terenie Francji. W najwęższym miejscu „dużą Hiszpanię” od Llivii oddziela pas Francji mniej więcej dwukilometrowej szerokości. Przed Schengen rozwiązane to było tak, że na skrzyżowaniu „drogi hiszpańskiej” z „drogą francuską” stały sobie nakazy jazdy na wprost (i zakazy skrętów w lewo i w prawo). Dziś już oczywiście wszyscy jeżdżą sobie jak chcą – a i podejrzewam, że dawniej też tak robili. Skąd się to wzięło? Na mocy traktatu pirenejskiego z 1659 Hiszpania zobowiązywała się oddać Francji, między innymi, 33 wsie powiatu (comarca) Cerdanya. Hiszpanie podpisali traktat, ale coś im tak chytrze z oczu patrzało. No i wyjmują z czarnej aktówki akt nadania Llivii praw miejskich datowany na 1528. I mowią „ha! – bierzcie wsie, i bierzcie kmiotów, ale przecież Llivia to miasto. Miasto!”. Tu Francuzi się zmieszali i mówią, że dobrze, zostawcie sobie Llivię, tylko nie budujcie tam murów, zamków ani umocnień. Na co Hiszpanie mogliby odpowiedzieć, że jakie tam mury budować po wsiach, a jakie zamki na 13km kwadratowych, ale że byli ludźmi dobrze wychowanymi i nie chcieli przedłużać rozmowy, na tym się traktat pirenejski zakończył.

Potem jeszcze Francuzi pokazali, że są równie dobrze wychowani, bo całkiem za darmo dali Hiszpanom łąkę – gdzieś przecież ci miastowi musieli paść owce i krowy – oraz szereg innych udogodnień (las, dostęp do strumienia). W 1939, pod koniec wojny domowej, był nawet pomysł, aby rząd republikański schował się na terytorium Llivii i tam sobie rządził snując plany rekonkwisty, ale ostatecznie upadek republiki był tak szybki, że do niczego nie doszło.